Mix-pop czyli mieszanka popkulturalna #2

Smörgåsbord – szwedzki stół popkultury, czyli co Mysz ostatnio obejrzała.

Jak to mówią: Mysza nieoczekiwanie zafundowała Wam (i sobie) hiatus od blogowania. Kajam się straszliwie, ale naprawdę nie było kiedy doświadczać popkultury, a co dopiero o niej pisać. Praca, wciąż trwający w domu remont łazienki, zobowiązania rodzinne i towarzyskie… wszystko to sprawiło, że zabrakło czasu na stukanie w klawisze. Fakt, że moja Muza – oraz ochota do pisania – poszła się czesać (i zaplatać sobie warkoczyki) też sytuacji w żadnym stopniu nie poprawia. Wiadomo, że gdy nie ma się ochoty pisać, zmuszanie się do tego jest: a) bardzo trudne, b) często złym pomysłem. Nieważne co mówią Pewni Pisarze, czasem trzeba zbastować. I tak też zrobiła Mysz. Teraz wracam może nie pełna zapału, ale za to z potężną dawką przemyśleń popkulturalnych, które udało mi się zgromadzić.

A ponieważ w serialowym świecie chwilowo świecą pustki (kłamstwo, o czym wkrótce), Mysz ogląda na potęgę filmy. Tak więc oto przed Wami kolejny mix popkultury. Mam nadzieję, że każdy znajdzie dla siebie coś miłego.

PS. Wpis recapowy Hannibala się pisze, przysięgam na Cheddar!


*facepalm* Bad pun is bad.

