The Fast & The Trekkie – narzekania o kosmosie, samochodach i niekonsekwencji

Mysz wybrała się do kina na “Star Trek. Into Darkness” i “Fast and Furious 6”. Nie powiem: mogło być gorzej. Ale idealnie też raczej nie było.

Nie wiem jak u Was, ale u Myszy długi weekend obfitował w grillowane mięso i popkulturę. Tym razem w postaci najnowszych premier kinowych, czyli Star Trek Into Darkness oraz Fast & Furious 6. Teoretycznie dzisiaj jest niedziela – zwana też „dniem bez blogowania” – ale czuję ogromną potrzebę wypowiedzenia się na temat tych dwóch filmów. Przyznaję, że chcę na nie trochę ponarzekać, przy czym jeden z filmów wychodzi na tym lepiej niż drugi. Jeśli chcecie się przekonać, który bardziej przypadł Myszy do gustu, zapraszam do czytania (i ewentualnej polemiki).
UWAGA: here be major spoilers do filmu Star Trek Into Darkness oraz mini-spoilers (acz naprawdę tycie) do filmu Fast & Furious 6. Uwaga także na chaotyczny potok myślowy i hurtową ilość narzekania. Zostaliście ostrzeżeni!

First things first: Mysz nie zna oryginalnego Star Treka i wcale za nim nie przepada. Jak to ujął w swojej recenzji Pusiek „w kosmos wolę lecieć Sokołem Millenium niż Enterprise”. Mimo to reboot serii, który wyszedł spod ręki J.J. „I Am The Lens Flare God” Abramsa w 2009 roku niezmiernie mi przypadł do gustu. Do tego stopnia, że zaczęłam przychylniejszym okiem patrzyć na stare filmy z serii, a także TOSa czy TNG. Nie znaczy to, że od razu zamierzałam je oglądać, ale mogłam przynajmniej patrzeć na Tumblrowe gify bez uśmiechu politowania p.t. “O, stary Star Trek. How quaint“.
Biorąc więc pod uwagę moją Star-Trekową niewiedzę chyba nie byłam idealną widownią dla Star Trek Into Darkness. W wielu recenzjach – tych rzetelnych, blogowych, a nie tych w gazetach (I’m looking at you, mr. Mossakowski) – przewija się opinia, że J.J. Abrams nakręcił film, który przede wszystkim docenią fani oryginalnego Star Treka – a konkretniej Wrath of Khan – dla którego Star Trek Into Darkness jest swoistym homage. Mysz się z tym całkowicie zgadza, bo przekonała się o tym na własnej skórze.
To nie to, że ID (Into Darkness) mi się nie spodobał. Oglądałam go z prawdziwą przyjemnością i film bardzo szybko mi zleciał. Nie nudziłam się, nie gubiłam w fabule (prawie), śmiałam się we właściwych (a czasem niewłaściwych) momentach… ogólnie: było fajnie. Ale podczas gdy reboot SToglądałam po wyjściu z kina wielokrotnie i wciąż lubię robić sobie z niego powtórkę, tak nie sądzę bym kiedykolwiek wróciła do ID. No chyba, że będę sobie robić maraton powtórkowy przed Star Trek 3… który jak już spekuluje fandom będzie nosił podtytuł „Revenge of the Tribble”, bo przecież literka “T” w imieniu James T. Kirk oznacza właśnie to urocze stworzonko.
 
