Mea pulpa, mea pulpa, mea maxima pulpa.

Mysz znęca się nad karygodnie napisanym artykułem o serialach, który pojawił się w popularnym magazynie kobiecym.

Część Czytelników wie, że Mysz ma dość daleko do pracy, biorąc pod uwagę, że mieszka dość blisko centrum miasta. Na szczęście bezpośredni dojazd wiąże się z jedną, niepodważalną zaletą – codziennie w drodze do i z pracy mogę poświęcić – w sumie – godzinę na czytanie. Jest to istotny czas, bo jedyny, gdy nikt mi nie przeszkadza, ani nic ode mnie nie chce… no chyba, że akurat wypada wpuścić starszą osobę na swoje miejsce. Ale Mysz jest zręczna i potrafi wisieć na barierkach, ściskając w jednej łapie czytadło a w drugiej chusteczkę (ach, ten katar).
W Mysim obiegu czytelniczym – od czasu zakupienia e-book readera – jest wiele pozycji, głównie po angielsku, ale czasem, w ramach odpoczynku dla mózgu i nadganiania nowości urodowo-modowych, zdarza mi się sięgnąć po jakiś magazyn z tzw. “działu prasy kobiecej”. Mysz jest wszakże samicą nowoczesną i lubi raz na jakiś czas poczytać o okazjach na ubrania lub najnowszej, niezawodnej maseczce ściągającej pory. Jakież było moje podekscytowane zdziwienie gdy w październikowym numerze miesięcznika X znalazłam artykuł o serialach. Specjalnie nie podaję nazwy magazynu, bo poniższy wpis nie będzie należał do pochwalnych, a Mysz wbrew pozorom nie lubi się bezsensownie wyżywać na dziennikarzach. Tak więc proszę traktować moją tyradę nie jako upierdliwość, ale konstruktywną krytykę.

Prezydent Bartlett radzi, co robić w razie pomyłki.
 
Po pierwsze: proszę szanownych Redaktorów i Edytorów by sprawdzali teksty w poszukiwaniu literówek. Zwłaszcza gdy te literówki występują w tytule serialu. TYM BARDZIEJ jeśli tytuł ten już raz w artykule padł… BEZ BŁĘDU. Rozumiem, że język angielski i jego gramatyka są trudne, ale naprawdę nie trzeba być Einsteinem, żeby wiedzieć jaka jest różnica między Mad Men a “Mad Man” – literkę “e” stosujemy przy liczbie mnogiej, “a” przy pojedynczej. Swoją drogą, w razie wątpliwości, można tytuł wrzucić w Wujka Google’a i sprawdzić, jaka jest poprawna forma jego pisowni.
Tom Hiddleston nie jest w stanie znieść literówek.
Konsekwencję należy też egzekwować przy okazji pisania tytułów wielką literą – gdy piszemy tytuł angielski, przyjętą konwencją jest używanie jedynie wielkich liter. Czyli piszemy Mad Men, a nie “Mad men“; Breaking Bad, a nie “Breaking bad“. Ewentualnie, jeśli olewamy tę – uniwersalną – konwencje, róbmy to po całości. Bo  pisanie raz Breaking Bad, a raz Breaking bad wygląda po prostu niechlujnie.
Upraszam także o konsekwencję w używaniu tytułów – jeśli na cztery wzmianki w artykule, trzy są zapisane jako “Rodzina Borgiów”, proszę nie używać potem nagle formy “Borgiów”. Albo używajmy wyłącznie pełnych tytułów, albo formy oryginalnej i skróconej naprzemiennie.
  
Po drugie: rozumiem, że pismo X nie jest poważną gazetą, ale sztuczne “watowanie” artykułu całym paragrafem wziętym z jakiegoś nieokreślonego Internetowego źródła uważam za  leniwe i bezsensowne.
Wil Wheaton ma rację.
 
