Filmy w moim wieku.

Mysz bierze udział w blogerskim wyzwaniu i wymienia filmy ze swojego roku urodzenia.

 
Cholibka, jak to mówił Hagrid. Miałam napisać coś o niedzielnej premierze trzeciego sezonu Teen Wolfa, ale Rusty zrobiła to lepiej. Zamiast tego zrobię wiec coś, czego prawdziwe kobiety – podobno – nigdy nie robią: przyznam się do swojego wieku.
Na subiektywnie o kinie pojawił się fajny wpis o pięciu filmach “w naszym wieku”. Mysz od razu zapaliła się do napisania czegoś podobnego… a potem przypomniała sobie, że poniekąd już takie coś popełniła przy okazji serii wpisów “Back to the 80’s” gdzie znalazło się wiele tytułów z 1988 roku. Dziś Mysz musiała się więc bardzo postarać, by wygrzebać filmy o których wcześniej przy okazji nostalgii za latami 80-tymi nie pisała. A przynajmniej nie aż tyle. Więc będzie dość eklektycznie.

The Last Temptation of Christ, czyli film który był chodzącą kontrowersją zanim Dan Brown made it cool. Mysz co prawda film obejrzała bardzo późno w swoim życiu i to już po tym, jak Dogma Kevina Smitha zdążyła wyrządzić nieodwracalne szkody moralno-religijne w moim umyśle, ale film Scorsese oparty na książce Nikosa Kazantzakisa i tak zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wbrew pozorom Dogma i “Ostatnie kuszenie…” mają wiele wspólnego w tym względzie, że oba – poniekąd – starają się ukazać Jezusa jako zwykłego człowieka, który stał się niezwykły. U Scorsese jest to tym wyraźniejsze, że jest to film dramatyczny (a nie satyryczny jak u Smitha). Mysz zawsze najbardziej lubiła te aspekty filmu, które ukazują alternatywne życie Jezusa – jego małżeństwo z Marią Magdaleną, założenie rodziny, starzenie się, itd. Ten Jezus wydawał się Myszy o wiele szczęśliwszy niż ten, który ostatecznie umiera na krzyżu. Jasne, okazuje się, że to jego szczęście było tytułowym “ostatnim kuszeniem”, ale Mysz jako osoba niewierząca jest na tyle moralnie chwiejna, że byłaby w stanie zaakceptować szczęście z rąk Szatana nad cierpienie z rąk umiłowanego Boga. Ale Mysz zawsze była dziwna. W każdym razie film bezapelacyjnie należy do kanonu Wielkiego Kina Które Należy Znać.

Die Hard, czyli narodziny kina dla prawdziwych twardzieli. Takich, co to popierdalają (pardon my french) bez skarpetek – choć nie z własnego wyboru -, dowcipnie docinają terrorystom i nie dają sobie w kaszę dmuchać nawet takim zajebistym bad guy‘om jak Hans Gruber (Alan Rickman, który technicznie rzecz biorąc ukradł Die Hard Willisowi). Bruce Willis jako John McClane zapoczątkował Myszy miłość do kina typu “zabili go i uciekł” w bardzo młodym wieku i sentyment ten pozostał we mnie do dziś. Z resztą nie bez powodu – Die Hard mimo upływu lat (i niekoniecznie dobrych kontynuacji serii) wciąż pozostaje perłą swojego gatunku. Dowcipne dialogi (“Proszę pana to jest prywatna linia policji…” “A co ja, kur*a, zamawiam pizzę?!”), świetne, lekkie kreacje aktorskie, autentycznie wciągająca fabuła, trzymająca w napięciu akcja i główny bohater, któremu trudno nie kibicować. McClane jest z resztą ciekawą postacią, bo choć to nowojorski glina, w gruncie rzeczy to typowy amerykański everyman, który musi sobie poradzić w trudnej sytuacji. I to mimo braku butów.

