“Millerowie”, czyli fenomen śmiechu towarzyskiego

Mysz i Luby z zaskoczeniem stwierdzili, iż pójście do kina na “We’re the Millers” nie było taką totalną stratą czasu.

Tak się akurat złożyło, że Mysz (w towarzystwie Lubego) poszła wczoraj na swój pierwszy pokaz przedpremierowy. Moim wielkim życiowym marzeniem było pisać o filmach i móc za darmo chodzić na nie do kina. I wiecie co?… czasem marzenia się spełniają *tańczy na krześle*
Spełniają się tym bardziej, że wspaniałym zrządzeniem losu na pokazie filmu wpadłam na Zwierza, który jak się okazuje w realu jest równie przemiły co w Internetach. No a skoro byłyśmy na tym samym filmie to, naturalnie, będziemy dzisiaj pisać o tym samym.*
Z krótkiej rozmowy jaką przeprowadziłyśmy po seansie wynikało, że Zwierz i Mysz mają o obejrzanym filmie – We’re the Millers (Millerowie) – odrobinę inne zdanie. To akurat nie dziwi – stali Czytelnicy wiedzą, że Mysz ma ogromne pokłady przedziwnej sympatii dla wszelkiego gatunku komedii, także tych żenujących. Oczywiście są pewne granice (nigdy, NIGDY nie oglądajcie film Movie 43), ale z zasady Mysz ogląda wiele filmów, które inni, szanujący się kinomani omijają szerokim łukiem i zostawiają do konsumpcji płytkim nastolatkom i ludziom o poziomie inteligencji paprotki. Mysz paprotką nie jest, fascynuje ją za to to, co ludzie są w stanie uznać za śmieszne.

Komedia ma nas rozbawić, wywołać w nas pozytywny nastrój i mieć szczęśliwe zakończenie. Niby prosta receptura, ale przecież każdego śmieszy co innego: jedni lubią slapstick comedy w stylu Flipa i Flapa, inni absurd ze stajni Monty Pythona, kolejni żarty z seksu w stylu American Pie, jeszcze inni  klasyczne potycki słowne a’la Much Ado About Nothing Szekspira, a są też ludzie, którzy lubią inteligencką komedię w stylu Sideways czy Death at a Funeral. Nie da się wszystkim dogodzić i zawsze trafi się osoba, która dany ‘humor’ uważa za a) nieśmieszny, b) żenujący. Mam jednak wrażenie, że widzowie często zapominają o jednej istotnej rzeczy: podstawową ludzką reakcją na zażenowanie… jest śmiech. Rozładowuje napięcie, obraca sytuację w żart, w coś co nagle przestaje być towarzyskim faux pas, a staje się zabawną anegdotką, którą potem opowiadamy znajomym. Nie zaprzeczam, że w wielu komediach – im współcześniejszych, tym bardziej – pojawia się wiele żartów i gagów, które przekraczają granicę dobrego smaku. Aspekt ‘komediowy’ zaczął się coraz mocniej opierać właśnie na śmiechu z epatowania czy zażenowania, zamiast na śmiechu wynikającym z pomyłek, domysłów lub niedopowiedzeń (tzw. innuendo humor). Przykłady: scena z szarlotką z American Pie versus skecz o języku z serialu komediowego A Bit of Fry and Laurie**.
Mysz twierdzi, że nie jej oceniać co kogo śmieszy. Zwłaszcza że – czego przykładem wczorajszy seans – wiele zależy nie tylko od tego jaki film oglądamy, ale czy oglądamy go w towarzystwie.
First things first, though: We’re the Millers to komedia jakich ostatnimi czasy wiele, chociaż w tym zalewie płytkich, kloacznych żartów i żenujących, niemalże ginekologicznych dowcipów, “Millerowie” i tak trzymają niezły poziom. Jak to ujął Zwierz: “Wyciąć dosłownie parę scen i byłaby z tego naprawdę świetna komedia”. W scenariuszu twórców The Wedding Crashers – jednej z niewielu rzeczywiście dobrych i zabawnych komedii ostatnich lat – był naprawdę duży potencjał.
 
