IMPACTfest 2013, czyli: jak się bawić, jak się starzeć.

Mysz jest zwierzątkiem domowym, ale raz na jakiś czas wyściubia nosa z norki aby wybrać się na koncert. Tym razem padło na festiwal IMPACTfest.

Nie ma to jak praca i przyjemność, by skutecznie powstrzymać człowieka od systematycznego zamieszczania nowych notek. W związku z tym dziś będą dwie – poniższa mini-relacja z drugiego dnia festiwalu IMPACTfest oraz, w kolejnej notce, nowa blogowa zabawa, którą podłapałam na subiektywnie o kinie.

Mysz była do tej pory tylko na jednym open-air’owym festiwalu (Coke Live Music Festival, parę lat temu, gdy grali The Muse, 30 Seconds to Mars i Panic! At the Disco) i wspomina go jako jedno z fajniejszych doświadczeń swojego życia. Jasne że było zimno, ciemno i mokro, ale były tłumy ludzi w koszulkach ukochanych zespołów, którzy uśmiechali się do zupełnie obcych osób w takich samych koszulkach, piwo lejące się strumieniami, zabawa w szukanie wolnego (i w miarę czystego) Toi-Toia, kiełbaski z grilla za cenę porządnego obiadu w knajpie, tabuny komarów oraz MUZYKA. Wspaniała, jedyna w swoim rodzaju muzyka na żywo. W festiwalach na świeżym powietrzu, gdzie gra więcej niż jeden zespół jest takie nieokreślone COŚ co sprawia, że jest to doświadczenie zupełnie inne – i poniekąd lepsze – niż koncert jednego zespołu w hali czy na stadionie. Świeże powietrze, zapach grilla i piwo po 6 złotych sprawia, że nie ważne jaka jest pora roku czy pogoda, czujemy się jak na wakacjach. Skacząc w tłumie i wykrzykując słowa piosenek stajemy się chaotyczną, radosną, pełną życia i energii jednością, której niestraszne deszcz, burze czy błoto. Pomijam jak fajnym doświadczeniem jest samo zobaczenie ulubionego zespołu na żywo, ale przeżycie tego w tłumie, razem z innymi fanami, to coś, co każdy powinien przynajmniej raz w życiu poczuć.

W zeszłym roku, z Mysią psiapsiółą Martą byłyśmy na Coke’u (zwanym też Kołkiem) na obu dniach festiwalu. Byłyśmy zmęczone, zmarznięte i choć uznałyśmy to za niesamowitą przygodę, zgodnie stwierdziłyśmy, że festiwale na powietrzu to coś do czego trzeba mieć energię. Czytaj: jesteśmy na to za stare (a miałyśmy wtedy może ze 22 lata). Teraz będąc na jednym dniu festiwalu IMPACTfest – a  właściwie połowie dnia bo dotarliśmy na miejsce dopiero koło 19:00 – możemy stwierdzić, że grunt to wiedzieć JAK balować, JAK wrzeszczeć i JAK skakać, by się nie przemęczyć. Grunt to dawkować energię. A najwyraźniej im człowiek starszy tym lepiej wie, jak to robić. Więc ostatecznie rację mają ci wszyscy starzy rockmeni, którzy co roku pojawiają się Woodstockach i innych Jarocinach – balować można bez względu na wiek. Trzeba tylko wiedzieć jak.
Żeby nie było, że nas tam nie było – Mysz z Lubym na tle Paramore.