Torch Song Trilogy, czyli jak nakręcić historię o gejach bez zbytniej tkliwości. Mysz obejrzała TST dopiero niedawno, ale wciąż jest pod ogromnym wrażeniem. Nagrodzona Tonym sztuka, napisana i brawurowo zagrana przez Harveya Fiersteina, w wersji filmowej robi – podobno – nie mniejsze wrażenie. Mysz pisze “podobno”, bo nigdy sztuki nie widziała (choć za zobaczenie wersji z West Endu z Rupertem Gravesem w roli Alana, kochanka głównego bohatera, dałaby sobie rękę uciąć), ale biorąc pod uwagę jak cudowny jest film, sztuka musiała być przynajmniej równie dobra. Zasługa w tym Fiersteina, który pisze dialogi tak, jakby pisał autentyczne rozmowy prawdziwych ludzi. Zwłaszcza kłótnie głównego bohatera z jego nietolerancyjną matką są wyjątkowo realistycznie napisane i zagrane. Mysz nie przypomina sobie by oglądała do tej pory film, który mimo swego emocjonalnego, uczuciowego zabarwienia byłby w gruncie rzeczy tak… niesentymentalny. Oczywiście to może być kwestia osobistego odbioru, ale Mysz ani razu na filmie nie przewróciła oczami. Wręcz przeciwnie: smutno mi było, że czterogodzinną sztukę skrócono do zaledwie dwugodzinnego filmu. Mysz chciałaby więcej. Chociażby po to by móc oglądać Matthew Brodericka w tak fajnej, odważnej jak na jego młody wiek roli.


L’Ours (The Bear), czyli film z perspektywy zwierząt, opowiedziany nie przy pomocy słów, a zachowań. Jean-Jacques Annuad (o którym Mysz pisała przy okazji The Name of the Rose) nakręcił poniekąd idealny film o dzikich zwierzętach. Z jednej strony to prawdziwy dramat psychologiczny, który pozwala nam powoli poznawać naszych bohaterów – małego niedźwiadka i wielkiego grizzly, który bierze go pod swoje skrzydła. To co dokumentalne filmy przyrodniczy robią przy pomocy narratora i często dopowiedzianych historyjek, Annaud w swoim filmie robi przy pomocy autentycznych zwierzęcych zachowań. Mimo, że gdzieś w świadomości widza istnieje myśl, że są to tresowane niedźwiedzie, Annuadowi udało się ukazać taką historią i w taki sposób, że mamy wrażenie jakbyśmy naprawdę obserwowali przygody dzikich zwierząt. Mysz obejrzała ten film w bardzo młodym wieku – bo przecież nie trzeba mieć wiedzy, by zrozumieć film, w którym prawie nie ma słów, a który “czuje się sercem” – i choć nie był to łatwy seans, film utkwił w niej na długie lata. Po dziś dzień uważam “Niedźwiadka” za najlepszy film o zwierzętach, jaki powstał. I wyzywam wszystkich, którzy płakali przy Dumbo, The Lion King czy Bambi by nie płakali przy L’Ours. Jest to praktycznie niemożliwe.

Tonari no Totoro (My Neighbor Totoro), czyli Mysz oszukuje, bo już o tym filmie pisała. Ale nie mogłam się oprzeć. Jest to tak piękny i ważny kawałek kinematografii, że nie mogło go na tej liście zabraknąć. Mysz obejrzała Totoro wieeeeele wieeeele lat po jego premierze i miała do niego bardzo sceptyczne podejście. Widzicie, pierwszym filmem studia Ghibli, jaki Mysz obejrzała był Mononoke-hime (Princess Mononoke), który ujął mnie za serce swoją dziwnością, pięknem, zawiłą, pełną magii historią, złożonymi bohaterami i poważnym, choć ujętym w baśniowe ramy przesłaniem. Potem był równie magiczny Howl’s Moving Castle – czyli tak jak Mononoke poniekąd historia miłosna – i w tym kontekście koncepcja filmu o jakimś tam leśnym trollu i dwójce napastujących go dzieci wydała mi się infantylna i durna. Ale słynny obrazek przedstawiający Totoro oraz Satsuki i Mei w deszczu prześladował mnie w popkulturze na tyle długo, że wreszcie się poddałam. I dobrze. Bo My Neighbor Totoro to fenomenalny film. Mysz zresztą szybko rozgryzła na czym polegał jej problem z tym filmem – Mysz nie lubi bohaterów dziecięcych, bo jest już na tyle “duża”, że ich zabawy i zachowania wydają mi się obce i niezrozumiałe, a jednocześnie nie na tyle “duża” by mieć do dzieci otwarte, cierpliwe, ciepłe podejście. Jeśli więc dzieci nie daj boże mają jakieś pytania lub pretensje – czyli są po prostu dziećmi – to Mysz szlag trafia. A niestety w anime postacie dzieci często są wyjątkowo wkurzające. Na szczęście My Neighbor Totoro okazało się mieć niewytłumaczalny urok “Mistrza i Małgorzaty”. Say what?, zapytacie pewnie. Mysz choć wie, że Bułhakow wielkim pisarzem jest i był, to nie rozumie dlaczego “Mistrz i Małgorzata” jej się tak podobał. Mysz nie znosi takich książek, a już rosyjskich pisarzy w szczególności. Ale “Mistrza i Małgorzatę” pokochała. Podobnie ma się sytuacja przy My Neighbor Totoro – Mysz nie wie czemu kocha ten film i jest nim tak zauroczona. Po prostu jest. A fakt, że uśmiechający się Totoro – i naturalnie Catbus – kojarzy mi się z kotem z Cheshire, co z kolei kojarzy mi się z kotem-Behemotem Bułhakowa jeszcze dopełnia to zawiłe popkulturalne skojarzenie.