A Good Day To Die Hard

… czyli najgorszy film roku (a Mysz często trafia na naprawdę straszliwe gnioty, so this -means- something). Pamiętam, że byłam w ciężkim szoku, gdy po premierze filmu czytałam same niepochlebne opinie. Trailer do filmu – choć lekko durnowaty – zapowiadał całkiem przyzwoitą, pełną akcji rozrywkę, z dodatkiem klasycznego tough guy humor w wykonaniu Johna McCLane’a i jego syna Jacka (w tej roli nieodżałowany ze swego występu w Spartacusie Jai Courtney). Nie udało mi się wybrać na “Die Hard 5” do kina i dzięki Ci, panie Boru, że tak się stało, by nigdy bym sobie nie wybaczyła tych 30-stu złotych, które zmarnowałabym na bilet.
Umówmy się: Mysz ubóstwia oryginalne Die Hard oraz jego kontynuacje. Nawet Die Hard 4, które jest dość kiepawym filmem Mysz niezmiernie lubi (bo jest tam Justin Long i Timothy Olyphant i piosenka “I’m So Sick” Flyleaf i hakerzy, a Mysz lubi hakerów w filmach). Przy czym wszyscy wiemy, że już trzecia część Die Hard nie była zbytnio utrzymana w konwencji, a czwartą część z serią łączyła właściwie jedynie osoba McCLane’a i jego córki. W piątej części nawet -tego- nie ma, bo to, że główny bohater nazywa się John McClane i gra go Bruce Willis jest w rzeczywistości jakimś smutnym żartem, a nie próbą zachowania ciągłości.
Film jest tak pełen idiotyzmów, że nawet Mysz – widz naiwny i wybaczający wiele potknięć – kiwała tylko głową z wielkim smutkiem, a raz na jakiś czas waliła głową w blat biurka (przezornie położywszy tam poduszeczkę, bo częstotliwość head-desk‘ów zagrażała uszkodzeniem mózgu). Kompilację tych idiotyzmów znajdziecie np. tutaj, ale Mysz wspomni o swoich ulubionych [SPOILERY] CZERNOBYL?! Co to, k*rwa, Universal Soldier: Regenration?! [które Mysz kiedyś niechlubnie tłumaczyła, co za porażka]. Bad-guy który jest taki bad, że z tego wszystkiego zamienił się w Królika Bugsa i wpiernicza marchewkę. Lalka, która zdjąwszy maskę przeciwgazową ma na pysku krwisto-czerwoną szminkę (nie rozumiem, czemu się bulwersujesz, Myszu – każda szanująca się rosyjska dama nosi pod maską przeciwgazową full makeup). I serio – ten niby-dobry okazuje się być tym-złym? Ile razy już żeśmy coś takiego widzieli? Po serii Szklanej Pułapki naprawdę spodziewałam się więcej. [/SPOILERY]. Jednak wszystkie te rażące wady byłabym w stanie wybaczyć gdyby w film choć w minimalnym stopniu trzymał się konwencji serii. Oryginalne Die Hard było o walce one unlikely hero przeciwko niewielkiej grupie “złych” w dość ograniczonej przestrzeni. Mieliśmy tam świetnego Głównego Złego w postaci Hansa Grubera, mieliśmy świetne dowcipy i żarty sytuacyjne (“prosze pana, to jest prywatna linia policji”, “a co ja, kurwa, zamawiam pizzę?!”), mieliśmy wreszcie uczucie suspense, bo chodziło przecież o bezpieczeństwo żony Johna McClane’a. Także w Die Hard 2: Die Harder mieliśmy to uczucie napięcia – zagrożona była nie tylko żona McClane’a, ale i prawie całe lotnisko (znów ograniczona przestrzeń akcji). Trzeci film Mysz zawsze traktowała z największym przymrużeniem oka, bo nagle z pojedynczego bohatera zrobiło nam się reluctant buddy action comedy z gatunku Legal Weapon. Ale poniekąd wynagradzały to zawarte w filmie zadania-zagadki (woda w parkowej fontannie!) oraz przyzwoity bad guy w postaci brata Hansa Gruber, Simona, którego grał Jeremy Irons – aktor wspaniały, ale mający tendencję do pojawia się w mocno takich-sobie filmach. Potem mieliśmy jeszcze większe odsunięcie od oryginalnej koncepcji, bo nie dość, że w Die Hard 4: Live Free or Die Hard McClane znowu dostał sidekicka i latał po całym mieście (jak w Die Hard 3: Die Hard with a Vengeance), to jeszcze w przeciwieństwie do pozostałych filmów jego wróg nie skupiał się wyłącznie na jednej, dość prostej sprawie – pieniądzach, samolocie, zemście – a raczej działał na skalę globalną. Z resztą ten kontrast – prostego, trochę przestarzałego, typowo “fizycznego” bohatera jakim jest McClane z postacią Thomasa Gabriela, który korzysta raczej z potęgi umysłu, a także nowoczesnej technologii – bardzo mi się w Live Free or Die Hard spodobał. Ale Mysz już wspominała, że ma słabość do wątków hakerów, a poza tym uważam, że Timothy Olyphant był całkiem niezłym ‘złym’. A potem mamy to nieszczęsne A Good Day To Die Hard, gdzie zamiast jednego złego mamy ich w sumie trzech, co szalenie rozmywa konflikt między siłami dobra a zła. Mamy idiotyczne wątki, durne rozwiązania fabularne, absurdalne schematy i sztampy oraz zatrważający wręcz przerost formy na treścią. Jednak gwoździem do trumny jest fatalnie napisana relacja ojciec-syn (już relacja McClane’a z córką w czwórce była lepsza). Co jest o tyle smutne, że widać między Brucem Willisem i Jai Courtneyem prawdziwą ekranową chemię. Nie dziwi mnie, że to właśnie Jaia wybrano do roli syna McClane’a, bo sprawdził się wyjątkowo dobrze, zarówno w scenach akcji jak i “emocjonalnych” momentach. Szkoda tylko, że momenty te były napisane kilofem na kolanie. Tego to nawet Meryl Streep by dobrze nie zagrała, a Meryl zagra wszystko.

Reasumując: Niech Was nie zmyli obecność Bruce’a Willisa – wbrew wszelkim pozorom A Good Day To Die Hard nie ma absolutnie nic wspólnego z serią Die Hard. A film oglądacie na własne ryzyko, bo zobaczyć jak się morduje kultową serię filmów akcji.


