Gravity has taken better men than me…

Mysz wybrała się do IMAXu na “Gravity”. Wyszła cokolwiek oczarowana.

“Gravity is working against me
And gravity wants to bring me down”
– John Mayer, Gravity

Zaczynam cytatem z piosenki Johna Mayera z dwóch powodów:
Po pierwsze: John Mayer może nie jest najlepszym człowiekiem na świecie, ale jest wspaniałym muzykiem, a co ważniejsze bardzo inteligentnym tekściarzem.
Po drugie: uważam, że Alfonso Curaon zmarnował okazję by połączyć piękny film z piękną piosenką. Więc teraz Mysz naprawia jego błędy.
Wracają jednak do tematu wpisu, czyli filmu Gravity Alfonso Cuarona… muszę stwierdzić, nie bez pewnej dozy rezygnacji, że pod względem popkulturowym Warszawa to strasznie małe miasto. Okay, zdanie trochę wzięte znikąd, ale już tłumaczę o chodzi. Otóż dostałam, dzięki uprzejmości dystrybutora, zaproszenie na pokaz prasowy filmu Gravity *gdzieś w pomroce dziejów dziewięcioletnia Mysz piszczy z zachwytu, że może chodzić do kina i za to nie płacić*. To, że na tymże pokazie wpadłam na Zwierza popkulturalnego to żadne zaskoczenie – wszak ja i Zwierz to niemal ta sama osoba. Wieść gminna niesie nawet, że Mysz jest wytworem Zwierzowej wyobraźni, który żyje własnym życiem, niezależnym od właściciela i dzięki temu wprowadza zamęt – i wesołość – w Zwierzowe życie.
Tak więc obecność Zwierza na tym pokazie wcale mnie nie zdziwiła [recenzję Zwierza możecie przeczytać tutaj]. Wyobraźcie sobie jednak mój szok, gdy w tym samym rzędzie kinowych foteli zobaczyłam… swojego wujka, którego nie widziałam od ponad 10 lat. Oczywiście mój mózg szybko odprawił swoje naukowe czary i skojarzyłam, że wujek jest redaktorem działu kulturalnego “The Warsaw Voice” (a przynajmniej był z mojej pamięci).

Obecność znajomych osób na sali przyczyniła się do bardzo komfortowych warunków jakie Myszy zapewniło kino IMAX. Jednak czasem nic nie pobije ogromniastego ekranu. Co prawda na początku seansu dźwięk był mocno przesterowany, ale człowiek do wszystkiego potrafi się przyzwyczaić. A jeśli jest jedno, co mogę ze stuprocentową pewnością powiedzieć to: jeśli chcecie iść na Gravity do kina, MUSICIE IŚĆ DO IMAXA. Bezwarunkowo.

Zacznijmy od tego, że Mysz widziała tylko trzy filmy Cuarona – Harry Potter and the Prisoner of Azkaban, Children of Men oraz Y Tu Mama Tambien, a także jego segment (“Parc Monceau” z Nickem Nolte i Ludivigne Sagnier) w uroczym filmie Paris, je t’aime. Na podstawie tak niewielkiej próbki – a cała twórczość Cuarona jest tylko odrobinę zasobniejsza – trudno mi się wypowiedzieć na temat talentów reżysera, tym bardziej, że dwa z tych trzech filmów to adaptacje. Tu jednak należy wspomnieć, że  Y Tu Mama Tambien, film wyreżyserowany i napisany przez Cuarona (przy współpracy brata) to jeden z najfajniejszych i najładniejszych filmów drogi i coming of ages movies zmieszanych w jedno jaki widziałam. Widać, że Cuaron umie operować różnymi konwencjami z wprawą. Nie brak mu także ciekawych pomysłów i dobrego oka.
Wszystko to widać także w Gravity. Jednak nie oszukujmy się – film ten nie jest wybitnym dziełem. Fabularnie jest tak prosty jak konstrukcja cepa. I to takiego rozprostowanego cepa. Mysz twierdzi, że nie mija się z prawdą nazywając Gravity “Avatarem w kosmosie” (w przeciwieństwie do samego Avatara, który owszem rozgrywał się w kosmosie, ale konkretniej na obcej planecie).
Tak więc historia jest banalna – grupa astronautów naprawia teleskop Hubble’a na orbicie, gdy uderza w nich deszcz odłamków powstałych w wyniku wysadzenia satelity przez Rosjan. Astronauci – grani przez Sandrę Bullock i George’a Clooney’a – muszą w jakiś sposób dostać się bezpiecznie na ziemię. A możliwości (i tlenu) jest z czasem coraz mniej.

