Miłość w czasach popkultury – Romeo i Julia. Teatr Powszechny

Mysz jest istotą wrażliwą, więc wzrusza się nawet na sztukach które dobrze zna. I to nawet jeśli ma wobec konkretnego wystawienia krytyczne uwagi.

 
Dwa wpisy w jeden dzień. Myszu, czyżbyś była chora?
Eee tam. To raczej próba nadrobienia braku wpisu za wczoraj. Ale trudno było mi stukać w laptopa, skoro prosto z pracy pojechałam do Teatru Powszechnego na ich najnowszy, świeży jak chrupka bułeczka spektakl: „Romeo i Julia”.
Fabuły chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, a jeśli tak to należy grzecznie przeprosić, wyjść, nadrobić zaległości (najpierw czytamy sztukę, potem oglądamy film Zeffirellego, potem wersję z Leonardo DiCaprio, potem jeszcze czekamy na tegoroczną adaptację) i dopiero wtedy czytać dalej wpis.
I’m kidding, of course. Ale ponieważ zdradzam aspekty fabuły (ha! 400-stuletnia sztuka ma spoilery! HA!) wolę Was ostrzec niż potem zbierać baty, jak ci, co zespoilowali niektórym The Great Gatsby.

Spektakl był inny niż pozostałe na których byłam w tym roku z jednego prostego powodu: normalnie chadzam do teatru tylko w towarzystwie Lubego. Tym razem dołączyła do nas jego rodzina.
Żeby nie było: rodzinę Lubego ubóstwiam jak swoją, ale nie pierwszy i nie ostatni raz przekonuję się, że w pewnych kwestiach nasze zdania się różnią. Spektakl „Romeo i Julia” jest tego najlepszym przykładem. Choć starsze pokolenie gremialnie uznało spektakl za udany, miało także swoje uwagi: że główna para aktorska się sprawdziła średnio (jeśli dobrze zrozumiałam, wady występu złożono na karb młodego wieku i co za tym idzie braki aktorskie, przede wszystkim w emisji głosu). Że Romeo brzydki i w ogóle nie taki jak być powinien. Że zbyt dużo było płaszczenia się przed widzem – taniego przypodobania się, w postaci interpretacji tekstu lub sugestywnych gestów w pewnych scenach. Że dialogi były momentami zbyt wykrzyczane. Że starsza obsada – aktorzy będący weteranami sceny – miała niewielkie pole do popisu… The list goes on. Jedyny bezapelacyjny pozytyw, jaki się pojawił w spektaklu to scenografia.
I tu Mysz wnosi nieśmiałe veto.
Widzę sens w powyższych argumentach. Naprawdę jestem w stanie zobaczyć i zrozumieć skąd one się wzięły. Nie są one bezpodstawne. Co nie zmienia faktu, że Mysz dawno się tak żadnym spektaklem nie zachwyciła. I nie chodzi nawet o to, że to Szekspir – który Wielkim Pisarzem Był – bo jak widać po recenzji „Titus Andronicus”, także Wieszcza da się na polskiej scenie spieprzyć (pardon my frencz, ale delikatniej tego ująć nie sposób). Po prostu „Romeo i Julia” w reżyserii Grażyny Kanii jest naprawdę dobrym spektaklem.
 
