Bądźmy wulgarni. Na serio.

Myszy rozważania na temat wulgarności, komedii, kobiet i tego, dlaczego pewne rzeczy nas śmieszą a inne zniesmaczają.

[O]ne man’s vulgarity is another’s lyric.

John Marshall Harlan

Uwaga: kontrowersyjne przekonania, wulgarna tematyka, dosadne słownictwo, czyli o tym co kogo śmieszy a co zniesmacza – Myszy przemyśleń kilka.

Dzisiaj będzie dość kontrowersyjnie. A przynajmniej tak wynika z odzewu jaki wywołał wpis Zwierza o nieśmiesznej wulgarności. Ponieważ wpis ten powstał poniekąd za moją niecną namową – a także ponieważ od tygodnia przymierzam się do wpisu na ten temat – postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze. Głównie dlatego, że jest Mysia opinia różni się nieco od ogółu.

O Mysiej miłości do wszelkiego nurtu (American) teen sex comedies pewnie już wiecie, bo zbytnio się z tymi uczuciami nie kryję. Nie zrozumcie mnie źle – nie uważam tych filmów za wybitne kino, ani nie polecam tych produkcji każdej napotkanej osobie. Co więcej, most of the time, wcale nie uważam tych filmów za śmieszne. Niemniej lubię je oglądać i wcale się tego nie wstydzę. Zapytacie pewnie: „Ale dlaczego je oglądasz, skoro cię nie bawią?”… Odpowiedź brzmi: bo przy nich nie muszę myśleć. To jak czytanie Gali czy innej Vivy w poczekalni u dentysty. A poza tym, tego typu filmy idealnie nadają się do tzw. „wyszukiwania samorodków w kupie kompostu”, czyli polowania na dobre elementy w otherwise średnich/kiepskich filmach.

Swego czasu, przy okazji pisania o fatalnym filmie 21 and Over, wysnułam teorię, że tym co mi się podoba w tego typu filmach jest wątek męskiej przyjaźni. Jakby na to nie patrzeć wszelkie American Pie, Eurotrip czy Roadtrip opierają się zazwyczaj na przygodach dwóch (lub więcej) osobników płci męskiej, którzy wspólnie przeżywają jakieś, często zwariowane przygody, zazwyczaj w jakiś sposób związane z seksem. Choć nie jest to reguła, gdyż nie zawsze są to młodzi chłopcy -w dużej mierze za sprawą filmów Appatowa gatunek teen sex comedies przekształcił się w, po prostu, sex comedies, gdzie bohaterowie już nie są nastolatkami. Chociaż momentami wciąż się jak nastolatki zachowują. Kolejny podgatunkiem są filmy typu The Hangover, które w gruncie rzeczy opierają się na tym samym pomyśle: „stary, ale się wczoraj schlałem i czego to ja nie robiłem”. We wszystkich tego typu filmach – od Dude Where’s My Car, przez Mardi Gras Spring Break po I Love You, Man, czy ostatnio Ted – głównymi bohaterami są mężczyźni, a poziom dowcipów oscyluje od „yhyhy pierdłem” po „uhuhu bzykłem sobie”. Szekspir to to nie jest. Choć to pewnie kwestia dyskusyjna, bo Szekspira pisał w dużej mierze właśnie dla mas, a w jego sztukach mało subtelnych, czy wręcz wulgarnych żartów jest całkiem sporo. W gruncie rzeczy „Sen nocy letniej” to sztuka o seksie i o teatrze.

The Hangover pt1

I wtedy pojawił się film Bridesmaids który został okrzyknięty komediowy zjawiskiem roku. „Zobaczcie” – krzyczały wszelkie media – „kobiety też potrafią być zabawne”. I wszystko byłoby piękne gdyby nie to, że za „najzabawniejszy” moment filmu uznano scenę, w której grupa bohatere, w trakcie przygotowań do ślubu z jednej z nich, dostaje dość gwałtownego rozwolnienia w salonie sukien ślubnych. Yes. Hilarious.

– Ale jak to, Myszu – powiecie. – Lubisz filmy typu American Pie a nie podobało ci się Bridesmaids?

Dokładnie tak. Jak wiadomo poczucie humoru zależy od indywidualnego gustu, charakteru, bagażu doświadczeń, czy też, najogólniej, od naszego podejścia do tematu który akurat jest wyśmiewany. I tu właśnie pojawia się zgrzyt.

Widzicie, Mysz lubi gatunek teen sex comedies przede wszystkim -pomimo- pierdząco-kloacznych żartów, które często się w nich pojawiają. Zgadzam się ze sporą częścią komentatorów pod wpisem Zwierza, że dowcipy o pierdzeniu czy innych czynnościach toaletowych są po pierwsze nieśmieszne, a po drugie niesmaczne. W tym kontekście, argument który pojawiał się przy okazji filmu Bridesmaids, pt. „patrzcie, kobiety też potrafią żartować sobie z kupy” uznałam wyjątkowo nietrafiony. Rozumiem, że chodziło o, w pewnym sensie, comedy equality – o równouprawnienie humoru.