Wracają do meritum: mając tylko Kołka dla porównania stwierdzam, że IMPACTfest był zorganizowany całkiem sprawnie. Co prawda było zatrważająco mało Toi-Toii (dla Myszy to istotna kwestia), ale poza tym było bardzo w porządku. Szybka kontrola biletów, zero stania w kolejce… i, co najdziwniejsze, zero obmacywania. Organizatorzy IMPACTfest tak się na swojej stronie odgrażali, czego nie wolno wnosić (np. parasoli), ale ostatecznie nikt tego nie sprawdzał. Mysz w trakcie koncertu widziała całkiem sporo parasoli, że o aparatach fotograficznych z wymienną optyką nie wspomnę, a przecież te też były zabronione. Myszy jednak ulubionych manewrem ochronnym, praktykowanym przez obsługę festiwalu, było zabieranie na wejściu… korków od butelek. Widzicie w regulaminie stało, że można przynieść własne picie w butelkach nie większych niż 0,5l. Fajnie, prawda?… do czasu, gdy ochrona na wejściu zabiera każdemu korek. Apparently, według ochrony bardziej boli jak dostaniesz zakręconą butelką. Myszy logiczne wytłumaczenie, że jak się chce, to można też rzucić pełną ODKRĘCONĄ butelką i poczynić podobne szkody – a na dodatek zostać oblanym – zostało zignorowane. W każdym razie Mysz, Luby i Marta wyciągnęli grupowy wniosek, że KOREK JEST NAJSTRASZNIEJSZĄ BRONIĄ ŚWIATA.
 

Obowiązkowa słitaśna fotka.


Poza tym organizacja przebiegła super-sprawnie: nawet przy budkach, gdzie wymienia się pieniążki na żetony (za które kupuje się piwo) nie było kolejek, a po terenie lotniska Bemowo gdzie odbywał się festiwal regularnie chodzili członkowie obsługi, sprzątając plastikowe kubeczki, butelki, itp. Także pod względem ustawienia scen i sprzętu wszystko przebiegło bezbłędnie – dwie festiwalowe sceny (mainstage IMPACTfest i mniejsza scena tzw. Scena Eventim) pracowały “turowo”: podczas gdy na mainstage‘u Paramore kończył właśnie swój set, roadies Stereophonics ustawiali i stroili sprzęt zespołu na Scenie Eventim. W ten sposób gdy Paramore skończyło grać, ludzie tłumnie ruszyli pod scenę Eventim, gdzie w przeciągu pięciu minut pojawili się panowie z Walii.
 
Scena Eventim, jak sama nazwa – i ręka Marty – wskazują.
Przy barierce gromadzą się pierwsi fani Stereophonics.

Tu jedyne Myszy “ale”: nie rozumiem dlaczego Stereophonics – zespół znany, lubiany i szanowany od ponad 20 lat znalazł się na malutkiej scenie, podczas gdy Paramore, grające od zaledwie 10 lat, dostali miejsce na mainstage‘u. Jednak po głębszym zastanowieniu widzę w tym sens – fanami Paramore są zazwyczaj młodzi ludzie i IMPACTfest umieszczając Paramore na mainstage‘u próbował przyciągnąć więcej młodzieży na festiwal. A przynajmniej taka jest Myszy teoria. Poza tym mimo całej mojej miłości do Stereophonics nie są oni zespołem “stadionowym” jak Coldplay, i właśnie lepiej sprawdzają się w mniejszych venues. Poza tym Mysz autentycznie nie narzeka na to, że Stereophonics byli na mniejszej scenie, bo dzięki temu – i temu, że większość osób wciąż oglądała Paramore – Mysz z Lubym i Martą mogli stanąć PRZY SAMEJ BARIERCE. Co prawda byliśmy ciut z lewej ale mieliśmy absolutnie niezaburzony widok na scenę i boskich panów z Stereophonics.
Podekscytowana Mysz.
Chwila na wyjaśnienia: Mysz lubi Stereophonics od lat i jak widać z jej recenzji jest absolutnie zakochana w najnowszej płycie zespołu, którą właśnie na festiwalu promowali. Jednak głównym powodem dla którego wylądowałam na tym festiwalu – w doborowym towarzystwie – byli 30 Seconds to Mars. Mysz kiedyś, dawno-dawno, była jedną z tych nastoletnich piszczących fanek, które kochały się w Jaredzie Leto na zabój. Nadal pozostały we mnie pewne aspekty tego silnego uczucia, ale teraz po latach przekształciło się ono w coś w rodzaju stałej, lekko-nostalgicznej sympatii. Nadal ich bardzo lubię – przesłuchałam specjalnie nową płytę przed festiwalem, by wiedzieć co Marsi mają nowego w repertuarze – ale przyłapałam się na tym, że nie pamiętam już wszystkich tekstów (a Mysz ma do tekstów piosenek wręcz przerażającą pamięć).
Panowie ze Stereophonics dają walijskiego czadu.
 
