Sprawa polska, a “Titus Andronicus” – Teatr Polski z Wrocławia

W ramach 33 Warszawskich Spotkań Teatralnych, Mysz wraz z Lubym wybrała się na “Tytusa Andronikusa”. Niestety wyszliśmy z teatru niezbyt zachwyceni.

 

Mysz odkryła wczoraj, że ma duży problem z Szekspirem w polskim teatrze. Powodem tego olśnienia był spektakl “Titus Andronicus” (dlaczego nie “Tytus Andronikus”?) w reżyserii – i opracowaniu muzycznym oraz tekstowym – Jana Klaty, zrealizowanym jako koprodukcja Teatru Polskiego we Wrocławiu i Staatsschauspiel w Dreźnie.

Wrażenia wyniesione z tegorocznego wypadu na 33 Warszawskie Spotkania Teatralne, będące z założenia “eksperymentem” w obcowaniu z kulturą wysoką, na długo utwierdzą mnie w przekonaniu, że nie podoba mi się kierunek, w którym zmierza teatr. Mówię ogólnie, choć tak naprawdę mam na myśli teatr polski.
Nie jestem jakimś ekspertem teatralnym, ale wiem co mi się podoba, a co mnie mierzi. Tendencja by wszystko interpretować w kontekście “tragedii narodu polskiego”, II Wojny Światowej i – nie daj Boru – konfliktu polsko-niemiecko-żydowskiego od kilku lat niezmiernie wzrasta w polskiej kulturze, czy mówimy o filmie czy teatrze. Okej, może moja niechęć wynika z zakorzenionwej od młodych lat niechęci do wszelkich przejawów polskiego mesjanizmu i męczeństwa. Polska duma narodowa jest jak najbardziej w porządku, ale nie róbmy z siebie “narodu wybranego”. Nie jesteśmy nim. Nigdy nie byliśmy. Kropka.

Gdy więc zorientowałam się, że klasyczna sztuka Szekspira na którą chciałam się wybrać, w inscenizacji Klaty opowiada o starciu dwóch skłóconych narodów, ale bynajmniej nie Rzymian i Gotów, uszło ze mnie całe powietrze.

Mysz uważa, że istota geniuszu Szekspira tkwi w tym, że tematyka którą porusza jest ponadczasowa. Dzięki temu nawet sztuki rozgrywające się w Elżbietańskim Londynie, czy starożytnym Rzymie są zrozumiałe, także dla współczesnego widza. Któż nie zrozumie prostej, ludzkiej, poruszającej rozpaczy Tytusa, który po kolei traci swoje dzieci, pozycję, wreszcie rozum? Uważam, że przy tak potężnym ładunku emocjonalnym jaki niesie w sobie “Tytus Andronikus” nie potrzeba żadnej przekombinowanej interpretacji, żadnego dodatkowego ładunku w postaci rozprawiania się z wątpliwą winą dziejową. Oczywiście akceptuję pewną dowolność interpretacji – swego czasu byliśmy z Lubym na Myszy ulubionym Szekspirze czyli “Śnie nocy letniej” w Teatrze Ateneum w Warszawie i tamtejsze uwspółcześnione wystawienie sztuki bardzo mi się spodobało. Pomysł by podkreślić seksualność i erotyzm drzemiące w sztuce był wyegzekwowany z mocą, a jednocześnie wyczuciem. Również interpretacja Teatru Narodowego sprzed paru lat (w obsadzie byli m.in. Zamachowski i Malajkat), która podkreślała komediowość “Snu…” bardzo mi się podobała, choć przyznaję, że w tym wypadku inscenizacja była odrobinę bardziej klasyczna. A Mysz właśnie za “klasykę”, pewną niezmienność, ponadczasowość najbardziej lubi Szekspira. Jego geniusz nie wymaga, moim zdaniem, żadnych dodatkowych elementów.

Naprawdę nie chodzi o to, że nie lubię współczesnych wystawień. Nie mam nic przeciwko scenografii zaprezentowanej w “Titusie Andronicusie”, autorstwa Justyny Łagowskiej. Uważam wręcz, że minimalistyczne podejście do dekoracji – wykorzystanie ogromnych czarnych skrzyń na kółkach (jak do przewożenia sprzętu muzycznego podczas koncertów) jako wielofunkcyjnych mebli i rekwizytów – było wspaniałym pomysłem. Także wisząca w tle biała płachta, na której wyświetlano napisy w różnych językach (więcej o tym za moment) tworzyła proste, nienarzucające się ramy dla dramatu Szekspira. Te ograniczone środki – wraz z cudowną grą świateł (również zasługa Łagowskiej) – sprawdzały się wyśmienicie jako tło dla rozgrywających się na scenie wydarzeń.

