Czeskie metro, szkocka sztuka i węgierskie słodycze.

O blogerskim wypadzie do czeskiej Pragi celem zobaczenia szkockiej sztuki z Kennethem Branaghem.

Ponieważ Zwierz już zamieścił swoją relację z blogerskiego wypadu do Pragi, jaki urządziłyśmy sobie wspólnie z Fabulitas, Myszy pozostaje tylko dodać swoje trzy grosze (halerze?). A dla niewtajemniczonych spieszę tłumaczyć: trzy blogerki wybrały się wspólnie do Pragi, by obejrzeć w kinie spektakl “Makbet” z Kennethem Branaghem, nagrany w ramach National Theatre Live.

Odpowiadając na pytanie: tak, jesteśmy na swój sposób zdrowo walnięte. Ale dobrze nam z tym ^__^

Zacznijmy od tego, że mimo młodego wieku, Mysz jest już chyba za stara na nocne podróże pociągiem. A i tak musimy uznać się za jednostki wyjątkowo przez Fortunę pobłogosławione, bo w naszym nader nowoczesnym przedziale byłyśmy tylko we trzy. Gdy więc zmogło nas zmęczenie – bo tematy do rozmów nie kończyły nam się przez cały wyjazd – mogłyśmy pokładać się na siedzeniach dość swobodnie. Mysz, jako ta najkrótsza, wylądowała w pozycji bardzo ciekawej mianowicie w poprzez dwóch foteli, po przeciwnych stronach przejścia. Na szczęście fotele były rozkładane, więc zaledwie skrawek Mysiego ogonka wylądował w szparze między siedzeniami.
Tu muszę nadmienić, że podróżowanie z Fabulitas i Zwierzem to prawdziwa przyjemność. Osoby które czytają ich blogi mogły się tego naturalnie domyślać, ale Myszę niezmiernie cieszy, że mniemanie jakie o dziewczętach miała jest tak bardzo zgodne ze stanem faktycznym – obie blogerki są na żywo równie miłe, inteligentne, zabawne i pozytywnie zwariowane jak ich Internetowe wcielenia. Co prawda przekonałam się o tym już wcześniej, podczas tegorocznego Polconu, ale jednak spędzenie z kimś kilku godzin, a paru dni to dość duża różnica. Tym bardziej, że Mysz nie lubi stresu związanego z wyjazdami i bała się, że jej rozchwiany stan emocjonalny wpłynie niekorzystnie na jakość podróży. Na szczęście Fabulitas i Zwierz skutecznie mnie zagadały, tym samym odwracając mą uwagę od bezcelowego myślenia “a co jeśli pociąg się wykolei…?”. Swoją drogą dawno nie brałam udziału w tak fajnych, ciekawych, przemiło fangirlowskich rozmowach jak podczas tego wyjazdu. A rozpiętość tematyczną miałyśmy zaiste potężną, bo dyskusje oscylowały od naszych talentów kulinarnych, aż po perypetie studenckie, przechodząc przy tym przez szeroki wachlarz tematów popkulturalnych.
Jedną z dwóch zalet nocnej podróży był fakt, że mogłyśmy z okiem pociągu obserwować jak czeski krajobraz powoli budzi się do życia. Może i “złota Polska jesień” jest powodem do dumy, ale wierzcie mi: czeska złota jesień też jest niczego sobie. Zwłaszcza gdy różowy świt prześwietla rudo-czerwono-pomarańczowo-złoty las tuż za oknami jadącego w powoli rzednącej mgle pociągu. Drugą zaletą było to, że dotarłyśmy do Pragi o ósmej rano, w związku z tym miałyśmy cały dzień by wchłonąć jak najwięcej ‘czeskości’, zanim udamy się wieczorem do kina. A dzięki wspaniałej czytelniczce Zwierza, Paulinie, która odebrała nas z dworca (medal dla tego kto wstaje tak wcześnie by obcych ludzi z dworca odbierać!), przenocowała w swym przemiłym, erazmusowym mieszkanku i przez cały pobyt robiła nam za przewodnika, zobaczyłyśmy Pragę z  cudownie nieturystycznej strony.
A ja myślałam, że niektóre warszawskie wieżowce są brzydkie.
PS. Na zegarze widać, że jest za dwadzieścia jedenasta.
Po drodze Paulina zdążyła nas jeszcze nakarmić przepysznym śniadaniem!