Jack the Giant Slayer
Zaskakująco przyjemny film. Serio, Mysz aż była w ciężkim szoku. Może to wynika stąd, że mimo statecznie wzrastającej popularności Nicholasa Houlta, Mysz wciąż nie jest w stanie go wziąć na poważnie, to jest: nie jest w stanie patrzeć na niego jak na a) dobrego aktora, b) leading man. Co jest dziwne, bo w Warm Bodies sprawdził się świetnie. No ale w tym wypadku zasługa – moim zdaniem – leżała przede wszystkim w ciekawej koncepcji, dobrym scenariuszu i sprawnej reżyserii. W wypadku Jack the Giant Slayer czułam, że moje wątpliwości nie są bezpodstawne – Hoult sprawiał wrażenie raczej gościa od dość specyficznych ról (Beast w X-men: First Class czy nawet Tony Stonem w serialu Skins) i wyobrażenie go sobie w roli prostego, wiejskiego chłopka-roztropka, który przeżywa wspaniała przygodę sprawiało Myszy ogromne trudności. Poza tym Bryan Singer nie wyreżyserował dobrego filmu od czasu pierwszych X-menów, więc naprawdę nie dziwota, że miałam do film sceptyczne podejście.
Na szczęście film okazał się sprawnie zrealizowanym kawałkiem całkiem uroczej rozrywki. Fabuła, choć przewidywalna na milę, zapewnia kilka fajnych zwrotów, a postacie, choć proste jak konstrukcja cepa, dają się lubić. Dodajmy do tego widowiskowe efekty specjalne i bardzo fajny design (stroje, zbroje, krainy olbrzymów) i otrzymamy naprawdę przyjemne filmidło. Podkreślę jeszcze tylko, że opinia Myszy może być mało obiektywna, gdyż w filmie gra mój fantasy celebrity husband czyli Ewan McGregor. Słowo daję: ten facet to Dorian Gray – w ogóle się nie starzeje. A nonszalancja i luz z jakim podszedł do swojej roli w tym filmie jest absolutnie rozbrajające. To jest aktor, który wie jak z niewielkiej rólki wykrzesać dla siebie coś smakowitego.
Jack th Giant Slayer nie obył się bez kilku idiotyzmów. Myszy ulubiony to ten [SPOILER] gdy olbrzymy zarzucają na most zwodzony zamku haki z linami, by go przyciągnąć z powrotem do ziemi. Następnie przez 10 minut filmu obserwujemy walkę między ludźmi i olbrzymami, gdzie każda grupa próbuje przeciągnąć most na swoją stronę. A przecież wystarczyło gdyby któryś z ludzi wspiął się na most i odciął liny olbrzymów. Most się zamyka, wszyscy są bezpieczni. Chociaż tu kolejny idiotyzm – dlaczego olbrzymi nie wezmą rozpędu i nie przeskoczą przez tę fosę/mur? Ale serio: lud tego królestwa jest na tyle inteligentny by wymyślić maszynowe kusze, ale nikt nie wpadł na to że można było te liny olbrzymów odciąć?!… Come on! [/SPOILER]. Mimo to film naprawdę da się oglądać i z czystym sercem polecam go każdemu kto szuka lekkiej, sprawnie zrobionej rozrywki na gorący letni wieczór.

 

Taki film autentycznie istnieje. No joke.


Hansel and Gretel Get Baked.
Pamiętacie jak przy akapicie o A Good Day To Die Hard pisałam, że to najgorszy film roku i że wiem co mówię, bo widziałam naprawdę straszne gnioty?… Oto jeden z nich. Jak sam tytuł wskazuje film mało wybitny. Then again, nie spodziewałam się deklamowania Szekspira czy wielkich przemyśleń. Z drugiej jednak strony człowieka, który wpadł na – pewnie w jego mniemaniu genialny – pomysł nakręcenia horroru dla stonersów, gdzie głównym motywem jest jedzenie ludziny, powinien się smażyć w piekle. Dzięki Boru że Mysz nie była pod wpływem czegokolwiek (a mam taki wyjątkowo mocny syrop na kaszel, co to nieźle trzepie), bo miałabym nieodwracalną traumę. A tak skończyłam seans jedynie odrobinę zniesmaczona i mocno skonfundowana. Dla palaczy marihuany kręci się durne komedie w stylu How High czy psychodeliczne musicale takie jak Reefer Madness. A nie  horror oparty na Jasiu i Małgosi, gdzie Baba Jaga – w tej roli jak zwykle fatalna Lara Flynn Boyle – na ekranie torturuje i zjada ludzi.
Aha, jeszcze jedno. Poza ogólnym pytanie do twórców pt. “what the fuck?!” chciałabym wiedzieć co w tym filmie robiła córka Nicka Castle’a, czyli urocza Molly Quinn. Naprawdę, Molly – spodziewałam się po Tobie więcej.