Choć oryginalny ST jest mi obcy, a Star Wars należą do czołówki Mysiego kanonu, idea Star-Trekowego badania kosmosu zawsze bardzo mi się podobała. Zarówno z czysto humanistycznego punktu widzenia – lepiej badać z daleka niż ingerować (ekipa Star Gate mogłaby się czegoś od nich nauczyć) – jak i w kwestiach fabularnych. Podobał mi się pomysł, że w każdym odcinku lecimy z załogą Enterprise na nową planetę, poznajemy nowe ludy, rasy, kultury, etc. I niestety pod tym względem srogo się na IDzawiodłam. A to mówi Mysz, która NIE JEST fanem ST a jedynie przeciętnym widzem. Nie chodzi więc o to, że Abrams zawiódł fanów serii, ale nawet zwykłych, przypadkowych widzów. Ktoś – pewnie nawet niejeden „ktoś” – napisał w Internecie, że ID ogląda się jak gigantyczny promo reel Abramsa dla producentów Star Wars. Na zasadzie „patrzcie, co potrafię”. I, cholera jasna, coś w tym jest. Jak na produkcję Star-Trekową w filmie jest o wiele za dużo walki. Oczywiście podejrzewam, że nawet w oryginalnym STtrafiały się odcinki, gdzie fasery (switched to stun) były w dość prężnym użyciu. Nie zmienia to faktu, że ID wydaje się iść w niewłaściwym kierunku, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę jak dobrym i spójnym z Star-Trekowym założeniem filmem był reboot. Niby Abrams pod koniec ID sugeruje, że już trzeci Star-Trekowy film będzie taki jak ma być – czyli explore space zamiast explode space – ale to trochę za mało by uznać ID za dobry film. Mysz zaczęła wręcz traktować IDjak Two Towers, czyli film „pomiędzy”, który jest dobry w kontekście pozostałych dwóch części, ale sam z siebie jest… cóż, taki sobie.
 
Nie oznacza to, że w Into Darkness nie było fajnych momentów czy całych sekwencji. Było ich całkiem sporo: większa rola Scotty’ego, Benedict Cumberbatch jako „ten zły”, cała początkowa sekwencja filmu (cold open, anyone?), odniesienia do kanonu („Dammit man, I’m a doctor, not a rocket scientist” czy jakoś tak), naprawdę świetna muzyka… the list goes on. Niestety pojawiały się też zgrzyty, jak chociażby dziury logiczne i kompletne olanie praw fizyki. Rozumiem, że mówimy o filmie z serii Star Trek i pewne suspencion of disbelief jest potrzebne, ale jeśli Mysz – która fizykę ledwie pamięta, a na dodatek jest wyjątkowo naiwnym widzem – parska co chwila śmiechem na pojawiające się na ekranie idiotyzmy, to wiedz, że coś się dzieje. Pomijam już, że najzabawniejszym dla mnie elementem filmu były Abramsowe lens flare. Jakoś w reboocie dawało radę je ignorować, ale podczas seansu ID nie zdzierżyłam, gdy trzecia z kolei „flara” przeleciała przez skupioną twarz walczącego ze swoimi emocjami Spocka. Jest filmowy artyzm i jest przesada. Abrams niestety zboczył był w stronę tego drugiego.
 
Mimo tego (zdawałoby się) przerostu formy nad treścią, film zadziwiająco dobrze się ogląda. Nie nudzi, nie plącze się jakoś strasznie, nie pokazuje efektów specjalnych i scen walki czy bitew dla samego popisania się grafiką komputerową. Oglądając film ma się wrażenie, że większość scen – nawet tych durnych – ma swoje uzasadnienie i rację bytu. Tylko że po wyjściu z kina nagle konstatujemy, że… właściwie co z tego? Gdzie jakaś głębia? Gdzie morał? Gdzie przeżywanie wydarzeń wspólnie z bohaterami?
Tu oczywiście największą Myszy pretensją jest rozwiązanie fabularne, które Mysz w skrócie zaczęła nazywać jako “myk z tribblem”. I saw it coming a mile away. W momencie gdy Jim stanął pod drzwiami reaktora, Mysz już wiedziała jak ten film się skończy. A przecież w tamtym momencie nie wiedziałam, że jest to scena toćka-w-toćkę wyjęta z Wrath of Khan – o tym dowiedziałam się kilka godzin później via gify na Tumblrze. Jednak nawet dla laika, myk z tribblem jest… cóż, unfair. Przez cały film wtłacza się nam do głowy, że Jim jest nieodpowiedzialny i musi się nauczyć tego, że wszystko ma swoje konsekwencje; że nie można wciąż liczyć na ślepy fart i mieć nadzieję, że wszyscy przetrwają kłopoty bez szwanku. No i dostajemy piękną, wzruszającą scenę śmierci, pożegnanie ze Spockiem, poświęcenie Jima… KTÓRE JEST KOMPLETNIE BEZSENSOWNE bo pięć minut później przywracają go do życia. W takim razie gdzie to poświęcenie? Okej, Jim naprawdę myślał, że się poświęca. Ale średnio-inteligentny widz, kumaty na tyle by rozkminić myk z tribblem, oglądając scenę śmierci Jima będzie wciąż myślał „no i co z tego? Przecież on zaraz ożyje. To co ja się będę przejmować jego śmiercią”. Co prawda Mysz się akurat przy tej scenie popłakała – Zachary Quinto, damn your Vulcan face! – ale mój wewnętrzny cynik chichotał przy tym bez przerwy, bo wiedziałam, że z szerszego punktu widzenia ta scena jest bez sensu. Jest pustym gestem, który zaraz zostanie zniwelowany poprzez „magiczną” super-transfuzję krwi.
 