Oto David Clark (Jason Sudeikis, Horrible Bosses), podrzędny diler trawki, który w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności musi zmienić zawód – z dilera w przemytnika. Z polecenia swego szefa, nowobogackiego mafiosa (Ed Helms, The Hangover), David musi pojechać do Meksyku i przemycić stamtąd ‘odrobinę’ marihuany. Bojąc się kontroli na granicy, David wymyśla idealną przykrywkę – zwerbuje kilka osób, z którymi będzie udawał rodzinę jadącą na wakacje, tytułowych “Millerów”. Problemem są jednak osoby, które wybrał do swojej ekipy – Rose, jego wredna sąsiadka-striptizerka (Jennifer Aniston), Kenny, nastoletni sąsiad-prawiczek, oraz Casey, małoletnia bezdomna/uciekinierka (Emma Roberts, It’s Kind of a Funny Story). Taka niedobrana grupa to przepis na kłopoty, zwłaszcza że – jak to w komediach bywa – naszych bohaterów nie ominą różne przedziwne perypetie na drodze do ostatecznego, szczęśliwego zakończenia. Więcej nie muszę zdradzać, bo niestety trailer do filmu robi to za mnie.
Co to za tendencja, żeby wsadzać do zapowiedzi filmu wszystkie jego ‘najlepsze’ (w mniemaniu twórców) żarty? Nie na darmo zaczęło się ostatnimi czasy mówić, że “zamiast oglądać film, wystarczy obejrzeć trailer – jest krótszy i darmowy”. Ale może to i lepiej, że najbardziej dosadne żarty z We’re the Millers pojawiają się już w trailerze – dzięki temu widz jest przygotowany na wszystkie najbardziej żenujące momenty zanim jeszcze usiądzie w kinowym fotelu, a te mniej nachalne, a przez to o wiele bardziej zabawne sceny są w trakcie seansu tym milszym zaskoczeniem. Bo Zwierz miał rację – gdyby usunąć z filmu najdosadniejsze dowcipy, film byłby autentycznie dobry a co więcej: wcale nie stałby się przez to mniej zabawny.
 
Będąc fanką komedii, widzę obecnie pewien ‘trend’ wśród twórców tego gatunku. Po pierwsze: koniecznie muszą być cycki. Gołe, półgołe, wyeksponowane w dekolcie… nieważne. Ale cycki muszą być. We’re the Millers z  tym ‘obowiązkowym punktem’ obeszło się wyjątkowo dobrze. Jennifer Aniston gra co prawda striptizerkę, ale jej bohaterka w całym filmie półnago pojawia się… może ze trzy razy. I w każdej z tych scen ma na sobie wyjątkowo ładną bieliznę (jestem kobietą, zwracam na takie rzeczy uwagę). Rozumiem, że niektórych widzom – zwłaszcza kobietom – takie epatowanie seksem i erotyką może drażnić. Mnie nie rusza, bo uważam seks i seksualność za normalne elementy życia. Czy bohaterka mogła mieć inny zawód?… mogła. Ale wtedy byłaby to inna komedia, z innymi dowcipami. Poza tym uważam, że Jennifer Aniston ma się czym chwalić i póki chce to robić – i może -, kim ja jestem żeby jej bronić?… zwłaszcza, że jej scena striptizu w filmie jest naprawdę niczego sobie. Nawet widać w niej nie tak subtelną parodię filmu Flashdance.
 
 
Drugi konieczny element we współczesnych komediach: dziewictwo lub niedoświadczenie seksualne (lub dowolna inna inicjacja erotyczna). W “Millerach” uosobieniem tego elementu jest Kenny – uroczy, sympatyczny i  lekko nieogarnięty towarzysko sąsiad głównego bohatera, w którym Mysz dopiero pod koniec filmu rozpoznała Willa Poultera – brytyjskiego aktora, który grał Eustachego w The Chronicles of Narnia: The Voyage of the Dawn Treader (Opowieści z Narni: Podróż Wędrowca do Świtu). Kenny to swoiste ‘serce’ filmu – jako jedyny z bohaterów nie jest w żaden sposób wyrachowany czy niemiły, a jego chęć pomagania Davidowi wynika jedynie z dobroci serca. Z jego postacią związana jest też jedna z, zdaniem Myszy, autentycznie zabawnych scen filmu, gdy to nasz słodki, niewinny Kenny dostaje przyspieszoną lekcję całowania.
Niestety z postacią Kenny’ego związany jest trzeci obowiązkowy element, czyli nagość (ochrzczone pieszczotliwe przez Mysz nazwą “genital shot“). We współczesnych komediach – które zadziwiająco często mają coś wspólnego z seksem – coraz częściej pojawiają się dowcipy oparte na jakimś urazie/chorobie/dziwnej przypadłości w okolicach… down under. We’re the Millers nie są pod tym względem wyjątkiem: z trailera możemy się przekonać, że Kenny’ego podczas podróży nieszczęśliwe ugryzie pająk. Czego trailer nie mówi to to, że w filmie to ugryzienie – czy też jego efekty – zostaje nam pokazane. Naturalnie jest to krótka przebitka (dwukrotna), ale efekt obrzydzenia i zażenowania zostaje osiągnięty. Mysz, choć jest fanką różnych komedii, nigdy nie rozumiała tego uporu by ludziom obrzydzać części intymne. Serio: jakby seks sam w sobie nie był wystarczająco dziwny, filmowcy muszą nam jeszcze wdzierać się w mózgi tego typu niepotrzebnymi wizjami?… Eeee, nieładnie. Tym bardziej, że w tej scenie ‘przebitka’ na zmaltertowane genitalia Kenny’ego naprawdę nie byłaby konieczna. Same miny i komentarze bohaterów w zupełności by w tej sytuacji wystarczyły.
 
