Ze śpiewem na ustach, czyli o musicalach. #1

Mysz wylicza swoje ulubione musicale. Na pierwszy ogień idą klasyczne produkcje.

Zainspirowana wpisem, który o nagrodach Tony popełniła Rusty (Kradziejka ukradła mi pomysł! You’ll get yours, Henry Higgins!) postanowiłam też coś o musicalach napisać. Zwłaszcza, że zbieram się z tym pomysłem niemalże od momentu kiedy założyłam bloga. Nie będę jednak omawiać scenicznych musicali, bo do nich mam – niestety – niewielki dostęp. Polskich wystawień nie liczę, bo uważam, że oglądając polsko-języczną wersję nie oglądam tak naprawdę musicalu Andrew Lloyd Webbera, ale polskiego tłumacza i reżysera, który wziął się za libretto. Mysza jest pod tym względem purystką i woli oglądać musicale w oryginale. Nie bez powodu twierdzę, że gdybym mieszkała na Broadway’u (lub chociaż West Endzie) byłaby najszczęśliwszym gryzoniem na ziemi. Każde popołudnie w innym teatrze, musicale, revivale, sztuki… *rozmarzony spójrz*

Ale ponieważ chwilowo jestem biedna jak mysz (!) kościelna i ta sytuacja prędko się nie zmieni, pozostaje mi przełknąć słodko-gorzkie łzy, które zawsze się pojawiają podczas rozdania Tony’s i wrócić do ulubionego zajęcia: oglądania filmowych musicali.

Żeby nie było: Mysz nie obejrzała wszystkich filmowych musicali ever. Więcej: Mysz ma całkiem poważne zaległości. Nie widziałam Hair, Jesus Christ Superstar (choć obie wersje czekają na półce), Godspell, Thoroughly Modern Millie, Anything Goes, All That Jazzthe list goes on. Nie widziałam też, choć przecież ubóstwiam Barbrę Streisand, ani Funny Girl ani Yentl, a od ostatniego razu gdy obejrzałam Hello Dolly minęła dekada.

Mimo to śmiem uważać, że co nieco o musicalach wiem. Głównie wiem co lubię i co mi się podoba. I właśnie o tym będę pisać – o subiektywnej Mysiej liście musicali, które każdy powinien obejrzeć. Filmy podzieliłam na trzy kategorie:
– klasykę, bez znajomości której się z Myszą nie dogadacie
– musicale „niszowe”, które choć wspaniałe są często mniej znane
– oraz „inne”, czyli wszelkie nowości w tym gatunku oraz filmy, które jedynie w pewnym stopniu mogą być uznane za musicale.

Tak się złożyło, że filmów na liście jest dokładnie trzydzieści, więc coś czuję, że zrobią się z tego trzy wpisy. Ludzi, którzy nie lubią musicali (są tacy kosmici?) zapraszam więc z powrotem na bloga w przyszłym tygodniu. Wtedy wrócimy do our regularly scheduled programming.

Zaczniemy od jedynego słusznego miejsca – od klasyki.

1.Singin’ in the Rain
Najlepszy musical ever.
Bez potrzeby wymieniania wielu argumentów, bez dyskusji, bez szemrania, bez apelacji.
Po pierwsze: niezapomniane piosenki. Tytułowe „Singin’ in the Rain”, „Good Morning”, „You Were Meant for Me”, „Moses Supposes”, „Make’em Laugh”… w całym filmie nie ma właściwie chyba ani jednej piosenki, która nie byłaby natychmiast rozpoznawalna, a także genialna w swej melodyce, tekście i zapadalności w pamięć.
Po drugie: Gene Kelly. Jego śpiew – jak płynna czekolada Lindta – to jedno, ale Kelly to przede wszystkim jedyny słuszny Król Tańca. Oczywiście są ludzie, którzy mówią, że Królem Tańca był Fred Astaire, ale na to Mysz ma dla Was tylko jeden tekst (zerżnięty z pewnego rozmiłowanego w Singin’ in the Rain pisarza): „Czy Fred Astaire kiedykolwiek tańczył na wrotkach?”… Nie. No właśnie. I rest my case.*
Po trzecie: Donald O’Connor, czyli jedna z wielkich Mysich miłości. Jak się zresztą zorientujecie, postać Cosmo Browna była początkiem trwającej całe życie Mysiej tendencji do kochania się nie w głównych bohaterach, a ich zabawnych sidekickach. Donald O’Connor jest tego głównym sprawcą.
 