Prawdą jest, że na scenie rozrywkowej stosunek mężczyzn do kobiet nadal wypada na korzyść mężczyzn; to facetów uznaje się za śmieszniejszych i zabawniejszych. Na szczęście w ostatnich latach widzimy powolną, mozolną tendencję wzrostową jeśli chodzi o liczbę śmiesznych kobiet na scenie – zarówno stand-upowej jak i kinowo-telewizyjnej. Wszystkie Tiny Fey, Amy Poehler, Sary Silverman, Melissy McCarthy, czy ostatnio Amy Schumer, choć nie zawsze są w stanie Myszę rozbawić, nieodmiennie zasługują na mój szacunek. Właśnie dlatego, że robią coś dla zwiększenia liczby kobiet w komedii, zarówno poprzez częste występowanie na scenie/ekranie, jak i poprze inspirowanie kolejnych pokoleń młodych, aspirujących komediantek. Uważam jednak, że jest różnica między pracowitym zwiększaniem widoczności kobiet w komedii, a wulgarnym, chamskim wpychaniem się na scenę, n dodatek używając przy tym typowo męskich sztuczek. Dlaczego kobiety nie mogą być śmieszne będąc kobietami? Dlaczego muszą uciekać się do kloacznych żartów, które, sorry to spout stereotypes, są częściej domeną mężczyzn?

Napisałam, że poczucie humoru zależy od podejścia do tematu. Pora więc na wyznanie: Mysz ma ogromny problem z kloaczny humorem, z bardzo prostego, acz głęboko osobistego powodu. Nie będę się wdawać w szczegóły, but let me put it this way: gdy cierpi się na przewlekłą chorobę przewodu pokarmowego, sytuacje takie jak ta pokazana w Bridesmaids nie są śmieszne z jednego, prostego powodu: są upiornie, przerażająco znajome. To nie jest dowcipna przygoda – to koszmar, przyprawiający o rumieniec wstydu i jęk zażenowania. I Mysz osobiście uważa, że naśmiewanie się z tego jest nie dość, że nieśmieszne, to jeszcze absolutnie karygodne. Abstrahując już od względów stricte osobistych, humor kloaczny mierzi mnie także z innego powodu: otóż nie jest on neutralny w kontekście płci.

Zauważcie, że „kloaczne” tematy w kontekście mężczyzn są społecznie w miarę powszechnie akceptowane. Nie jest to może coś, co się robi publicznie, ale jeśli w gronie swoich kumpli facet pierdnie – wszyscy się śmieją. Boys will be boys. Jeśli podobna sytuacja przydarzy się kobiecie – i to nie daj boże w towarzystwie – to nagle niebo się wali, a dana kobieta równie dobrze może popełnić seppuku, bo okryła się hańbą. A przynajmniej taki jest społeczny stygmat. Kobiety chodzą do toalety przypudrować nosek, nic więcej.

Trzeba przy tym pamiętać, że (domniemana) śmieszność tematów „toaletowych” bierze się stąd, że są one jednym z największych ludzkich tabu. Śmiech służy przede wszystkim do uporania się ze sprzecznymi uczuciami, jakie wywołują w nas różne social situations; służy „oswajaniu potworów”, także tych społecznych, ogólnoludzkich. Pod tym względem zresztą bardzo blisko mu do strachu. A przecież tym poniekąd jest tabu – czymś „zakazanym”, strasznym, wywołującym lęk, odrazę, zniesmaczenie, itd.

Drugim, oprócz wydalania, tak znaczącym tematem tabu jest seks. I tu następuje Mysia rewolucja, w której odłączam się od opinii ogółu. Bo tak jak humor kloaczny mnie rusza in a bad way, humor około-łóżkowy jest mi obojętny. To explain: jeśli jest sprawnie, inteligentnie zrobiony to mnie śmieszy; jeśli jest wulgarny lub dosadny – spływa po mnie jak woda po kaczce. Znów jednak wynika to przede wszystkim z podejścia do tematu. Mysz obraca się w grupie ludzi dla których seks nie jest tematem tabu. Może nie omawia się wszystkiego publicznie i z poświęceniem wielkiej uwagi detalom, ale jeśli ktoś z seksu zażartuje, nikt w niego nie rzuci kamieniem. Więcej, jeśli żart okaże się udany, poleją mu/jej drink („dobrze gadać, nalać mu/jej!”).

Mysz miała także to szczęście, że w swym życiu trafiła na wąskie grono wspaniałych dziewczyn i kobiet, które potrafią – a co więcej lubią – rozmawiać o seksie. Umówmy się: kobiety to urocze kwiatki, które należy kochać i wielbić [wstaw dowolny inny stereotyp na temat delikatności kobiet]. Ale pod tymi uroczymi płatkami i giętką, wiotką łodyżką, kryje się kolczasta pułapka, niepozorna, ale i niebezpieczna, niczym muchołapka ;)

Mówi się, że kobiety do toalety chodzą tylko przypudrować nosek. Mysz, mimo antypatii do tematów kloacznych w żartach, pierwsza przyzna: KOBIETY PIERDZĄ. KOBIETY ROBIĄ SIKU. CZASEM NAWET I KUPĘ. I wcale nie pachną zawsze różami.

– Ale zaraz, Myszu – powiecie. – Skoro kobiety też pierdzą i robią kupę to dlaczego nie mielibyśmy z tego żartować w filmach? Jak równouprawnienie to równouprawnienie całą gębą, no nie?

