Mix-pop czyli mieszanka popkulturalna #1

Smörgåsbord – szwedzki stół popkultury, czyli co Mysz ostatnio obejrzała.

Od ponad tygodnia nie było wpisu. Mea culpa. Niewiele mam na swoje wytłumaczenie oprócz tego, że przypałętały mi się dokuczliwe ataki migreny, które nasilają się w pozycji siedzącej. A trudno jest pisać leżąc z laptopem na brzuchu – wierzcie mi, próbowałam. Udało mi się za to – w pozycji leżącej – nadgonić parę filmów i odcinków seriali, więc dzisiejszy wpis będzie mocno przemieszany. Pozostaje mieć nadzieję, że te *@#5*! ataki dadzą się w najbliższym czasie okiełznać. Bo brakuje mi Was, Drodzy Czytelnicy, i choć moje lenistwo kocha nicnierobienie, źle się czuję bez pisania. A więc: do klawiatury!

The 80’s. The Decade That Made Us to 6-ścioczęściowy film (pseudo)dokumentalny National Geographic, który podłapałam dzięki tattwie. Biorąc pod uwagę moją ogromną miłość do popkultury tej epoki – zwłaszcza filmów – oglądałam ten dokument z prawdziwą przyjemnością. Choć jak zauważyła tattwa jest to ujęcie dość jednostronne, bo wyłącznie z punktu widzenia Amerykanów, sposób w jaki w filmie połączono drobne, niby nic nieznaczące wydarzenia z wielkimi kulturalnymi i społecznymi zmianami jest bardzo ciekawy. Także przemieszanie tematów zmian społecznych z politcznymi, czy rozwojem kultury sprawia, że na The 80’s. raczej nie można się nudzić. Jeśli ktoś jak Mysz ma do tej epoki dużą sympatię, film jest świetny materiałem uzupełniającym pewne luki (Jim i Tammy Bakker, who knew?). Jednym z Myszy ulubionych fragmentów dokumentu były urywki filmu nakręconego w studiu muzycznym, gdzie na początku lat 80-tych Aerosmith i Run DMC nagrali słynną wersję „Walk This Way”. Uśmiech młodego, żującego gumę Steve’a Tylera będzie od teraz zawsze mi się z tą piosenką kojarzył. Niestety pomijając kilka największych filmów tego okresu (np. Wall Street), dokument National Geographic jest pod tym względem dość wybrakowany. Z drugiej strony czego się spodziewać po tak zróżnicowanym filmie, który ma tylko 6 czterdziesto-parominutowych części. Jednak jeśli ktoś chciałby się dowiedzieć czegoś więcej na temat filmów z tego okresu, to jest na to rada: Back to the 80’s [bezwstydna autopromocja, a co!]
  
 
Kolejny film z tego tygodnia także został obejrzany z czyjejś „polecanki”. Tym razem był to bardzo spójny i konkretny (jak zwykle z resztą) wpis u Rusty o remake’u Sędziego Dredda. Nie chodzi jednak o remake filmu Judge Dredd z Stalonem, tylko ponowną adaptację oryginalnego komiksu o zamaskowanym (zahełmionym?) egzekutorze sprawiedliwości. Mysz która nie zna komiksu, a film ze Stalonem widziała kiedyś w kawałkach w telewizji nie może się wypowiadać na temat tego, który jest lepszy i dlaczego, choć konsensus w Internecie jest taki, że mimo sentymentu do Stalone’a, Dredd z 2012 roku jest lepszą adaptacją/rumakiem. Ja mogę się wypowiedzieć jedynie na temat tego jakim filmem sam-w-sobie jest Dredd… i muszę z przyjemnością donieść, że jest to świetny film. Szerzej o tym pisze Rusty, więc ja jedynie nadmienię, że zachwyciła mnie strona wizualna filmu, nie doszukałam się w nim zbyt wielu rażących dziur logicznych (jak na film typu „strzelanka”), świat przedstawiony jest jednocześnie spójny i intrygujący, a główna postać – choć nie sprzyja zaangażowaniu emocjonalnemu widza – daje się nawet lubić. Co prawda Urban gra tu jedynie bardziej bezwzględną, zamaskowaną wersję dr. McCoya z Star Trek, ale nie przeszkadza to w odbiorze filmu. Choć cały czas czekałam, aż zwracając się do rekrutki Anderson zakończy jakieś zdanie słowem „dammit” (Dammit, Jim! I’m a doctor, not a judge!). W filmie świetna jest też Lena Headley (Cersei z Game of Thrones) jako dość niestereotypowa postać „tej złej” – ani zbytnio useksiona, ani zbytnio zwulgaryzowana. Po prostu twarda babka, która się nie opier*ala i robi to, co musi by przetrwać w twardym świecie Mega City One. Then again  trudno się dziwić, że ten film, choć jest filmem akcji, ma tak sprawnie napisany scenariusz, skoro odpowiedzialny za niego jest Alex Garland (28 Days Later,Sunshine, Never Let Me Go). Naprawdę polecam ten film zarówno panom jak i paniom, zwłaszcza tym które lubią takie mocne, ale zadziwiająco ładne wizualnie kino (inny przykład takiego filmu to chociażby Wanted). I naprawdę – biorąc pod uwagę jak „ładny” i autentycznie przyjemny jest to film żałuję, że nie poszłam na niego do kina. Coś mu mówi, że w wypadku Dredda nawet to cholerne 3D tylko dodałoby mu uroku.
  