Po czwarte: stepowanie. Żaden inny rodzaj tańca nie wywołuje w Myszy takiej radości jak stepowanie. Może stąd moja ogromna miłość do riverdance – wszak u swych podstaw oba tańce polegają głównie na rytmicznym tupaniu (tak zresztą określa się w Mysim towarzystwie riverdance: „tup”). Tu drobna uwaga: stepowanie musi być bardzo sprytnie opracowane, zaaranżowane i „zagrane” by nie było nudne. I tu znowu ukłony dla Kelly’ego, który jako główny choreograf Singin’ in the Rain sprawił, że film właściwie nie ma nudnych momentów tanecznych. A to naprawdę wielka sztuka.
Po piąte: fabularnie jest to jeden z najzabawniejszych, najbardziej inteligentnych musicali. Satyra na problemy jakie Hollywood miało z przejściem od filmów niemych do filmów dźwiękowych to kinowy kuzyn Szekspira – tak jak Wieszcz pisał sztuki teatralne o teatrze, tak Singin’ in the Rain jest filmem o kręceniu filmów.
Po szóste i ostatnie: w filmie jest fashion montage. Nie mam więcej pytań.
PS. Straszna profancja ale Mysz nawet i tę wersję lubi:

 
 
———————————————————————————————————
 
 

2.
West Side Story
Prawie każda nowożytna epoka ma swoją wersję historii o Romeo i Julii. Są dosłowne interpretacje sztuki Szekspira jak chociażby film Zefirellego czy nadchodząca premiera filmu w reżyserii Carlo Carlei. Są współczesne wariacje jak Romeo + Juliet Baza Luhrmana czy chociażby ostatnio Warm Bodies – post-apokaliptyczna interpretacja gdzie zwaśnionymi rodami są ludzie… i zombie. Niektóre, wbrew klasyce, kończą się szczęśliwie dla zakochanych; inne kończą się śmiercią i nadzieją, że zwaśnione rody przejrzą na oczy.
West Side Story należy do tej ostatniej kategorii i Myszy skromnym zdaniem jest jedną z najbardziej udanych adaptacji dzieła Szekspira. Umiejscowienie akcji w latach 50-tych na nowojorskiej „zachodniej stronie” było genialnym pomysłem ze strony twórcy oryginalnej wersji scenicznej – Arthura Laurentsa. Mysz po dziś dzień o wiele bardziej wzrusza się na West Side Storyniż na dowolnej wersji opowieści o zakochanych z Werony. Może to kwestia akompaniamentu w postaci wspaniałych, zapadających w ucho i serce piosenek autorstwa duetu Bernstein i Sondheim. Wszak nie bez powodu mówi się, że muzyka jest w stanie wyrazić to, czego słowa nie potrafią. W piosenkach West Side Story zawarta jest zarówno nadzieja młodych zakochanych, zatarg zwaśnionych rodów – w tym wypadku nowojorskich gangów -, konflikt różnych narodowości (amerykanie vs. Portorykańczycy), jak i społeczny aspekty bycia wychowanym „przez ulicę” i dorastania bez opieki dorosłych. Nie bez powodu West Side Storyczęsto kojarzyło się Myszy na swój sposób z Piotrusiem Panem, gdzie gangi odpowiadają Zagubionym Chłopcom i bandzie Piratów, tylko że tutaj wszyscy są dzieci i tak naprawdę nie wiedzą co robią, nikt nie ma tak naprawdę racji, a mądrość rodzi się w wyniku śmierci i bezsensownego cierpienia.
W wypadku West Side Story to właśnie we fragmentach muzycznych widać najwięcej emocji, szczerych i nieokiełznanych. Talent aktorski grających w filmie skądinąd niczego sobie aktorów nie jest tak istotny, jak ich umiejętności wokalne i taneczne. Bo w West Side Story taniec to także forma ekspresji, nie mniej poruszająca i ważna niż śpiew. Wystarczy przypomnieć sobie tłumioną, wybuchową, agresywną energię z jaką tańczą Jetsi w utworze „Cool”.
Film ten jest właściwie kwintesencją tego wszystkiego co Mysz w musicalach kocha – piękna muzyka, świetne i często dowcipne teksty piosenek, cudowna choreografia, uniwersalna tematyka, w miarę prosta fabuła, sprawnie napisane dialogi… the list goes on.
Poza tym West Side Story ma postać Riffa. A Riff, obok Cosmo z Singin’ in the Rain jest drugim ukochanym Mysim sidekickiem musicalowym. Mysz kocha się w nim od pierwszego momentu – wymoczkowaty i niezdecydowany Tony nigdy mnie nie pociągał – i po dziś dzień szczerzy się jak idiotka gdy ogląda Russa Tamblyna na ekranie. I choć jestem w stanie odśpiewać – i po części odegrać/odtańczyć – większość utworów z West Side Story, to właśnie fragmenty Riffa zawsze najmocniej tkwią w mojej pamięci. „Gee, Officer Krupke” to jedna z moich ulubionych piosenek musicalowych, a obok „Cool” i „America” święta trójca West Side Story (choć do top piątki wchodzi jeszcze poruszający kawałek Anity “A Boy Like That” oraz słynne “Jet Song”).