Przyznaję, że po powrocie do domu i szybkim researchu na Tumblrze – nie ma to jak zestawy gifów, które dokładnie porównują sceny z Wrath of Khanoraz Into Darkness – zyskałam nowy poziom szacunku dla sceny śmierci Jima. Zrozumiałam, że dla fanów serii, którzy Wrath of Khan mają niemalże we krwi, scena ta jest nie dość że pięknym hołdem, to na dodatek sprytnym odwróceniem kota ogonem. Nawet dla takiego Star-Trekowego laika jak ja, ta scena była piękna i mocna. Ale ten niemalże natychmiastowy reset, który w IDzrobiono wciąż mi się nie podoba. Przynajmniej w Wrath of Khan zrobili cliffhanger.
  
Co do Khana… cały zarzut o whitewashing (więcej o tym u Rusty) uważam za wyssany z palca. Benedict „Dokładna Artykulacja” Cumberbatch był wspaniałym Khanem. Bez trudu byłam w stanie uwierzyć w jego wyższość nad innymi postaciami. Tu brawa dla Benedicta i twórców przede wszystkim za świetne sceny walki, które pomogły mi uwierzyć w „nadludzkość” Khana. Swoja drogą Cumberbatch nigdy chyba nie był tak sexy jak w tych scenach walki. I nawet ta jego wielkimi-literami-mówiona-artykulacja-każdego-osobnego-słowa była do zniesienia. Jedyne co mi w postaci Khana nie pasowało to… jego motywacja. Okej, w filmie jest to wytłumaczone całkiem sprawnie, ale Mysz – chyba z winy swojej Star-Trekowej niewiedzy – zgubiła się gdzieś pomiędzy sceną przesłuchania Khana przez Kirka, a Spockiem rozmawiającym z alternate!Spockiem (podróże w czasie lasują mi mózg!). Czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć motywacje ID Khana, a najlepiej jeszcze WoKKhana? I o co chodzi z Eugenics Wars, o których wszyscy fani ST wciąż piszą?
 
Anywho… Benedict definitywnie ukradł prawie cały film (resztę ukradł Scotty), do tego stopnia, że Mysz, która po cichu fanuje Quinto!Spocka like it’s nobody’s business była zaskoczona tym, jak blado Spock wypada przy Khanie. A może to wina Abramsa, który w IDnie dał postaciom czasu na rozwój? Okej, reboot miał nam przedstawić postacie, więc logiczne było, że spędzamy z nimi więcej czasu. Ale właśnie tych znajomych, lubianych postaci mi w IDjakby… brakowało. Niby mieliśmy Sulu, Chekova, Bonesa i Uhurę… niby mieliśmy Scotty’ego, a nawet Carol Marcus, ale jakby… mało tego było. I jakoś tak… płytko. Nawet cholera ten mój ulubiony Spock był jakiś taki… nijaki. I nie w ten fajny, logiczny, Wolkański sposób. A Uhura to już w ogóle była w filmie mocno niewykorzystana, a cała jej kłótnia-kochanków ze Spockiem była absolutnie idiotyczna. Rozumiem, że była set-upem do późniejszych emocji Spocka podczas śmierci Jima, ale i tak cała ta kłótnia wydawała mi się bez sensu. Że już w ogóle o scenie Carol-w-staniku-push-up, ogoniastych kosmitkach w łóżku Jima i uprzedmiotawianiu kobiet w nowym ST nie wspomnę.
 