 

Tu jednak zaczyna się moje “ale”: tak jak uwspółcześnienie inscenizacji oraz kostiumów i muzyki mi nie przeszkadza, drażni mnie dokonana “na wyrost” interpretacja Klaty. Wpychanie na siłę w Szekspirowski konflikt Rzymian i Gotów kolejno Niemców i Polaków było ciekawym pomysłem, ale dokonanym z niewłaściwych powodów. Gdyby chodziło jedynie o podkreślenie bariery językowej, z ochotą przyklasnęłabym temu pomysłowi. Byłam sceptycznie nastawiona do pomysłu sztuki wystawianej jednocześnie w dwóch językach (Niemcy w rolach Rzymian mówiący po niemiecku, Polacy jako Goci mówiący po polsku, a w tle wyświetlane są napisy w przeciwnym języku do właśnie mówionego – czyli gdy mówią Polacy, pojawiają się napisy po niemiecku i  na odwrót; powyżej wyświetlane są także pomocnicze napisy w oryginale, czyli po angielsku). Okazuje się jednak, że zamienność języków nie wprowadza spodziewanego zamętu, a tworzy jedynie wyraźne granice między skłóconymi narodami. Co więcej, Mysz była w ciężkim szoku jak pięknie Szekspir potrafi brzmieć po niemiecku. Może wynikało to z decyzji Klaty, by niemieccy Rzymianie byli bardziej opanowani, a polscy Goci barbarzyńscy i obcesowi, ale przyznać muszę, że w tej wersji Szekspir po niemiecku podobał mi się o niebo bardziej niż w ojczystym języku.
Nie mam nic przeciwko decyzji by podkreślić barbarzyństwo Gotów, ale robienie z nich stereotypowych,  polskich chłopków-roztropków (synowie królowej Tamory, Chiron i Demetriusz) czy rozwiązłej matki-dziwki (królowa Tamora) uważam za przesadę. Akurat w wypadku synów Tamory – w tych rolach świetni Marcin Pempuś i Michał Majnicz – interpretacja Chiron i Demetriusza jako prześmiewczego duetu a’la Flip i Flap wprowadza ciekawy rys do postaci, które do tej pory pokazywano raczej jako na wskroś złe. U Klaty to raczej prości, nieskomplikowani barbarzyńcy, którzy bawią się cudzym życiem kompletnie nieświadomi konsekwencji swoich działań. Nie robią tego z okrucieństwa, a przez głupotę i chochlikowatą złośliwość. Za to Tamora, która jest jedną z najokrutniejszych kobiet-intrygantek wśród postaci Szekspira, u Klaty jest płaską, nieprzekonującą, puszczalską królową, która – z jakiegoś nieznanego mi powodu – wyzywająco ujeżdża na scenie blok lodu, zamiast rozpaczać za swym utraconym synem. Jest to zarówno wina Klaty, jak i Ewy Skibińskiej, która w roli Tamory wypada blado, by nie powiedzieć wręcz “nijako”.

Z polskiej części obsady jest jeszcze Maur Aaron grany przez Wojciecha Ziemiańskiego. W wypadku postaci Aarona roźdźwięk między zamierzeniem Szekspira, a interpretacją Klaty wynika jedynie z winy reżysera, a nie aktora. Trudno bowiem zagrać dobrze postać, która jest ucieleśnieniem bezmyślnego, a jednocześnie wykalkulowanego okrucieństwa, gdy paraduje się po scenie umazanym czarną farbą, w ogromnych rogach na głowie i powiewającym przy każdym kroku gigantycznym, czarnym gumowym fallusem. Choćby nawet Ziemiański starał się wykrzesać z postaci Aarona trochę głębi, narzucona przez Klatę wizja murzyna-czarnucha z ogromnym członkiem, która zamiast igrać ze stereotypami jest zwyczajnie niesmaczna i bezsensowna, skutecznie mu to uniemożliwiła. Postać, która u Szekspira z każdym kolejnym popełnionym czynem i wypowiedzianym słowem staje coraz bardziej demoniczna i przerażająca, u Klaty pod koniec staje się bezbarwnym, napędzanym prostymi żądzami murzynkiem Bambo.