The Incredible Burt Wonderstone
Kolejne miłe zaskoczenie filmowe. Mysz z wiekiem nauczyła się ogromnie szanować Jima Careya jako człowieka i aktora dramatycznego, ale jego komediowe wyczyny od lat mnie już nie bawią. Podziwiam go, bo to co ten facet robi ze swoją twarzą i ciałem to jakaś magia, ale wyrosłam już z Carey’owego brand of comedy. Jasne, jego starsze filmy wciąż darzę sympatią i wywołują one u mnie uśmiech, ale bardziej z sentymentu niż autentycznego rozbawienia.
Nieco inaczej ma się sytuacja w wypadku Steve Carrella. Carrell jest dla Myszy podobnym tworem jak Vince Vaughn – chcę go nie lubić i udaję, że tak jest, a w skrytości ducha oglądam jego film z równie wielkim poczuciem winy co… zdziwieniem. Bo choć zarówno Carrell jak i Vaughn bardzo rzadko mnie autentycznie śmieszą (wyjątkiem popis Carrella w Bruce Almighty), lubię ich oglądać. Może wynika to stąd, że ich postacie – mimo iż nieśmieszne – zwykle mają w sobie jakiś sympatyczny, ujmujący element. Nie wiem, czy ci aktorzy akurat takie scenariusze wybierają, czy po prostu ich wewnętrzna sympatyczność wyziera z ekranu, dość powiedzieć, że wbrew sobie lubię tych panów oglądać na ekranie.
A skoro Carey i Carrell znów – właśnie po Bruce Almighty – pojawiają się na ekranie w The Incredible Burt Wonderstone, trzeba by ten mało-śmieszny-dla-Myszy film przecierpieć.
W jednym miałam rację: film nie bawi. To znaczy nie bawił mnie. Mimo to oglądałam go ze sporą dawką przyjemności, a to głównie ze względu na zadziwiająco prosty, a przy tym sympatyczny scenariusz, oraz tematykę, czyli świat magików. Ostatnio nagromadziło nam się takich filmów – o Now You See Me (polski tytuł “Iluzja” będzie za moment) – i choć nic nie przebije pod tym względem The Prestige Nolana, Mysz wciąż lubi oglądać filmy o sztuczkach magicznych. The Incredible Burt Wonderstone jest ciekawe właśnie dlatego, że pokazuje nie tylko techniczną stronę magii, ale także aspekty bardziej komercyjne – jak magia się sprzedaje (czy też nie sprzedaje), co jest obecnie uznawane za prawdziwą magię a co za pozbawione artyzmu sztuczki [hem, hem, Derren Brown]. Carrell jako dość schematyczna postać “ślepego na innych dupka który odkrywa w sobie radość życia i dobro” jest wyjątkowo dobry – antypatyczny na początku filmu, szalenie ujmujący po tym jak jego postać przechodzi ‘transformację’. Partnerujący mu Steve Buscemi – choć w sumie niewielkiej roli – jest równie sympatyczny, co głupiutki. Ale co robić, taka rola. Carey zaś robi to, co chyba robi najlepiej, czy szokuje. I to na wiele, często naprawdę drastycznych sposobów. W pobocznych, ale istotnych dla fabiuły rolach świetnie sprawdzają się Olivia Wilde jako love interest, oraz Alan Arkin, jako podstarzały magik, który pomaga naszemu bohaterowi odzyskać ‘radość magii’.
Film jest prościutki i poziom – oraz styl – humoru w nim przedstawionego nie każdemu może pasować. Ale dla kogoś kto nie ma dużych wymagań w stosunku do wieczornej rozrywki i lubi panów Careya i Carrella to naprawdę sensowny wybór. W każdym razie Mysz może polecić, choć nie jakoś super-gorąco.