Może dziwić, że w filmie którego głównym wątkiem jest miłość, a bohaterami para młodych zakochanych, tak wychwalam bohaterów pobocznych i że to głównie śpiewane przez nich piosenki uważam w filmie za najlepsze. Ale to właśnie świadczy o sile West Side Story – to nie tylko film o miłości, ale także o pewnej epoce, kulturze, grupie ludzi, konflikcie, wieku młodości i głupoty. To nie film, gdzie główna wątek fabularny przyćmiewa wszystko inne. W West Side Story każdy jest tak samo ważny. I za to właśnie go kocham. A także za Riffa.
———————————————————————————————————
3.Fiddler on the Roof
Skrzypka oczywiście nie mogło na liście klasyki musicali zabraknąć. Mysz pamięta jak pierwszy raz oglądała film w wieku lat… bo ja wiem, czterech-pięciu (z resztą podobnie jak West Side Story – tata gdy byłam malutka pokazał mi co ważniejsze musicale i za to pozostaję mu niewypowiedzianie wdzięczna). Naturalnie będąc w tak młodym wieku nie rozumiałam wiele z tego, co widziałam na ekranie – mimo znajomości angielskiego pewne słowa, pojęcia i idee przedstawione w filmie mi umykały. Ale główną rzeczą którą nie mogłam zrozumieć, było to, dlaczego ci ludzie są dla społeczności Teviego tak niemili. Nie widziałam w tym sensu. Nie lubią ich tylko dlatego, że są inni? Że wierzą w innego Boga, mają inną kulturę?… dzięki Fiddler on the Roof już w młodym wieku zrozumiałam, że nietolerancja jest zjawiskiem które wywołuje u mnie skrajne niezrozumienie i smutek. Nie chcę bynajmniej sugerować, że dzięki Skrzypkowi nabrałam szacunku dla kultury i religii żydowskiej, że dzięki temu filmowi nauczyłam się, że obce nie znaczy złe i że nie należy oceniać rzeczy po pozorach… ale z drugiej strony dlaczego nie miałabym tak twierdzić, skoro to prawda? Więcej: śmiem twierdzić, że pokazywany dzieciom w młodym wieku Fiddler on the Roof może zrobić wiele dobrego właśnie w kwestii szerzenia tolerancji i zrozumienia dla kultury i religii innych niż „nasza” (piszę w cudzysłowie, bo Mysz akurat nie uznaje żadnej religii, no chyba że mówimy o traktowaniu jedzenia jak religii).
Tym co Mysz zawsze w Fiddler on the Rooflubiła, oprócz przedstawiania w przystępny sposób kultury i zwyczajów Żydów, a także ważnych kwestii nietolerancji i prześladowań, był motyw rodziny, miłości, przemijania czasu i  zmian społecznych. Przykładem tego oczywiście słynne „Do You Love Me?” zadawane przez Teviego jego żonie Golde, czy pełne radości „Wonder of wonder, miracle of miracles”. Jednak fragmentem tekstu, który najbardziej utkwił w Mysiej głowie wcale nie jest słynne „If I Were a Rich Man”, tylko kilka linijek z przepięknej, rzewnej ballady „Sunrise, Sunset”:
 
 „Is this the little girl I carried?Is this the little boy at play?
I don’t remember growing older, when did they?

When did she get to be a beauty?
When did he grow to be so tall?
Wasn’t it yesterday when they were small?”

 