Najpierw, ze względu na nieludzko wczesną porę, Paulina zaciągnęła nas do drugiego najbrzydszego budynku na świecie, czyli Praskiej wieży telewizyjnej. Jak się okazuje na trzecim piętru tej diabelskiej wykałaczki (66 metrów nad ziemią!) znajduje się bardzo elegancka restauracja z przepiękną panoramą miasta. Skórzane loże i lśniące stoliki trochę nas przestraszyły – wszak jesteśmy li-jedynie blogerkami, a nie jakimiś celebrities – ale ku naszemu miłemu zaskoczeniu ceny były zaskakująco niskie. Dzięki temu mogłyśmy nie tylko cieszyć się cudownym widokiem, ale i wypić przepyszną kawę… robiąc jej wpierw hipsterskie fotki, których dzięki darmowemu WiFi nie omieszkałyśmy wrzucić na Facebooka.
Zdjęcie w cokolwiek małym formacie, ale daje jako-takie pojęcie o widoku, jaki miałyśmy do kawy.
Mysz robi zdjęcie telefonem Zwierzowi,
który robi tabletem zdjęcie kawie.
Normalnie foto-Incepcja.
I jakie futurystyczne szklanki!
Potem ruszyłyśmy w miasto. W przeciwieństwie do Warszawy, która mimo szczerych chęci władz ma nadal tylko jedną linię metra, Praga ma ich aż trzy i poruszanie się nimi jest banalnie łatwe. Ciekawe jest że – jak pisał Zwierz – stacje Praskiego metra musiał projektować jakiś krypto-miłośnik Doctor Who, bo ściany są pokryte iście Dalekowym, wypukło-okrągłym wzorem. Tu muszę ostrzec osoby wybierające się do Pragi: uważajcie na ruchome schody w metrze. Poruszają się one w sporo szybszym tempie niż te warszawskie, a w związku z tym wchodzenie/schodzenie to momentami prawdziwa walka z grawitacją. Co prawda Myszy udało się nie wywalić, ale wielokrotnie musiałam dreptać jak pingwin, by we właściwym momencie zdjąć nogę z pędzącego schodka.
Myszy, wbrew pozorom, muzyka na Moście Karola bardzo się podobała.
Każda z kapel grała czysto i z werwą, zapewniając zwiedzającym fajny klimat.
Jeśli jesteśmy w Pradze to nawet nie będąc stricte turystą, warto się przejść po Moście Karola, zwłaszcza w tak piękną, jesienną pogodę. Owszem, są tam tłumy ludzi wszelkich narodowości, a co paręnaście metrów rozkłada się coraz to inna kapela, co wspólnie tworzy jedyną w swoim rodzaju kakofonię dźwięków. Momentami trudno też dostrzec z Mostu rzekę, bo rozstawieni wszędzie uliczni sprzedawcy ‘sztuki’, biżuterii, karykatur robionych na miejscu i innego, turystycznego badziewia, swymi stoiskami skutecznie zasłaniają większość widoków. Nawet słynne rzeźby na Moście też nie zawsze można podziwiać, bo wiele z nich jest w remoncie, lub tak zniszczonych, że trudno odcyfrować, czy patrzymy się na twarz świętego, czy smoka który go oplata.
Turyści, stoiska, wielkie rzeźby i chłodny wiatr znad rzeki.
… to musi być Most Karola.
Meandrowanie wśród tłumu turystów okazało się jednak usprawiedliwione, bo przekroczywszy rzekę, zboczyłyśmy w lewo, na malutki placyk znajdujący się praktycznie pod Mostem, gdzie Paulina zaprowadziła nas do Muzeum Efektów Specjalnych im. Karela Zemana. Dla takich jak my fanek wszystkiego co związane z kinematografią, była to niespodziewana gratka. Zeman poza Europą – i dość specjalistycznymi kręgami entuzjastów – jest raczej mało znany, ale istniejące od roku Muzeum cudownie pokazuje, dlaczego warto się z jego twórczością zapoznać. Jeśli zastanawialiście się kiedyś, jak w czasach gdy nie było komputerów robiono efekty specjalne, wyprawę do Muzeum Zemana potraktowalibyście – tak jak my – jako ogromną przyjemność.
Przycupnięte w podwórzu koło Mostu Karola
Muzeum Efektów Specjalnych im. Karela Zemana.
 
