Chorość na chorościami i wszystko chorość.

Mysz jest chorutka i w związku z tym wymienia swoje ulubione filmy “do chorowania”.

Jak pewnie niektórzy z Was wiedzą, Mysz jest obecnie chorość. Co jest o tyle smutne, że w środę miała wyjechać na pierwszy porządny urlop od… no, będzie tak z trzech lat. Ale mówi się trudno i płynie się dalej, jak to trafnie ujęła rybka Dory z Finding Nemo,
Anywho, w ramach chorowania odprawiam swoje tradycyjne chorobowe rytuały:
a) gniję w łóżku, słuchając audiobooków (bo oczy zbyt mnie bolą by czytać) lub Lubego, który czyta mi na głos bajki w lengłidżu (fajnego mam mężczyznę, nie?)
b) nadganiam odcinki seriali na które w innych okolicznościach totalnie nie mam ochoty (nadgoniłam Once Upon a Time; czy ktoś z Czytelników ogląda ten serial i chciałby ze mną pospekulować na temat tego co będzie w trzecim sezonie??)
c) oglądam filmy, które od miesięcy czekają na obejrzenie (wczoraj: Rachel Getting Married i Quartet)
d) oglądam w zapętleniu filmy tzw. “chorobowe”, czyli zazwyczaj filmy, które nieodzownie kojarzą mi się z dzieciństwem i okresami, gdy wtedy bywałam chora. A gdy mini-Mysz była chora, scenariusz zawsze rozgrywał się tak samo: rano wstawałam z łóżka, szłam parę metrów do sypialni rodziców, wpełzałam do ich łóżka (u nich stał telewizor), włączałam jakiś film, po czym do końca dnia oglądałam ten film w kółko, bo byłam zbyt chora i zmęczona by wstać i zmienić kasetę, a rodzice byli w pracy/szkole/drugim pokoju i nie mogli tego zrobić za mnie.