Bridesmaids

… i tu musiałabym wam przyznać rację. Bo jeśli rzeczywiście ma być tak, że ze wszystkiego wolno żartować, to płeć nie powinna mieć znaczenia. Nie powinno być zasad pt. „kobietom nie wolno żartować z kupy, a facetom z miesiączkowania” (or something like that). I jest w tym wiele racji. Racji niefajnej, bo prowadzącej do coraz większego upowszechniania się tematów kloacznych

Mysz jednak nie może sobie przestać zadawać pytania: dlaczego kobiety mają równać w dół? Dlaczego mają taplać się w infantylnych żartach, razem z mężczyznami (stereotyp!), których takie dowcipy śmieszą? Czy nie mogą powstawać zabawne, dosadne, uszczypliwe, ostre kobiece komedie, które nie wywoływałyby uczucia zażenowania i niesmaku?… To Mysz największa pretensja do Bridesmaids. Owszem, pokazały że kobiety potrafią nakręcić film równie śmieszny jak The Hangover (choć według Myszy ani nie jest to wielki komplement ani porównywalny poziom humoru), ale przy okazji utytłały nas, drogie panie, w gównie. Dosłownie.

Wróćmy jednak do seksu. Jak już pisałam, nie mam problemu z dosadnym czy wulgarnym ujęciem tego tematu, przede wszystkim dlatego, że na co dzień zdarza mi się stykać z taką formą rozmów o seksie. Po drugie, mam na uwadze fakt, że w języku polskim czasem trudno jest rozmawiać o seksie nie używając terminologi uznawanej za wulgarną. Osobiście Mysz woli nawet określenia nieco bardziej dosadne (ewentualnie anatomiczne) niż efemeryczne twory typu „włócznia pożądania” czy „źródełko rozkoszy”. Poza tym połączenie tematyki tabu i wulgarnego języka sprawia, że tym mocniej jest przełamywana bariera strachu, która kwestiom około-seksualnym towarzyszy. Wszak jak mawiał Woody Allen: „Is sex dirty? Only when it’s being done right„.

Po trzecie, i w sumie chyba najważniejsze, Mysz nie ma problemu z naśmiewaniem się z seksu, gdyż… uważa seks za zabawny. Istnieje nawet przepiękny cytat (oczywiście teraz nie mogę go znaleźć), że there’s nothing better than two people who can laugh together during sex. I Mysz podpisuję się pod tym obiema rękami.

Gdy się nad tym zastanowić seks, z fizjologicznego punktu widzenia, jest równie niesmaczny co załatwianie się – chodzi wszak o wymianę płynów. Z biegiem dziesięciostuleci nauczyliśmy się tłumaczyć ten akt prokreacją, przyjemnością, romantyzmem, wyrazem uczuć, itd. Jednak u swych podstaw seks to czynność fizjologiczna; to potrzeba równie atawistyczna i prymitywna co wizyta w toalecie. Co więcej, seks to jedna z tych „niewyjaśnionych tajemnic”, które wciąż badamy, a o których wciąż niewiele wiemy. Nie ważne ile byśmy się o nim nie dowiedzieli, ile nie naczytali, jakiej wiedzy nie mieli, gdy przychodzi co do czego, często lądujemy w idiotycznych, kłopotliwych, zabawnych czy nawet żenujących sytuacjach. A to jakiś chłopak zmaltretuje przyrodzeniem domowy wypiek, a to jakaś dziewczyna nieświadomie użyje czyjejś spermy jako żelu do włosów, itp. Oczywiście są to przypadki skrajne, ale właśnie dlatego są – zdaniem Myszy – ważne. Bo bezpardonowo przełamują to tabu, bo poruszają drażliwe, kłopotliwe tematy. I robią to z humorem. Czasem rubasznym, czasem wulgarnym, ale jednak.

Then again, od pewnego czasu widz może mieć wrażenie, że to co kiedyś było przełamywaniem tabu, obecnie jest epatowaniem wulgarnością. I wiele by się nie mylił. Ale niestety – granica naszej tolerancji z biegiem lat przesuwa się coraz dalej. Im częściej jakiś temat jest omawiany, tym bardziej przestaje być tematem tabu. Dowodem na to chociażby różnica w tym, z jaką swobodą rozmawiają o seksie różne pokolenia – np. nasze i naszych rodziców, że o dziadkach nie wspomnę. Wpływ na to miały zmiany społeczne, ale nikt mi nie wmówi, że filmy – także te pokroju American Pie – nie miały w tym swojego udziału. Filmy te systematycznie przekraczały granicę tego, o czym wolno w kinie mówić. Gdy połączyć to z faktem, że z biegiem lat stajemy się coraz bardziej nieczuli na pewne bodźce (np. przemoc) i coraz trudniej nas jako widzów zaszokować, otrzymujemy czasy w których bez epatowania wulgarnością nie da się osiągnąć tego istotnego dla komedii efektu przełamania tabu. Przy czym czasem epatowanie wynika z artystycznych pobudek (Lars von Trier), czasem z przekonań (chcę powiedzieć Apatow, choć mogę zostać zakrzyczana, ale mam na myśli początki jego kariery), a czasem – i ostatnio jest to niestety coraz częstsze – z niskich pobudek typu „natrzaskać dużo kasy na durnym filmie dla jeszcze durniejszych nastolatków”.

Czy boli mnie, że stajemy się jako społeczeństwo bardziej wulgarni?… tak. Czy uważam, że pod pewnym względami jest to konieczne?… tak. Zwłaszcza w kwestii seksu. Zwłaszcza w kwestii otwartego rozmawiania o seksie. Nie ważne jakimi słowami, niech i nawet będą one wulgarne. Ale rozmawiajmy. Czasem naprawdę można dowiedzieć się zaskakująco fascynujących rzeczy.