Wiadomo, że współcześnie social media są ważnym elementem społeczno-kulturowym, także w artykułach drukowanych. Wszelkie wzmianki o “Internecie”, różnych forach, fanpage’ach na Facebooku czy innych medialnych zagraniach pojawiają się w prasie coraz częściej. Wot, znak naszych czasów. Nie uważam tego jednak za dostateczny argument, by wydrukować w magazynie ‘top listę najlepszych seriali’ zdaniem “Mrozia”. Co mnie obchodzi opinia “Mrozia”? Kim jest “Mrozio” żeby taką opinię wydawać? Dlaczego niby jego opinia miałaby być istotna dla przeciętnego czytelnika magazynu X? A tym bardziej dla Myszy, która już swoje conieco o serialach wie?
Myszę opinia “Mrozia” obchodzi tyle
co Stephena Fry’a.
Owszem, ostatnio coraz popularniejsze stają się wszelkie top listy, rankingi czy spisy najlepszych lub najpopularniejszych seriali/filmów. Popieram zamieszczanie tego typu list, bo dzięki temu przeciętny widz – który nie poświęca całego życia na oglądanie seriali – będzie mógł sięgnąć po pozycje, które rzeczywiście są tego warte. Równie popularne jest czytanie wszelkich komentarzy pod filmami na IMDb czy Filmwebie, podczytywanie blogów [hello!] lub tzw. word of mouth. Jednak są to przypadki bardzo konkretne – w wypadku komentarzy lub rozmów na forach mamy wgląd w więcej niż jedną opinię; w wypadku blogów czy przekazów ustnych, zazwyczaj polegamy na opinii kogoś kogo znamy i czyj gust szanujemy, lub chociaż uważamy za zbieżny z naszym. A jaką gwarancję ma przeciętny czytelnik, że jego gust i gust “Mrozia” okażą się zbliżone?
“Czy powiniśmy traktować
‘Mrozia’ jako autorytet?”
Powtarzam: nie potępiam zamieszczania rankingów czy list najlepszych seriali. Sądzę jednak, że należy polegać na sprawdzonych źródłach – statystykach ocen lub komentarzy z IMDb/Filmwebu, ewentualnie na listach stworzonych przez osoby, które mają podstawy (lub kwalifikacje) by takie listy tworzyć. Gdyby wytłumaczono mi, dlaczego powinnam uważać zdanie “Mrozia” za istotne, naprawdę nie miałabym z tym problemu. Wszak Mysz przykładem na to, że każdy może mieć swoje zdanie o popkulturze. Więcej: może nawet je gdzieś zapisywać lub wypowiadać! Tylko, że moich tekstów nikt Wam do gardła nie wciska jako autorytetu – czytacie mnie z własnej woli (a przynajmniej taką mam nadzieję). Natomiast wmawianie mi, że opinia jakiegoś “Mrozia” ma być dla mnie istotna, bo tak?… thanks, but no thanks.
Mysz ma nadzieję, że jej opinie są traktowane
wyłącznie jako JEJ OPINIE.
Mysz nie pretenduje do tytułu autorytetu.
Co ciekawe oprócz paragrafu na pół strony o najlepszych – zdaniem “Mrozia” – serialach, Redaktorka zamieszcza także, obok artykułu, malutki blurb “Top 10 najpopularniejszych seriali w 2013 według serwisu IMDb.com”. Problem polega na… a z resztą, zobaczcie sami: oto jakie pozycje pojawiły się w tym rankingu.

