As w rękawie, czyli rzecz o “House of Cards”

Mysz nieco niechętnie zasiadła do serialu “House of Cards” po czym ku własnemu zaskoczeniu pochłonęła go w ultra-szybkim tempie.

 

 

Muszę się Wam do czegoś przyznać:… Mysz nienawidzi polityki.
Nie jest to może najlepszy sposób by zacząć recenzję serialu politycznego, ale sądzę, że jeśli House of Cards był w stanie przekonać do siebie Mysz – która do tej pory tolerowała politykę tylko w komediowym ujęciu The West Wing – to coś jest na rzeczy.
Większość Czytelników pewnie nie raz w ciągu ostatnich miesięcy słyszała o House of Cards. Serial internetowy (tzw. web television) stacji Netflix stworzył kawałek historii gdy podczas tegorocznego rozdania nagród Emmy zgarnął statuetkę za reżyserię pilotażowego odcinka. David Fincher, który odbierał nagrodę w imieniu twórców serialu, zyskał w ten sposób chyba nawet więcej uznania niż gdy wygrał Oscara za The Social Network. Nic z resztą dziwnego – zaangażowanie Finchera w projekt, a także wygrana Emmy pokazują, że telewizja się zmienia. Wypuszczanie kolejnych miałkich odcinków oper mydlanych już się nie opłaca. Współczesny widz nie chce serwowanego co tydzień fastfoodu; chce idealnie wysmażonego steku z delikatną sałatką i przyrumienionymi na złoto frytkami. I wszystko to chce dostać teraz-zaraz, bez czekania. House of Cards jest więc nie tylko wspaniałym serialem sam w sobie, ale także świetnie dopracowanym produktem, dobranym pod gusta współczesnych, inteligentnych widzów, którzy chcą naraz obejrzeć cały sezon serialu, zamiast czekać na kolejnego jego odcinki.