 
Czwarty i ostatni obowiązkowy element, którego obecność Mysz stwierdziła w We’re the Millers to tzw. ginekologizm (again: moja osobista terminologia). Mianowicie chodzi o to, że twórcy komedii ostatnimi czasy nagminnie wykorzystują stereotyp “małżeństwa z długim stażem, które ma problemy w sypialni i lubi o nich opowiadać, ze wszystkimi, ginekologicznymi wręcz szczegółami”. Pewnie znacie takie przykłady z innych filmów: bohater lub bohaterowie napotykają na swojej drodze osobę/osoby, które bez zażenowania opowiadają o swoich najbardziej intymnych przypadłościach i ekscesach. Po co to robią?… nikt nie wie. Czy to jest śmieszne?… wątpliwie. To smutne, że obecnie twórcy idą na taką łatwiznę i zamiast subtelnych, dwuznacznych rozmów o seksie – a dobrych przykładów jest w kinematografii naprawdę dużo – serwują nam takie ‘ginekologiczne zwierzenia’. Może za pierwszym czy drugim razem było to nawet zabawne – działał efekt szoku i zaskoczenia. Jednak im dłużej ten motyw się w filmach pojawia tym więcej wśród widzów reakcji zażenowania i niesmaku.
 
 
Jest to problem tym większy, że wynikający – według mojej wiedzy – ze zbytniej samowolki aktorów. Owszem, ktoś do tych wszystkich komedii pisze scenariusze i czasem są one mniej niż średnie. Ale jeśli na planie filmu są zatrudnieni weterani komedii (a do takich należy m.in. Sudeikis czy grający ‘ginekologiczne małżeństwo’ Kathryn Hahn i Nick Offerman), podczas nagrywania wiele scen i kwestii potrafi być improwizowanych. Czasem są one genialne (fani Teen Wolfa wiedzą co mam na myśli), a czasem są one właśnie najbardziej żenującym dowcipem w filmie. Owszem, tamtego dnia, na planie, podczas nagrania mogły się wydawać ciekawe. Ale częściej niż rzadziej są one zbyt ostre, nie na miejscu i nie pasujące do charakteru postaci/filmu. Stąd moja teoria, że ginekologiczne żarty w We’re the Millers mogą nie być winą scenarzystów. Prędzej jest to już wina reżysera – Rawson Marshall Thurber (Dodgeball) – który po pierwsze pozwolił aktorom na taką samowolkę, a po drugie umieścił ją w filmie.
Oczywiście rozumiem, że tematy seksu i toalety to dwa najbardziej uniwersalny tematy do strojenia sobie żartów. Po pierwsze: to coś, co wszyscy robimy, mniej lub bardziej – chodzimy do toalety i uprawiamy seks (lub chociaż o nim rozmawiamy). Po drugie: są to dziedziny życia w których najłatwiej o najbardziej żenujące przygody, przypadki i sytuacje. Po trzecie: to wciąż, poniekąd, tematy tabu. choć już mocno oswojone. A jak wiemy żartowanie z tematów tabu dodaje komedii pikanterii: elementu szoku i ‘zakazanego owocu’. Są jednak sposoby by żartować z obu tych tematów w taki sposób by nie doprowadzić widza do bólu głowy od ciągłego robienia facepalma. Co więcej: są też pewne granice tego, co można w filmie umieścić i co będzie widza śmieszyć, a co nie. Czy jest łatwo tę granicę znaleźć?… nie. Granica każdego widza jest inna. Ale czy przekroczenie tej granicy o jeden raz za dużo potrafi film przekreślić?… TAK. Na szczęście, zdaniem Myszy, We’re the Millers wyhamował parę metrów przed tą ostateczną granicą. Taki chociażby Movie 43 czy omawiane przez Myszę Bridesmaids nie udało się tego zrobić.