1. Hannibal
2 Da Vinci’s Demons
3. Graceland
4. Defiance
5. Vikings
6. The Fall
7. House of Cards
8. The Fosters
9. King & Maxwell
10. Twisted
Dr. Cox nie rozumie, o co chodzi.
… nie wiem kiedy Pani Redaktor sprawdzała tę listę – i w jaki sposób – ale gdzieś coś musiało pójść nie tak. Z całym szacunkiem, ale seriale Defiance i Graceland nie miały prawa wylądować przed np. House of Cards czy Vikings, z czysto statystycznego punktu widzenia. Owszem, są to bardzo fajne seriale, które miały całkiem niezłe premiery, ale “dobra oglądalność w pierwszym tygodniu” does not THE MOST POPULAR SHOW MAKE.
Rozumiem, że teksty do danego numeru magazynu składa się wcześniej, ale jeśli chce się napisać artykuł o rzeczywiście najpopularniejszych serialach 2013 roku, czy nie byłoby dobrze mieć jak najbardziej aktualną listę?
Obecnie najwyższe pozycje to Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D., The Blacklist i Sleepy Hollow, czyli seriale, które są na antenie dopiero od kilku tygodni. Tu włącza się logiczne myślenie: oczywiście, że są najpopularniejsze – przecież dopiero co je puścili w telewizji! Co niekoniecznie przekłada się na to, że są warte oglądania. W jaki sposób można – nawet na podstawie ocen użytkowników IMDb – stwierdzić obiektywnie, że Sleepy Hollow (4 odcinki) jest lepsze od House of Cards (pełen sezon) czy Hannibal (również pełen sezon)? Czy, jeśli chcemy wymienić seriale najlepsze, nie lepiej polegać na bardziej sprawdzonych rankingach niż łaska użytkowników IMDb, która na pstrym koniu – i oglądalności – jeździ?… ewentualnie, jeśli zależy nam na wymienieniu seriali obecnie najpopularniejszych, czy – powtarzam – nie należy podać jak najbardziej aktualnych danych? Skład składem, ale naprawdę blurb na 140 znaków (tyle co tweet!) można wrzucić tuż przed drukiem.
Podsumowanie powyższego rankingu.
Po trzecie: chwali się, że Redaktor w artykule zawarła informację o tym, że obecnie większość seriali ogląda się nie w telewizji, ale w Internecie (na laptopie, tablecie, telefonie, etc.). Skoro jednak wspominamy o wpływie Sieci na seriale – oraz próbujemy (vide “Mroziu” i jego opinia) wpleść w artykuł social media – czy nie warto byłoby wspomnieć o tym, że House of Cards nie jest takim sobie zwykłym, nagrodzonym Emmy serialem?… że jest pierwszym serialem INTERNETOWYM nagrodzonym Emmy? Czy przy okazji nie można by napisać o – również świetnym serialu typu web TV – Orange Is The New Black?
Prezydent Bartlett jest przybity
świadomością serialową Pani Redaktor.
Swoją drogą, jeśli już upieramy się by na siłę wciskać w artykuł odniesienia do Internetu i social media, czy nie lepiej byłoby napisać artykuł właśnie o tym fenomenie? O web TV i całych sezonach seriali dostępnych od zaraz? O streamowaniu odcinków, by być z ulubionym serialem na bieżąco, zamiast czekać aż go wypuszczą w naszym kraju? O przenoszeniu się telewizji do Internetu? O wielkich nazwiskach Hollywood, które zrozumiały, że granie w serialu to nie sposób na spłacanie rachunków (choć to też), ale przede wszystkim powód do dumy, źródła uznania a często także różnych nagród?… ja naprawdę rozumiem, że magazyn X może nie mieć wielkich aspiracji, a artykuł miał być zapychaczem stron – trzema kartkami “po łebkach”, które jakaś pańcia przeczyta sobie u kosmetyczki. Ale smuci mnie, że nawet pisząc o najlepszych, najpopularniejszych, najbardziej uzależniających serialach, nie jesteśmy w stanie tego zrobić DOBRZE. Jak mamy zachęcić przeciętnego czytelnika do sięgnięcia po serial, jeśli nudzi go już sam artykuł, który go opisuje?
Serio? Nie było Was stać na nic lepszego?
Po czwarte: jeśli wymieniamy popularne seriale medyczne, wymieniajmy te najważniejsze. Czyli jeśli mówimy o Grey’s Anatomy, wspomnijmy także o E.R. – serialu, który był pierwszą tak popularną, chwaloną i kochaną szpitalną operą mydlaną. Ewentualnie, jeśli chcemy tylko wspominać o najnowszych serialach (czyli wymienionych w artykule m.in. Emily Owens M.D.[SKASOWANY!], Monday Mornings [SKASOWANY], Grey’s Anatomy i polscy Lekarze), nie wstawiajmy tam nagle bez sensu serialu Nip/Tuck, który zakończył się… TRZY LATA TEMU.