Jeden z Myszy ulubionych designów graficznych ostatnich lat.
Tak prosty, a jednak tak wieloznaczny. To się nazywa klasa!
Zarys fabularny House of Cards nie należy do wymyślnych ani skomplikowanych. Kongresman Francis Frank” Underwood, mimo obietnic złożonych przed nowego, właśnie obejmującego urząd prezydenta, nie zostaje mianowany Sekretarzem Stanu. W ramach wyjątkowo zawiłej oraz rozciągniętej w czasie zemsty, a także z silnej potrzeby osiągnięcia wyższej pozycji politycznej, Underwood zaczyna KNUĆ.
Trzeba powiedzieć: dawno nie mieliśmy w popkulturze kogoś, kto by tak wspaniale knuł. Underwood to postać wręcz dla Myszy wymarzona – inteligentny, bezkompromisowy sukinsyn, który by osiągnąć swoje cele jest w stanie zrobić wszystko. Oczywiście, jak na polityka przystało, robi to w białych rękawiczkach, które gdy tylko zachlapią się krwią, wyrzuca bezceremonialnie do kosza. Underwood równie bezceremonialnie obchodzi się z ludźmi – jest w stanie wykorzystać do swoich celów zarówno młodego kongresmana, Petera Russo, jak i początkującą dziennikarkę, Zoe Barnes, z którą wkrótce nawiązuje romans. Mysz szalenie lubi postacie, które robią to co robią i nigdy za to nie przepraszają; wiedzą, że nawet jeśli ich działania są niemoralne czy niewłaściwe, są usprawiedliwione tak długo, jak służą osiągnięciu wyższego celu. Swego czasu właśnie za to lubiłam Dextera i choć porównywanie seryjnego mordercy do bezdusznego polityka może się wydawać dziwne, jestem przekonana, że Frank i Dexter umieliby się dogadać.
Peter Russo to jedna z najbardziej “ludzkich” postaci w serialu,
więc trudno się zdecydować komu kibicujemy: jemu czy Underwoodowi?
Dopełnieniem Machiavellicznej postaci Franka jest jego żona, Claire. To również cudowna postać – żadna tam kolejna ułożona, nudna żona, która do późna czeka na męża z kolacją i pyta „jak minął dzień?”, a w wolnych chwilach udziela się charytatywnie. Owszem, Claire dowodzi organizacji non-profit Clean Water Initiative, ale już w pierwszym odcinku orientujemy się, że nie jest to jakieś trywialne hobby. Dla Claire C.W.I. jest równie istotne jak dla Franka polityka. Z resztą parokrotnie dochodzi między małżonkami do scysji właśnie na gruncie sprzecznych ambicji i różnic w priorytetach.
Pomijając jednak te kilka sporów, które w serialu się pojawiają, między Underwoodami panuje zaskakująca wręcz zgoda. W serialu politycznym o tak skomplikowanej intrydze, gdzie każdy ruch i zagranie jest zmyłką, sprytnym i przemyślanym działaniem taktycznym, widz spodziewa się, że także w małżeństwie Frank i Claire panuje zasada „don’t ask, don’t tell”. I tu pojawia się kolejny aspekt House of Cards wart wzmianki: relacje małżeńskie Underwoodów to jeden z najciekawiej napisanych związków, jakie Myszy widziała w telewizji. Frank i Claire są niesamowicie dobrani i choć cały czas zastanawiałam się, które z bohaterów w rzeczywistości poszło na ustępstwo i „dostosowało” się do charakteru swego partnera, w gruncie rzeczy nie jest to istotne. Bo niezależnie od tego, czy to Claire zrezygnowała z marzeń o rodzinie, by twardo stać przy ambitnym mężu, czy to Frank musiał stać się bardziej bezwzględny by sprostać pragnieniom wyniosłej żony, dość powiedzieć, że w obliczu przeciwności losu, Underwoodowie tworzą zwarty front. Co więcej, z biegiem serialu odkrywamy, że ich relacja wcale nie jest wyłącznie wyrachowaną decyzją. W ich związku jest bardzo wiele chłodnej kalkulacji – Co mi się opłaca? Czy warto? Co mogę osiągnąć? – ale jest też ogrom miłości, u której podstaw leży lojalność oraz absolutna, czasem wręcz brutalna szczerość.

Frank i Claire Underwoodowie tworzą niesamowicie zgraną parę.
Po prawej zasiada Myszy ulubiona postać,
czyli “prawa ręka” Franka, jego szef sztabu, Doug.
Poczucie lojalności jest zresztą ogromnie dla Franka ważne. Przykładowo od lat jada on w tej samej, obskurnej knajpie, a mimo skoków w bok z Zoe, wciąż pozostaje wierny żonie. Brzmi to jak pokrętna dwulicowość, ale prawda jest taka, że Frank po prostu w bardzo specyficzny sposób rozumie pojęcie lojalności. Jeśli ktoś jest w stanie dotrzymać mu kroku w jego dążeniu do celu i przy tym nie zawieść go – Frank pozostanie takiej osobie zawzięcie lojalny… chyba, że przestanie mu się to opłacać. Istotny jest jednak także inny aspekt: Frank niesamowicie ceni lojalność swego otoczenia, zarówno rodziny jak i pracowników. Właśnie ze względu na tę niezachwianą lojalność Myszy ulubioną postacią w serialu stał się Doug Stamper, szef sztabu Underwooda. To facet, który bez szemrania i niepotrzebnych pytań wykona każde, nawet najbrudniejsze zadanie. Dlaczego?… bo wie, że cel –rzeczywiście- uświęca środki. Zwłaszcza gdy cel jest tak ambitny, jak to planuje Underwood.
House of Cards oprócz niesympatycznych ale fascynujących postaci, ma także ciekawą konstrukcję. Postać Franka wielokrotnie przełamuje w serialu tzw. „czwartą ścianę” i zwraca się bezpośrednio do widza. Jest to bardzo sprytny sposób, by – mimo paskudnego charakteru Franka – wmówić nam, że jesteśmy po jego stronie. Wszak jesteśmy niejako jego spowiednikami – wiemy o pobudkach jego machinacji, szczegółach taktyki, itp. Tym ciekawsze wydaje się zakończenie serialu, gdy konstatujemy, że mimo pewnego stopnia zażyłości z widzem, Frank nawet przed nami zdołał ukryć swój ostateczny cel.
Przykład przygaszonego, chłodnego klimatu, jaki panuje w House of Cards.
Skoro o konstrukcji mowa, należy wspomnieć, że serial chętnie wykorzystuje współczesną zależność społeczeństwa od Internetu, laptopów, tabletów i smartfonów. Co chwila widzimy postacie z jakimś gadżetem w rękach, a wymiany smsów między postaciami pojawiają się na ekranie w formie wyskakujących dymków. Widać, że David Fincher trzyma rękę na pulsie i kręcąc The Social Network nauczył się, jak należy na ekranie pokazywać social media. Co prawda Myszy takie dymki mocno kojarzyły się z Sherlockiem stacji BBC, ale jeśli już coś kopiować, to czemu nie od najlepszych? Rękę Finchera widać także w ponurym klimacie i przygaszonych barwach serialu. Nawet wnętrza Białego Domu czy rezydencji Franka – choć wysmakowane – sprawiają wrażenie chłodnych i nie tyle pięknych, co przede wszystkim funkcjonalnych. Z drugiej strony, zasługę za to można przypisać także świetnemu duńskiemu kinematografowi, Eigilowi Bryldowi, który również otrzymał nagrodę Emmy, właśnie za House of Cards.
 