Zeman był jednym z pierwszych filmowców w Europie
który używał ręcznie rozpisywanych/rozrysowywanych storyboardów.
Specjalnością Zeman były filmy inspirowane twórczością Juliusza Verne’a.
Oprócz tego modelu machiny latającej w Muzeum znajduje się także
model statku podwodnego, którego Zeman używał w swoich filmach.
Mysz, jak na entuzjastkę kostiumologii przystało,
była zachwycona opracowanymi przez Zemana kostiumami.
Nie wstydzę się przyznać: dałabym się pokroić za taką kieckę.
Następnie Paulina – przewodnik natchniony, który dokładnie wie jak zadowolić trójkę nie-turystycznych blogerek – zaprowadziła nas do miejsca-ciekawostki. Wiedzieliście, że w Pradze znajduje się anglojęzyczna księgarnia “Szekspir i synowie”? Nazwa wyjątkowo nam przypadła do gustu, choć jak Zwierz w swej relacji słusznie zauważył, długa zastanawiałyśmy się, czy Szekspir rzeczywiście mógłby takową księgarnię założyć. 
“…& synove” czyli synowie,
choć Mysz w pierwszej chwili myślała,
że naprawdę chodzi o synowe Szekspira :)
Wyjście z księgarni bez jakichkolwiek zakupów było ogromnym poświęceniem z naszej strony, ale pomogło nam to, że po uliczkach Starego Miasta rozchodził się wyjątkowo apetyczny zapach. Skuszone nim, pognałyśmy na drugą stronę Mostu Karola (będąc przy okazji świadkiem wyjątkowo uroczych zaręczyn), by pod wieżą zegarową zakupić tzw. trdelnik. To pas ciasta drożdżowego, obsypany cukrem i orzechami włoskimi, podsmażany na metalowym (lub drewnianym) walcu nad otwartym płomieniem. Nie wiem, czy mieliście okazję coś takiego kiedykolwiek jeść*, ale jest to NIEZIEMSKIE. Trdelnik jest co prawda słodkością typowo węgierską, ale Mysz ogromnie się cieszy, że Czesi zaadaptowali go na swój użytek. Tym bardziej, że udało nam się owe słodkości spożyć w uroczym, zacisznym kąciku… tuż koło wielkiego placu pod wieżą zegarową. Jest coś niesamowitego w sytuacji, gdy siedzisz na ławeczce pod drzewami, zajadasz ciasto i patrzysz na gołębie, które dokarmiają miejscowi, a tuż za twoimi plecami przepychają się tłumy turystów.
Dziewczęta z trdelnikami i zadowolonymi pyszczkami.
Artystycznie prześwietlone zdjęcie z gołębiami.
Potem, namówione przez Zwierza, chciałyśmy złożyć swoje uszanowanie na Praskim cmentarzu żydowskim, ale jak się okazuje jest to cokolwiek niemożliwe. Najpierw trzy razy obeszłyśmy teren cmentarza, będąc wciąż odsyłane do innych wejść (które okazywały się być wyjściami, albo były zwyczajnie zamknięte). A gdy w końcu trafiłyśmy pod właściwą bramę, okazało się że aby dostać się na teren cmentarza trzeba wykupić specjalną wycieczkę. Jako że nie miałyśmy zamiaru wydawać pieniędzy na ten konkretny rodzaj przyjemności, opuściłyśmy cmentarz bez zwiedzania, zastanawiając się przy tym, czy osoby które posiadają na cmentarzu rodzinę też muszę płacić za możliwość odwiedzenia ich grobów. Perhaps we’ll never know.
W drodze na cmentarz żydowski.
Jako że trdelnik wyłącznie zaostrzył nasz apetyt, Paulina powiodła nas do pubu na obiad. I tu muszę zaznaczyć, jak cudownie jest mieć za przewodnika kogoś kto w danym mieście mieszka. Dzięki temu nie trafiłyśmy do wymuskanej, drogiej restauracji dla turystów, a do lokalnego pubu dla studentów, gdzie na ścianach pyszniły się plakaty z Pulp Fiction, w rogu wisiał napis “Toilet out of order, please use far corner“, a miejscowi siedzieli przy barze jak przy stole we własnej kuchni. Wokół nas kręcili się studenci, wionący piwem i zielem (którego posiadanie w Czechach jest legalne, w związku z czym można je palić na ulicy!), poubierani w cudownie eklektyczne stroje, z szalikiem Gryffindoru włącznie. Tam też zjadłyśmy cudownie ciężkostrawny obiad – smażony ser z frytkami i sosem tatarskim. Mysz dawno nie była tak szczęśliwa, jak w tamtej chwili. SMAŻONY SER, LUDZIE. Wiecie jakie to dobre? *szczeżuja*
Smażony ser czyli Mysi raj.
Zmożone jedzeniem – i zmęczeniem – udałyśmy się na sjestę do mieszkania Pauliny, by potem, pełne odzyskanej energii, udać się do kina Aero, czyli ostatecznego celu naszego Praskiego wypadu. Aero to idealny przykład kina studyjnego (Warszawiacy znający kino Iluzjon rozumieją jaki klimat mam na myśli), które przycupnęło na podwórku w cieniu kamienic. Nad podwórkiem wiszą kolorowe lampki, alkohole i ciepłe napoje leją się strumieniami, a w lecie można przysiąść na rozstawionych wszędzie stołach i krzesełkach. Sama sala kinowa jest zadziwiająco płaska – ponownie przywodzi na myśl warszawski Iluzjon – ale dzięki strategicznemu rozmieszczeniu foteli, nawet mała Mysz była w stanie zobaczyć cały ekran. Co prawda fotele były przy tym strasznie niewygodne, ale gdy tylko rozpoczął się “Makbet” z sir Kennethem Branaghem, natychmiast o tym zapomniałyśmy.
Aero to kino, którego już w Warszawie się praktycznie nie uświadczy.
Ewentualnie trzeba go mocno poszukać.
Przed filmem wyświetlano zapowiedzi innych spektakli w ramach National Theatre Live.
Tutaj Tom Hiddleston opowiada o “Coriolanusie”.
Mysz musi przyznać, że nie jest wielką fanką “Makbeta”. Z dramatów Szekspira wolę chociażby “Hamleta”, ale moimi true-ulubieńcami pozostają przede wszystkim komedie (ze “Snem nocy letniej” na czele). Trzeba jednak przyznać, że nikt nie robi Szekspira tak jak Branagh. Facet po prostu podskórnie -czuje- jak ten tekst powinien być czytany i interpretowany. Nie twierdzę naturalnie, że Branagh to jedyny słuszny autorytet w tym temacie, ale nie na darmo uznawany jest za jednego z czołowych szekspirologów. Mysz ogromnie lubi wszystkie filmy oparte na Szekspirze, które Branagh zrobił (Love’s Labour’s Lost jest chyba moim ulubionym), więc mimo antypatii do Makbeta, zobaczenie Branagha na scenie było cudownym doświadczeniem.