 
Po twardym sędzim przyszła pora na starą klasykę. Mysz kiedyś widziała fragmenty Victor/Victoria i kojarzy film ze słyszenia, ale nigdy go nie widziała. Po seansie mogę stwierdzić, że jest to mała perełka. Naturalnie duża zasługa w tym Julie Andrews której niepodważalny urok osobisty i wspaniały głos lśnią w Victor/Victoriawyjątkowo jasno. Film odrobię trąci myszką (ha!), ale w ten rozbrajający sposób, który ze względu na francuską scenerię przywodzi mi na myśl Allo, Allo! czy filmy o Różowej Panterze. Słusznie zresztą, bo film wyreżyserował Blake Edwards (prywatnie mąż Andrews), który był odpowiedzialny za serię filmów o Inspektorze Clouseau. Ten z lekka absurdalny, bardzo fizyczny, momentami rubaszny humor towarzyszy nam z resztą przez cały film. Akompaniuje mu wspaniała, nagrodzona Oscarem muzyka Henry’ego Manciniego, z niesztampowymi tekstami Leslie Bricusse, która odpowiedzialna jest za tak wspaniałe utwory, jak m.in. piosenka do filmu Goldfinger, „Somewhere in my Memory” z Home Alone czy „Pure Imagination” z Willy Wonka and the Chocolate Factory(Bricusse z resztą często współpracowała z Johnem Williamsem). Julie Andrews w filmie wspaniale towarzyszą młody James Garner, Jonathan Rhys-Davies czy cudowny Robert Preston, który w roli Toddy’ego – „bitchy old queen” – jest niezrównany. I choć tematyka filmu oraz to jak jest ona ujęta mogą się obecnie wydawać dziwne, Victor/Victoria ma w sobie tyle cierpkiego, zdystansowanego humoru i ciepła, że trudno się podczas seansu nie uśmiechać. Zwłaszcza przy niejako otwierającej film piosence „Gay Paree” w wykonaniu Toddy’ego. To właśnie piosenki z filmu – i brawurowa rola Andrews – najsilniej utkwiły w popkulturalnej świadomości. Do tego stopnia, że nawet Kurt z Glee swego czasu odegrał na scenie wariację na temat „Le Jazz Hot” z Victor/Victoria. I choć mogą mnie za to zlinczować puryści i fani oryginału, śmiem twierdzić – z całym szacunkiem i miłością dla Julie Andrews – że Chris Colfer w swej interpretacji niemalże filmowej Victorii dorównał. A z pewnością miał więcej sass. Cóż, kwestia epoki. Ciekawa natomiast jestem jak film typu Victor/Victoriawyglądałby, gdyby nakręcono go dzisiaj.
Uroczy mash-up wersji JulieAndrews i Chrisa Colfera
W przerwie między jednym atakiem migreny a drugim udało mi się wybrać do kina na Trance Danny’ego Boyle’a. Niestety o tym filmie nie można wiele napisać, bo jest to jedno z tych dzieł, którego pod żadnym pozorem nie należy spoilować i każdy powinien sam sobie o nim wyrobić opinię. Co wcale nie znaczy, że film jakoś specjalnie polecam. Boyle ma wiele lepszych filmów niż Trance i choć zarówno James McAvoy jak i Vincent Cassel oraz Rosario Dawson *serduszka* sprawdzają się w filmie, nie jest on chyba wart pieniędzy wydanych na bilet. Mam silne wrażenie, że Boyle próbował zrobić mash-up The Thomas Crown Affair z Incepcją i dowolnym filmem gangsterskim. Film jest wyjątkowo „brytyjski” w swej konstrukcji, a także warstwie wizualnej. Co z resztą nie dziwi bo oprócz Boyle’a w filmie – od strony scenariusza – maczali palce także John Hodge (stały współpracownik Boyle’a np. przy Trainspotting czy Shallow Grave) oraz Joe Ahearne (odpowiedzialny za świetny brytyjski mini-serial o wampirach, Ultraviolet). Jest to także niepodważalnie film Boyle’a, właśnie od tej wizualnej strony – nasycone kolory, ciekawe ujęcia kamery, itd. Fabuła filmu jest sprawia wrażenie dość skomplikowanej, ale gdy dochodzimy do finału okazuje się, że tak naprawdę nie ma w tym żadnej tajemnicy, a tanie sztuczki typu smoke and mirrors. W gruncie rzeczy jest to film łatwy do rozgryzienia, co we mnie osobiście wywołału uczucie zawodu, bo po trailerze spodziewałam się więcej – tajemnicy, intrygi, trudnego orzecha do zgryzienia. A tak naprawdę przez większość seansu moją główną reakcją było „what the fuck?”