Właśnie ten fragment o dorastaniu, przemijaniu najbardziej się Myszy z Fiddler on the Roof kojarzy. I choć tak jak wątki konfliktu kultur są niezmiernie istotnym elementem filmu, to rodzina i jej wewnętrzne zawirowania są jego prawdziwą siłą i zaletą. Dla widza w młodym wieku mogą być one wyłącznie zabawne – piosenka córek Teviego „Matchmaker, matchmaker” – lub niezrozumiałe – „Far From the Home I Love”. Dopiero z wiekiem człowiek uczy się ile smutku i w gruncie rzeczy prawdy życiowej jest w tych piosenkach. Przykładem tego chociażby „Little bird, little Chavele”, które swego czasu młodą Mysz niezmiernie w filmie nudziło. Teraz, po latach, rozumiem wreszcie przesłanie tej piosenki. I tu osobiste wtrącenie – mogę powiedzieć, że dla jedynaczki, córeczki-tatusia, jest to jedna z najsmutniejszych piosenek w całym filmie. Tak, smutniejsza nawet niż „Anatevka”.
Wiadomo, że każdy ma do danego musicalu inne podejście – w tym musicale nie różnią się od innych filmów, czy w ogóle dzieł popkultury. Wszystko to kwestia gustu, interpretacji, osobistych uczuć, przeżyć, itd. Ale nie zmienia to faktu, że Fiddler on the Roof to film ważny i istotny. I należy go oglądać. Im częściej tym lepiej.
———————————————————————————————————
4. My Fair Lady
…czyli ten kontrowersyjny musical, gdzie kobieta przez większość filmu jest gnojona przez faceta-gbura, ale gdy tylko się od niego uwalnia, nareszcie wychodząc na swoje, jej uległa kobieca natura sprawia, że prawie natychmiast do niego wraca, jak nie przymierzając piesek (na dodatek z kapciami w zębach).
Don’t get me wrong – Mysz za młodu uważała, że historia Elizy i Henry’ego Higginsa była urocza: on, niemalże Disnejowska Bestia tylko że w przebraniu brytyjskiego arystokraty, ona, piękna Bella, dziewczyna z ludu, która cierpliwością, dobrocią serca i ciepłem wzbudza w nim prawdziwe uczucie. Potem przyszły lata młodzieńczego buntu (dla Myszy, nie dla Elizy) i uważałam, że Elizy nie powinna wracać do Higginsa, bo przecież facet nie jest jej do szczęścia potrzebny. Dopiero na star(sz)e lata zaczęłam widzieć w filmie jego mocno seksistowski „koloryt”.
Mimo to My Fair Lady należy do jednego z moich ulubionych musical z bardzo prostego powodu: muzyka, muzyka i jeszcze raz muzyka. My Fair Lady to pod względem konstrukcji muzycznej, linii melodycznej, tempa, instrumentalizacji taki wyjątkowo „klasyczny” musical; taki, jakie drzewiej wystawiano na West Endzie. A przynajmniej musical ten właśnie tak mi się zawsze kojarzył.
Poza tym te cudowne, dowcipne teksty, te dźwięczące w śpiewie brytyjskie akcenty, ta mimo wszystko urocza w swej naiwności i prostocie historyjka, te piękne kostiumy, cudowna scenografia, śliczna Audrey, wspaniały Rex Harrison… Czegóż tu nie lubić?

Poza tym w My Fair Lady znajdują się jedne z Myszy ulubionych musicalowych piosenek. Walcowe „I Could Have Danced All Night” (które kilkuletnia Mysz śpiewała po angielsku na ulicy, potem jak rodzice zaprowadzili ją do – bodajże – Sali Kongresowej na polskie wystawienie My Fair Lady, tylko że polskie tłumaczenie mi się nie spodobało, więc je poprawiłam odśpiewując je „poprawnie”, po angielsku, po wyjściu z teatru). Marszowe, pełne jadu „Just You Wait, Henry Higgins”. Tęskne i romantyczne
„On The Street Where You Live” Czy Myszy najukochańsze „I’ve Grown Accustomed to Her Face”. Oczywiście w filmie – i na soundtracku – utwór ten poprzetykany jest wstawkami z innego utworu, „Let a Woman in Your Life”, który jest wstrętny bo w pełni pokazuje skrajny seksizm Higginsa. Ale gdy weźmie się „I’ve Grown Accustomed to Her Face”, odrobinę zmieni tekst i da piosenkę kobiecie (np. takiej lub takiej) to nagle staje się przepiękną balladą o tej cichutkiej, codziennej miłości, która przychodzi powolutku, a potem nigdy nas nie opuszcza. I właśnie za to ubóstwiam My Fair Lady.
PS. Polecam też album, gdzie w rolę prof. Higginsa wciela się boski Jeremy Irons.
 
———————————————————————————————————
 
 
5.The Sound of Music
Dobra, przyznać się: kto będąc dzieckiem chciał być jednym z Von Trappów? Bo Mysz w tym momencie – z pewną dozą sentymentalizmu – musi podnieść łapkę do góry. Bo ja strasznie chciałam!
Żeby jednak nie było wątpliwości nigdy nie chciałam mieć licznego rodzeństwa. Chciałam za to mieć guwernantkę taką jak Julie Andrews. Pod tym względem The Sound of Music i kolejny film na liście Mary Poppins powinny być liczone jako jedno dzieło – bo w obu filmach Julie Andrews poniekąd gra podobną postać. Niemniej Maria z Dźwięków Muzyki zawsze wydawała mi się sympatyczniejsza niż Mary Poppins (nawet imiona podobne!) stąd The Sound of Music ląduje ciut wyżej na liście.
Poza tym, analogicznie jak w przypadku West Side Story czy Fiddler on the Roof, tym co przemawia za wyższą pozycją The Sound of Music jest kontekst historyczno-społeczny. Nie wiem, jak Wy, ale The Sound of Music było pierwszym filmem, które pomogło mi zrozumieć dlaczego Naziści byli źli – w tym wypadku objawiało się to głównie tym, że próbowali tłamsić cudowną, rozśpiewaną, kochającą się rodzinę Von Trappów. A tego młode Mysie serduszko zwyczajnie nie było w stanie zaakceptować. A potem Naziści próbowali zabić Indianę Jonesa i jego tatę/James Bonda i tego to już w ogóle było za wiele!