Tak więc Marsi byli głównym powodem dla którego wybierałam się na festiwal. Przecież skoro pojechałam za nimi do Liverpoolu i Manchesteru, byłam na ich pierwszym polskim koncercie (Coke Live) i pierwszym warszawskim koncercie (Torwar, ale to była porażka) to i na kolejnym wypadałoby być. Zwłaszcza, że w zeszłym roku nie pojechałam na dwa koncerty w Łodzi. Jednak to Stereophonics okazali się ostatecznie najfajniejszym punktem wieczoru. I to nie tylko dla mnie, ale także dla Lubego i Marty (która była moją współ-fanką w Marsach od początku i towarzyszyła mi na wszystkich ich koncertach). Panowie z Walii nie popisywali się sceniczną rockowością ani teatralnością. Weszli na scenę, powiedzieli “We are Stereophonics“, pograli przez godzinkę z hakiem, podziękowali, powiedzieli “We are Stereophonics” i zeszli ze sceny. Brzmi nudno, prawda? Au contraire! Bo istotne jest nie to jak się zachowywali, ale jak grali! Stereophonics muzykują od 1992 roku, więc bagaż lat i doświadczeń widać i przede wszystkim słychać. Jednak nijak to nie umniejsza miłości jaką mają do tego co robią. Może nie skaczą po scenie i nie drą paszczy, ale panowie z Walii to już nie nastolatki – to stateczni mężczyźni pod (i nad) czterdziestkę. Poza tym oni nie grają “takiej” muzyki. Ich piosenki – o czym Mysz pisała przy okazji recenzji nowej płyty – to bardziej kameralne-pieśni-współczesnych-minstreli niż rock-operowo-teatralno-stadionowe hymny Coldplaya, Muse czy 30 Seconds To Mars. A jednak to właśnie przy Stereophonics Mysz i spółka bawili się najlepiej. Mysz nawet stworzyła przy barierce jednoosobowy fanklub Stereophonics, bo – i tu wcale nie przesadzam – wrzeszczałam najgłośniej z całego tłumu. A przynajmniej tak sobie wmawiam. Możliwe też, że parę razy wrzasnęłam “We love you” i wcale się tego nie wstydzę *szczeżuja*
 “Grafitti on the Train” – uwaga na ostre tąpnięcie basów.
Tak to jest jak się nagrywa pod sceną, tuż pod głośnikami.
[jakoś wyjątkowo słaba, bo większego formatu mój Internet by nie zniósł]
Stereophonics nieświadomie zrobili Myszy ogromną przyjemność grając trzy mniej znane, ale za to ogromnie przez Mysz ukochane utwory: “A Thousand Trees” (otwierające ich pierwszą płytę), “Mr. Writer” oraz “Just Looking”, które idealnie opisuje Myszy stosunek do życia. Gdyby jeszcze zagrali “Getaway” to już w ogóle bym odleciała przy tej barierce. Poza tym dostaliśmy jeszcze kilka starych kawałków – w tym słynne “Maybe Tomorrow”, które śpiewał cały tłum, “Dakota” oraz (tu Mysz podaje utwory które gorzej kojarzy, więc mogę się pomylić choć i tak nie tak bardzo, jak pewien recenzent z Onetu, który twierdzi, że Walijczycy zagrali “Have a Nice Day”, which they didn’t bo wtedy Mysz by dosłownie padła trupem) “The Bartender and the Thief”, “Local Boy in the Photograph”, “Superman”, “I Wouldn’t Believe Your Radio” oraz “More Life in a Tramps Vest”. Poza tym Stereophonics promowali też swój najnowszy krążęk “Grafitti on the Train” grając hymnowe “We Share the Same Sun”, rzewne i wzruszające “Grafitti On The Train”, cudownie narastające “Roll the Dice”, pseudo-country-bluesowe “Been Caught Cheating”, szalone “Catacomb” przy którym Mysz wywijała kudłami oraz smutną balladę “Indian Summer”.
 “We Share the Same Sun”  – jeszcze mocniejsze tąpnięcie.
Oczywiście biorę pod uwagę, że nasza dobra zabawa mogła wynikać z tego, że staliśmy przy barierce pod samą sceną, ale i tak z ręku na sercu chcę polecić na przyszłość koncerty Stereophonics. Liczę na to, Kelly Jones i spółka jeszcze kiedyś wrócą do Polski. Wtedy też koniecznie będę próbowała dostać się pod scenę. Może znowu uda mi się bezczelnie flirtować z gitarzystą, Adamem Zindani. Choć tu zdania są podzielone, bo wszyscy – zarówno Mysz, Marta, jak i Luby – byli przekonani, że to właśnie z nimi flirtował Adam. Ostatecznie postanowiliśmy wmówić sobie, że flirtował z całą naszą trójką. Frontman Stereophonics, Kelly Jones, co prawda nie flirtował zbytnio z publicznością, ale wybaczyliśmy mu to bez wielkich trudności, gdyż dzięki temu mógł skupić się na bezbłędnym operowaniu swoim cudownie chrapliwym głosem. Najwięcej szaleństwa na scenie prezentował nowy perkusista zespołu, Jamie Morrison, który musi być spokrewniony z Animalem z Muppetów, bo dawno nie widziałam by ktoś tak machał czupryną.
 Panowie flirtujący-gitarzysta Adam Zindani i skupiony wokalista, Kelly Jones.
Po Stereophonics szybciutko ruszyliśmy pod mainstage by być w samym sercu tłumu na set 30 Seconds to Mars. Z Martą mamy już pewne doświadczenie i wiemy, że jeśli chodzi o koncerty Marsów nie ma sensu oglądać ich z trybun – gdy nie można czuć wokół siebie falującego tłumu, ucieka gdzieś cała radość z bycia na koncercie. Tak więc niepomni na zgniatające nas ciała i depczące nas obute w glany stopy, spędziliśmy magiczne półtorej godziny z Jaredem, Shannonem i Tomo. Jak zwykle najwięcej hałasu robił zebrany pod samą scenę Echelon (tak nazywa się fanklub, a właściwie tzw. “rodzina” Marsów), ale im wolno – oni stali godzinami, by jako pierwsi, o 15:00 wejść na teren festiwalu i ustawić się pod samą sceną.
Mocne wejście Marsów.
 