. Trance ma swoje pozytywy – McAvoy jak zwykle jest świetny, a jego nieszablonowa rola sprawia, że z tym większym utęsknieniem czekam na Welcome to the Punch. Rosario Dawson sprawdza się w dramatycznej roli równie dobrze co w przegadanych, popkulturowych perełkach typu Sin Cityczy Deathproof, a na dodatek w Trance pokazuje się… jakby to ująć, w pełnej krasie. Tu z resztą ukłon dla Boyle’a, u którego kobieca nagość nie jest wulgarna czy epatująca, a jedynie wyrazem doskonałego piękna, jak bezcenny obraz. Ogromną zaletą filmu zdaniem Myszy jest za to muzyka, stworzona przez Ricka Smitha z zespołu Underworld, którego utwory często w filmach Boyle’a się pojawiają. Zgodnie z tytułem filmu – dość dwuznacznym – w Trance często przewija się szybka, rytmiczna muzyka taneczna, rzec by można nawet „transowa”. Do tego w filmie pojawiają się także inne wspaniałe utwory: „Chanson D’Amour” Arta i Dotty Toddów, „Sandman” w wykonaniu Kirsty McGee (piękne!), czy „Hold My Hand” niezawodnego Unkle’a. Pod względem fajnego przemieszania gatunków muzycznych Trancebardzo się Myszy skojarzył z Repo Men. Zainteresowanym polecam więc przede wszystkim soundtrack z dzieła Boyle’a. Sam film… już jakby mniej.
Ulubione Myszy odkrycie w tym tygodniu to jedna z tych niezależnych, mało-znanych filmowych perełek, na które tak lubię polować. Tym razem jest to The Brass Teapot debiutujących twórców Ramaa’y Mosley i Tima Macy. Zarówno w warstwie wizualnej jak i fabularnej widać, że jest to film o niewielkim budżecie, ale jak na te warunki jest on wyjątkowo sprawnie zrobiony. Historia młodego małżeństwa – Alice (Juno Temple) i Johna (Michael Angarano) – którzy znajdują magiczny czajniczek z mosiądzu nie jest może szalenie nowatorska, ale dzięki talentom młodej obsady ma w sobie wiele uroku. Choć film krytykowano za dziwne połączenie głębokiego, moralnego przesłania z lekkimi, wręcz slapstickowymi momentami, dla Myszy były to właśnie pozytywne elementy The Brass Teapot. Tego typu miszmasz w podejściu jest bardzo typowy dla kina niezależnego i Mysz nauczyła się go doceniać. Zwłaszcza, że akurat zarówno Temple jak i Angarano często już w takich filmach grywali, więc także tutaj sprawdzają się świetnie. Angarano idealnie pasuje do roli ciapowatego, sarkastycznego nieudacznik o dobrym sercu, jakich pełno we współczesnej kinematografii. Zaś Juno Temple – o której Mysz często pisze, bo filmy w których gra są zazwyczaj warte uwagi – po raz kolejny nie zawodzi, tym razem jako lekko rozbrykana, namiętna a przy tym naiwna Alice. W filmie pojawiają się także inni znani młodzi aktorzy: chociażby Alexis Bledel (Gilmore Girls), Alia Shawkat (Arrested Development), czy Bobby Moynihan (Saturday Night Live). The Brass Teapot mimo swej chaotyczności ma bardzo fajną główną oś fabularną – gdy nasi bohaterowie dowiadują się w jaki sposób magiczny czajniczek może im pomóc w finansowym kryzysie, ciekawie jest obserwować ich powolną moralną degradację. I choć w gruncie rzeczy jest wiele sposób na które dwójka ludzi może się zranić film zyskuje w momencie gdy te rany przenoszą się ze sfery fizycznej na emocjonalną. Jedyny element filmu, który mi się nie spodobał to dość stereotypowe umieszczenie kobiety w roli tej, która z dwójki małżeństwa jest bardziej podatna na „złe” podszepty czajniczka. Wszak motyw „Ewy kuszonej węża” już się w kinie conieco przejadł. Z drugiej strony wolę takie rozwiązanie, niż gdyby to Alice – moralna „dziewica” o czystym sercu – odwodziła od złego swego podatnego na niskie instynkty męża. Tak po prawdzie to Alice i John, ze wszystkimi swoimi wadami, są siebie warci i pod koniec filmu przekonujemy się, że z najgorszego zranienia można wynieść nadzieję. Jasne, to dość infantylne i naiwne, bardzo hollywoodzkie i happ-end-owe zakończenie, ale w The Brass Teapotjakoś wcale tak nie drażni. A z resztą sprawdźcie sami – Mysz jest bardzo ciekawa innych opinii na temat tego filmu.
 