W The Sound of Music pojawia się także, moim zdaniem świetnie rozegrany, motyw dorastania w postaci wątku Liesl – jej cudowne „Sixteen Going On Seventeen” to jedna z najbardziej uroczych, a przy tym zadziwiająco prawdziwych piosenek o młodzieńczym dorastaniu… a przynajmniej w kontekście tamtej epoki. No i w filmie gra Christopher Plummer, który jest absolutnie genialny w tym co robi i nie ważne co kto mówi w oczach Myszy jest jak dobry ser: im starszy, tym lepszy.
Choć The Sound of Music nie jest jedynym musicalem duetu Rodgers & Hammerstein z pewnością jest ich najbardziej lubianym (znawcy Broadwayu mogą kojarzyć, że ich „Cinderella” ma obecnie revival, nagrodzony m.in. nagrodą Tony za kostiumy). Bo z całym szacunkiem dla Oklahoma, ale piosenka „The Sound of Music” bije „The Surrey with the Fringe on Top” na głowę!
Poza tym mimo upływu lat „My Favorite Things” wciąż wywołuje u mnie ogromny uśmiech. A kto nie słyszał wersji Johna Coltrane’a ten nie wie co traci.
 ———————————————————————————————————

6. Mary Poppins
Jak już wspomniałam wyżej, dla Myszy Mary Poppins i The Sound of Music są w gruncie rzeczy bardzo podobne i trudno mi je rozdzielić – zarówno w głowie jak i w sercu. Oba opowiadają o nie dającej sobie w kaszę dmuchać opiekunce do dzieci, a fakt, że obie te postacie gra Julie Andrews tylko jeszcze bardziej scala te filmy.
Zasadnicza różnica między nimi tkwi w „klimacie” – The Sound of Music jest u swych korzeni, mimo radosnej kolorystyki, bardziej mrocznym filmem niż Mary Poppins, choć wizualnie to właśnie w tym drugim filmie przeważają ciemne barwy. Także Edwardiański Londyn, mimo wyraźnych kontrastów między rodziną bankiera a biedniejszym pospólstwem, wydaje się mniej mroczny niż subtelne zagrożenie, które można wyczuć w austriackiej rezydencji Von Trappów. Oczywiście odpowiedzialnością za to należy obarczyć studio Disneya, które z satyrycznej książki P.L. Travers zrobiło klasyczną, kolorową Disneyowską bajkę… włącznie z wstawieniem do filmu sekwencji animowanej (za którą zresztą zostali nagrodzeni Oscarem za najlepsze efekty wizualne). Dodajmy także, dla tych którzy nie czytali oryginalnych książek, że Julie Andrews w roli Mary Poppins jest o wiele bardziej sympatyczną postacią – owszem, zadziorną, ale w gruncie rzeczy ciepłą, miłą i uśmiechniętą. Prawdziwa Mary Poppins była mocno wredna, uszczypliwa i zdystansowana. Myk polegał na tym, że mimo to dzieci którymi się opiekowała – a także czytelnicy – autentycznie ją kochali i smucili się za każdym razem, gdy Mary Poppins musiała odlecieć na swojej magicznej parasolce.


Mimo tych różnic i Disneyowskiego wygładzenia, Mary Poppins pozostaje wspaniałym musicalem, a wszystko dzięki staraniom Irwina Kostala i braci Sherman (którzy są odpowiedzialni za trzy najbardziej skoczne i wesołe ścieżki dźwiękowe Disneya – The Jungle Book, The Sword In the Stone oraz The Aristocats). Któż nie pamięta charakterystycznej rzewnej melodii „Chim Chim Cher-ee” lub wesołego i marszowego tempa „A Spoonful of Sugar”? Któż nie nauczył się poprawnej wymowy supercalifragilisticexpialidocious dzięki piosence z Mary Poppins?… No właśnie. A poza tym film ten dał nam jeszcze jedną ważną lekcję: jak nie udawać akcentu cockney. Bardzo lubię Dicka Van Dyke’a, ale nic dziwnego, że jego rola w tym filmie zasłużyła sobie na miano drugiego najgorszego akcentu EVER. Nawet Mysz, która jest w naśladowaniu akcentów ostatnią nogą, może z ręką na sercu stwierdzić, że potrafiłaby to zrobić lepiej. Musielibyście mi co prawda przystawić pistolet do głowy, żeby się o tym przekonać, ale taką wersję ustaliłam i tego się będę trzymać *szczeżuja*
 