To add insult to injury, byliśmy na seansie 3D. I tak jak Iron Man 3 jest przykładem na to jak sprawnie zrobić film trójwymiarowy, to Star Trek Into Darkness jest przykładem na to, jak tego nie robić. Nie wiem czy to wina kina w którym byliśmy – *kaszl*Sadyba*kaszl* – ale zarówno obraz jak i napisy strasznie nam się wszystkim rozjeżdżały. Tak po prawdzie jedyne do czego Mysz nie miała zarzutów w tym filmie to zajebista muzyka oraz cudownie czyste, nasycone kolory. Nie żartuję gdy mówię, że mogłam się przeglądać w błękitnych jeziorach oczu Kirka.
Jak na hołd złożony przez jednego fana (Abrams) innym fanom (publiczność znająca i lubiąca oryginalny kanon Star Treka) film jest fajny, choć wciąż nie najlepszy. Jako film dla zwykłego kinomana, star-trekowego laika film jest mocno taki sobie. Choć jak pisze Zwierz, wszystko zależy od tego z jakim zasobem wiedzy idzie się na Star Trek Into Darkness do kina.
No dobrze, to tyle narzekań Myszy-laika. A co sądzą truefani Star Trekowego uniwersum? A może wypowie się jakiś inny laik? Może komuś się cały film podobał, totalnie bez zastrzeżeń?… chętnie się dowiem.
 ——————————————————————————————
Teraz pora ponabijać się z Fast & Furious 6. Żeby nie było: Mysz kocha tę serię i bawiła się na filmie prześwietnie – wyszłam z kina z prawdziwym bananem na pyszczku. Nie zmienia to faktu, że moje suspencion of disbelief podczas seansu wyło ze śmiechu. Jeśli nakręciłeś film akcji “na poważnie” (co prawda z elementami komediowymi, ale jednak “na poważnie”) i mniej więcej w połowie filmu cała sala wybucha histerycznym śmiechem, to znaczy, że gdzieś przesadziłeś. Twórcy F&F6 najwyraźniej postanowili pójść w stronę filmów takich jak The Expendables, bo poziom nieprawdopodobności niektórych scen był wręcz niezamierzenie komiczny.
Jednak tam, gdzie w Star Trek Into Darkness brak logiki i zaprzeczanie prawom fizyki drażni, w F&F6jedynie bawi (pas startowy ciągnący się prze całą Europę! Ludzkie-polatuchy!). Mimo niezamierzonej niepoważności i zadziwiającej przewidywalności, nowy film z serii o szybkich samochodach ogląda się z naprawdę ogromną przyjemnością. Główna zasługa tkwi w autentycznej miłości i szacunku, jaki zarówno twórcy (Justin Lin i Chris Morgan – reżyser oraz scenarzysta wszystkich filmów z serii F&F od czasów Tokyo Drift) jak i obsada mają do tej serii. Pod tym względem F&F6 przypomina składankę „the greatest hits” – mamy znane z poprzednich części postacie (w tym nawet ukłony w stronę pobocznych postaci z filmowej czwórki), mamy wiele odniesień i hołdów w stronę pierwszego filmu, chociażby w postaci uroczej, jedynie ociupinkę sentymentalnej końcówki. I choć po sześciu filmach takie „zatoczenie koła” wydaje się too little too late, fajnie zobaczyć starych znajomych na starych śmieciach.
 
