Wojna angielsko-angielska pod herbem białym/czerwonym.

Mysz o serialowej ekranizacji powieści Philippy Gregory, “The White Queen”.

Pisanie jest trudne. Nie wiem czy to kwestia nawału pracy, zbliżającego się remontu czy tego że jak tylko siadam do komputera dopada mnie migrena, ale ostatnimi czasy regularne pisanie wpisów stało się szalenie kłopotliwe. Niektórzy mogli z resztą zauważyć, że wpisy nie pojawiają się (prawie) codziennie, jak kiedyś. Smutno mi z tego powodu, ale nie zamierzam przepraszać, bo akurat wyjątkowo życie i zdrowie sprzysięgły się przeciwko mnie i niewiele mogę na to poradzić. Ostatnio jednak trafiłam na naprawdę dobry serial, wart polecenia. Zagryzam więc zęby, łykam procha na ból głowy i piszę. A przynajmniej próbuję.

The White Queen to nie pierwsze ekranowe dzieło oparte na książkach Philippy Gregory. Kilka lat temu w kinach triumfy święcił film The Other Boleyn Girl, który bazował na książce pod tym samym tytułem. Mysz wie, że Gregory jest często oskarżana o historyczne nieścisłości w swych książkach (zwłaszcza gdy pisze o dynastii Tudorów, o Annie Boleyn w szczególności), ale nie mogę się na ten temat wypowiedzieć, bo jej książek nigdy nie czytałam. Kusiło mnie parę razy w American Bookstore by je kupić, ale wizja historical fiction mnie nieodmiennie odstrasza (do dziś jest tylko jedna książka z tego gatunku którą przeczytałam i jest to “Poślubiona Borgii” Jane Kalogridis – swoją drogą polecam, bo jest świetna). Nie jestem też w stanie ocenić czy poza byciem na bakier z historyczną zgodnością Philippa Gregory jest dobrą pisarką. Podejrzewam jednak, że tak, skoro jej książki są popularne, dość powszechnie chwalone za wiarygodnie napisanie postacie żeńskie, oraz trafiają na kinowy i telewizyjny ekran (wiem, że to nie jest prawdziwy wyznacznik wartości książki, ale coś w jej pisarstwie musi być, skoro ekranizują jej dzieła).


Do filmu The Other Boleyn Girl musiałam robić dwa podejścia. Nawet cudowna obsada w postaci Natalie Portman i Scarlet Johansson nie była mnie w stanie przekonać. Dopiero krótka ale intensywna faza na Lee Pace’a pomogła mi się przemóc. Film jest świetnie nakręcony i fabule niewiele można zarzucić, ale to co mi w nim przeszkadza to to, że postacie kobiecie, które miały być tak wspaniale zarysowane – silne, inteligentne, przebiegłe, itd. – były właściwie nijakie. Nie wiem czy to wina aktorek (wątpię), czy reżysera (możliwe), czy materiału źródłowego (nie wiem?)… dość powiedzieć, że The Other Boleyn Girl mnie nie zachwyciło. No chyba, że mówimy o strojach.

Nic więc dziwnego, że wzbraniałam się przed obejrzeniem pilotażowego odcinka seriali The White Queen. Moje sceptyczne podejście wiązało się także z tym, że pomijając Spartacusa i ostatnio Da Vinci’s Demons, Mysz szybko się nudzi serialami historycznymi. Nigdy nie skończyłam pierwszego sezonu Borgias, i mimo mojej ogromnej sympatii do postaci Henryka VIII (a właściwie jego żon) oraz świetnej obsady wysiadłam przed końcem pierwszego sezonu The Tudors. Nawet do Rome próbuję się zabrać od lat… bez powodzenia. Najwyraźniej jest coś w serialach historycznych, co mnie prędzej czy później zniechęca. Intrygi polityczne? Ciągłe zmienianie frontów i dwulicowość postaci? Skomplikowane i zawiłe rodowody? Wybujałe drzewa genealogiczne? Brak możliwości odniesienia życiowych dylematów postaci do współczesnych realiów?… powodów może być wiele, a najprawdopodobniej winny jest każdy z nich po trochu. Tym milszą niespodzianką był zachwyt jaki wywołał we mnie dwa pierwsze odcinki The White Queen.