Ostatnim „oglądadłem” w tygodniu była premiera trzeciego sezonu serialu Franklin & Bash. Mysz już kiedyś o tym serialu wspomniała, ale dla tych którzy nie wiedzą – to komediowy serial o dwójce prawników, którzy mimo swego wieku wciąż są w gruncie rzeczy dużymi dzieciakami. Ich podejście do prawa jest zupełnie niepoważne i szalenie showmen’śkie [that’s not a word, Myszu!], ale na szczęście swoją pokaźną dozę arogancją wyrównują ogromnym urokiem osobistym i autentycznym zaangażowaniem w prowadzone przez siebie sprawy. Poza tym dwie główne rolę grają moje sympatie z czasów młodości, czyli Breckin Meyer (Clueless) oraz Mark-Paul Gosselaar (Saved by the Bell), którzy mają na ekranie niesamowity bromance. W serialu pojawia się także Reed Diamond (Dollhouse) w roli nieprzychylnego naszym bohaterom prawnika, Damiena Karpa, a w roli szefa ich wszystkich, ekscentrycznego Stantona Infelda mamy Malcolma McDowella (A Clockwork Orange). W trzecim sezonie do stałej obsady dołącza z kolei Heathem Locklear jako Rachel King – bezwzględna nowa partnerka w firmie prawniczej, która postanawia naszych bohaterów wziąć za pyski i zmusić do traktowania prawa „serio”. Na szczęście twórcy serialu nie zmienili zbytnio formuły w trzecim sezonie i nadal czekają nas przede wszystkim dziwne sprawy sądowe – jednocześnie żywy i umarły klient, sławny cyrkowiec z bratem bliźniakiem -, świetni guest-stars, piękne kobiety (w tym nowy love interest w postaci Charlie) oraz dużo świetnych, dowcipnych dialogów. Co prawda dwa pierwsze odcinki nie są jakimś wyjątkowo mocnym otwarciem, kolejne zapowiadają się już o wiele ciekawiej. Głównie ze względu na gościnny powrót Jane Seymour, która gra matkę jednego z naszych bohaterów. Oj, będzie się u Franklina i Basha działo!
  
 
Teraz, skoro udało mi się wreszcie wystukać porządny wpis, w ramach nagrody idę obejrzeć finał Hannibala oraz premierę nowego serialu The White Queen. Potem może nadgonię wreszcie finał Da Vinci’s Demons. Na koniec zaś: maraton Battlestar Galactica(tęsknię za moją Starbuck i prezydent Roslin!).
A co Wy planujecie na ten weekend?