Bachelorette

Tu chciałabym wreszcie przejść do filmu, od którego zaczął się ten wpis (i wpis Zwierza) czyli Bachelorette. Mysz  uważa, że film ten jest o niebo lepszy niż Bridesmaids. Nie śmieszniejszy – lepszy. Zaznaczam jednak, że nie należy się moją opinią zbytnio sugerować – jak widać z powyższego wpisu, Mysz ma bardzo konkretne gusta i bardzo specyficzne spojrzenie na to, co jest śmieszne a co nie, i jaką wulgarność toleruje a jaką nie.

Trzeba od razu zaznaczyć, że Bridesmaids Myszy nie rozbawiło ani razu, więc Bachelorette miało pod tym względem bardzo nisko zawieszoną poprzeczkę. Nie miało to jednak wielkiego znaczenia, bo choć film określany jest jako komedia, Mysz wcale go jako takową nie traktowała. Zresztą sympatia do gatunku teen sex comedies skutecznie zakodowała mi w głowie, że określenie „komedia” nie oznacza wcale, że film będzie zabawny. A Bachelorette, zdaniem Myszy, nie jest ani trochę zabawne. Jest wulgarne, dosadne, żenujące i momentami wręcz rozpaczliwie smutne. A przy tym potrafi być boleśnie prawdziwe. W tym jak przedstawia pewien typ kobiet, ich rozmowy, zachowania i wzajemne relacje.

Pod wpisem Zwierza padły komentarze, że Bachelorette (a także Bridesmaids, oraz inne filmy tego typu) nie podoba się niektórym widzom/jest niefajne, bo pokazuje krzywdzący, wyryty niemalże w kamieniu stereotyp, że kobiety są dla siebie nawzajem okropne. Nic tylko się obgadują, oceniają, wbijają nóż w plecy i wszystkiego sobie zazdroszczą: urody, faceta, życia, [wstaw dowolną inną rzecz].

Być może osoby komentujące pod wpisem Zwierza są dojrzalsze ode mnie, albo po prostu są lepszymi ludźmi. Ale Mysz przyznaje bez bicia: zdarza mi się być jędzą. Przede wszystkim dla innych kobiet. Nie wiem czy jest to jakiś prymitywny, zwierzęcy instynkt, który każe mi umniejszać inne samice w otoczeniu, by być tą „najlepszą” (ie. najbardziej wartą samca), czy raczej wytresowana przez patriarchalne społeczeństwo/kulturę krypto-nienawiść do mojej własnej płci. Wiem natomiast, także z własnego doświadczenia i obserwacji, że kobiety potrafią się niesamowicie szybko przemienić z najlepszej przyjaciółki w obgadującą cię z plecami swołocz. Cholera wie, może to kwestia naszego emocjonalnego podejścia do pewnych spraw; silnego uczuciowego zaangażowania w relacje z innymi ludźmi, a co za tym idzie większa podatność na zranienia, także te niewielkie czy wydumane?… Mysz w każdym razie twierdzi (na przykładzie własnym i znanych mi kobiet), że filmy typu Bachelorette i Bridesmaids wcale tak bardzo nie odbiegają od prawdy, w tym jak przedstawiają stosunki między kobietami. A to, że to nie jest nasza najmocniejsza, najpiękniejsza strona?… I said this once, I’ll say it again: KOBIETY TEŻ PIERDZĄ. Ergo: KOBIETY NIE SĄ IDEALNE, miewają gorsze momenty. Zresztą umówmy się, faceci też je mają – tylko tam gdzie oni naparzają się po paszczach, my plujemy na siebie jadem.

Także pod względem tego jak w Bachelorette ukazane są stosunki między kobietami, a także specyficzne podejście do seks, Mysz musi się podpisać. Czy jest to przerysowane?… Tak. Czy jest to wulgarne?… Tak. Czy są kobiety które mówią i zachowują się w ten sposób?… Again: tak.

Mysz podejrzewa, że zaraz podniosą się głosy, iż kobiety w Bachelorette ukazane są jako puszczalskie ćpunki z zaburzeniami psychicznymi i wstrętnymi charakterami. Owszem. Ale to kolejny przykład używania skrajności jako pewnego narzędzia do przełamywania tabu. A przynajmniej tak to odbiera Mysz. Jak najbardziej rozumiem argumenty według których ten film uwłacza kobietom, ale w moim osobistym odczuciu Bridesmaids, jako kobiecie, uwłacza mi bardziej niż Bachelorette. Ze swoją seksualnością i podejściem do niej czuję się dobrze i pewnie. Z kwestiami ukazanymi w Bridesmaids… już nie. Ale jak pisałam, to kwestia osobistych doświadczeń i nikogo do przyjęcia mojego punktu widzenia nie zmuszam. Tak jak nie przekonuję, że Bachelorette jest filmem wybitnym; jedynie, że można na spojrzeć niego spojrzeć nieco inaczej.

– No dobrze – powiecie. – Ale co to za komedia, która jest nieśmieszna?

A ja Wam na to: a co to za horror, który nie jest straszny?* Nie pierwszy i nie ostatni raz opis produktu rozmija się ze stanem faktycznym.