Zacznijmy od początku: zdaniem Myszy cała obsada była rewelacyjna. Owszem, młodzież momentami dorabiała bardziej “ilością” niż “jakością“, ale w moim odczuciu był to zabieg zamierzony. Romeo i Julia to wszak młodzi ludzie, którzy właśnie w ten sposób nadrabiają życiowe braki i zaległości. Chcą wszystko teraz, zaraz i natychmiast, bo jak nie to foszek i niech wszyscy spadają na bambus. W tym kontekście filigranowa ale charakterna Katarzyna Maria Zielińska w roli Julii sprawdza się świetnie. W jej interpretacji Julia – która u Szekspira ma przecież 13 lat! – to jednocześnie rozmarzona, a z drugiej strony już lekko zgorzkniała dziewczyna, wplątana w konflikt nie tylko między dwoma zwaśnionymi rodami, ale także własnymi rodzicami. Mając za przyjaciółkę jedynie wyuzdaną i nadopiekuńczą piastunkę Martę – w tej roli fenomenalna Eliza Borowska – a do tego zdystansowaną, nieobecną matkę oraz despotycznego ojca, nic dziwnego, że młoda Julia niewiele tak naprawdę wie o miłości. Skąd ma się o niej dowiadywać? Z telewizji? Z gazet?… no przecież nie. Nic więc dziwnego, że gdy po raz pierwszy (i ostatecznie ostatni) wybucha w niej Wielki Uczucie, jest gotowa na naprawdę drastyczne kroki.
Z kolei Jacek Beler nie jest sztampowym Romeo. Wysoki, chaotyczny w ruchach, pełen energii i emocji całkiem sprawnie oddaje rozbuchanego, współczesnego nastolatka. Targany skrajnymi uczuciami, z prędkością błyskawicy przechodzi z ironicznego komizmu w melancholijną udrękę. Zblazowane poczucie humoru jakim Beler obdarzył Romea jest o tyleż nietypowe, co bardzo adekwatne. Choć nie jest on może szablonowym chłopakiem XXI wieku, nie da się inaczej określić jego gry niż „młodzieńcze szaleństwo”. A to, że nie jest Adonisem, bożyszczem nastolatek?… nie musi być. To nie my musimy go kochać, a Julia. My nie musimy rozumieć dlaczego Julia go kocha – wystarczy, że uświadomimy sobie, że to uczucie jest dla niej prawdziwe. Dla niego zresztą też. A to, że w oczach widza  (zwłaszcza współczesnego) to uczucie to złudzenie, zauroczenie, niemalże szaleństwo?… cóż, nie pamięta wół jak cielęciem był, jak mawia mądre przysłowie.
  
„Szaleństwo” zresztą nieźle opisuje uczucie między naszymi skazanymi na nieszczęście bohaterami. Przez lata dokonano wiele analiz sztuki Szekspira – zarówno profesjonalnych jak i amatorskich – i nie trudno dojść do wniosku, że miłość Romea i Julii to w gruncie rzeczy wygodna mrzonka. W dzisiejszym, cynicznym świecie trudno spojrzeć poważnie na szybki, pochopny związek dwojga młodych ludzi, który przez nieporozumienia i niedomówienia – błahostki! – kończy się okrutną tragedią. Przecież dzisiaj coś takiego nie mogłoby mieć miejsca. Jesteśmy zbyt zblazowani, zbyt zdystansowani. Jesteśmy mądrzejsi niż jakieś wzniosłe deklaracje i poetyckie wzloty serca. A mimo to wciąż tkwi gdzieś w nas ta malutka myśl, która mówi nam, że jest to na swój sposób piękne. Tragiczne, ale piękne. A może tylko Mysz tak ma.
 
Zresztą widziałam potwierdzenie tego wśród innych widzów spektaklu. Pomijając kilka wyjątków, widownia dzieliła się na dwa obozy: zblazowanej młodzieży, która będąc „ponad to” (bo wszyscy to już przecież znają) nie zauważyła, że ta sztuka jest przede wszystkim o nich… oraz zdystansowanej starszyzny, która także jest „ponad to”, bo przecież oni już wiedzą lepiej, są zbyt mądrzy na takie egzaltowane uniesienia. Co jest zresztą ironiczną analogią do samego spektaklu, który przecież ukazuje Romea i Julię jako tę zapatrzoną w siebie młodzież, na którą miłość spada jak grom z jasnego nieba… a ich rodziców, jako tych doświadczonych życiem cyników, którzy nie są w stanie zrozumieć pewnych rzeczy, dopóki nie jest już za późno.
  