Poza tym magia 30 Seconds to Mars wynika nie tylko z szaleństwa tłumu, ale także z osoby samego frontmana zespołu, zadziwiająco dowcipnego Jareda Leto. Gdy w pewnym momencie Jared zaczął tłumaczyć, że ulubioną potrawą jego dziadka była kiełbasa, jego ulubioną potrawą są pierogi, a Shannona (brata Jareda) polskie kobiety, tłum pokładał się ze śmiechu. Zresztą jest to niepierwszy raz gdy 30STM wyrażają swoją miłość do naszego kraju – Jared i spółka wydają się od kilku lat autentycznie zakochani w Polsce i polskich fanach.
Shannon Leto na bębnach.
 
W 30 Seconds to Mars fajne jest też to, że za punkt honoru poczytują sobie dobre interakcje z tłumem. Piosenki Marsów – zwłaszcza te nowsze – zawierają w sobie wiele chóralnych, stadionowych zaśpiewów i Jared egzekwuje je z tłumu z wirtuozerią dyrygenta.Sceniczna prezencja Jareda są z resztą tak zaraźliwa, że nawet ci festiwalowicze, którzy nie znają zbyt dobrze zespołu świetnie się na ich koncertach bawią. Jared bardzo często entuzjastycznie instruuje tłum zebrany na koncertach – kiedy skakać, kiedy machać łapkami, kiedy wrzeszczeć, kiedy skandować, kiedy śpiewać (i co śpiewać!) – dzięki czemu nawet nowicjusze mogą brać udział w zabawie i mieć przy tym frajdę. Mysz wie, bo Luby – który nie jest tak wielkim fanem Marsów jak Mysz i Marta – świetnie się na Marsach bawił. I służył Myszy za bufor, żeby jej tłum nie zgniótł *chichot*.
Tłum na koncercie Marsów dopisał.
 
