Mysi Manifest

I am Mouse. Hear me roar! – czyli Mysz musi się tłumaczyć i jest z tego względu bardzo zła.

 
Planowałam napisać długi wpis podsumowujący tegoroczne rozdanie nagród Tony’s, które odbyło się w minioną niedzielę. Ale potem przypomniałam sobie, że w Polsce jest raczej niewiele osób, które równie entuzjastycznie jak ja podchodzą do nagród sceny teatralnej, do której tak naprawdę nie mają dostępu. No chyba, że mają wizę i pieniądze, by kilka razy na miesiąc latać do Nowego Jorku i szwendać się po Broadwayu. Mysz gdyby była w takiej sytuacji dosłownie podskakiwałaby z uciechy.
Tak się jednak złożyło, że dzisiaj będzie – mimo wszystko – wpis o teatrze. Bo Mysz wczoraj była się ukulturalnić i ma kilka przemyśleń na ten temat. Zainteresowanych moją recenzją spektaklu „Romeo i Julia” zapraszam do kolejnego wpisu. Radzę jednak biec truchcikiem bo tutaj zaraz będzie latało pierze. Why?… Przyszła pora na swoistą „premierę”, czyli pierwszy blogowy manifest, który zdarzyło się Myszy napisać.
Kilka słów wyjaśnień: otóż Mysz kilka dni temu zasłużyła na swój pierwszy blogowy hejt. Whoa, that came out of nowehere and escalated quickly. Mianowicie zostałam oskarżona o plagiat. Nie dosłowny, ale szalenie impertynencki i w ogóle za kogo ja się uważam!
Nie próbujcie jednak tego hejtu odszukać na Mysim blogu, bo go nie znajdziecie. Pojawił się on – curiouser and curiouser – na blogu Pewnej Osoby. Nie będzie pokazywania palcami ani wymieniania nicków, bo nie o to chodzi (domyślni nawet bez tego się zorientują).
I choć zostałam wspaniale i lojalnie obroniona przez kilku czytelników – którym niniejszym z całego serca dziękuję – czuję potrzebę odparcia zawartych w hejcie oskarżeń.