Podsumowując w miarę krótko temat Bachelorette: Mysz nie uznaje tego filmu za dzieło wybitne, ale jest on w moim odczuciu lepszy niż Bridesmaids. Spodobało mi się pokazane tam specyficzne, ukazane w krzywym zwierciadle równouprawnienie, według którego kobiety też mogą się schlać, naćpać i odstawiać zwariowane akcje na równi z panami z The Hangover. A to, że nie były przy tym kobiece? Że pokazały się z kiepskiej strony? Że zrobiły kobietom złą renomę?… cóż, drogie panie, nie jesteśmy idealne. Mysz akurat cieszy się, że zostało to pokazane.

Girls HBO

Podczas pisania tej notki, naszła mnie pewna refleksja: a gdyby Bachelorette nie było komedią, a bardziej sarkastyczny dramatem w stylu HBO-owskiego serialu Girls? Czy wówczas jego wulgarność i obcesowość byłaby (bardziej) usprawiedliwiona?

Myszę kwestia ta fascynuje, bo swego czasu głośno pomstowała na Girls. Obejrzawszy pilot serialu stwierdziłam, że dawno nie widziałam większego nieporozumienia. Ten wychwalany pod niebiosa „best new comedy series” (na-dodatek-napisany-przez-kobietę) nie był ani śmieszny, ani inteligentny, ani tym bardziej dobry. A przynajmniej tak uważała Mysz.

Do czasu. Blogosfera i media wciąż uparcie wpychały mi do gardła superlatywy na temat serialu, więc gdy ten otrzymał Złotego Globa, Mysz postanowiła zweryfikować swoje zdanie na temat Girls. Thank God that I did, bo okazało się, że większość moich problemów z tą produkcją wynikła przede wszystkim z niewłaściwego nastawienia. Wbrew pozorom, Girls nie jest serialem komediowym, jak myślałam początkowo, sugerując się takową „łatką” przyczepioną przez media. To coś pomiędzy exposé współczesnej kobiety (a przynajmniej pewnego jej typu), a społeczną satyrą, która nawet jeśli nie jest piekielnie inteligentna, bywa przynajmniej zadziwiająco trafna. Keeping that in mind, Mysz przy drugim podejściu pochłonęła nie tylko pilota (ponownie), ale także wszystkie dostępne odcinki serialu.

Zrozumiawszy z jakim nastawieniem należy oglądać serial – nie komediowym, a dramatyczno-satyrycznym – nagle zaczęłam widzieć sens we wszystkich elementach, które drażniły mnie przy pierwszym oglądaniu pilota. Epatowanie golizną, seksem, tematyką około-toaletową nie było wcale chamską jazdą po bandzie, szokowaniem dla samego szokowania. Było próbą szczerego i otwartego – a co za tym idzie dosadnego – ukazania życia pewnej specyficznej (pod)grupy społecznej. Zaznaczam że mówimy o „specyficznej” grupie, cause lets be honest: nie wszystkie żyjemy tak jak bohaterki Girls. A mimo to potrafimy odnaleźć w tym serialu siebie, swoje koleżanki, znajome… Właśnie dlatego, zdaniem Myszy, serial jest tak popularny – nie dlatego, że jest śmieszny czy kontrowersyjny. To znaczy jest kontrowersyjny, ale tylko dlatego, że jest prawdziwy, życiowy.

I właśnie to bezpardonowe, życiowe ukazywanie golizny i seksu stało się dla Myszy zaletą Girls. Z całego serca przyklaskuję serialowi potrafiącemu pokazać seks, który wydaje się Myszy nie zwiewnie i eterycznie piękny (ergo: niewiarygodny), tylko po ludzku znajomy. Wiwatuję na część kołder, które nie mają kształtu litery „L”, gdzie kobieta ma zawsze przykryty biust, by broń boże nie pokazać nagiego ciała. Wyję z zachwytu gdy bohaterka po seksie idzie nago do lodówki napić się mleka, a gdy ma okres i jest sama w domu chodzi po mieszkaniu nieumyta, rozczochrana i z pryszczami na pysku. Bo dla mnie to jest prawdziwe. Trochę po serialowemu przestylizowane i ujęte w ramy danej (pod)grupy społecznej, ale u swych podstaw wciąż, przede wszystkim, życiowe.

Na koniec muszę wrócić do tematu, o którym wspomniałam na początku wpisu czyli do męskiej przyjaźni. Myślę, że warto zwrócić uwagę, że produkcje typu Bridesmaids, Bachelorette czy Girls ukazują długotrwałe, skomplikowane przyjaźnie, w kontekście do tej pory spotykanym raczej w typowo „męskich” filmach. Zauważacie, że motyw kobiecej przyjaźni zazwyczaj pojawia się w popkulturze w kontekście mocno melodramatycznym (jak chociażby w filmach typu Steel Magnolias czy skądinąd uroczym Now and Then). Natomiast obecnie widzimy wysyp produkcji, które możnaby określić jako żeński odpowiednik buddy comedies (jak to nazwać? Femme-buddy comedies?). Jedyne co mnie w tym zjawisku martwi to tendencja, aby w tego typu filmach ukazywać żeńskie relacje także z tych najgorszych stron. Talk about spreading stereotypes about women being bitches!

A nie dałoby się tak zrobić fajnej, zabawnej, żeńskiej komedii, gdzie między bohaterkami byłaby autentyczna przyjaźń, wsparcie i szacunek, i w której na dodatek porusza się otwarcie tematy seksu? … okazuje się, że da radę taki film nakręcić. Mysz przekonała się o tym oglądając absolutnie przewspaniałą komedię, For A Good time, Call…. Jeśli macie dość jędzowatych bohaterek Bridesmaids i Bachelorette i chcecie obejrzeć naprawdę uroczą komedię z żeńskim pazurem, to polecam serdecznie ten film. Zwłaszcza, że fajnie byłoby wiedzieć, iż nie jestem w swej dobrej opinii na temat tego filmu osamotniona ;)

For A Good Time Call

No dobrze. To kto teraz chce pierwszy rzucić w Mysz kamieniem?