 
Now You See Me
Jak to trafnie napisał u siebie Zwierz o filmie “Iluzja” niewiele można powiedzieć. No, może oprócz tego, że choć tłumaczenie tytułu jest trafne, mnie osobiście szalenie denerwuje. Ale tak to już jest z nieprzetłumaczalnymi grami słów w języku angielskim. Tytuł odnosi się mianowicie do dość popularnej anglojęzycznej frazy “now you see me… now you don’t”, która po polsku właściwie nie istnieje, za to w ciekawy sposób pojawia się w filmie. Oczywiście scena ta jest kompletnie niezrozumiała dla polskiego widza, bo pojawiająca się w tym momencie wizytówka z napisem “…now you don’t” absolutnie nic mu nie powie. But don’t listen to me – I’m just anal about english.
Ustalmy coś na wstępie: film nie jest zły. To kawał dobrze zrealizowanego, poprawnie zagranego kina z niezłym pomysłem i fajnym, otwartym zakończeniem. I choć nie czułam po seansie jakiegoś strasznego zawodu przyznaję, że po trailerach spodziewałam się czegoś lepszego. Czegoś… bo ja wiem, a’la Nolanowski The Prestige tylko współcześnie. Z resztą dla Myszy “Prestiż” i “Iluzja” to filmy mające wiele wspólnego. Oba filmy opowiadają o magii i o wykorzystaniu w magii wyjątkowej jak na dane czasy technologii (machina Tesli w “Prestiżu”, hologramy i inne cuda techniki komputerowej w “Iluzji”). W obu filmach pojawia się także motyw [mini-spoiler]wieloletniego ukrywania tożsamości jako wyrafinowanej sztuczki magicznej[/mini-spoiler] oraz otwartego, mocno metafizycznego zakończenia. Bo choć zarówno “Prestiż” jak i “Iluzja” opierają się na sztuczkach, odwracaniu uwagi i kuglarstwie, jednocześnie próbują nas przekonać, że prawdziwa magia istnieje. Czasem tylko trudno odróżnić oszustwo od prawdy. No chyba, że jest się Myszą, która z jakiegoś powodu w filmach o magii zawsze wie na czym polega ta “największa sztuczka” i “najsekretniejsza tajemnica” zanim zostanie ona zdradzona. Wiedziałam w The Prestige, wiedziałam przy “Iluzji”. Podejrzewam, że to kwestia zbyt dużej znajomości filmów i ich konstrukcji. But I digress.
Do obejrzenia filmu zachęcam więc, choć nie polecam go jakoś histerycznie. Wizualnie film jest śliczny, ale osobiście węszę w jednak pewien przerost formy nad treścią. Warto za to obejrzeć “Iluzję” dla obsady. Co prawda Woody Harrelson, Isla Fisher, Jesse Eisenberg i Dave Franco jak na głównych bohaterów stosunkowo rzadko się pojawiają – a i dynamika ich grupy jest mało naturalna i wiarygodna – ale widać, że starali się nadać swoim postaciom jakieś pozory autentyczności. Tu ukłony jak zwykle dla Harrelsona, który jest jednym z tych aktorów, o których Mysz zapomina jak bardzo ich lubi, dopóki się nie pojawią na ekranie. Z kolei Jesse Eisenberg musi zmienić agenta, bo choć jego postać w “Iluzji” nie jest zahukanym w sobie nerdem – a takie postacie Eisenberg gra nader często, jeśli nie wyłącznie – ale to wciąż ten “wyjątkowy wyrzutek”, z ironicznym dowcipem i karabinowo-szybką mową. Najmilszym zaskoczeniem w filmie był Dave Franco, który utknął w rolach wkurzających dupków (przejął wodze po swoim starszym bracie?). W “Iluzji” natomiast jego postać, choć wyraźnie najbardziej zahukana z głównej czwórki, miała najfajniejszą scenę z całego filmu. Naprawdę dawno nie widziałam tak fajnie nakręconej sceny akcji. Brawa więc dla młodego Franco za świetne jej odegranie.
Mark Ruffalo (THE FLUFFALO! ^__^), Michael Caine, Morgan Freeman i Ta-franzucka-od-Tarantino-która-sprawia-że-mam-ochotę-wepchnąć-sobie-w-uszy-ślimaka-zapaćkać-oczy-kawiorem-i-turlać-się-w-koszyku-bagietek-póki-mnie-nie-wrzucą-do-Sekwany też sprawiają się w filmie nieźle, choć przyznaję, że po trzech wymienionych panach spodziewałam się o wiele więcej.
Podsumowując: zabrakło mistycyzmu The Prestige i silnego wątku emocjonalnego jak w The Illusionist. Ale mimo to warto Now You See Me obejrzeć w jakieś wolny wieczór. Tylko koniecznie z czymś do chrupania, bo to li-tylko-i-jedynie film rozrywkowy. I to taki na raz.

The Host 
Dobra. Nie śmiać się *patrzy się na Was krzywo, póki nie przestaniecie chichotać*
Pora na wyznanie: Mysz czytała i oglądała wszystko z serii Twilight. Co więcej: autentycznie te serię lubię. Nie na zasadzie “OMG, Meyer jest taką świetną pisarką a Zmierzch to szczyt pisarstwa i najlepsza rzecz jaką czytałam”. Nie przesadzajmy. Ale lubię te książki bo uważam je za dobrą – choć płytką, głupiutką i bardzo przekorną – rozrywkę. Podobnie z filmami – lubię je bo są dość wiernymi ekranizacjami książek, mają ładne widoczki i są cudownie durne, gdy ogląda się je “pod wpływem” (trust me, I’ve tried). Z tym większą ciekawością sięgnęłam po film The Host (Intruz), oparty na kolejnej książce Meyerowej, tym razem o kosmitach.
Przyznaję od razu: książki nie znam, więc nie wiem jak zgodny z oryginałem jest film. Ale szczerze?… mało mnie to obchodzi. Bo film, zwłaszcza w swoim gatunku (teenage paranormal romance), jest całkiem przyzwoity. Fabuła i intryga są proste i szalenie jak na sci-fi sztampowe, a tendencja Meyer do wprowadzania miłosnych trójkątów wiernie podtrzymania. Ale The Host ma coś, czego zabrakło w Twilight: naprawdę znośne aktorstwo. Głównie w osobie Saoirse Ronan, która wciela się w główną bohaterkę. Ta młoda, ogromnie utalentowana aktorka nadała temu filmowi wagi (i powagi) której tak próżno szukać w filmowym “Zmierzchu” (I blame you, Kirsten Stewart!). Nie, że w tych filmach należy szukać wagi i powagi, ale gdyby się uprzeć, The Host pod tym względem wypada lepiej. Także męskie wierzchołki trójkąta wypadają tu lepiej – Max Irons i Jake Abel nie wyglądają ani na tak zniechęconych jak Pattinson, ani na tak niezręcznych społecznie jak Llama-boy (znanczy też jako Taylor Lautner).
Największa jednak tu zasługa reżysera i scenarzysty, Andrew Niccola, który mając doświadczenie z filmami “futurystycznymi” i kręceniem dobrego kina, zrobił z książki Meyer naprawdę znośny oglądadło. Ale czego innego spodziewać się po reżyserze Gattaca, S1m0ne (jak nie znacie to koniecznie obejrzyjcie!!!), In Time i Lord of War oraz scenarzyście Truman Show.
I tak, Mysz się na filmie popłakała. Jestem rozchwianym kłębkiem emocji. Płaczę jak widzę kichającą pandę i reklamy Coca-Coli. Don’t judge me.