O wiele lepiej w swoich rolach wypadli Niemcy. Może to kwestia bariery językowej i wizji Rzymian jako tego bardziej cywilizowanego, “opanowanego” narodu, ale poetyckie wersy Szekspira piękniej brzmiały po niemiecku o wiele pięknej, niż w ustach głupkowatych Polaków-Gotów. Nawet w scenie gdy postacie Tytusa i Tamory zamieniają się językami – Tytus zaczyna mówić po polsku, Tamora po niemiecku – to Niemiec, Wolfgang Michalek, jako Tytus wypada prawdziwiej, choć jego polski jest bardzo łamany.
Rozumiem wyraźny podział na cywilizowanych Rzymian i barbarzyńskich Gotów. Podkreślanie różnicy między dwoma narodami, zarówno językiem którym się posługują, jak i ich kulturą czy zachowaniem, jest absolutnie słusznym pomysłem. Jednak przeszarżowanie i zrobienie z Gotów jedynie elementów komediowych (mających – nie wiem po co – rozbawić publiczność) straszliwie spłyca okrucieństwo tych postaci. Przez to także tragizm sytuacji Tytusa wypada mniej przekonująco. No bo bądźmy poważni: kto by się tam obawiał Flipa i Flapa i ich matki, Królowej Ruchałki? Brzmi to niesprawiedliwie w stosunku do aktorów, ale szczerze wierzę, że to nie ich wina. Winę ponosi przekombinowana wizja reżysera.

Także ukochana przeze mnie postać Lavinii, której los zawsze szczerze mnie wzruszał, w spektaklu Klaty nijak nie była w stanie wywołać we mnie żadnych silnych emocji. U Klaty, Lavinia “przed tragedią” to typowa cnotka-niewydymka, co to niby jest dziewicą, ale po kątach obściskuje się ze swoim ukochanym i to wcale sugestywnie (w interpretacji Klaty ich relacje sugerują wręcz “skonsumowanie związku”; nie bardzo więc rozumiem jakiej niby “czystości” miała Lavinia bronić?). Biorąc to pod uwagę, jej późniejszy gwałt i okaleczenie wydają się mniej wstrząsające. No bo gdzie jest ta zbrukana cześć niewieścia? Gdzie cierpienie, gdzie błaganie o szybką śmierć z rąk Tamory, zamiast okrutny gwałt dokonany przez jej synów?… Także późniejsza interpretacja skrzywdzonej Lavinii, która miast rozpaczać nad utraconym honorem, miota się po scenie jak zepsuta, nakręcana lalka, nijak mnie nie wzruszyła. Szkoda, że Klata – i Paulina Chapko w roli Lavinii – nie byli w stanie lepiej skonstruować tej postaci. Jest ona wszak katalizatorem dla zmian jakie ostatecznie zachodzą w Tytusie, a spłycenie jej krzywdy prowadzi także do ostatecznego spłycenia tragedii, jaka drzemie w dziele Szekspira.

 
Dziwnym – i moim zdaniem nieudanym pomysłem – było także rozegranie finalnej “uczty” (oraz jej następstw) w tak przyspieszony, chaotyczny sposób. W ogóle śmiem twierdzić, że osoby nieznające dobrze fabuły sztuki “Tytus Andronikus” na spektaklu Klaty mieli całkowite prawo się kompletnie pogubić. Fakt, że w programie sztuki – grubości małej książki, pełnej wywiadów, profili twórców, mądrych artykułów, etc. – nie ma chociażby krótkiego streszczenia fabuły uważam za absolutnie karygodny. Świadczy to o braku szacunku dla widza. Za brak szacunku można także poczytać to, jak szalenie męczącym spektaklem jest “Titus Andronicus”. Głośna, heavy-metalowa muzyka, wrzaski, hałasy, bezsensownie wydłużone sceny (sztuka rozpoczyna się 15-stominutowym fragmentem, kiedy to aktor grający Tytusa wnosi na deski sceny 21 ciężkich, czarnych skrzyń, symbolizujących trumny, przy hypnotyzującym, ale nader głośnym akompaniamencie gitary elektrycznej)… to wszystko sprawia, że już i tak długi spektakl – 150 minut bez przerwy – staje się momentami nieznośną torturą. Jeśli taki był cel Klaty, to udał mu się wspaniale. Mysz jednak nie po to chodzi do teatru, by być torturowana. W tym celu wystarczy, że zostanie w domu z własną rodziną. Nie mamy co prawda tak kanibalistycznych zapędów jak postacie w “Tytusie Andronikusie”, ale tragedii mamy aż po kokardkę.