 

Proste? Proste. Dodajmy do tego samych bohaterów, którzy są zarysowani tak grubymi kreskami, że prawie mi oczy wydłubało [thanks, 3D!]. Mamy więc astronautę-weterana, rozwiedzionego kowboja-gadułę, Matta Kowalsky’ego (Clooney) oraz cokolwiek oschłą, mocno przerażoną panią doktor (Bullock), która jest cokolwiek oziębła ze względu na straszną, osobistą tragedię. Bór mi świadkiem, że już w Armageddonie były bardziej skomplikowane psychologicznie postacie. Nawiązanie do cudownie kiczowatego filmu z lat 90-tych jest zresztą na miejscu, bo Clooney to typowy dla filmów o kosmosie hero character – cięty dowcip, nic go nie rusza, a na koniec dokonuje czynu tak bohaterskiego, że niech się Braveheart schowa. Równie dobrze mógłby go brać Bruce Willis, czy swego czasu propoponowany do roli Robert Downey Jr.

Ale właśnie dzięki tak prostej konstrukcji postaci aktorstwo Bullock i Clooneya (zwłaszcza Bullock) świeci tym jaśniej. Dzięki temu, że zarówno bohaterowie, jak i fabuła filmu, są prości – a aktorstwo na wysokim poziomie – możemy się skupić nie na tym kim bohaterowie są, ale co i jak przeżywają. Tu należy wspomnieć o świetnej decyzji Cuarona, by wizualnie oprzeć swój film na zbliżeniach. Z jednej strony wydawałoby się to oczywiste – w filmie o ludziach w kosmosie mamy dwóch głównych bohaterów: ludzi i kosmos. Ale biorąc pod uwagę zapierające dech w piersiach widoki kosmosu, Cuaronowi łatwo byłoby się w tym kosmosie zagubić, zapominając tym samym o nader istotnym czynniku ludzkim. Tak się nie dzieje – przez cały film towarzyszymy bohaterom, siedząc im niemalże w głowach, przeżywając z nimi wszystko co się wokół nich dzieje. Cuaron dokonuje tego nie tylko dzięki zbliżeniom, ale także innej sztuczce, która sprytnie wykorzystuje realia fabularne filmu – chodzi mianowicie o dźwięk, a właściwie jego brak. Jak wiemy w próżni dźwięk się nie niesie i to w Gravity widać i słychać – dźwięków nie ma prawie wcale, jeśli są to bardzo przytłumione. Jedyne co w filmie słyszymy to głosy bohaterów oraz, okazjonalnie, ścieżkę dźwiękową. Cuaron w prosty sposób podkreśla dzięki temu pustkę kosmosu, jego przerażającą zdolność do “wyssysania” wszelkich oznak życia. Unauszniają to nie tylko sceny wręcz pęczniejące od kosmicznej ciszy, ale chociażby tak prosty zabieg, jak wyraźnie w filmie słyszalny (i widoczny – w postaci zamglenia szybek hełmów) oddech bohaterów. Jego przyspieszanie lub zwalnianie tym mocniej podkreśla walkę, jaką bohaterowie toczą nie tylko z otoczeniem, ale także z samymi sobą.

Swoją drogę muszę przyznać, że tak jak film jest prosty w swej konstrukcji fabularnej, pod względem emocjonalnym może mieć całkiem silny wpływ na widza. Jak Czytelnicy wiedzą, Mysz jest dość łatwo wzruszającym się widzem, ale w wypadku Gravity nawet nie o to chodzi. Film Cuarona jest promowany jako thriller, co jest o tyle dziwne, że pomijając napięcie, które towarzyszy widzowi w trakcie oglądania – o czym za moment – Gravity to bardziej dramat o człowieku, który na nowo odnajduje w sobie wolę do życia, do walki z przeciwnościami losu.