Um… spoilery do wydarzeń historycznych?
*tłumi śmiech poduszką*
  
 
Serial stacji BBC One oparty jest na trzech książkach Philippy Gregory: “The White Queen”, “The Red Queen” oraz “The Kingmaker’s Daughter” i w związku z tym – wbrew tytułowi – skupia się na losach trzech kobiet, które odegrały rolę w Wojnie Dwóch Róż. Są to:
– Elizabeth Woodville, żonie króla Edwarda IV,
– Margaret Beaufort zwana “Czerwoną Królową”, matka Henryka Tudora (czyli Henryka VII)
– oraz Anne Neville, córka Lorda Warwicka (tzw. Kingmakera).

Zdaję sobie sprawę, że te wszystkie rodzinne koneksje i zawirowania mogą przysporzyć o ból głowy. God knows – Wojna Dwóch Róż to jeden z najbardziej burzliwych okresów w historii Anglii, gdzie królowie zmieniani byli jak rękawiczki, a co drugi piesszlachcic miał na imię BurekHenryk. Z resztą nagromadzenie Henryków, Edwardów i Ryszardów, numeracja kolejnych króli oraz wymiennie używane tytuły szlacheckie (często należące do tej samej osoby) są tym, co mnie najbardziej w tego typu dziełach denerwuje. Nie wiem jak Wy, ale ja nie znoszę, gdy oglądając serial/film lub czytając książkę muszę mieć otwartą Wikipedię by móc się szybko zorientować kto jest kim i dlaczego akurat tej osoby mam nie lubić (bo to nie zawsze jest jasne). Dlatego między innymi podoba mi się The White Queen – dzięki powolnemu rozwojowi fabuły oraz wyraźnym staraniom, by nie komplikować sytuacji zbytnim nagromadzeniem bohaterów, łatwo się zorientować kto jest kim. Poza tym dla Myszy – która jest poniekąd wzrokowcem – przyporządkowanie twarzy aktorów do historycznych postaci sprawia, że o wiele łatwiej je rozróżnić i pamiętać kto jest kim. A w zawiłych, politycznych intrygach, gdzie co chwila ktoś komuś odbiera tytuł szlachecki albo wbija nóż w plecy jest to nader istotne.

O tym, że Wojna Dwóch Róż jest fascynującym okresem w historii Anglii, wie chyba każdy (a jeśli nie, to znaczy że nie jest fanem historii). Nic więc dziwnego, że serial musi często rezygnować z przedstawiania pewnych wydarzeń lub przeskakiwać o kilka miesięcy/lat do przodu, by móc zmieścić się w dziesięciu zaplanowanych odcinkach. Sama ilość postaci pierwszo- i drugo-planowych sprawia, że naprawdę jest co opowiadać i pokazywać na ekranie. Nie można więc narzekać na tempo akcji. Wręcz przeciwnie: czasem skondensowanie historycznych wydarzeń sprawia, że w przeciągu minuty dana postać może trzy razy zmieniać swoje polityczne przekonania. Momentami jest to komiczne – a momentami rozpraszające – ale dzięki temu serial właściwie nie nudzi. Los każdej postaci może się w dowolnej chwili odwrócić o 180 stopni. Taki to z resztą był okres, gdzie w jednej chwili było się kochanką z pospólstwa, a w następnej królową.

Tym co Myszy najbardziej się podoba w The White Queen jest to, że choć Wojna Dwóch Róż skupiała się głównie na ciągłych roszadach królów – jakby nie było mężczyzn – serial opowiada o kobietach, które w tym okresie odegrały równie istotną rolę. Zaletą serialu (a może i książki na której bazuje) jest to, że postacie kobiece rzeczywiście są na ekranie świetnie pokazane – każda postać żeńska jest nie dość że świetnie napisana to jeszcze wspaniale zagrana. Ale czego się spodziewać, gdy dostajemy tak cudowną brytyjską obsadę?