Są pewnie wśród Was osobniki, które uznają takie zachowanie za nienormalne. “Jak można cały dzień oglądać jeden i ten sam film?”…. cóż, można. Gdy człowiek (zwłaszcza dziecko) jest chory i ma mózg z waty, a na dodatek często przysypia ze zmęczenia, oglądanie w kółko tego samego filmu jest jak zapętlony utwór muzyczny: pozwala się skupić na czymś znajomym, czymś co już dobrze znamy, ale nawet  jeśli przyśniemy, nic ważnego nas nie ominie. Szkoda by było stracić fabułę filmu, który widzimy po raz pierwszy, tylko dlatego, że oczy nam się zmęczyły i nasz organizm – totalnie bez udziału naszej woli – postanowił się zdrzemnąć, prawda?… stąd oglądanie zapętlonego filmu jest bardzo logicznym posunięciem.
Poza tym jako dziecko, które często zostawało samo w domu, lubiłam gdy coś do mnie “gadało”, nawet jeśli był to tylko telewizor. Miałam wtedy wrażenie, że nie jestem sama, a chorowanie nie wydawało się czymś strasznym, a czymś znajomym – bo przecież leżę w ciepłym łóżku rodziców i oglądam ulubiony film.
Myk polegał na tym, że film, który oglądałam w zapętleniu był za każdym razem inny. Jednego dnia mógł to być The Lion King Disneya, innego dnia Harry Potter and the Philosopher’s Stone (tu już byłam bardziej nastolatką, niż dzieckiem, ale tradycja przetrwała do dziś, więc nie będę się tłumaczyć). Oglądałam te filmy tak długo, że przez następny tydzień potrafiłam cytować nawet nie pojedyncze zdania, ale całe dialogi czy sceny z filmu. Oczywiście po angielsku, bo Mysz filmy – a zwłaszcza “bajki” – ogląda zawsze w oryginale (z kilkoma wyjątkami, o czym napiszę przy okazji innego wpisu).
Mimo dużej różnorodności filmów, które szły w obieg, po dziś dzień moje ‘chorobowe wybory’ trzymają się pewnego klucza: musi to być film z dobrym zakończeniem. Nie koniecznie komedia, ale ważne by pod koniec filmu nasi bohaterowie dostali to, czego chcieli. Stąd wśród chorobowych filmów Myszy znajdują się m.in.:
– Pirates of the Caribbean,
– The Chronicles of Narnia: the Lion, the Witch and the Wardrobe (a potem także The Chronicles of Narnia: Prince Caspian oraz The Chronicles of Narnia: The Voyage of the Dawn Treader)
– Peter Pan (jedyny słuszny, z 2003 roku, z Jasonem Isaacsem w podwójnej roli Pana Darling i Hooka),
– The Three Musketeers Disneya (czyli jedyny słuszny film o muszkieterach i jeden z najfajniejszych, autentycznie zabawnych filmów kostiumowych ever),
– Spirit: the Stalion of the Cimarron (czyli “Mustang z Dzikiej Doliny” o którym będzie szerzej przy okazji mało znanych animacji)
Matilda (czyli chyba jedyny znany mi film w historii kinematografii, gdzie bohaterka zostawia swoich RODZONYCH RODZICÓW i wybiera sobie nową rodzinę; i najlepsze jest to, że Matylda wcale nie odkrywa, że jest adoptowana, albo że ma jakieś sekretne, niesamowite pochodzenie. Nope. Ona po prostu stwierdza, że jej rodzina to nie są ‘dobrzy ludzie’ i postanawia żyć z kimś, kogo uważa za bardziej wartego jej miłości. Zazwyczaj w filmach wmawia się dzieciom, że ‘rodzina’ i ‘więzy krwi’ są najważniejsze, w związku z tym na młodej Myszy ogromne wrażenie – pamiętane po dziś dzień – wywarła myśl, że rodzinę MOŻNA. SOBIE. WYBRAĆ. Szkoda, że nie kręci się więcej filmów takich jak Matilda)
– wszystkie Home Alone (a najbardziej to lubię trójkę, czyli “Alex sam w domu”, bo tam główny bohater zostaje sam w domu, bo jest CHORY na świnkę i w tym czasie broni domu przed złodziejami, z czego jednego ze złodziei gra polski aktor Olek Krupa, i w pewnym momencie krzyczy na tego Alexa – po polsku – “Rozgniotę cię jak karalucha! Gdzie jest dysk?!” i Mysz to zawsze szalenie bawi).
– trylogia Indiana Jones (Mysz nie uznaje czwórki)
Jumanji (mojej miłości do tego filmu nie da się ująć w żadne słowa; dość powiedzieć, że z przerażeniem czekam na zapowiedziany remake tego arcydzieła kinematografii lat 90-tych)
Gone in 60 Seconds (jeden z niewielu 100% filmów akcji wśród filmów chorobowych, ale to wszystko wina ślicznych samochodów, świetnej muzyki, genialnych dowcipów i Angeliny Jolie)
Lilo & Stitch, The Emperor’s New Groove, Treasure Planet, My Brother Bear….
…basically dowolny film animowany Disneya
– lub dowolny nie-animowany film Disneya (np. wersja live-action The Jungle Book z 1994 roku; ktoś z Czytelników ją zna?… młodzi Cary Elwes i Lena Headey, Sam Neil, Jason Scott Lee, John Cleese, Jason Flemyng, w reżyseri Stephena Sommersa, czyli pana od The Mummy i Van Helsinga)
– filmy przygodowe typu The Mummy, Van Helsing, National Treasure (także sequel)
– japońskie animacje studia Ghibli, głównie Princess Mononoke i Howl’s Moving Castle (po angielsku, bo obsada głosowa tych filmów jest wprost prze-boska)
Empire of the Sun (okej, to może być dziwny wybór, biorąc pod uwagę, że to dramat wojenny, ale Mysz ogromnie lubi oglądać na ekranie młodego Christiana Bale’a, historia wojny widziana oczami dziecka jest nieodmiennie fascynująca, a poza tym film ma – zgodnie z ogólnym trendem filmów chorobowych – dobre zakończenie)
Singin’ in the Rain… a także West Side Story oraz Fiddler on the Roof (te dwa ostatnie mają wybitnie smutne zakończenia, ale mają za to wspaniałe piosenki, a muzyka wynagradza końcowe łzy)
– dowolna ‘lekka’ komedia romantyczna, która akurat wpadnie mi w ręce, z niepokojącą tendencją w stronę wyjątkowo głupiutkiego Head Over Heels z Freddiem Princem Jr. (w ogóle filmy romantyczne z Freddiem sprawdzają się w czasie choroby)
… tak siedzę i przypominam sobie coraz to nowe filmy, które namiętnie zwykłam oglądać będąc chora – akurat teraz w tle leci (już po raz drugi dzisiaj) The Hunchback of Notre Dame Disneya – i zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę nie jest istotne co się ogląda, ale właśnie fakt, że film jest nam tak bliski, tak znajomy, że jesteśmy w stanie oglądać go cały dzień na replay‘u i się nie znudzić.
Stąd na koniec wpisu pytanie od Myszy do Czytelników: czy i Wy macie takie filmy, które możecie rzeczywiście oglądać cały dzień w kółko? Ewentualnie czy macie takie go-to filmy chorobowe, które zawsze oglądacie, gdy leżycie w domu, walcząc z jakimś paskudnym wirusem?… a może czytacie wtedy zawsze tę samą książkę? Albo słuchacie konkretnej muzyki?
I przede wszystkim: czy też przyłapujecie się na tym, że podczas choroby poniekąd cofacie się w czasie do swego dzieciństwa, gdzie najlepszym sposobem na odwrócenie uwagi od choroby było słuchanie bajki czytanej przez kogoś na głos, a lekarstwem na całe zło tego świata kubek gorącego mleka z miodem i masełkiem?
PS. W ramach niemożności czytania, przesłuchałam całe słuchowisko “Neverwhere” stacji BBC, z Jamesem McAvoyem, Natalie Dormer, Anthonym Headem i Benedictem Cumberbatchem. I stwierdzam, że jest to jedna z najlepszych rzeczy jakie zdarzyło mi się -kiedykolwiek- słuchać. Wspaniale odegrane – i skrócone z prozy Gaimana, który ma tendencje do rozwlekłych zdań, dziwnych opisów  i dygresji – słuchowisko “Neverwhere” to gratka dla każdego geeka i nerda, lub po prostu fana quality popculture.
I tak jak wiedziałam nie od dziś, że Cumberbatch ma świetny głos i będzie niesamowitym Smaugiem, dopiero po jego występie w “Neverwhere” jako Anioł Islington jestem na 100% pewna, że gdy wreszcie zobaczymy i usłyszymy Smauga, buty nam wszystkim pospadają.
Rzekłam.
A teraz wracam smarkać na sędziego Frollo w takt “Hellfire” ^__^