PS. Ledwo się powstrzymałam by nie zatytułować tego wpisu po prostu „Kobiety też pierdzą”. To dopiero byłaby kontrowersja i wulgarność w jednym.

 

*mowa o filmie Twilight, który w Polsce był określony jako horror; to że coś jest tak a nie inaczej określone, nie oznacza automatycznie że takie w istocie jest.

  • Anonymous

    Mówiłam to nie raz, to przerażające że mówisz dokładnie to o czym myślę. Podpisuję się jak zawsze obiema łapkami pod Twoją wypowiedzią.
    Scena w salonie sukien ślubnych w „Bridesmaids” też jest dla mnie niesmaczna, a bądźmy szczerzy, ja nie mam przewlekłej choroby jelit. Podobne ujęcie jest też w „Hall Pass” i też mnie mocno zniesmaczyło. Zwykłam wychodzić z założenia, że koloczne żarty, jeśli mają śmieszyć (o ile w ogóle mogą) nie powinny wychodzić za pewną granicę odbioru. Mianowicie, rozmawiamy o kupie, ok, ale robimy to w grupie osób tej samej płci. Nie śmieszą mnie żarty o męskich pierdach, nie lubię jak mężczyźni pokazują w mojej obecności tę, wątpliwej urody, stronę. Sama też tego nie robię z bardzo prostego powodu, o pewnych rzeczach nie powinno się mówić przy płci przeciwnej bo to zwyczajnie ujmuje magii z kontekstu erotycznego. Jeden niewłaściwy żart, bądź „wypadek przy pracy” i już nigdy nie spojrzysz na faceta/ kobietę tak samo, bo pod kopułą będzie ci krążyć myśl głośnym bąku. Nie oszukujmy się takie rzeczy miały, mają i będę mieć miejsce zawsze, bo los czasem lubi z nas drwić, to jednak nie zmienia faktu, że o pewnych rzeczach nie powinno się mówić. Smutne jest natomiast to, ze sporo kobiet woli słuchać kloaczych męskich żartów, a nie umie rozmawiać o seksie, z nikim, kropka. My (ja i Mysz:P) akurat nie mamy tego problemu. Jestem, akurat jedną z tych osób o których pisałaś :D w kwestii seksu nie ma dla mnie tematów tabu. Jednak znam kobiety, które na samą wzmiankę o seksie i pozycjach (nie mówiąc już o bardziej obrzydliwych i prawdziwych aspektach) czerwienią się i uciekają spojrzeniem w okolice butów, jakby były one najbardziej fascynującym zjawiskiem na świecie. A zazwyczaj nie są. Tu z kolei ja wjadę na kontrowersyjne tory, ale wydaje mi się, że zwykle jest to kwestia bardzo katolickiego wychowania. Co niedziela do kościoła, do spowiedzi a przecież ksiądz nie może usłyszeć o przedślubnych ekscesach, a skoro nie można kłamać bo nie wypada, to ekscesy żadne nie mają miejsca w codzienności. Taki strach przed kłamaniem przy spowiedzi potęguje się do tego stopnia, że nie mówimy o tym nikomu. I chociaż uważam, ze każdy powinien iść przez życie, tak jak mu się podoba i zgodnie ze swoim sumieniem, to wkurwia mnie myśl że są na świecie ludzie, którzy na poważnie biorą przykazania kościoła i kupują kota w worku.
    Rozległa, trochę, dygresja. Myszu… ode mnie kamieniem nie dostaniesz. W każdym razie nie za ten, szczery i prawdziwy wpis.
    Zawsze Twoja, Marta

  • Hm, to jest wielki ból, jak człowiek się wyprodukuje kontrowersyjnie, a tu nikt nie komentuje i siedzi się takim spiętym, a całe to napięcie na marne ;)

    Co do filmów niestety nie mogę się wypowiedzieć, gdyż nie oglądałam ani Bachelorette ani Bridesmaids. Humoru kloacznego nie trawię w żadnej formie i żadna doza bromance mi go nie usprawiedliwi. Tym bardziej, że inteligentne, choć również nieco obrzydliwe żarty z seksu czy generalnie z różnych tabu mogłam sobie obejrzeć chociażby w Weeds i nie musiałam się w tym celu babrać w tym całym, jak to ładnie ujęłaś, gównie.

    Natomiast jeśli chodzi o kwestie bromance’u, bycia wredną dla innych kobiet, a także o tym, czemu kobiety oceniamy surowiej, będzie w moim następnym wpisie, który będzie dziś albo może jutro. Bo mi się w komentarzu odpowiedź nie zmieści.