Mamy więc Rebeccę Ferguson jako Elizabeth Woodville – “białą królową” – kobietę z ludu,  która w tajemnicy bierze ślub z królem Edwardem IV. Elizabeth jest zadziwiająco sympatyczną postacią o szalenie ujmującym uśmiechu (zdaniem Myszy). Z jednej strony to kobieta o zaskakująco silnej woli, ale z drugiej strony to po prostu szaleńczo zakochana dziewczyna, która z miłości popełnia wiele błędów. Radą i pociechą służy jej matka, Lady Jacquetta Rivers (Janet McTeer), Myszy ulubiona żeńska postać. To jedna z tych spokojnych, statecznych matron, u których na pierwszy rzut oka nie widać ukrytej wewnętrznej stali i hartu ducha. Scena między nią a Lady Cecily Neville (Caroline Goodall), matką króla Edwarda, w finale pierwszego odcinka jest absolutnie wspaniała! Lady Jacquetta jest to także jedną z wielu postaci kobiecych, które w The White Queen tylko z pozoru dają się rządzić mężczyznom, a w istocie są dowodem na ludowe porzekadło, że “mężczyzna jest głową rodziny, ale kobieta jest szyją, która głową kręci”. Dziwi mnie co prawda mocno podkreślany aspekt wieszczych i magicznych zdolności zarówno Elizabeth jak i jej matki, ale wprowadza to przyjemny akcent mistycyzmu w dość standardowe wątki polityczne. Skojarzenia z The Mists of Avalon, które pod tym względem same mi się nasuwają też serialowi nie szkodą.
Lord i Lady Rivers, rodzice Elizabeth.

Akurat politycznych intryg jest w serialu istny ogrom i każda z postaci chciałaby mieć w nich swój udział. Nic dziwnego, że Elizabeth – która w pierwszym odcinku wydawała się dość silną, choć podatną na sugestie matki postacią – w drugim odcinku, już jako królowa, nagle staje się pionkiem w cudzych grach. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że to wciąż dość młoda kobieta, pochodząca z ludu i machlojki możnowładców mają prawo ją przerastać. Zwłaszcza gdy podszepty jej własnej rodziny przestają mieć na sercu dobro Elizabeth, a zaczynają skupiać się na zwiększeniu prestiżu rodu Riversów.


Druga istotna kobieca postać w serialu to Margaret Beaufort czyli tzw. “czerwona królowa”.
To skończona religijna fanatyczka i dewotka, i Mysz znienawidziła by ją na miejscu, gdyby nie to, że jest ona fascynującą, wspaniale zagraną postacią (tu ukłony w stronę grającej jej Amandy Hale). Co więcej, Margaraet nie jest taką jednowymiarową postacią jakby się wydawało na pierwszy rzut oka – pod powłoką duchowości i poświęcenia, czai się nieszczęśliwa młoda kobieta, która z woli matki po raz kolejny wychodzi za mąż, za mężczyznę, którego nie kocha. W tym kontekście jej religijne wizje – w których jej syn, Henryk Tudor, zasiada na tronie – nie mogą być poczytane wyłącznie za religijny fanatyzm. Łatwo się domyślić, iż wizje te podsyca chęć dopieczenia matce, pokazania jej “kto jest lepszy”. Mimo antypatii jaką darzę tę postać, szalenie przyjemnie jest ją oglądać na ekranie. Najwyraźniej jest to jedna z tych postaci, które aż kocha się nienawidzić.

Trzecia figura w tej rozgrywce to młodziutka Lady Anne Neville (Faye Marsay), córka Lorda Warwicka. Warwick, będący doradcą i najbardziej zaufanym człowiekiem króla Edwarda, jest katalizatorem największych politycznych zagrań, zarówno w serialu jak i historii Anglii. To on, powodowany chęcią zwiększania swych wpływów, a także zniesmaczony “buntem” Edwarda (który poślubił Elizabeth w tajemnicy, wbrew radom Warwicka) dopuszcza się zdrady. Jego młodsza córka, Anne oraz starsza, Isabelle (Eleanor Tomlinson) stają się pionkami w jego grze o tron. Ciekawe jest tutaj to, że choć to Isabelle wychodzi za starszego z braci Edwarda, George’a, uzurpatora do tronu, to ostatecznie Anne, ta młodsza i wydawałoby się bardziej poboczna postać, odgrywa znacznie większą rolę.