Klata swego czasu powiedział, że dzięki filmom Quentina Tarantino udało się nam – współczesnym widzom – odnaleźć w “Tytusie Andronikusie” komizm wynikający z groteski. Nie wiem jak pan Klata, ale dla mnie filmy Tarantino czerpią swą groteskę, a poprzez to komedię, z epatowania okrucieństwem oraz ze świetnych dialogów. A mimo najszczerszych chęci w tekście Szekspira nie widzę elementów komediowych. Owszem, pojawia się groteska, ale jest ona w swym zamierzeniu tragiczna. Ma uświadomić czytelnikom do jakich skrajnych, prawie niewyobrażalnych działań jest w stanie doprowadzić się człowiek z chęci zemsty lub czystej rozpaczy. Naturalnie, kwestia interpretacji pozostaje w gestii każdego indywidualnego widza czy czytelnika, ale w Myszy coś się mocno buntuje, gdy na tragedii Szekspira sala pełna widzów częściej się śmieje niż milczy w kontemplacji.

Swoją drogą zdziwiła mnie pełna po brzegi sala – then again było to ostatnie przedstawienie w ramach spotkań – ale przed końcem spektaklu sporo miejsc opustoszało. Wtedy zrozumiałam, czemu nie było przerwy w przedstawieniu – gdyby nas stamtąd wypuścili, mało kto by po przerwie wrócił.

 
Żarty żartami, ale jestem mocno zawiedziona tą przygodą z Szekspirem. Jak już wspomniałam wcześniej, naprawdę wolę angielskiego wieszcza ujętego w bardziej klasyczne ramy. Nie wymagam, broń Boru, by wszyscy nosili rajtuzy i wypchane kaftany i pojedynkowali się na rapiery. Naprawdę nie mam nic przeciwko współczesnym interpretacjom. Ale to, co zrobił Klata nijak mi nie odpowiadało. Może niesłusznie, ale naprawdę uważam, że nie trzeba do tekstu Szekspira czegokolwiek dopowiadać. Zwłaszcza żadnego dziejowego bagażu w postaci “sprawy polskiej” i konfliktu z Niemcami. Gdybym chciała obejrzeć sztukę o niesnaskach między Niemcami i Polakami, zarówno w kontekście historii jak i współcześnie, wybrałabym się na sztukę, która opowiada dokładnie o tym. Idąc na Szekspira, chcę dostać Szekspira. Może niekoniecznie od razu tak klasycznego, jakiego robi Kenneth Branagh, ale tego pana nie na darmo uznaje się za autorytet w kwestii Wielkiego Wieszcza. Branagh nawet gdy robi z Szekspira musical (Love’s Labour’s Lost) robi to ze zrozumieniem dla materiału źródłowego. Klata, mam wrażenie, wykorzystał Szekspira jako mównicę dla własnych interesów, własnych przekonań i własnych przemyśleń związanych z II Wojną Światową i tym, jak my, Polacy, radzimy sobie z jej następstwami. Mysz traktuje to nie jako przejaw inteligencji, wielkiej twórczości czy wykwintniej teatralnej awangardy, ale jako kompletny brak szacunku wobec oryginału. Z obiektywnego punktu widzenia doceniam co – i jak – Klata próbował zrobić, ale choć efekt ostateczny jakoś jeszcze zniosłam (i nawet nieźle się na nim bawiłam), nie podoba mi się co Klata próbuje poprzez “usta” Szekspira powiedzieć polskiej widowni.

Tym optymistycznym, antynarodowym akcentem (w samą porę na 3 maja!) zakończę swoją nieskładną recenzję, zanim poleje się z moich palców jeszce więcej jadu. Jeśli chcecie przeczytać spójniejszą, sensowniejszą recenzję spektaklu – i to na dodatek jedyną, z którą się zgadzam – zapraszam do kliknięcia w ten link. I niniejszym serdecznie odradzam wybieranie się do Teatru Polskiego we Wrocławiu na “Titusa Andronicusa” (serio? Dlaczego pisane – i wymawiane – “z angielska”, skoro wszystko inne było przekombinowane na polską modłę?).

*głębokie, rzewne westchnienie*… po raz kolejny stwierdzam, że sztuka sztuką, interpretacja interpretacją, ale przerost formy nad treścią nie zawsze jest słusznym pomysłem. “Znaj proporcjum, mocium panie…”