Szkoda jedynie, że powrót do starych, sprawdzonych schematów – chociażby w postaci podkreślania ważności wyścigowej „rodziny”, czy ponownej obecności na ekranie Michelle Rodriguez, czyli filmowej Letty – nie objął także fabuły F&F6. Twórcy serii przejście z filmów o dość niszowej tematyce – nielegalne, undergroundowe wyścigi samochodów – w bardziej wszechstronne rejony „heist movies” tłumaczyli tym, że nie chcieli alienować widzów, których nie interesuje tematyka nielegalnych wyścigów. Przekładając z Hollywoodzkiego na nasze: chcieli natrzaskać więcej kasy poprzez zwiększenie oglądalności. Mysz to trochę drażni z dwóch powodów. Po pierwsze: nielegalne wyścigi samochodowe są dokładnie TYM POWODEM dla którego zaczęłam oglądać serię F&F in the first place. W F&F6jest tylko jedna scena prawdziwego, undergroundowego pościgu i zarówno Mysz jak i znajomi z którymi się wybrała do kina stwierdzili zgodnie, że był to najlepszy fragment filmu. Właśnie dlatego, że najbardziej bezpośrednio nawiązywał do samej -istoty- serii F&F: wyścigów. Myszuważa, że właśnie chęć poznania świata nielegalnych wyścigów, innej niż nasza subkultury, było i jest najmocniejszą stroną filmu (pomijając oczywiście świetne postacie i dobrą obsadę). Właśnie ze względu na „poznawanie innej kultury” Mysz najbardziej z całej serii lubi Tokyo Drift, bo tam nie dość, że dostajemy nielegalne wyścigi to jeszcze spojrzenie na tę subkulturę w kontekście “obcej” kultury – kultury japońskiej.
Drugim powodem dla którego takie rozszerzenie mi się nie podoba jest zbytnie skojarzenie z filmami typu The Italian Job czy The French Connection. Takie kino ma już swój „kanon” i nie widzę sensu by teraz, po latach, zmieniać F&F w coś, czym nie jest. Why fix something that isn’t broken?… tylko dla kasy? Eeee, nieładnie. Dla mnie jest to o tyle bardziej niezrozumiałe, że by zrozumieć F&F6– które już jest bardziej „heist movie” niż „illegal street-racing movie” – naprawdę trzeba znać resztę serii, a wręcz być z nią w miarę na bieżąco. Zwłaszcza, że w szóstym filmie postacie znane fanom serii – ale nie nowym widzom – nie są wcale na nowo przedstawiane. Ba, mogę się założyć, że jeśli widz nie zna poprzednich filmów z serii to nie zrozumie ani kto jest kim, ani o co w filmie chodzi. Nie kumam więc w jaki sposób rozszerzenie tematyki filmów ma pomóc przyciągnąć nowych widzów. Mało który kinoman widząc numerek „7” na plakacie, pójdzie na film nie obejrzawszy najpierw poprzednich sześciu. A jeśli już je obejrzy, jestem przekonana, że zakocha się w nielegalnych wyścigach. Więc pytam raz jeszcze: po co „naprawiać” coś, co wcale nie jest zepsute?
 
Odejście od starego schematu martwi mnie tym bardziej, że Justin Lin nie będzie reżyserował kolejnej części F&F. Zastąpi go James Wan, czyli facet odpowiedzialny za reżyserię pierwszego Saw oraz produkcję wszystkich kolejnych części horrorowej heptalogii. Mysz akurat bardzo lubi Saw jako filmową serię i uważa, że świetnie zachowano tam ciągłość, wplatając nawiązania do poprzednich części w sposób, który zadowalał true fanówi. I nie miałabym nic przeciwko Wanowi jako reżyserowi kolejnego F&F gdyby nie dwie sprawy:
a) facet wchodzi w siódmą część już establishowanej serii i jest to jego PIERWSZY film z tego gatunku (Wan głównie trzymał się horrorów),
b) seria jest w trakcie swoistego rebrandingu i bardzo łatwo będzie ją pokierować w kierunku, który nie spodoba się oryginalnym fanom.
Połączmy więc brak doświadczenia ze zmianą stabilnego kursu, jakiego do tej pory trzymała seria F&F i otrzymamy przepis na katastrofę. Ufam, że Vin Diesel i Paul Walker – weterani serii – którzy już zapowiedzieli swój udział w siódmej części, będą w stanie wziąć pana Wana za rączkę i w razie czego powstrzymać go od zmasakrowania „serca” i istoty serii F&F. Zwłaszcza, że F&F7 ma być bezpośrednią kontynuacją wątków z części szóstej.
Ale skoro przy siódmej części jesteśmy… jaki sens ma to „zatoczenie koła” które dostajemy pod koniec szóstej części, skoro wiemy że będzie siódma i zaraz cała heca zacznie się od nowa? Widać tu tę samą niekonsekwencję co w Star Trek Into Darkness – cały film dążą do pewnej mocnej, emocjonalnej, wzruszającej sceny, by potem w ostatnim momencie zrobić reset. Na dodatek w F&F6dostajemy scenę po napisach, która wiele komplikuje. Głównie w głowach widzów, a nie życiu bohaterów. Po pierwsze nie wszyscy widzowie wiedzą – lub pamiętają – że według wewnętrznej chronologii świata F&F, Tokyo Drift nie jest trzecim filmem, a wypada właśnie między szóstką a siódemką. Co więcej – osoba, która w tej scenie po napisach się pojawia, jest znana z grania w innej serii filmów o szybkich samochodach. W Myszy głowie natychmiast zrodziło się pytanie czy w takim razie dostaniemy crossover, ale szybki research w Internecie (jeśli nie lubicie spoilerów, nie patrzcie na listę obsady na IMDb!) wyjaśnił, że osoba ta ma sprytnie połączyć trójkę, szóstkę i siódemkę w jedną spójną całość. Co prawda proweniencja tej „tajemniczej postaci” wydaje mi się SZALENIE naciągana (pachnie brazylijską telenowelę), ale ponieważ lubię tego aktora, z przyjemnością zobaczę jak wypadnie w roli „tego złego”.
 