A Mysz, mam wrażenie, tkwi gdzieś pośrodku tych dwóch grup: na tyle “stara”, by zauważyć i zrozumieć przesłanie sztuki, ale jednocześnie na tyle młoda, by wciąż dać mu się porwać. Bo wierzcie lub nie, Drodzy Czytelnicy, ale Mysz się na spektaklu wzruszyła. Choć przecież znam finał i wiem jak to się skończy, choć uważam, że Romeo i Julia zginęli niejako przez własną młodość i głupotę… gdzieś w głębi duszy płaczę nad ich losem i nad ich miłością. Możliwe, że to właśnie moja (względna) młodość sprawiła, że opuściłam teatr z o wiele lepszą opinią niż starsze pokolenie. Posiadam pewną wiedzę, ale nie jestem nią obciążona. Mam pewien dystans, ale wciąż potrafią mnie porwać młodzieńcze uniesienia.
I choć pojawiają się w spektaklu wyraźne ukłony w stronę młodszego widza, Myszy one nie przeszkadzały. Tym bardziej, że ewidentnie działają – co widać było po zatrważającej frekwencji młodzieżowej, która na spektaklu się tłumnie pojawiła. Rozumiem, że takie zagrania mogą drażnić bardziej wysublimowane gusta, ale jest w nich sens. Wbrew pozorom, nie pojawiają się one jedynie po to, by przypodobać się siedzącej na widowni młodzieży. Nie zapominajmy wszak, że Romeo i Julia też są młodzi, a to właśnie ich świat – świat ich uczuć, emocji, rozterek, problemów, kłótni – przedstawia spektakl. Poza tym nie przesadzajmy – Grażyna Kania, reżyserka „Romea i Julii” bardzo wiernie trzymała się tekstu Szekspira i dzięki bezbłędnemu wyczuciu równowagi wplotła w jego dzieło szczyptę komizmu w idealnie dobranych proporcjach. Jej dobrą rękę widać zresztą w całym spektaklu – w dopracowanej, przemyślanej grze aktorskiej, w aranżacji scen, pozbawionej zbytniej wymyślności, w scenografii… tu zresztą jest jedyny punkt, gdzie Mysz zgadza się ze starszym pokoleniem – scenografia „Romea i Julii” to cudowne studium prostoty, gdzie dzięki niewielkim środkom można osiągnąć wspaniały efekt. Ten swoisty minimalizm, ten balans między zrobieniem współczesnego show, a wysublimowaną głębią Kultury Wysokiej jest zresztą motywem przewodnim całego spektaklu. Mysz aż żałuje, że nie widziała innych spektakli w reżyserii pani Kani. Trzeba będzie mieć oko na afisze.
 
Pani Kania nie była jednak jedyną weteranką w tym spektaklu. Choć „Romeo i Julia” to spektakl o szaleństwach młodości, nie wywierałyby one takiego samego efektu, gdyby nie tło na jakim się rozgrywają. A tym tłem na deskach Teatru Powszechnego są istne aktorskie perełki. Mysz była zresztą mile zaskoczona, że po raz pierwszy postacie drugoplanowe w „Romeo i Julii” nie były jedynie pustymi marionetkami, reprezentującymi odgórnie wyznaczone w dramacie role. Każda z pojawiających się w spektaklu postaci spełnia swoją rolę niejako mimochodem – to nie charakter wynika z roli jaką spełnia w sztuce, ale to rola wynika z charakteru. Dzięki temu każda z postacią jest pełnoprawnym, pełnokrwistym człowiekiem. Mamy więc Kazimierza Kaczora jak Capulettiego, smutnego nieudacznika, który nie jest w stanie pocieszyć swojej emocjonalnie niestabilnej żony (Maria Sobaszkiewicz, w peruce która zadziwiająco upodabniała ją do królowej Elżbiety). Wśród sprzymierzeńców Romea pojawiają się – obowiązkowo – Benvolio i Mercucio. I tak jak Benvolio jest odpowiednio zarówno zabawny i strachliwy (w tej roli niezły Michał Sitarski), tak Mercucio był postacią, do której Mysz miała najwięcej pretensji. W interpretacji Sławomira Packa* zabrakło, mam wrażenie, pewnej głębi, która sprawiłaby, że scena jego śmierci wywiera odpowiednio mocne wrażenie, zamiast być tylko pierwszą z wielu tragedii. Ale aspekty komediowe granej przez siebie postaci Pacek odegrał świetnie.
 