  • A w ogóle to jeszcze przyszło mi do głowy w temacie że tak powiem gównianych refleksji, że wymaganie od kobiet, żeby nie pierdziały, jest doskonałym przykładem stawianych im sprzecznych wymagań. Albowiem moim zdaniem jedną z najważniejszych różnic w dzisiejszym społeczeństwie pomiędzy kobietą a mężczyzną jest to, że to kobieta zajmuje się gównem, a facet go nie tyka. Po pierwsze, kobieta jest matką i przeważnie osobą związaną mocniej z gospodarstwem domowym. Jako taka zajmuje się najczęśniej jako jedyna kupami swoich dzieci oraz hodowanych przez siebie zwierząt. Ponadto to kobiety pracują w zawodach, które szumnie nazywa się opiekuńczymi, a które również w dużej mierze opierają się na babraniu się w cudzym gównie, typu pielęgniarka, przedszkolanka, opiekunka osób starszych, sprzątaczka. Jedynym „męskim” zawodem bezpośrednio związanym z gównem jest szambiarz. Kiedyś takie zawody uważało się za nieczyste i zajmowały się nimi i tak dyskryminowane, najczęściej mniejszościowe grupy społeczne, albo ludize pochodzący z tzw. kast nieczystych. Dzisiaj zajmują się nimi kobiety i ludzie ubodzy (co jest samonakręcającą się spiralą, bo są to zawody kiepsko płatne).

    W tym kontekście wymaganie od kobiety, żeby nie śmierdziała i nie pierdziała wydaje się naprawdę lekkim przegięciem.

    Hm, to chyba wyszło mi nieco obok tematu.

  • Piszesz, jakbyś mówiła z własnego doświadczenia :)

    Rozumiem i popieram – każdy ogląda takie filmy, jakie mu odpowiadają. Akurat Weeds (czy np. Shameless) jest dobrym przykładem dzieła popkulturalnego, które jest w stanie dobrze wyważyć poziom swoich żartów. Mam jednak wrażenie, że wynika to właśnie z pewnego osadzenia tej wulgarności czy też dosadności w „prawdzie”, w realiach, w taki sposób, że nawet jeśli żart nie śmieszy to zmusza do myślenia. Osobiście uważam, że żart, który nie jest śmieszny, ale chociaż wywołuję jakąś reakcję inną niż zniesmaczenie – np. smutek, współczucie, czy nawet zażenowanie – ma pewien sens. Choć nie będę się w tej sprawie wykłócać, bo to kwestia osobistych przekonań.

    Nie mogę się doczekać na Twój wpis, bo jestem bardzo ciekawa co na ten temat sądzą inne kobiety. Zwłaszcza, że to właśnie one wydawały się najmocniej oburzone tym, jak relacje damskie zostały w ww. filmach ukazane. Czyżby zobaczyły w tych relacjach zbyt wiele znajomych elementów i teraz czuję potrzebę głośnego protestowania, że wcale takie nie jesteśmy?

    Co do wymagań w stosunku do kobiet by „pachniały różami”, a jednocześnie zajmowały się sprawami wszelakich brudów – ludzkich i nie tylko – jest nieznośnym paradoksem. Ale jak się zastanowić nie jest to jedyny paradoks jaki społecznie odnosi się do kobiet. Chociażby słynne „matka w kuchni, dziwka w sypialni” też podchodzi pod tę kategorię, bo jedna rola wiąże się z czystością, czymś idealnym i ciepłym, a druga z czymś brudnym, zakazanym i pożądanym. Mnie bardziej zastanawia skąd wzięło się społeczne akceptowanie tematów kloacznych w wykonaniu mężczyzn? Skąd się wzięło to, że gdy facet pierdnie w grupie mężczyzn dostaje oklaski i pochwały? Czy chodzi o jakiś dziwne, instynktowne zachowanie, które podświadomie zwiększa pozycję takiego mężczyzny w grupie jako alfa samca?… wszak z bekaniem jest podobnie.
    A jak dziewczyna nie daj Boru beknie w towarzystwie to wszyscy patrzą się na nią jak na raroga. „Bo damy się tak nie zachowują”. Cóż, a dżentelmeni nie pierdzą. Tego powiedzenia jakoś się powszechnie nie słyszy.

  • Cóż mogę powiedzieć, kochana?… wielkie umysły myślą podobnie :)

  • Hmm, no zgadzam się, nie będę jakoś szczególnie kłamać i się kłócić. Co prawda ja wyrosłam już z kloaczego humoru, kiedyś owszem bawiły mnie takie American Paye i inne podobne mu komedyjki, ale dzisiaj [czuję się staro] wolę już jakieś poważniejsze żarty. Bridemades mi się strasznie nie podobało, chyba nawet nie dotrwałam do końca – nie wiem jednak ile w tym było „nieśmiesznego” humoru a ile pewnej mojej mizoginiczności w podejściu do „kobiet i ślubów”, bo przyznam, że to taka sytuacja, w której ich zachowanie doprowadza mnie do szału, no ale :)
    Mnie w zasadzie wulgarność w filmie nie przeszkadza, moje filmowe [w życiu bywa jednak różnie] granice są bardzo daleko rozstawianie, ostatnia rzecz która mnie zbulwersowała zawierała akt nekrofilski w Nekromantik więc w zasadzie takie około-seksowe czy toaletowe pogaduszki nie robią na mnie większego wrażenie. Wkurza mnie jedynie gdy te „żarty” zaczynają przechodzić seksizm i próbują wmawiać mi pewne schematyczne role damsko-męskie [feminizm się kłania] przez traktowanie pewnych społeczno-historycznych nierówności za obowiązującą normę. Tak sobie myślę, że gdybym miała wskazać ostatnie tabu w takich filmikach to byłoby to jednak schematyczne, „samcze” podejście do kobiet i pokazywanie nas w nieprawdziwych rolach. Dlatego też lubię Girls, co prawda zaprzestałam jego oglądania, ale nie dlatego, że mi się nie podoba, po prostu wydaje mi się on tak depresyjny i tak bardzo w pewnym sensie odzwierciedlający jakieś elementy mojego życia, że jakoś pogarsza mi humor. No ale powinno sie go rozprzestrzeniać i kazać oglądać szczególnie panom [może wtedy przestania powstawać ta niemiła muzyka jaką raczą mnie ostatnio sąsiedzi wyzywająca panie od ***** – konieczność wypikania, w co drugim wersie i co trzeciej piosence].
    Zeszłam z tematu – za dużo myśli na raz :D