Napięcia jest w filmie pełno. Cuaron z ogromną metodycznością dawkuje nam ekscytujące sceny, przetykając je sekwencjami długich zbliżeń, czy stoicko-pięknymi widokami kosmosu. Problem filmu leży w tym, że widz odczuwa napięcie głównie dlatego, że to bohaterowie filmu je odczuwają, a nie on sam (if tha makes any sense). Kilkoro zachodnich recenztów napisało, że film dosłownie zapiera dech. Jestem w stanie się z tym zgodzić, ale jedynie w aspektach wizualnych. Ani razu w trakcie filmu nie czułam klaustrofobicznego uczucia braku powietrza, które jakoby ogarnia widzów podczas seansu Gravity. Może nie wczułam się dostatecznie w sytuację bohaterów. Jednak mój brak silnej reakcji emocjonalnej jest o tyle dziwniejszy, że jeśli są dwie rzeczy na świecie które mnie wyjątkowo przerażają to są to głębiny oceanu i kosmos. Oba z resztą z bardzo podobnych powodów: ciemno, zimno, nie da się oddychać, nigdy nie wiesz co na Ciebie czyha, a jak coś pójdzie nie tak to kompletna mogiła.

Pod tym względem Gravity powinno być – wydawałoby się – thrillerem wprost stworzonym dla Myszy, która winna siedzieć na krawędzi fotela, wpijając paznokcie w poręcze. Jak wspomniałam, film Cuarona zadziałał na mnie emocjonalnie, ale chyba nie do końca tak, jak zaplanował reżyser. Według jego zamysłu napięcie powinno wynikać z przeżyć bohaterów (i tak jest, choć to napięcie nie jest ostateczine wcale tak intensywne). W wypadku Myszy wynikało jedynie z jej własnych, osobistych lęków. Możliwe, że inni widzowie – w tym recenzenci – również mają takie lęki i stąd komentarze o zapartym oddechu. Jakiś powód musi być, skoro Gravity w weekend otwarcia zarobiło 55,5 miliona dolarów. To największe otwarcie filmu w karierze zarówno Bullock jak i Clooneya.

Nic z resztą dziwnego, bo teraz dochodzimy do tego, co jest najmocniejszą stroną filmu – obrazu. Nie na darmo polecam Wam obejrzeć film w IMAXie – na dużym ekranie, na dodatek w 3D (którego Mysz nie jest fanką!) film robi naprawdę niesamowite wrażenie. Już pomijam aspekty techniczne, czyli nowe technologie, techniki i programy, które Cuaron i jego zespół musieli opracować by móc nakręcić wszystkie sceny w stanie nieważkości [trochę o tym tutaj i tutaj]. Samo to wystarczy by złapać się za głowę i gapić na ekran z rozdziawioną paszczą. A jest to zrobione na tyle dobrze – jak z resztą cały film – że Mysz autentycznie miała momenty, gdy myślała, że wysłali Bullock i Clooneya w kosmos i tam kręcili sceny.

Realizm filmu jest z resztą zarówno pozytywem jak i negatywem. Z jednej strony rozległy się głosy prawdziwych astronautów, którzy chwalą film za zgodność ze “stanem rzeczywistym”. Na przykład postać Bullock, naprawiając teleskop Hubble, używa narzędzi, których autentycznie używają astronauci majstrujący przy tej kosmicznej machinie. Niestety jest też jedno ogromne, GIGANTYCZNE ‘ale’, które owym profesjonalistom udało się wypatrzeć, a które przekreśla pod względem realizmu całą drugą połowę filmu. Nie sądzę jednak by była to ogromna wada, uniemożliwiająca zachwycanie się filmem. To raczej łyżka dziegciu w całkiem smacznej beczce miodu. Można się krzywić, ale beczki to nie zepsuje.

A ten filmowy “miód” jest zaiste wyjątkowo miodny. To jak zostały wygenerowane widoki kosmosu jest prawdziwą zaletą filmu i głównym powodem dla którego warto na niego pójść. Od razu wiadomo, że Gravity zbierze większość technicznych Oscarów na kolejnej gali.