Surrender, Dorothy*
Oto przykład na to, że warto być na Tumblr (jeśli Czytelnik nie wie, co to Tumblr, to powinien się natychmiast w tej kwestii dokształcić, bo Tumblr jest jedną z największych radości i przyjemności, jaka z Myszy doświadczenia płynie z posiadania Internetu). Kilka dni temu przyuważyłam na Tumblr gify z aktorem Chrisem Pinem (czyli Kirkiem z nowego Star Treka), paradującym w cudownie różowej koszuli. Chris Pine nie należy do mojej “kolekcji” ulubionych aktorów, ale będąc na Tumblrze trudno się nie dokształcić w karierze pewnych celebrytów. Stąd wiedziałam, że gify pochodzą z filmu Pine’a którego jeszcze nie widziałam. Szybki research na IMDb powiedział mi, że chodzi o film telewizyjny Surrender, Dorothy. Tu uwaga osobista: choć kocham telewizję i szanuję filmy telewizyjne, rzadko je oglądam. Zwykle dlatego, że są strasznie słabe. Ale gdy zobaczyłam w obsadzie Surrender, Dorothy Diane Keaton i Toma Everetta Scotta (That Thing You Do) postanowiłam film obejrzeć.
Jakiż był mój zachwyt, gdy okazało się, że w filmie Chris Pine i Tom Everett Scott grają parę gejów. Stali Czytelnicy bloga wiedzą, że Mysz darzy postacie homoseksualne – zwłaszcza filmowe – ogromną sympatią, więc film automatycznie zyskał w moich oczach. Jednak nie to sprawiło, że Surrender, Dorothy oglądałam z taką przyjemnością. Sprawił to sprawnie napisany scenariusz, z ciekawymi, bynajmniej-nie-idealnymi postaciami, ogromną dozą życiowego smutku zmieszanego z zabawną groteską oraz poruszająca tematyka śmierci bliskiej osoby. Jasne, nie jest to szczyt kinematografii i żadne nagrody raczej nie ten film nie spłynęły, ale naprawdę warto się z nim zapoznać. Jeśli ktoś lubi raz na jakiś czas obejrzeć sobie dobry film obyczajowy  i/lub Diane Keaton i/lub Chrisa Pine’a, warto poświęcić Surrender, Dorothy 2 godziny. Tym bardziej, że jest to jeden z niewielu filmów w karierze Chrisa Pine’a, gdzie gra on autentycznie radosną postać, bez żadnej mrocznej przeszłości, wielkich sekretów czy rodzinnych problemów. A, i czy wspominałam, że Pine w filmie śpiewa i to całkiem nieźle?

Pacific Rim
Umówmy się: Mysz po obejrzeniu pierwszego trailera stwierdziła “O jeżu, tylko nie kolejny film o ogromnych potworach i ogromnych robotach. Wszyscy faceci zaczną się tym podniecać, a ja za cholerę nie zamierzam tego filmu obejrzeć i znowu będę wykluczona z rozmowy”.
Im więcej o filmie słyszałam i widziałam, tym mniejszą ochotę miałam na to by kiedykolwiek się z filmem zapoznać. Gigantyczne potwory i wielkie roboty nigdy nie były w kręgu moich zainteresowań – nawet w Power Rangers najmniej lubiłam momenty gdy walczyli w tym swoim transformersie z kolejnym wyrośniętym monstrum. Traf chciał, że gdy wybraliśmy się z Lubym do kina na The Bling Ring (zaszantażowałam go, przysięgam) akurat odwołano seans na który chcieliśmy pójść. Z braku laku, poszliśmy na Pacific Rim.