O wiele ciekawiej od dość bezbarwnej rodziny Capulettich, prezentują się rodzice Julii, Montecchi. Anna Moskal jako matka Julii jest chyba najbardziej niedocenioną postacią. To jakimi prostymi środkami zbudowano jej postać – przy pomocy rekwizytów, pewnych umowności, niedopowiedzeń, wolnej interpretacji widzów – jest godne pozazdroszczenia. W interpretacji Moskal matka Julii to kobieta bita, nieszczęśliwa, ukrywająca się za ogromnymi okularami; to młoda żona despotycznego męża, który już jej nie pożąda. Jednocześnie to matka, nie mająca nic wspólnego z córką, której kompletnie nie rozumie, a z którą nawiązuje nic porozumienia dopiero w chwili, gdy nieszczęście córki zaczyna przypominać jej własne. Wspaniały jest też Mariusz Benoit jako ojciec Julii – despotyczny tyran, który rządzi swą rodziną jak król, nie znosząc słowa sprzeciwu. Jednocześnie widać w nim przebłyski dawnego człowieczeństwa, choć zbyt często zagłusza je (tak powszechne u dorosłych) przekonanie o własnej nieomylności. Do tego dołączmy wspomnianą już Elizę Borowską jako opiekunkę Martę – wyuzdaną, ale jednocześnie pełną autentycznej miłości do Julii, a do tego odpowiedzialną za wiele elementów komicznych spektaklu. Na koniec chyba najdziwniejsza postać spektaklu czyli Tybalt, w którego roli wystąpiła Aleksandra Bożek. Mysz długo próbowała rozgryźć dlaczego zmieniono płeć postaci, ale wszystko stało się jasne, gdy podczas walki Tybalta i Mercucia, Tybalt nagle zaczyna całować swego przeciwnika. Walka o życie zamienia się poniekąd w walkę o uczucie, równie zakazane co uczucie Romea i Julii. Zinterpretowanie zachowania Tybalta – walecznego „młodego kogucika” – jako utajonego homoseksualizmu, który wyrywa się na wolność nie tylko w postaci metaforycznej walki z samym sobą, ale także jak najbardziej fizycznej walki z obiektem jego uczuć, uważam za jeden ze sprytniejszych manewrów Grażyny Kani.
Okrągłego tuzina postaci, które pojawiają się na scenie dopełniają Mariusz Wojciechowski w roli Parysa – która to postać wiele do grania w spektaklu nie ma – oraz Jacek Braciak* w roli Ojca Laurentego. Braciak zresztą jest według Myszy kolejnym mocnym punktem spektaklu, bo w jego (dość młodzieńczej) interpretacji, Ojciec Laurenty nagle staje się głosem rozsądku całego dramatu. Nie jest jednak głosem rozsądku, który wynika z doświadczenia (to by miało miejsce gdyby postać była w starszym wieku), ale z autentycznego zrozumienia ludzkiej emocjonalności. Może się to wydawać dziwne u księdza, która przysiągł żyć w celibacie, ale w interpretacji Braciaka ma to sens. Widać od razu, że jego Ojciec Laurenty to nie wyniosły głos z ambony, ale taki ksiądz, co to pogada jak człowiek z człowiekiem, doradzi, a czasem nawet się z tobą napije.

Podsumowując: „Romeo i Julia” w Teatrze Powszechnym nie bez powodu został już okrzyknięty odkryciem sezonu, choć premierę miał zaledwie dwa tygodnie temu (31 maja). Mysz, która w tym roku sporo łazi po teatrach – dość eklektyczny repertuar sztuk mi się trafił, ale co tam! – bez cienia wątpliwości może tym opiniom przyklasnąć. Jest to spektakl na który z pewnością warto się w tym roku wybrać. Nawet jeśli wszyscy wiemy, jak to się ostatecznie skończy.
* Off topic: cały spektakl zastanawiałam się dlaczego jestem przekonana, że znam głosy Sławomira Packa i Jacka Braciaka. Okazuje się, że nie bez powodu: Braciak to głos Agenta Plikley’a z Lilo i Stitch, zaś Pacek grał zarówno Randala w Potwory i spółka jak i Pawiana w Jam Łasica. Teraz zamiast Ojca Laurentego i Mercucia widzę jednookiego kosmitę i włochatą małpę. Talk about surreal. Tego by nawet Szekspir nie wymyślił.