Zwierz i Mysz zgodnie stwierdziły, że także Sandra Bullock dostanie nominację (a może nawet statuetkę) za swój popis aktorski, bo choć jej postać jest szalenie sztampowa, Bullock po raz kolejny udowadnia, że by być popularnym aktorem komediowym trzeba naprawdę mieć talent i umieć grać. Także w dramatach. Na szczęście w jej wypadku przejście z jednego gatunku do drugiego okazało się strzałem w dziesiątkę – jej zbolała mina, tak znana z chociażby Miss Congeniality świetnie się sprawdziła w Gravity. Oczywiście żartuję sobie niecnie, ale fakt faktem pozostaje – Bullock to właściwa aktorka we właściwej roli i Mysz z pewnością nie będzie jej nominacji do Oscara bojkotować. Zwłaszcza, że postać doktor Stone to taka amerykańska every woman – żadna tam super-bohaterka, tylko zwykła kobieta, która znalazła się w trudnej sytuacji i musi ostro się spiąć w sobie by nie zginąć i bezpiecznie wrócić na ziemię. Może nie jest to skomplikowana charakterologicznie postać, ale z jej filmowymi perypetiami łatwo się identyfikować. Jasne, nikt z nas raczej nie był i nie będzie uwięziony w kosmosie, ale każdy ma swoje, dla niego/niej wyjątkowo trudne przeboje. Ważne jest to jak do nich podchodzimy.

Wracając jednak do strony wizualnej – takich rzeczy jeszcze w kinie nie było. Przez wiele lat 2001: Space Odyssey było uznawane za szczyt techniki pod względem filmów dziejących się w kosmosie (z honorable mention dla Apollo 13). Gravity bije Odyseję na głowę, zarówno technicznie, jak i wizualnie. Z czystym sumieniem Mysz ochrzciłaby film Cuarona “nowym standardem kina kosmicznego:. Więcej: nawet filmy w planetarium nie są tak wizualnie olśniewające, jak Gravity. Nie wiem ile z przedstawionych w filmie ujęć to komputerowo wyrenderowane obrazy, a ile to autentyczne zdjęcia z kosmosu (jeśli w ogóle takowe występują), dość powiedzieć, że nie jest to istotne. Nawet kompletny ignorant po obejrzeniu dzieła Cuarona powinien zrozumieć, że kosmos jest nie tylko piękny i straszny, ale głęboko poruszający, zarówno na poziomie emocjonalnym jak i umysłowym. Nie będę zagłębiać się w metaforykę zastosowaną przez Cuarona – ujęcia Bullock w pozycji embrionalnej, finałowe nawiązania do “powstania i ewolucji człowieka” – bo nie ma takiej potrzeby. Samo obejrzenie Gravity, zobaczenie na własne oczy ogromu wszechświata sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać nad swoją w nim rolą. Nie są to, muszę przyznać, miłe i bezproblemowe przemyślenia… choć zależy jak na to spojrzeć. Anyway, żaden ze mnie filozof żeby to rozważać – od tego są ludzie mądrzejsi ode mnie – ale mogę powiedzieć, że ten aspekt filmu Cuarona jest nie do przecenienia. Mysz uważa to za niesamowite: by operując wyłącznie obrazem (pięknym i wyrafinowanym technicznie, ale jednak tylko obrazem) uzyskać w widzu takie emocje, odczucia i przemyślenia. Nawet jeśli uzyskany efekt objawił się tylko w wypadku jednej, małej Myszy.

To chyba właśnie jest największą zaletą Gravity – każdy wynosi z tego filmu coś innego, a ze względu na jego prostą konstrukcję, film łatwo poddaje się interpretacji. Cuaron nie przeładował filmu metaforyką i subtelnymi aluzjami. Skupił się jedynie na bardzo mocnej stronie technicznej i świetnemu aktorstwu. Jak widać po wynikach kasowych metoda ta się sprawdza. Nie trzeba nierealistycznych wybuchów i skomplikowanej fabuły by film się sprzedał. Wystarczy wizja i talent do jej zrealizowania. A tego z pewnością Cuaronowi odmówić nie można.

Pozostaje mieć nadzieję, że moje jojczenie na prostotę filmu nie zniechęciło Was do dania mu szansy. Naprawdę sądzę, że warto wydać te kilkadziesiąt złotych i wybrać się na Gravity (pamiętajcie: TYLKO DO IMAXA). Może i wychodzi drożej niż bilet do planetarium, ale i efekt jest o wiele lepszy. Filmy wyświetlane w planetarium są, owszem, piękne, ale trudno się w nie zaangażować emocjonalnie; brakuje im czynnika ludzkiego. A to właśnie kontekst ludzki – człowiek versus bezmiar kosmosu – sprawia, że wszechświat  jest pojęciem jednocześnie tak fascynującym, jak i przerażającym. Nie tylko w kinematografii.