Pod względem reżyserii serialowi nic nie można zarzucić, bo oprócz Finchera za kolejne odcinki odpowiadali reżyserowie takich dzieł popkultury jak Glengarry Glen Ross, The Phonebooth, The Good Wife, Boardwalk Empire czy The Sopranos. Inaczej niestety ma się sprawa ze scenariuszem. Choć Beau Willimon dostał nominację do Oscara za swój scenariusz do The Ides of March i widać, że umie pisać thrillery polityczne, w House of Cards czegoś zabrakło. Nie wiem czy wynika to z odcinkowej formy fabuły, czy stąd, że musiał on przełożyć fabułę książki Michael Dobbsa „House of Cards” z brytyjskiego parlamentu na realia amerykańskiej sceny politycznej. Dość powiedzieć, że choć wszelkie przetasowania, zagrania i spory o władzę są ciekawe, o tyle dialogi momentami pozostawiają wiele do życzenia. Mysz nie na darmo w drugim akapicie wpisu wspomniała The West Wing – serial, który dzięki geniuszowi Aarona Sordina sprawił, że Mysz nie tylko zaczęła rozumieć amerykańską politykę, ale nawet się nią interesować. Niestety Willimonowi nie udało się osiągnąć tego samego efektu. Choć aspekty polityczne serialu są nieźle przedstawione, a postaci dobrze napisane, ostatecznie zabrakło tej magicznej iskry, która sprawia, że widz słucha każdego słowa, spływającego z ust bohaterów. A może inaczej – owszem, widz słucha uważnie, ale wynika to przede wszystkim z niesamowitych kreacji aktorskich, a nie tekstu źródłowego.
Fincher wraz z Coreyem Stollem, czyli serialowym Peterem Russo.
 