Na szczęście głównej czwórce aktorów, pod względem ich występów w filmie, niewiele mogę zarzucić, tym bardziej że akurat relacje między ich bohaterami i bawienie się stereotypem “zgodnej, amerykańskiej rodziny” to jeden z najmocniejszych punktów filmu. Sudeikis nie po raz pierwszy gra w komedii ‘wiodące skrzypce’ i sprawdza się w tej roli całkiem nieźle (choć i tak Mysz po cichu najbardziej go lubi za film A Good Old Fashioned Orgy, który jest o niebo bardziej zbereźny niż We’re the Millers, ale przy tym ma moim zdaniem więcej uroku). Jennifer Aniston po raz kolejny – po Horrible Bosses – próbuje walczyć z zakodowanym w umysłach widzów obrazem ‘dobrej, roztrzepanej Rachel z Friendsów’. Z tego zadania, jak na przyzwoitą aktorkę przystało, także się wywiązuje. Emma Roberts – do której Mysz ma ogrom sympatii – ma w sumie w filmie najmniejszą rolę, ale nie mam jej nic do zarzucenia (no, może ciut więcej zaangażowania emocjonalnego by nie zaszkodziło). Zaś Will Poulter jest najjaśniejszym punktem filmu – rozwinął się chłopak, od czasu Narnii – i z przyjemnością zobaczę go w nadchodzącym wielkimi krokami The Maze Runner (again: fani Teen Wolfa wiedzą dlaczego się tym filmem jaram). W We’re the Millers pojawia się też sporo postaci pobocznych, granych przez znanych komediowych aktorów: Ed Helms, Ken Marino, Thomas Lennon czy Luis Guzman. W uroczej roli pojawia się też serialowa córka Castle‘a, czyli Molly Quinn.
Z punktu widzenia Myszy – weterana współczesnych ‘żenujących’ komedii – We’re the Millers to naprawdę przyjemny kawałek rozrywki. Nijak nie jest idealny i są w nim elementy, bez których widzowie mogliby się obejść, ale wierzcie mi – naprawdę są gorsze filmy.
Tu jednak dochodzimy do kwestii, która najbardziej zastanawia Mysz. Mianowicie: Mysz zwykle ogląda tego typu filmy sama w domu, lub na prawie pustej sali kinowej (chodzę przedpołudniami, kiedy normalni ludzie są w szkole lub pracy). Oczywiście w myśl zasady: gdy jesteś sam i zaśmiejesz się podczas żenującej sceny czy kiepskiego dowcipu, nikt Cię nie będzie oceniał. Poza tym gdy oglądam film sama mam pewność, że dana scena mnie autentycznie rozmieszyła, a mój śmiech nie wynika jedynie z chęci przykrycia zażenowania. Okazuje się jednak, że jest jeszcze jeden sposób by oglądać takie filmy: na pokazach. Przy prawie pełnej sali ludzi, oglądanie We’re the Millers było naprawdę przyjemnym kinowym doświadczeniem. Nawet mniej śmieszne moment wydają się zabawniejsze, gdy wokół nas inni rżą ze śmiechu (to już ich sprawa, co i dlaczego ich śmieszy). Pytanie jednak: ile z moich pozytywnych odczuć po seansie We’re the Millers wynikało z mojej ogólnej sympatii do tego gatunku kina, ale ile z radosnego klimatu panującego na sali?… czy udzielił mi się śmiech innych widzów, który jak ziewanie, bywa bardzo zaraźliwy?… czyżbym stała się ofiarą ‘śmiechu towarzyskiego’?
… szczerze? Nie mam pojęcia. Jak chcecie to obejrzyjcie We’re the Millers i dajcie mi znać.
Ja w tym czasie będę nucić “Waterfalls” TLC.
PS. We’re the Millers zasługuje na uwagę jeszcze z trzech powodów: film ma bardzo sprytne otwarcie, które od razu pozytywnie nastraja widza (duży plus); po drugie podczas bloopersów w napisach końcowych znajduje się bodajże najśmieszniejsza scena całego filmu związania z żartem, który obsada wycięła Jennifer Aniston; po trzecie: film raz czy dwa przełamuje czwartą ścianę. Nie wiem dlaczego, ale szalenie mnie to ujęło.
*Tak więc wszelkie oskarżenia, że Mysz jest plagiatorką-gladiatorką, co to wszystko po Zwierzu kopiuje, możecie sobie wsadzić w doniczkę i wyhodować z tych nasionek piękny kwiatek z napisem “Pocałuj mnie w trąbkę”. Howgh.

** Okej, to nie film, tylko serial, ale ten skecz to ulubiony Mysi przykład na to, jak napisać wybitnię zabawną, INTELIGENTNĄ scenę komediową.