Dość powiedzieć, że Marsi jak na swój dość zaawansowany wiek średni wciąż potrafią wykrzesać z siebie ogrom młodzieńczej energii i urządzić prawdziwy show. W trakcie ich koncertu na IMPACTfest w powietrze poszły wstęgi papieru, nadmuchane kolorowe piłki, a pod koniec fontanny konfetti. Na scenie odbyły się też popisy skoków akrobatycznych oraz ekwilibrystyki w gigantycznym hula-hop (polecam teledysk do “Up in the Air” żeby zobaczyć jak to wyglądało). Poza tym Jared – bless his heart – jak zwykle pod koniec koncertu wciągnął na scenę kilka szczęśliwców z tłumu, którzy mogli potańczyć do jednego z Marsowych utworów przy naszych gromkich, radosnych oklaskach.
KONFETI!
Tak jak u Stereophonics, w wypadku 30STM także dostaliśmy sporo kawałków z nowej płyty: “Birth”, “Conquistador”, “Up in the Air”, “Cit of Angels”, “End of All Days”, “Pyres of Varanasi”, “Do or Die”… Mysz co prawda żałuje, że nie było więcej naprawdę starych kawałków – do nowej płyty wciąż mam wciąż dość sceptyczne podejście – ale przynajmniej dostaliśmy akustyczne “The Kill” (przy którym Marcie i Myszy łezka się w oku zakręciła), oraz kilka utworów z przedostatniej płyty: “Alibi”, “Vox Populi”, “This is War”, “Night of the Hunter”, “Kings and Queens”, “Closer to the Edge” oraz “Search and Destroy”. I choć tym razem tłum zbyt szybko zrezygnował z oklasków i Marsi bisowali tylko raz (normalnie bisują przynajmniej dwa-trzy razy), koncert można śmiało uznać za udany. Jared i spółka obiecali, że wkrótce  wrócą do Polski na kolejni koncert… i by skonsumować więcej pierogów. Z resztą nic dziwnego, że Marsi tak kochają Polskę: ich nowy album “Love, Lust, Faith + Dreams” jak na razie jedynie u nas pokrył się złotem.
 “Night of the Hunter” czyli zabawy Jareda z publicznością.
(i ta jedna dziewczyna co mi cały czas zasłaniała)

Dzisiaj, choć ledwo mogę chodzić, bo tak bolą mnie łydki (od skakania), głos mi się załamuje jakbym była nastolatkiem przechodzącym mutacje, a kark mam ścierpnięty od wyciągania szyi, mogę zadeklarować, że warto było postać tę parę godzin wśród tłumu ludzi (i komarów). Teraz pozostaje rozważyć czy wybrać się na jakiś kolejny festiwal, czy może poczekać do listopada na koncert Jake’a Bugga w Palladium (Mysz się zachwyca od dwóch tygodni jego debiutancką płytą i ma wielką ochotę wesprzeć rozwijającą się karierę tego młodego muzyka).

A jakie są Wasze, Drodzy Czytelnicy, doświadczenia z festiwalu muzycznych? Czy też widzicie różnicę między imprezą open-air a lokalem zadaszonym? Czy przeprowadzaliście wnikliwe analizy zależności między poziomem zabawy a tym gdzie stoicie – pod sceną, w dzikim tłumie, lub daleko-daleko od sceny, gdzie jest luźno i można sobie pogadać i poobserwować koncert na telebimie? Mysz chętnie wymieni z Wami swoje doświadczenia w tym temacie.


PS. Załapaliśmy się też na set Paramore, ale Mysz zna z ich repertuaru może ze trzy piosenki na krzyż więc tylko powie, że grali dobrze, Haley Williams wciąż ślicznie śpiewa, a piosenki z ich nowej płyty wydają się strasznie fajne.

PS2. Mysz zamieściła we wpisie swoje zdjęcia i klipy, ale jeśli ktoś chce pooglądać te lepszej jakości, zrobione przez profesjonalistów, może zajrzeć tu, tu, tu, tu i tu a także na oficjalny Tumblr Marsów, gdzie zamieścili parę Instagramowych fotek.