A właśnie skoro o złym mowa – w F&F6 gra go Luke Evans i mimo całej mojej sympatii dla tego pana muszę stwierdzić, że w ogóle się w filmie nie popisał. Jako Owen Shaw nie wywiera na widzach żadnego wrażenia oprócz, ewentualnie, lekkiego zniesmaczenia. Przynajmniej taka była reakcja Myszy. Ale ja mam z tą postacią (nie aktorem) osobisty problem, bo bardzo nie lubię gdy główny zły uważa się za lepszego od naszych bohaterów, a w rzeczywistości jedyna przewaga jaką ma to wcale nie lepszy skill (w tym wypadku umiejętność ścigania), a jedynie nowinki technologiczne i wszelkie elektroniczne ulepszenia. Według Myszy jeśli chcesz być pamiętnym złym w serii F&F to musisz umieć się ścigać. Kropka. Pod tym względem Shaw Torrettowi nawet do pięt nie dorasta, a jedyny powód dla którego wygrywa pościgi to kantowanie. I mean każdy jest w stanie podrasować samochód a’la Formuła 1 i użyć go do niecnych celów. Ale prześcignąć Torretto, fair and square?… zapomnij, Owen. Jesteś za cienki Bolek.
Tak więc dla takich postaci jak Shaw Mysz ma jedynie pogardę i ciepłe „spierdalaj”. Z pewnością nie będę się nim zachwycała, a tym bardziej traktowała jako poważnego przeciwnika dla naszych bohaterów. Chyba także dlatego Tokyo Drift jest jednym z moich ulubionych filmów w serii – bo tam „ten zły” rzeczywiście umie się ścigać. Tak więc mimo najszczerszych chęci, Evans jako ten chłodny, oślizgły, I’m-better-than-youbrytyjski villain nie robi na widzach żadnego wrażenia. Zapominamy o nim, gdy tylko znika z ekranu.
 
Z dodatkowych postaci świetnie się za to sprawdza Gina Carano w roli nowej, etatowej female ass-kicker. Jej scena walki w metrze z inną zajebistą postacią z serii jest chyba najlepszą sceną walki w filmie (pomijając ostateczną rozpierduchę pod koniec filmu, która jest zajebista, bo jest zajebista).
Mam też inny problem z F&F6. Mimo iż Shaw parokrotnie pokazuje swoją przewagę nad naszymi bohaterami, wręcz wprasowując ich w ściany, jako widzowie ani razu nie obawiamy się o życie naszych ulubieńców. Nie chodzi o to, że sceny są niewiarygodne, bo choć tak jest, wciąż są one w stanie wywołać pewne emocje (Mysz ze dwa razy się zmartwiła czy np. bohater się nie połamie lub nie potnie odłamkami szkła). Jednak fakt, że jest to już któryś film z serii + wiemy już, że kolejny film powstanie, sprawia że kompletnie nie czujemy potrzeby inwestowania naszych emocji w losy bohaterów. Przecież i tak wiemy, że przeżyją. [większy spoiler] Okej, na ekranie widzimy jedną śmierć, ale dla fanów serii jest ona logicznym ciągiem przyczynowo-skutkowym i nie dało się jej uniknąć. Ale nawet to uszczuplenie grupy bohaterów nie jest jakoś strasznie bolesne [/większy spoiler]. Wiemy, że wygrają „ci dobrzy”, wszystko skończy się szczęśliwie, miłość zwycięży, a samochody nadal będą śliczne. Tylko jakby… co z tego?
 