Leniwce nie lubią niekonsekwencji.
Po piąte: nie zawieramy w artykule spoilerów do trwających seriali. Adnotacja: do starych seriali, profilaktycznie, też nie zamieszczamy spoilerów. I bez tego można napisać fajny, sensowny artykuł. Fakt, że spoiler pojawia się w “Mroziowym” paragrafie, przeklejonym prosto z internetu nie jest wymówką – spoiler można wyciąć lub zawrzeć w tekście ostrzeżęnie. Może to przesada, ale Mysz twierdzi, że każdy piszący profesjonalnie o serialach – a Pani Redaktor magayznu X powinna być profesjonalistką w swoim zawodzie – powinien wiedzieć, że spoilery są ogólno-przyjętym, wszech-rozumianym faux pas, którego po prostu się nie popełnia, lub za wszelką cenę unika.
Rachel Berry is not impressed.
Po szóste: jeśli polski aktor serialowy, którego wypowiedź cytujemy, powiedział bzdurę (Breaking Bad ma 7 nagród Emmy, nie 6), nie piszemy tej bzdury w artykule. W przeciwnym razie zarówno my, jak i nasz rozmówca, wychodzimy na niedoinformowanego.
Zawiedliście Sherlocka.
Wstyd.
Z kolei jeśli aktorka i scenarzystka polskiego serialu wymienia jednym tchem The X Files, Californication i Lost, a potem wali z dyńki: “nawet banalny Sex and the City jest robiony na takim poziomie, który dla nas stanowi niedościgły wzór”, to Mysz autentycznie nie wie, czy: a) chce w ogóle polskie seriale oglądać, b) ma jakąkolwiek dozę szacunku do owej pani scenarzystki. Banalny, proszę pani, to jest “Zmierzch” Stephanie Meyer a i to nie do końca, bo uparty człowiek i tam znajdzie coś ciekawego/kontrowersyjnego/wartego czasu i uwagi. Sex and the City z pewnością nie jest banalnym serialem – 7 Emmy, 8 Złotych Globów, powszechne uznanie i uwielbienie, swego czasu najbardziej omawiany, kontrowersyjny, istotny społecznie serial w telewizji. Czyżby fakt, że był “tylko” serialem komediowo-romantycznym oznaczał, że jest banalny?… sorry, but no.
Dziewczyny aż zaniemówiły z szoku.
Swoją drogą, Pani Scenarzystka też popełniła gafę, mówiąc że: “w Ameryce seriale zawsze były stawiane wyżej niż kinematografia”. Nie wiem, ile lat ma Pani Scenarzystka, ale na pewno mniej niż ja – Mysz mając ćwierć wieku na karku pamięta czasy, gdy granie w serialu było kresem kariery w showbiznesie.
Wymówki?
Nikogo to nie obchodzi.
Po siódme: w wypadku, gdy Redaktor próbuje udawać, że wie o czym mówi, powinien robić to tak, by nikt nie zorientował się, że łże. Czyli jeśli cytujemy doktora House’a, nie wmawiajmy czytelnikowi, że w prawie każdym odcinku mówił on: “To sarkoidoza”. Przeciętnego czytelnika ta drobna informacja nie obchodzi, a fan serialu natychmiast skojarzy, że Redaktor popełnił błąd. Owszem, sarkoidoza się na pewno wielokrotnie w serialu pojawiała, ale doktor House powtarzał najczęściej dwa teksty: “People lie” oraz “It’s not lupus“. A jak wiemy “lupus” to po polsku toczeń, a nie sarkoidoza. I nie czepiajcie się mnie, że jest to cytat, który ma prawo znać tylko zagorzały fan. Informację tę jest banalnie łatwo znaleźć w Internecie. A skoro Redaktor chce House’a cytować to albo sygnalizuje, że serial zna na tyle by go cytować, albo próbuje nam właśnie to zasugerować. Więc jeśli chce to sugerować, NIECH ROBI TO DOBRZE.
Tak Mysz wyobraża sobie Redaktor tego artykułu.
Podsumowując ten wredny, upierdliwy, wyjątkowo czepialski wpis – którego źródłem wcale nie jest jakaś moja frustracja czy niewyżycie, tylko autentyczna troska o poziom tekstów o popkulturze – mogę rzec tylko jedno słow: RESEARCH.
Innymi słowy: Redaktorze, Dziennikarzu, Blogerze, Człowieku – WIEDZ O CZYM PISZESZ. A jeśli nie wiesz, wrzuć to chociaż w Wujka Google’a.
On nie gryzie. W przeciwieństwie do cioci Myszy.
Myszy reakcja po przeczytaniu artykułu.