  • Jak pisałam – American Pie i podobne mu dziełka to dla mnie mózgowy relaks, jak czytanie durnej gazetki u dentysty. Nie podchodzę do nich na poważnie, ale bez wstydu przyznaję się iż żywię do nich pewną sympatię. Mimo nie-najmłodzszego-już wieku :)
    Zgadzam się odnośnie filmów z tematyki „ślubnej” – coś musi w tym być, że 95% z nich pokazuje kobiety w dość niezdrowych, rywalizujących, nawet nienawistnych relacjach. Wiadomo, ślub wielkie wydarzenie, budzi dużo emocji, ale czy nie ciekawiej byłoby ten schemat w kinie przełamać zamiast go zajeżdżać?
    Obśmiałam się z tego co napisałaś o „Girls” bo to był jeden z moich pierwszych zarzutów w stosunku do serialu – że jak na twór komediowy jest szalenie depresyjny i smutny. Nauczyłam się te jego cechy akceptować, ale prawdą jest, że czasem po obejrzeniu „Girls” – oprócz ciekawych przemyśleń – pojawia się też chandra. Cieszę się jednak, że nie tylko ja widzę w „Girls” pozytywne aspekty, a nie tylko „najnowszy telewizyjny i społeczny fenomen” (czekam z utęsknieniem gdy przestaną w ten sposób pisać o tym serialu; ile można?!)

    A co do piosenek rapowych się nie będę wypowiadać, bo to moje guilty pleasure *pali raczka*

    A zejście z tematu jest ciekawe i angażujące. Ważne, że w ogóle jest jakaś dyskusja :)

  • Bo piszę jak najbardziej z własnego (gównianego) doświadczenia.

    Wyprodukowałam się ze swoim rantem i jest w nim akapit specjalnie dla ciebie, więc zapraszam :)

  • :) mnie depresyjność nie przeszkadzała, ale ja na początku nie wiedziałam nawet, że to miała być komedia więc… [brawa za zorientowanie w temacie].

    Marzą mi się takie filmy przełamujące schemat ślubny [o prawda kilka było ale dawno, z tego co mi się wydaje]. Ślub to taka fajna rzecz w końcu a sprowadzanie tego do „walki o sukienkę”, „jeszcze większy tort” czy „większej popijawy” zupełnie wypacza moją wersję i wizję tego wydarzenia.
    Ps. ta twoja pleasure jest very guilty [uśmieszek]

  • *biegnie czytać i się wypowiedzieć*

  • Wiesz co to chyba nawet lepiej, że nie wiedziałaś. Za pierwszym razem zabrałam się do serialu z przekonaniem, że to najlepsza komedia sezonu i się srogo zawiodłam. Grunt to podejście :)

    Były dobre niesztampowe filmy o ślubach? Nic mi do głowy nie przychodzi poza „Cztery wesela i pogrzeb”. Masz jakieś tytuły na podorędziu?
    PS. Wiem. Nawet wpis o tym pisałam *kolejny raczek*

  • Mnie komedie pokroju Kac Vegas czy American Pie nie śmieszą, nie bawią, nie lubię ich i już. Raczej się do nich nie przekonam, chociaż od czasu do czasu oglądam, bo a nuż widelec…

    Bridesmaids oglądałam niejako z przymusu, puszczono go w autokarze. I całkiem sympatyczną komedię (to prawie jak męskie komedie bez tych żenujących dowcipów! ) zrujnowała mi owa słynna scena w salonie ślubnym. Do tej pory nie wiem, po co ona tam była.

  • Wiem, że filmy pokroju American Pie i Kac Vegas – czy innych tego typu produkcji – nie są dla wszystkich. Dlatego nikogo nie zmuszam ani nie namawiam. Sama oglądam jej jako bezmózgi relaks (coś jak czytanie Gali u dentysty :D). A to, że czasem wyciągnę z seansu daleko idące wnioski?… cóż, zmora kinomana.

    Bridesmaids – pomijając całą scenę w salonie sukien ślubnych – nie odpowiadało mi z dwóch powodów. Po pierwsze jak na komedię było mało zabawne (przynajmniej w moim odczuciu), a po drugie dlatego, że jak widać w powyższej rozmowie z Anią mam dość schematycznych filmów o ślubach, gdzie główna relacja między kobietami opiera się na zawiści, zazdrości i ukrytej wzajemenej wrogości. Tęsknie za filmami typu „Cztery Wesela i Pogrzeb” gdzie ślub nie był pretekstem do wbijania sobie noża w plecy przez dwie przyjaciółki, a radosnym, słodko-gorzkim wydarzeniem towarzysko-uczuciowym.
    A scena w Bridesmaids było po to, by udowodnić widzom, że kobiety też potrafią żartować z kupy. Co prawda nie wiem dlaczego akurat to mielibyśmy chcieć udowadniać, ale tak to interpretuję w swym Mysim móżdżku.