Brakuje mi trochę czasów F&F-owej jedynki – czy właśnie Tokyo Drift – gdzie bohaterowie ścigali się bardziej o honor, niż o pieniądze. Co prawda w F&F6 głównym tematem przewodnim jest rodzina i chęć zachowania jej w komplecie, ale powolna zmiana koncepcji z „underground racing movie” na „heist movie” sprawia, że tak istotne dla Torretto – wszak głównego „pnia” serii – pojęcie honoru staje się nieistotne. Autentycznie tęsknię za prostszymi czasami, gdy w F&F chodziło tylko o piękne samochody, szybkie kobiety… stój, wróć! Piękne kobiety, szybkie samochody i honor street-racera. Ta nostalgia jest tym silniejsza właśnie z tego powodu, że F&F6 bardzo często do poprzednich filmów z serii się odnosi.
Kolejny powód dla którego F&F6 tak bardzo Myszy przypominał Tokyo Drift to muzyka – dawno w serii nie było filmu z tak dobrą muzyką. Mamy świetne „We Own It (Fast& Furious) Wiz Khalify które leci podczas czołówki filmu – z resztą genialnej, bo nawiązującej do poprzednich filmów w serii. Ciekawie się tę czołówkę ogląda zwłaszcza pod względem tego, jak zestarzeli się nasi ulubieńcy. Chociaż Vin Diesel jest jak wino – im starszy tym lepszy (a w F&F6 jest jedna scena – w nocy na pustym placu – gdzie oszczędne aktorstwo Diesela błyszczy wyjątkowo mocno).
Jest też bezpośredni hołd dla Tokyo Drift w postaci utworu „Bandoleros” Dona Omara. Jednak najlepszym kawałkiem pozostaje techno-taneczne „Here We Go/Quasare (Hybrid Remix) Hard Rock Sofa feat. Swanky Tunes, które leci w najfajniejszej scenie ulicznego wyścigu. Dobrym kawałkiem jest też „Roll It Up” The Crystal Method, które niezmiernie przypomina soundtrack do Blade Trinity. Mysz, która soundtrack z Tokyo Drift uznaje za najlepszy z serii, z czystym sercem umieszcza soundtrack z F&F6 tylko jedno oczko niżej. Jakby na to nie patrzeć: na sześć filmów to i tak niezłe osiągnięcie.
Tak narzekam i narzekam – jednocześnie próbując uniknąć dużych spoilerów – i konstatuję jak to musi brzmieć. Ale nie dajcie się zwieść: Myszy Fast & Furious 6 się niezmiernie podobał (bardziej nawet niż Fast 5) i z niecierpliwością oczekuję na F&F7. Tylko momentami, jako zagorzała fanka serii o ulicznych wyścigach, łapie mnie nostalgia za starymi czasami. Tym silniejsza, że F&F6 jest wspaniałym – pełnym serca, szacunku, miłości, autentycznie zabawnego humoru i dobrej akcji – hołdem złożonym filmom o samochodach. Tych szybkich i tych wściekłych.
Ciekawa jestem tylko gdzie będą się ścigać w siódemce. Były już Stany, był Meksyk, było Rio de Janeiro, była Moskwa, Londyn (piękny, nocny, oświetlony neonami Londyn), była część Europy, była Azja (ach, Tokyo)… dla siódemki pozostają Chiny z Wielkim Murem (a’la Lara Croft Tomb Raider: The Cradle of Life), Indie, Afryka albo – mój faworyt – Australia.
A jaki kraj Wy obstawiacie? No i jakie były Wasze wrażenia po obejrzeniu Fast & Furious 6? Czy są wśród Drogich Czytelników równie zagorzali fani serii F&F co Mysz?