Sama sztuka jest jaka jest – każdy może ją sobie przeczytać i po swojemu wyobrazić. W wersji z National Theatre Live najfajniejsza była strona techniczna, czyli to gdzie i jak spektakl wystawiano/nakręcono. Otóż nie było klasycznej sceny i widowni – sztuka była odgrywana w zdekonsekrowanym kościele, gdzie główna nawa (wraz z miejscem, gdzie kiedyś stał ołtarz) służyła za miejsce akcji, a widownia siedziała na trybunach po dwóch stronach przejścia (podobnie jak swego czasu ustawiano trybuny podczas turniejów walk na kopie). Dzięki liniowemu rozkładowi sceny, a także dzięki temu, że pierwszy rząd widowni siedział tuż przy brzegu trybun, widz czuł się o wiele bardziej zanurzony w akcji. Tym bardziej, że pierwsza scena spektaklu to ogromna bitwa, podczas której wojownicy wpadają na trybuny, walą w nie mieczami i ogólnie robią straszny raban. Co więcej robią to wszystko w strugach deszczu, który leje się z sufitu, a pada na… wypełnioną ziemią podłogę. W związku z tym cała sztuka odgrywana jest w miękkim, babrającym się błocku, co tylko dodaje sztuce realizmu. Ten realizm jest z resztą istotny także w strojach – stylizowanych na szkockie, średniowieczne stroje (kilty, tartany, zgrzebne płaszcze, proste suknie z barwionego lnu, etc.), ale przy tym mocno uproszczone, umowne, wręcz teatralne. Ta umowność, a także wykorzystanie miejsca spektaklu (ie. kościoła) przewijają się przez całą sztukę – na przykład w scenie, gdy Makbet ma wizję sztyletu, którym zabije Duncana (sztyletem to padający na posadzkę kościoła promień światła w kształcie sztyletu, a jednocześnie przedłużonego krzyża).