IT.WAS.FUCKING.EPIC.

Wszystkie dobre rzeczy które usłyszeliście albo przeczytaliście o Pacific Rim są prawdziwe. Nie będę się więc rozwodzić nad ciekawym scenariuszem ani świetnie rozplanowaną konstrukcją filmu (szybkie streszczenie, które przeskakuje przez pierwsze kilka lat konfliktu by wrzucić nas w sam środek ostatecznej rozgrywki między ludźmi a Kaiju, czyli wielkimi potworami). Nie będę Wam truła o tym, jak cudownie skonstruowane są WSZYSTKIE pierwszo- i drugo-planowe postacie w tym filmie, ani to, jak świetnie są zagrane (wszyscy się zachwycają Idrisem Elbą, a ja nadal piszczę “Charlie Hunnam, ty boski dupku, pójdź w me ramiona). Nie będę też analizować jak wspaniale rozegrane są relacje między postaciami – Raleigh i Mako**, Mako i Pentecost, Hermann i Newton, Chuck i Herc. Nie będę też zachwycać się wspaniałe opracowaną stroną wizualną, efektami specjalnymi, walkami ogromnych robotów i ogromnych potworów w których autentycznie widać kto kogo naparza i czym (ewenement we współczesnym kinie akcji!). Nie będę też próbowała Wam udowodnić, że Pacific Rim dokładnie wie -jakim- jest filmem i nie próbuje być niczym ponad to; za to w tym czym jest, jest wspaniały, a to wszystko dzięki jego Twórcy, którego szacunek i sympatia dla tego gatunku kina aż wyziera z każdego kadru dzieła, które stworzył.
Powiem Wam za to, to co mnie przekonało ostatecznie do Pacific Rim i sprawiło, że jest to jeden z najbardziej spójnych, na-całej-linii dobrze zrobionych filmów tego roku. Mianowicie Pacific Rim to film, który stwarza własny świat, pełen konkretnych postaci, zasad, zachowań, miejsc, rzeczy, pojęć, idei i cech. Według Myszy to pierwszy od wielu lat film, który stworzył pełen, KOMPLETNY świat, w który widz może wejść i bez przeszkód sobie po nim chodzić. Więcej: może w nim tworzyć własne postacie, miejsca, rzeczy, czy roboty. Pod tym względem przypomina skrzyżowanie dobrej gry komputerowej z fenomenem pokroju Star Wars, które dziesięciolecia temu sprawiły, że nagle cały świat zapragnął znaleźć się dawno temu, w odległej galaktyce. Pacific Rim ma właśnie taki efekt – mimo czyhających w tym świecie niebezpieczeństw, widz nie chce tego świata opuszczać. Do tego stopnia, że wyjście z kina kończy się pójściem na kolejny seans, albo powrotem do domu i przeczytaniem WSZYSTKIEGO co tylko się da o stworzonym przez Guillermo del Toro świecie. Co zaś świadczy o tym, jak kompletny jest świat Pacific Rim to to, że można kupić komiksy i albumy, które opisują i pokazują wydarzenia i szczegóły, których w filmie nie było. Nie jest to jednak chwyt marketingowy, a przynajmniej nie wyłącznie. To autentycznie dowód na to, że Guillermo del Toro miał wizję pełnego świata, tylko tak jakby w filmie zabrakło mu miejsca by wszystko pokazać.
Jeśli widzieliście film i wywarł on na Was takie wrażenie, jak na mnie, to wiecie że mam rację. A jeśli film Wam się nie spodobał… cóż, szkoda mi Was. Bo nawet nie wiecie jaką frajdę przynosi mi teraz łażenie po Internecie i czytanie różnych opowiadań czy oglądanie ilustracji, w których ludzie umieszczają swoje ulubione postacie (z filmów, seriali, książek, itp.) w świecie Pacific Rim. Wyobraźcie sobie np. Avengers jako pilotów Jaegerów. Albo Sherlocka i Watsona jako naukowców badających Kaiju. Prawda, że brzmi to niesamowicie?… pomijam już wyrażane wszędzie, płonne nadzieje, że my – zwykli, szarzy ludzie – też moglibyśmy kiedyś być pilotami wielkich robotów***. Wiem, że ja o tym marzę (nawet zrobiłam design własnego Jaegera).