Oprócz głównej trójcy serialu są także inne postacie kobiecie, które odgrywają ważne dla fabuły, choć subtelniejsze w swym oddziaływaniu role – matka Margaret Beaufort, żona Lorda Warwicka, (była) królowa Margaret of Anjou… Dość powiedzieć, że w serialu nie brakuje silnych kobiecych postaci. I choć realia serialu nie pozwalają na zbytni feminizm i emancypację, wspaniale jest widzieć serial o kobietach, który rzeczywiście wie jak o nich opowiadać, jak je pokazywać, jednocześnie nie sprowadzając ich do roli podnóżków czy pięknych ozdóbek. Zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę epokę, w której rozgrywają się te wydarzenia.

Myszy ulubiona grafika :D

Także mężczyźni w serialu dopisali. Max Irons jest czarujący jako król Edward i widać w nim odrobinę charyzmy, którą z pewnością odziedziczył po ojcu, Jeremym Ironsie. W roli Lorda Warwicka, zdradzieckiego Kingmakera, mamy Jamesa Fraina, którego nie widziałam na ekranie od czasu jego świetnego występu w True Blood. Widać, że w gatunku historycznym sprawdza się równie dobrze – jeśli nie lepiej – niż w paranormalnym. Dopełnieniem tych panów jest dwójka zdolnych, młodych aktorów w rolach braci króla Edwarda: David Oakes jako cyniczny, wyrachowany George, oraz Aneurin Barnard jako cichy, wycofany, nieśmiały Richard. Ten ostatni jest z resztą Myszy jak na razie ulubioną postacią męską w tym serialu, a to ze względu na to, że wydaje się on jedynym który nie pogrywa w żadne gierki i jest w swoich działaniach w stu procentach szczery. Jest to ciekawe w późniejszym kontekście historycznym, gdyż Richard (później król Ryszard III – tak, ten z Szekspira) był odpowiedzialny za rzekome “zniknięcie” słynnych książąt z Tower (czyli dwóch synów Elizabeth i Edwarda). Mysz czeka także z utęsknieniem na kolejne odcinki serialu, bo mają się w nich pojawić dwaj inni wspaniali aktorzy – Rupert Graves oraz Arthur Darvill.
Lord Warwick na karym koniu, na białych bracia Edwarda:
po lewej Richard, po prawej George.
Wiem, że bez znajomości serialu albo pewnej wiedzy historycznej trudno nadążyć za tym natłokiem imion i tytułów. Tym bardziej polecam serial, gdzie wszystkie postacie są naprawdę przystępnie i sensownie przedstawione. Także ich wzajemne koligacje są względnie łatwe do rozszyfrowania, a w razie problemów jest też strona serialu na Wiki, która służy krótkimi (choć “spoilerowymi” dla fabuły serialu) opisami “who’s who”.

Podsumowując: świetny scenariusz z dobrze napisanymi postaciami (zasługa ekipy pisarzy, która zdobyła ostrogi pisząc dla Shameless, Being Human, The Hour czy Secret Diary of a Call Girl), intrygująca fabuła za którą jednocześnie stosunkowo łatwo nadążać, wiele zawirowań, zmian frontów, politycznych machinacji i królewskich przetasowań… a do tego cudowna kinematografia (Mysz ma ponad 1500 screencapów), dobra reżyseria, ciekawe lokacje i piękne kostiumy sprawiają, że The White Queen naprawdę jest serialem wartym polecenia. A jeśli mi nie wierzycie, zawsze pozostają The Tudors. Mysz woli jednak wojny białej róży Yorków i czerwonej róży Lancasterów. Jakoś mi smakowiciej pachną ;)


PS. Wspaniały wpis o serialu napisał także jak zawsze niezawodny Zwierz. Jak widać, dość wyjątkowo nasze opinie są niemalże zbieżne ;)