MYSI MANIFEST

Drogi Hejterze:
– Mysz nazywała się Mysz zanim blog o którego kopiowanie mnie osądzasz powstał. Mysz jest Myszą od czasów liceum, czyli już prawie 10 lat. Tak zwracają się do mnie znajomi, pod taką ksywką jestem znana w fandomie. Logiczne więc, że ten określający mnie zlepek liter będzie figurował gdzieś na prowadzonym przeze mnie blogu. Co więcej nazwa i koncepcja MyszaMovie powstały zanim odkryłam blog, z którego podobno wszystko zerżnęłam. Tak więc o! *mina naburmuszonego Jigglypuffa*
– Przyznaję, że oskarżenie o papugowanie pisania w trzeciej osobie jest tyleż trafne, co krzywdzące. Owszem, nieświadomie zapatrzyłam się na styl pisania kogoś innego. Uznałam go za uroczy i sprytnie bezosobowy, dzięki czemu nawet pisząc kontrowersyjne (w moim odczuciu) teksty, nie czuję się jak gbur, szafujący na lewo i prawo swymi wzniosłymi i „jedynymi słusznymi” teoriami. Jeśli to zapożyczenie stylistyki – która w istocie ma swój początek u Cezara – zostało odczytane jako chamskie zrzynanie, przepraszam. Nie taki był mój cel. Jeśli Pewna Osoba sobie tego zażyczy, zamieszczę na blogu disclaimer, że perfidnie skopiowałam po niej pisanie w trzeciej osobie. Credit is where credit’s due.
– Uwaga o błędach ortograficznych i interpunkcyjnych mnie nie dziwi. Raczej śmieszy. Mamut Żeński Myszy ma stwierdzone wszystkie możliwe dys- dysortografię, dysgrafię, dysleksję, dyskalkulię; różne inne dys-funkcje też ma. Ja co prawda papierka na swoją ułomność nie posiadam – bo nigdy nie było ze mną tak źle bym go potrzebowała – ale najwyraźniej Matka Natura jest mściwa i sypnęła mi w Wielkim Tyglu Stworzenia szczyptę rodzinnych genów. Stąd dobre ucho po tacie i okazjonalne byki w pisaniu po mamie. Natomiast uwaga odnośnie mojej kalekiej składni jest o tyle – moim zdaniem – niesłuszna, co wytłumaczalna: Mysz jest dwujęzyczna i co za tym idzie czasem jej się gramatyka polska z angielską mieszają. Z poczynionej przez Ciebie uwagi wnoszę, że pora zrobić na blogu odpowiednie ostrzeżenie, by inni czytelnicy także nie poczuli się moją ułomną składnią zbrukani. Myślę, że już nawet mam odpowiedni tekst: UWAGA! Mysza is bilingual. Please wybaczyć wszelkie mistakes in the składnia.
… Może być? *sarkazm*
PS. Poza tym kto chciałby kopiować po kimś akurat jego skłonność do błędów ortograficznych, interpunkcyjnych i składniowych???
– Najsłabszy przedstawiony przez Ciebie zarzut, że jakoby ściągam od Pewnej Osoby Której Nicka Nie Będziemy Pisać tematy do wpisów kwituję gromkim: Are you fucking kidding me?! Pisząc bloga popkulturalnego – na dodatek takiego, który stara się być w miarę na bieżąco z obecnymi trendami i najnowszymi premierami – nie da się uniknąć pewnego podobieństwa tematów. A to, że czasem wpis z takiego lub siakiego bloga mnie zainspiruje do napisania tekstu na ten sam temat, ale z mojego punktu widzenia? Toż to SKANDAL! A to, że czasem mój punkt widzenia jest zbieżny z punktem widzenia innego blogera, może nawet tego, którego wpis mnie zainspirował?… JAK JA ŚMIEM!
Przepraszam, że niektóre (wielkie) umysły myślą podobnie. Tak się składa, że Mysz i osoba o której kopiowanie tematów wpisów mnie oskarżasz mają podobne popkulturalne zainteresowania. Poza tym nie pierwszy i nie ostatni raz zdarza się, że jeden bloger nieświadomie ukradnie drugiemu blogerowi temat. Nawet mnie już kilka razy zdarzył się, że ktoś napisał: „A bodaj Cię zaraza, Myszu. Miałem właśnie pisać o dokładnie tym samym”. Poza tym nie ukrywam, że blog Pewnej Osoby Której Nicka itd. był i jest dla mnie inspiracją. Pewna Osoba jest świetnym blogerem i naprawdę sympatycznym człowiekiem i myślę, że zapatrzenie w nią – oczywiście w granicach rozsądku – może mi jedynie wyjść na dobre.
A co do bezczelnego kopiowania komentarzy i jakoby wklejania je w swoje teksty… Are you high? Po co miałabym to robić? Może i jestem leniwa, ale nie aż tak. Owszem, czasem zdarzy się, że moja opinia wyrażona na blogu będzie zbieżna z komentarzem pana X lub dziewczyny Y, zamieszczonymi gdzieś-tam. Cholibka, no… statystyka nie jest tu po mojej stronie. Jest nas w Polsce 38,53 miliona. Wyobraź sobie, że dwie osoby – lub nie daj Boru trzy *le gasp* – mogą mieć podobne, czy nawet identyczne zdanie na jakiś temat. I wcale nie ma w tym jakiejś strasznej zmowy czy tajnego spisku.
Zaś jeśli na moim blogu pojawiło się zdanie toćka-w-toćkę takie, jak w czyimś komentarzu… cóż mogę powiedzieć? Zbieg okoliczności. GWA-RAN-TU-JĘ. Funkcja „Ctrl+C, Ctrl+V” nie do tego służy bo kopiować cudze komentarze. Służy do tego by pracowicie wklejać ilustracje i grafiki w skrzętnie, pracowicie przygotowywane wpisy. Ja naprawdę nie robię tego dla sławy. Nie robię tego dla kasy. Robię to dla siebie. Bo lubię i bo sprawia mi to frajdę. Robię to także dla Czytelników. I mam nadzieję, że mimo wszystko Drodzy Czytelnicy wiedzą, że Mysz jest kimś, kto szanuje cudzą pracę. I choć mogę czerpać z niej inspirację – lub próbować się do niej odnieść – wszystko co napiszę, napiszę od siebie. Z mojego malutkiego, dzielnego Mysiego serduszka. Howgh!