 
———————————————————————————————————
 
 
7. Cabaret
…czyli jeden z tych musical do których najtrudniej jest się przekonać, zwłaszcza gdy ogląda się go w młodym wieku (nie pamiętam dokładnie, ale Mysz musiałam mieć z jakieś 11-13 lat). Wychowana na radosnych musicalach typu Mary Poppins czy musicalach dramatycznych z rodzaju Fiddler on the Roof byłam w ciężkim szoku gdy pierwszy raz obejrzałam Cabaret. Choć wersja filmowa – i oryginalna wersja sceniczna – są i tak o wiele mniej erotycznie naładowanie niż Londyński a potem Broadwayowski revival (rok 1993 i 1998) to i tak jest w filmie ogrom seksu, groteski i kontrowersji. Nie chodzi już nawet o sam kontekst polityczno-społeczny, który komuś wychowanemu na subtelnym zagrożeniu obecnym w The Sound of Music wydawał się wyjątkowo przerażający. Fascynujący – i wstrząsający – był przede wszystkim świat kabaretu, pełen mocno umalowanych kobiet, seksualnego wyuzdania, erotycznej sugestywności i czegoś, co po latach Mysz mogła zidentyfikować jako ledwo ukrywany biseksualizm jednego z głównych bohaterów. Ta tematyka z resztą nie dziwi gdy weźmie się pod uwagę, że musical jest luźno oparty na opowiadaniach Christophera Isherwooda. Pan ten nieobcy jest fanom kina – ze względu na film oparty na jego książce A Single Man – a także fanom Doctor Who (11-sty Doktor, Matt Smith, zagrał Isherwooda w świetnym filmie Christohper and His Kind).
Tym co jednak Mysz fascynuje w tym musicalu to – o wiele bardziej niż w wypadku innych dzieł – jego wersja sceniczna. Bo tak jak Liza Minelli, Michael York oraz Joel Grey *serduszka* byli w filmie wspaniali, to dopiero Alan Cumming w roli Emcee w Londyńskiej wersji scenicznej z 1993 roku uczynił Cabaret tym, czym nie nigdy nie mógł być film (dla porównania – Cumming i Grey). Cumming z eleganckiej, choć mocno przerysowanej postaci okrutnego Emcee stworzył ociekające seksem i wyuzdaniem zwierzę sceniczne, którego obserwowanie nie jest w stanie pozostawić widza obojętnym. Z resztą Cumming był tak wspaniały w tej roli, że zagrał ją ponownie w revivalu Broadwayowskim w 1998 roku, a po nim w rolę tę wcieliły się chociażby takie gwiazdy jak Neil Patrick Harris, Michael C. Hall, JohnStamos, Adam Pascal (z Rent) czy, w kolejnej wersji londyńskiej, piosenkarz Will Young. I tak – występ każdego z tych panów można znaleźć na YouTube. Co prawda w kiepskiej, kręconej z ręki jakości, ale wierzcie mi: i tak warto obejrzeć. Głównie dlatego, że każdy z panów wnosi do roli swój indywidualny styl.

Co ciekawe jeszcze zanim zobaczyłam po raz pierwszy – moim zdaniem lepszą – wersję Cumminga i zakochałam się w postaci Emcee, już w wersji filmowej to ku niemu właśnie się skłaniałam. Miłosne przeboje Sally i Cliffa jakoś nigdy mnie nie fascynowały, choć przyznaję, że Liza Minelli w roli Sally – kobiety zadziwiająco „współczesnej” w swoich przekonaniach – była wspaniała. Trudno jest się nie zachwycać jej wykonaniem „Mein Herr” (to krzesło!) czy poruszającą, przejmującą balladą miłosną „Maybe This Time”. Nie wiem jak inni fani kina, ale Mysz zawsze była zdania, że Liza pod względem talentu niewątpliwie dorównywała swojej słynnej matce. A jeśli musicie sprawdzić w Google’u o kim mowa, to niech Was nie znam, bo to wiedza podstawowa!
PS. Fabulitas słusznie przypomniała mi, że na YouTube jest dostępna cała wersja sceniczna Cabaret z Donmar Warehouse, właśnie z Alanem Cummingiem. Tutaj można znaleźć część pierwszą.
———————————————————————————————————
 