Bo jeśli jest aspekt House of Cards, który Myszy przypadł do gustu najbardziej, jest to właśnie aktorstwo i kreowanie postaci. Wszyscy aktorzy spisali się na medal: od nominowanych do Emmy Kevina Spacey (K-PAX) i Robin Wright (Forrest Gump) jako Franka i Claire Underwoodów, poprzez Katę Marę (24) w roli ambitnej, gotowej na wszystko dziennikarki Zoe Barnes, aż po Corey’a Stolla (Midnight in Paris) jako kongresmana Petera Russo.
Spacey’a chwalą praktycznie wszyscy i nie bez powodu. Za stworzenie tak brawurowej kreacji, której można zarówno się bać jak i ją podziwiać, jest zaiste osiągnięciem wartym uznania. Zwłaszcza sceny w których spod uroku południowego dżentelmena wychodzi z Franka skrzętnie skrywana furia są aktorskim majstersztykiem. Robin Wright – która dla Myszy na zawsze pozostanie księżniczką Buttercup z The Princess Bride i słodką Jenny z Forresta Gumpa – także jest fenomenalna jako wyniosła i chłodna, wręcz ‘stalowa’ żona Underwood, Claire.
Ciekawe, że w serialu Claire ubiera się wyłącznie w ponure kolory: czerń + biel, szarości, stalowe błękity.
Mysz lubi myśleć, że nie chodziło wyłącznie o podkreślenie jej stalowego charakteru,
ale również pokazanie, że Claire egzystuje w świecie, gdzie nic nie jest wyłącznie czarne lub białe.
Kate Mara, siostra –tej- Rooney Mary (The Girl with the Dragon Tattoo), jest w medialnej wyliczance laurek chyba najbardziej niedoceniana. Nie wiem czy wynika to z charakteru jest postaci, czy stąd że w serialu są ‘większe nazwiska’, ale Mysz chciałaby by kreację Mary bardziej doceniono. W jej wykonaniu Zoe Barnes nie jest kolejną dziennikareczką, która dała się uwieść w zamian za kilka okruchów informacji. To wyzbyta złudzeń, młoda, na wskroś współczesna kobieta, która nie tyle musi ‘dojrzeć’ do poziomu Underwooda, ile zrozumieć, że pod względem inteligencji już jest mu równa. Owszem, brakuje jej wyrachowania, bo w gruncie rzeczy nie jest złym człowiekiem – tylko trochę zagubionym emocjonalnie – ale nie oznacza to, że jest w jakikolwiek sposób gorsza.
Media chwalą przede wszystkim młodszą z sióstra Mara, Rooney.
Mysz o wiele bardziej woli jej starszą siostrę, Kate.
Także postać jej koleżanki po fachu, Janine Skorsky, jest w serialu niedoceniona. Mysz w ogóle jest mile zaskoczona tym, ile w House of Cards jest postaci żeńskich, na dodatek świetnie napisanych i zagranych. Janine to cudowny przykład wrednej suki, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Jest postacią, którą od samego początku widz ma znienawidzić, by dopiero z biegiem czasu odkrywać w niej coraz to kolejne warstwy. Tu Myszy osobiste ukłony dla Constance Zimmer, której kreacja Janine jest szalenie wiarygodna. Z drugiej strony Zimmer ma już doświadczenie w graniu zimnych suk, bo swego czasu wcielała się w równie bezpardonową panią – Danę Gordon w Entourage. Na uwagę zasługuje także Michael Kelly, we wspomnianej przez Mysz roli Douga Stampera, prawej ręki Underwooda.
Constance Zimmer grała jedną z Myszy ulubionych postaci w Entourage.
Teraz to samo robi w House of Cards.
Wielowymiarowość postaci była tym, co utrzymało Mysz przy House of Cards, mimo okazjonalnego znudzenia aspektami politycznymi. Szkoda jedynie, że w trakcie całego pierwszego sezonu tak niewiele dowiadujemy się o przeszłości postaci. I nie chodzi tu o bohaterów pobocznych, ale nawet o główną serialową parę. O życiu Franka i Claire sprzed rozpoczęcia akcji serialu wiemy zatrważająco mało. Co prawda w odcinku ósmym (Myszy ulubionym!) dostajemy drobny, arcy-ciekawy wgląd w przeszłość Franka, ale jest to wątek poboczny, który do końca sezonu już nie powraca. Mysz była tym niezmiernie zawiedziona – dać widzowi takiego smaka, tak go subtelnie pociągnąć za wyobraźnię, a potem w ostatnim momencie wyhamować?… a fe. Nieładnie.
 