Myszy Jaeger zwie się Indigo Glitch.
Kto chce ze mną podriftować? :)

Tak więc powtarzam: o zajebistości Pacific Rim nie świadczą wielkie roboty, ogromne potwory, wartka akcja czy dobry scenariusz. Świadczy o tym skomplikowany, ciekawy, wciągający świat, do którego każdy może wejść, a nie wiele chce z niego wyjść. I dlatego warto film obejrzeć.***

The Wolverine (also known as: The LOLverine)
Po pierwsze: The Wolverine to naprawdę nie jest zły film. Jest o wiele lepszy niż X-men Origins: Wolverine i o niebo lepszy niż X-men: The Last Stand (które Mysz w skrytości ducha lubi, niejako wbrew sobie). Ale z drugiej strony nie jest to też film świetny, jak chociażby X-men: First Class. Nowe przygody Wolverine’a – czy, jak to ochrzciła Mysz “Wolverine does Japan” – plasują się gdzieś pośrodku skali.
Po drugie: Hugh Jackman po pięciu filmach, w których gra słynnego ‘Rosomaka’ ma tę rolę obcykaną tak dobrze, że mógłby go grać przez sen (co z resztą poniekąd w filmie robi w paru scenach). Z jednej strony to dobrze, bo nie widzimy spadku formy – a raczej jej wzrost, bo muły jakie Jackman w tym filmie pokazuje wydają się autentycznie nieludzkie. Z drugiej strony to trochę nudne, bo Wolverine nie może nas już niczyć zaskoczyć. Zarówno Jackman jak i my już znamy tę postać jak zły szeląg (get it? Cause he’s metal? *ba dum tsss*).
Po trzecie: James Mangold  zrobił naprawdę niezły film o Japonii. Jasne, jest to Japonia typowo turystyczna – ninja, Shinkansen, pałeczki w misce ryżu, pijanie herbaty i love hotels, czyli wszystko to, co każdy szanujący się gaijin powinien w Kraju Kwitnącej Wiśni zobaczyć. Ale jest w tym pewien urok i widać, że Mangold próbował, nie tylko od strony kulturalno-wizualnej, zrobić w The Wolverine coś więcej niż film akcji o mutancie z mocami. To podróż człowieka złamanego, szukanie sensu życia, walczenie z wewnętrznymi demonami, zmierzenie się ze śmiertelnością… te elementy Mangold przedstawia świetnie. Mniej więcej do dwóch-trzecich filmu.
(Po czwarte) Bo końcowe… bo ja wiem, pół godziny filmu wydaje się napisane i nakręcone przez kogoś zupełnie innego. Mam wrażenie, że jakiś producent siedział nad Mangoldem i dawał mu po łapach za każdym razem gdy ten chciał zrobić scenę ‘z głębią i przesłaniem’, po czym mówił “A tu wstawimy walkę, tu bezsensowne mutanckie moce, a tu jeszcze bardziej bezsensowne i naukowo niespójne bzdurne rozwiązania fabularne”. Więc jeśli zamierzacie film oglądać to przygotujcie się na to, że dostaniecie 2/3 filmu z biura turystycznego Japonii, a potem końcówkę, która poziomem debilizmu i swądem wydanych na to pieniędzy ociera się o czwartych Pirates of the Caribbean.
Po piąte: film zdaje tzw. Bechdel Test. A to więcej niż można powiedzieć chociażby o Avengers. Czy nawet powyżej omówiony Pacific Rim (a przynajmniej według mojej pamięci, Pacific Rim chyba oblewa Bechdel test).
Po szóste: scena po napisach. ZOSTAŃCIE NA SCENĘ PO NAPISACH. Scena po napisach jest lepsza niż cały The Wolverine. Nie, serio – te parę minut po napisach sprawiło, że byłam bardziej podekscytowana i szczęśliwa niż cały, właśnie obejrzany, film. Ale nie wiem, czy dla tego uczucia warto wydawać te +30zł na bilet do kina. Zdecydujecie sami.

Myszy reakcja gdy komuś nie podobał się Pacific Rim.

* Surrender, Dorothy odnosi się do bardzo słynnego efektu specjalnego, użytego podczas kręcenia The Wizard of Oz w 1939 roku. Polecam zGooglać, bo to ciekawy popkulturalny fenomen.

** Najlepsze podsumowanie relacji między Raleigh a Mako (ukradzione z Tumblr):

in most action movies, stereotypical-white-action-hero raleigh would be coming on to mako, but instead he’s basically just screaming “you’re so cool pilot the robot with me pleaseeeeeee” for about an hour

*** Tak, wiem że Jaegery to technicznie rzecz biorąc nie roboty, a Mechy. Ale piszę “roboty” bo tak jest łatwiej i szybciej, bo nie muszę ludziom, którzy w życiu nie widzieli anime jaka jest różnica między robotem a Mechem.