 
8. GreaseMysz ubóstwia Grease z tego względu, że jest to autentycznie radosny musical. Nie ma w nim wątków politycznych, praktycznie nie ma też żadnej społecznej kontrowersji (jeśli nie liczyć przypadkowego zajścia w ciążę). Film przede wszystkim skupia się na szkolnym życiu grupy młodych ludzi i pod tym względem mocno przypomina Myszy filmy Johna Hughesa. Co z kolei mi przypomina, że niczego tak nie pragnę jak dobrze napisanego musicalu opartego na filmach Hughesa. Ale podejrzewam, że to marzenie ściętej głowy.
Motyw wakacyjnej miłości, szkolnych klik czy zmiany wizerunku by przypodobać się ukochanej osobie nie są nikomu obce, a jeśli tak, to znaczy że miał wyjątkowo spokojną nastoletniość. Choć nikt z filmowej obsady nie był w wieku granych postaci ich energia, entuzjazm i zaangażowanie wyraźnie widać na ekranie. Wątki subtelnie zawalonego erotyzmu („Greased Lightnin’”) czy rezygnacji ze szkoły („Beauty School Dropout”) dodawały radosnej, słonecznej fabule odrobiny tak potrzebnej głębi.

Tu jednak muszę ponarzekać, bo choć ogromnie lubię Johna Travoltę w roli Danny’ego Zuko i bardzo lubię Grease, nigdy nie przepadałam za postacią Sandy. Podobnie jak dziewczyny z grupy Pink Ladies uważałam ją zawsze za nudną „cnotkę-niewydymkę” co to z tańców wraca przed ustaloną godziną żeby nie dostać szlabanu, a do ukochanego wzdycha przy ogródkowym baseniku zamiast jasno dać mu do zrozumienia czego chce. Pod tym względem zawsze ciekawszą – i duchowo bliższą mi – postacią była Rizzo. Mysz co prawda nigdy nie była tak cięta i bezpośrednia jak Rizzo, ale zawsze chciała taka być. Co się z resztą w pewnym stopniu spełniło, bo jedna z moich najlepszych przyjaciółek to pod wieloma względami wykapana Rizzo. I to właśnie piosenka tej postaci – „There Are Worse Things I Could Do” – jest moim zdaniem w filmie najlepsza. Owszem, to „You’re The One That I Want” i „Summer Nights” uzyskały status kultowych, do tego stopnia że właściwie nie ma imprezy karaoke podczas której ktoś nie porwie się na jeden z tych utworów. Ale to właśnie spokojna, a jednocześnie pełna buntu ballada Rizzo świadczy zdaniem Myszy o drzemiącej w Grease sile. Bo może to i jest prosty, radosny film o latach szkolnych, ale szkoła kiedyś się kończy i trzeba zacząć dorosłe życie. Dylemat Rizzo pod tym względem dźwięczy w filmie jako najbardziej „prawdziwy” i życiowy. A poza tym młodziutka Stockard Channing jest prześliczna i dzięki Grease po latach wciąż mam do tej aktorki ogromną sympatię.
PS. Brak innych „muzycznych” filmów Travolty – Saturday Night Fever i Stayin’ Alive – mam nadzieję nikogo nie dziwi, bo to bardziej filmy taneczne niż musicale. 
———————————————————————————————————
 
 
9. Newsies
Newsies
czyli „Gazeciarze” to chyba najmniej znany film na tej liście. Według moich informacji widziały go tylko trzy grupy ludzi – fani aktorskich filmów Disneya, fani musicali lub fani Christiana Bale’a (ten aktor z resztą ma jeszcze jeden muzyczny film na koncie – Swing Kids o swingujących nazistach). Nie dziwi to zbytnio, bo Newsies nie jest filmem wybitnym. Wręcz przeciwnie: po premierze został uznany za twórczą i kasową klapę, dostał kilka nominacji (a nawet nagród) w kategorii „najgorszy…….” i często był podawany jako przykład tego jak NIE należy nakręcić musicalu. Może to wina reżysera – Kenny Ortega znany do tej pory przede wszystkim jako choreograf (m.in. Dirty Dancing) zadebiutował w Newsies jako reżyser i mógł nie mieć doświadczenia. Należy jednak podkreślić, że nauczył się na swoich błędach bo jego kolejne dzieciątka muzyczne – seria musicali dla młodzieży High School Musical – sprzedała się całkiem nieźle i mimo swego infantylizmu była całkiem sprawnie zrobiona (Mysz na ten przykład ma do niej wiele sympatii). Mysz z kolei kiepska reżyseria Newsies dziwi o tyle, że rok później Ortega wspaniale wyreżyserował Hocus Pocus – jeden z moich ukochanych filmów Halloweenowych. Wadą Newsies jest także to, że w oczach uważnego widza choreografia może lekko kuleć. Podobno winny był Ortega, który miotał się między rolą reżysera a choreografa. Mysz rozumie dlaczego tak było, choć mimo to lubi tańce w Newsies, głównie za energię.