Co do aktorstwa… cóż, nikomu nie mogę nic zarzucić, nawet gdybym chciała. Branagh jako Makbet jest fenomenalny, co było z resztą do przewidzenia. Także Alex Kingston (czyli River Song z Doctor Who) świetnie się sprawdza w roli Lady Makbet. Myszy najbardziej podobało się, że w przeciwieństwie do innych interpretacji sztuki Szekspira, u Branagha państwo Makbetostwo jest autentycznie kochającym się małżeństwem. Lady Makbet nie jest więc tą wyrachowaną, wredną, uszczypliwą zołzą, która jeździ po Makbecie jak i kiedy chce, oskarżając go to, że “nie jest prawdziwym mężczyzną” bo nie chce zamordować Duncana. W wersji NT Live zarówno Makbet jak i jego żona to po prostu ludzie, którzy wspierają się w dążeniu do celu – strasznego, ale w ich mniemaniu wartego swej ceny. To małżeństwo, które robi to co robi dla siebie nawzajem, pomaga sobie, wspiera się, itd. Taka interpretacja bardziej do mnie przemawia, niż mizoginistyczne oskarżanie Lady Makbet (i Trzech Wiedźm) o całe zło, jakie się w sztuce rozgrywa. Owszem, Trzy Wiedźmy miały w tym swój udział, ale były jedynie katalizatorem dla już istniejących, choć uśpionych ambicji zarówno Makbeta, jak i Lady Makbet. Mysz sądzi iż fakt, że u Branagha mąż i żona tworzą szczęśliwą parę sprawia, że ich późniejszy upadek jest tym rozdzierający.

Warto także wspomnieć, że oprócz czołowej dwójki – po których wręcz spodziewałam się cudownej gry aktorskiej – także reszta obsady sprawdziła się bezbłędnie. Jednak do Myszy przemawiało przede wszystkim nie to ‘co’ mówili, ale ‘jak’ to mówili. Bo choć Branagh nie zmuszał wszystkich do przyjęcia zgodnych-z-realiami-sztuki, szkockich szurań, trafiło się w spektaklu wiele pięknych, dźwięcznych akcentów z całych terenów obecnej Wielkie Brytanii. Myszy ulubieńcem był, jakżeby inaczej, Norman Bowman jako Ross, który mając jeden z najbardziej szkockich akcentów, jakie Mysz w życiu słyszała, miał jednocześnie jedną z najpiękniejszych, najpłynniejszych i najwyraźniejszych dykcji w całym spektaklu (a grał z Branaghem, więc to naprawdę duży komplement).

Zwierz w swojej recenzji słusznie także wspomniała o Alexandrze Vlahosie (Merlin) jako Malkolmie, czy Ray Fearonie jako Makdufie. Mysz doda do tego króciutki, ale fenomenalny jak na tak młody wiek, występ Pipa Pearce’a w roli zamordowanego syna Makdufa (słynne “He has killed me, mother“), oraz Daniela Ingsa w roli odźwiernego, jedynej chyba komediowej rólki w całej tragedii. Ciekawostką jest także, że Patrick Doyle, kompozytor który od wielu lat współpracuje z Branaghem (a napisał muzykę m.in. do Brave oraz tej inscenizacji “Makebta”) pojawił się tutaj w swym scenicznym debiucie, w malutkiej roli Fleance’a, syna Banka.

 … A co było potem? Potem poszłyśmy spać. A następnego dnia zostałyśmy odprowadzone przez arcy-uczynną i kochaną Paulinę na dworzec, gdzie wspólnie wypiłyśmy pyszną kawę. Następnie obcałowałyśmy się serdecznie i Mysz, Zwierz i Fabulitas wsiadły w pociąg powrotny do Warszawy. W tymże pociągu spędziły wiele godzin w wagonie restauracyjnym, gdzie skonsumowały obowiązkowe knedliczki z pysznym gulaszem, a potem wykończyły to wszystko kolejnym węgierskim deserem, czyli tortem miodowym, zwanym “Marlenka”, którego niniejszym wszystkim polecam. Tak samo jak spontaniczne wypady w nieznane z ludźmi poznanymi w Internecie. Bo mogę z ręką na sercu powiedzieć, że nie ważne co będziecie robić, na pewno będzie zajebiście. Howgh!

Uroczy wzorek w dworcowej kawie zrobiony przez uroczego pana baristę.
Bo jak się hipsterzyć, to na całego!
Patrzcie jaką oldschoolową Colę dawali w pociągu!

PS. Osoba, która wygrała KONKURS “House of Cards” zostanie o tym poinformowana drogą emailową. Gratulujemy wygranej :)

* Ciacha z Ciachowozu, który często stoi na Rondzie Daszyńskiego, są podobne w swej idei – i smaku – do trdelnika, gdyby ktoś chciał kiedyś spróbować.