A jakie filmy z Waszego roku urodzenia Wy byście wymienili?
  • Zestaw zacny :) U mnie jest to banalnie prosta odpowiedź. “Poszukiwacze zaginionej arki” Film przez, który omal nie zostałem archeologiem, a na pewno zaszczepił we mnie dozgonną miłość do kina nowej przygody.

  • Mój wpis w tym temacie się pisze, ale akurat przez dziecko wróciłam do Studia Ghibli i okazało się, że choć przekonałam się do “Kiki’s Delivery Service”, tak “Tonari no Totoro” nadal mnie strasznie nudzi. Poza tym moim ulubionym filmem Ghibli nadal jest “Mimi wo Sumaseba” i nic się tej materii nie zmieniło. Zresztą moje Top 3 ładnie ilustruje ten zestaw gifów: http://tiny-doom.tumblr.com/post/52085392103/neesancute-speechless

  • Ha, ha, Lśnienie, Imperium Kontratakuje, Blues Brothers, Błękitna Laguna (ciekawe, czy to dziś dałoby się obejrzeć), Wściekły byk, Fame! Nawet nie wiedziałam, że urodziłam się w takim dobrym dla kinematografii roku ;)

  • Mysza napisała o wspaniałym roku ’88 więc ja już nie muszę :D Nagle poczułam się młodziej :)

  • *kłania się* Kwiaty prosimy zanosić do garderoby ;)
    Wspaniały wybór i – may I say – wspaniały rocznik. Choć akurat ja, ze względu na moją nieustającą miłość do Seana Connery’ego, wolę “Ostatnią krucjatę”.

  • Nie bij, ale Mysz wciąż nie widziała Whisper of the Heart (ani The Cat Returns), choć grzecznie czekają na obejrzenie. Dla mnie z kolei Kiki zawsze była zbyt infantylna, za to Totoro, choć niewątpliwie ma dłużyzny, traktuję trochę jak przyrodniczy film dokumentalny (dużo widoków przyrody, etc.) i wtedy jest absolutnie znośny.
    Czekam z niecierpliwością na Twój wpis :)

  • U mnie pojawiałby się jeszcze np. Rain Man czy Beetlejuice, więc też niczego sobie rocznik. Ale z tym Lśnieniem to żeś nieźle trafiła. Czy teraz mamy uważać, żebyś nas w pewnym momencie siekierą nie zaciukała? ;)

  • *high five* Ja ostatnio nagminnie czuję się staro. Ale nie narzekam, bo nie ma sensu. W ogólnym rozrachunku wciąż jeszcze jesteśmy młode (i piękne) :D

  • Ja miałam totalny kryzys wieku średniego, jak skończyłam 25 lat. Teraz patrzę na 25-latki jak na dzieci niemalże ;) A sama wciąż uważam, że jestem młoda i piękna… mimo wszystko.

  • No raczej… ;)

  • To jedyne właściwe podejście :)

  • Urodzić się w roku mojej ukochanej Szklanej Pułapki – zazdrość. A Torch Song Trilogy podkradnę, brzmi to niesamowicie zachęcająco.

  • Torch Song Trilogy polecam serdecznie. Mnie niezmiernie ujęło :)