Może to kwestia fabuły? Strajk gazeciarzy z 1899 roku to średnio chodliwy temat na musical. Then again, bywały już dziwniejsze tematy. No to może muzyka? Kurczę, no też raczej nie, bo Alan Menken to stary wyjadacz Disneya, a Jack Feldman napisał wspaniałe teksty m.in. do Disnejowskiego Oliver & Company.
Może więc wina leży po stronie młodej obsady?… tu Mysz musiałaby się niestety lekko przychylić do tego argumentu. Odkładając na bok moją ogromną sympatię do młodego Christiana Bale’a, widać że średnio podobało mu się granie w tym filmie, a sekwencje muzyczno-taneczne wyraźnie nie były jego najmocniejszą stroną. Z kolei reszta – dość licznej – obsady w filmie mocno wtapia się w tło. Oprócz może ze dwóch bohaterów Mysz za Chiny Ludowe nie pamięta jak kto się nazywał.
Dlaczego więc film obdarzany jest taką sympatią?… dobre pytanie. Mysz nie zna na nie odpowiedzi. To jeden z tych niewyjaśnionych fenomenów, które po latach są wspominane z autentycznych rozrzewnieniem; które pokolenia ówczesnej młodzieży pokazują teraz swoim dzieciom, szerząc miłość do nowojorskich gazeciarzy.
Sentyment ten osiągnął takie natężenie, że stał się katalizatorem do przeniesienia Newsies na scenę (jeden z nie tak znowu licznych przypadków, gdy to film – a nie musical sceniczny – były pierwsze). Z nową choreografią, przearanżowany i brawurowo zagrany przez Jeremy’ego Jordana w głównej roli sceniczny musical Newsies odniósł ogromny sukces. Tony za muzykę i choreografię, nominacje za książkę do spektaklu, reżyserię i najlepszy musical roku 2012… to wszystko sprawiło, że miłość do gazeciarzy odżyła z ogromną mocą. A Jeremy Jordan na fali swej popularności wylądował w – opłakiwanym przez Mysz – serialu Smash, gdzie mógł w pełni pokazać swoje niesamowite zdolności wokalne.

Więc choć wersja filmowa to bardziej ciekawostka niż przebłysk natchnionego geniuszu, fenomen Newsies jest na tyle istotny, że warto o nich wspomnieć. A poza tym młody, tańczący i śpiewający Christian Bale totalnie mnie rozbraja *chichot*
  ———————————————————————————————————
 
 

10. The Wizard of Oz

Jeśli muszę komukolwiek tłumaczyć dlaczego o The Wizard of Oz jest na tej liście to znaczy, że osoba ta nie wie absolutnie nic o klasyce musicali (przynajmniej Myszy zdaniem). Piękna muzyka, urocze i lekkie teksty piosenek, fabuła oparta na kultowej książce dla dzieci, cudowny kontrast fragmentów czarnobiałych i kolorowych, boska Judy Garland, trafna metafora o tym jak to odwagi, serca czy inteligencji należy szukać w sobie i w świecie, poprzez podejmowanie kolejnych wyzwań (zwłaszcza tych strasznych)… to wszystko sprawia, że The Wizard of Oz bezapelacyjnie zasługuje by znaleźć się na tej liście.
A to, że jest ostatni?… cóż, tu winę ponosi Mysz, która choć film lubi i uznaje go bezapelacyjnie za kanon, nie czuje potrzeby oglądać go zbyt często. Może właśnie dlatego, że jest tak kultowy już się trochę „osłuchał”? Dość powiedzieć, że zamiast Czarnoksiężnika wolę po raz tysięczny włączyć sobie West Side Story czy nawet posłuchać soundtracku z „scenicznej siostry” The Wizard of Oz czyli Wicked. Ale o tym spektaklu opowiem szerzej innym razem.
PS. Z całym szacunkiem dla Judy, ale wolę tę wersję:
   
A jakie musicale Wy uznaje za klasykę? Może są filmy, których tutaj zabrakło, a które Wy zaliczacie do swojego osobistego „kanonu”?… Mysz ma takich filmów jeszcze ze dwadzieścia. Ale o nich opowiem przy okazji następnego wpisu.
*Mowa o filmie It’s Always Fair Weather. Tu ciekawostka: Donald O’Connor rok po Singin’ In the Rain ponownie zagrał z Debbie Reynolds w filmie I Love Melvin. W tym filmie O’Connor także tańczy na wrotkach… dwa lata zanim Gene Kelly pokazał swój popis w It’s Always Fair Weather. Czy nadal dziwi Was, że Mysz zawsze wolała O’Connora od Kelly’ego? :D