I tu pojawia się główny Mysi zarzut do serialu. Przyznaję bez bicia i z ręką na sercu, że House of Cards to świetny serial i rzeczywiście nie na darmo wszyscy się nim zachwycają. Przecież mimo mojej antypatii do polityki i chwiejnego poziomu scenariusza, obejrzałam cały serial z prawdziwą, niekłamaną przyjemnością, prawda? Muszę jednak powiedzieć, że jak na tak wychwalany serial, który przez trzynaście odcinków prowadzi nas krętą ścieżką spisków, kłamstw i kart ukrytych w rękawie do pełnego napięcia finału… jakiś taki nudny ten finał. Może to moja wina. Mysz jest przyzwyczajona, że seriale, które są obecnie wychwalane (np. Orphan Black czy Orange is the New Black) kończą się niesamowicie mocnym „oomph!” – takim walnięciem prosto w splot słoneczny, które pozostawia widza z opuszczoną szczęką i wzrokiem ślepo wpatrzonym w ciemny ekran laptopa. A House of Cards kończy się… byle jak. Zawieszeniem akcji, owszem, ale nijak mającym się do porządnego cliffhangera. Jasne, widz zastanawia się co dalej będzie z bohaterami, czy i jak tym razem uda im się wybrnąć z trudnej sytuacji, ale nie ma w tym żadnego napięcia, żadnych emocji. Jest tylko chłodna kalkulacja.
I chyba właśnie na tym polega fenomen House of Cards – to serial, który chłodną, przemyślaną, inteligentną kalkulacją, osiągnął niewątpliwie zasłużony sukces. But don’t take my word for it! Przekonajcie się sami – stacja AleKino+ zrobiła świetny ruch i wykupiła prawa do wyświetlania serialu. Co tydzień, zaczynając od 19 października (godz. 22:00), AleKino+ będzie wypuszczać kolejne dwa odcinki House of Cards. Mysz zachęca Was do oglądania, bo jest bardzo ciekawa, czy i Wam serial przypadnie do gustu. A poza tym warto wspierać stację, która podejmuje tak mądre decyzje dystrybutorskie. Mysz teraz modli się do wszystkich bóstw, by ktoś (może także AleKino+?) wykupiło prawa do wspomnianego wyżej Orange Is The New Black. Mam wrażenie, że polskiej publiczności bardzo przydałby się taki serial.

A na koniec niespodzianka, czyli KONKURS. Dzięki uprzejmości AleKino+ możecie wygrać nagrody związane z serialem: wieczne pióro (takie jakim posługuje się Frank), talię kart z serialowymi postaciami oraz plakat. Wystarczy, że odpowiecie na poniższe pytanie:
Gdyby powstała polska wersja House of Cards, jaki byłby tytuł serialu i jego tagline?*

*tagline to chwytliwe hasło, które zazwyczaj umieszcza się na plakacie promującym dane dzieło popkultury
(kiedyś miały je tylko filmy, teraz także seriale)
 
Swoje odpowiedzi możecie przesyłać na email: roguemousey MAŁPA yahoo KROPKA pl lub wykorzystać do tego formularz kontaktowy (w kolumnie po prawej stronie). Spośród najfajniejszych, najciekawszych i najśmieszniejszych odpowiedzi, Mysz wylosuje szczęśliwego wybrańca, który zostanie ogłoszony 19 października, tuż przed 22:00, tak żebyście w razie czego zdążyli akurat na rozpoczęcie serialu na kanale AleKino+. Powodzenia and may the smartestbest person win! ^__^


PS. Mysz dziś wieczór jedzie do Pragi razem ze Zwierzem i Fabulitas, by pozachwycać się sir Kennethem Branaghem w szkockiej sztuce, którą pokazują w kinie (ach ta współczesna technologia!). Wracam w piątek i będę donosić o swych wrażeniach, zarówno tu, jak i w podcaście.

Wpis powstał przy współpracy AleKino+