Nihon no ketsuraku – tęsknota za Japonią.

Mysz tworząc postać do RPGa pochłonęła niepoprawną ilość japońsko-centrycznej popkultury w ramach researchu.

Część Czytelników może odczuć zdziwienie, że Mysz już drugi wpis wałkuje temat feudalnej Japonii. Ale tak to jest, jak się ma obsesję *urocze wzruszenie ramion*. Wiem, że kilka fellow blogerów ma podobny stosunek do np. brytyjskich seriali, czy – konkretniej – stacji BBC, mam więc nadzieję, że wybaczycie mi dzisiejsze dywagacje.

Od tygodni chodzi za mną potrzeba by omówić kilka filmów, obejrzanych ostatnio w ramach przygotowań do sesji RPG. Nie są to może jakieś bardzo wnikliwe dywagacje, raczej… luźne przemyślenia. Poza tym oglądając te filmy jeden za drugim zdałam sobie z czegoś sprawę. Co prawda owo „olśnienie” jest dość banalne – na tyle banalne, że nawet Luby stwierdził „no shit, Sherlocku” – ale utkwiło mi w głowie tym silniej, że czuję z Japonią i jej kulturę czuję pewną więź duchową.Owo olśnienie to: kino azjatyckie różni się od eurpojskiego. But let me elaborate

W poprzednim wpisie odgrażałam się, że będę oglądać filmy o samurajach. No i groźbę spełniłam – dość szybko na dodatek, bo w ciągu jednego dnia udało mi się ich obejrzeć aż trzy. Razem z Riverworld (2010), który to film pochłonęłam tydzień przed swym bushido-maratonem, z owych dzieł popkultury wyłania się ciekawy obraz tego, czym dla różnych twórców jest postać samuraja.
Ale zacznijmy od początku:

 

Riverworld (2010) – w filmie telewizyjnym  (który był pilotem do serialu stacji SyFy, który nigdy nie powstał) opartym na prozie Phillipa Jose Farmera, pojawia się postać słynnej legendarno-historycznej kobiety-samuraja: Tomoe Gozen. Zainteresowanym polecam poczytanie o tej postaci, bo jej losy – a także podejście do bycia kobietą-samurajem – są fascynujące. Tym bardziej, że tak naprawdę nikt nie wie, co się z nią stało – czy zmarła od ran bitewnych, czy wstąpiła do klasztoru i resztę życia spędziła jako Bhikkhuni (buddyjska zakonnica).

Riverworld ujmuje postać Tomoe w bardzo ciekawe ramy: ze względu na specyficzną konstrukcję fantastycznego, ‘rzecznego’ świata, Tomoe trafia do Riverworlda po swojej śmierci w zakonie (w wieku, bodajże, ponad 60 lat)… ale trafia tam jako 20-stoletnia dziewczyna. W związku z tym, mimo młodego wyglądu, jest ona najbardziej doświadczoną i wyważoną postacią wśród grupy bohaterów, które poznajemy w Riverworldzie. Jej wychowanie w kodzie bushido, a także późniejszy wpływ religii buddyjskiej sprawiają, że postać Tomoe – naprawdę świetnie odegrana przez Jeananne Goossen – jest wprost idealna, by wzorować na niej postać spokojniej, honorowej samurai-ko, którą Mysz stworzyła na potrzeby sesji RPG. Może przemawia przeze mnie zbytnia sympatia, ale mam wrażenie, że w Riverwolrd nie tylko Tomoe jest dobrze skonstruowaną postacią. Także pojawiający się Samuel Clemens (fani literatury wiedzą kto się kryje pod tym nazwiskiem) przechodzi w filmie ciekawą drogę – od narcystycznego, choć uroczego bubka, który myśli tylko o swoich interesach, do sympatycznego, zadziwiająco honorowego człowieka. Ogólnie – jak na film telewizyjny, Riverworld jest naprawdę nieźle skonstruowany, przynajmniej pod względem postaci i ich charakterów. Gorzej jest z fabułą, ale sądzę, że to wynika z dużej ilości materiału źródłowego (sześć książek Farmera + kilka opowiadań), oraz wyjątkowego zagmatwania reguł i zasad, jakie panują w ‘rzecznym’ świecie. Oczywiście, nie należy mieć złudzeń – poziom efektów specjalnych jest mniej więcej tak wykwintny, jak w… kiepskim filmie telewizyjnym, ale naprawdę uważam, że  warto tę pozycję obejrzeć. Chociażby dla pokazanych tam postaci, zwłaszcza wspomnianej Tomoe Gozen. Mysz w każdym razie będzie do filmu wracać – chociażby po to, żeby dokładniej zaobserwować, jak Tomoe porusza się w zbroi – i z pewnością spróbuje sięgnąć po książki Farmera. Głównie dlatego, że szalenie intryguje mnie wizja Alicji Pleasance Liddell jako… kobiety-wojowniczki

 

Potem, dodam że z pełną premedytacją, obejrzałam The Last Samurai. Do tej pory film widziałam tylko raz, w kinie po premierze, i pamiętam że – niestety – bardzo mi się spodobał. Mysz, która swego czasu mieszkała w Japonii, darzy ten kraj ogromną sympatią i odnajduje pewną, dość masochistyczną przyjemność, w oglądaniu filmów, które japońska kulturę ukazuję z zaburzonej amerykańskiej (lub europejskiej) perspektywy. Po powtórnym seansie The Last Samurai – a także posiadając zdobytą dzięki researchowi wiedzę na temat kultury samurajów, ich zachowań, zbroi, etc . – widzę wszelkie niedociągnięcia, zarówno fabularne jak i merytoryczne, jakie się w filmie pojawiają. Pamiętając jednak, że jest to film amerykański – więc niejako z definicji wadliwy – stwierdziłam, że The Last Samurai to przede wszystkim urocza bajka dla gaijinów, i jako taką należy ją traktować.

Może moja sympatia do filmu wynika właśnie stąd, że Mysz traktuje The Last Samurai nie jako film historyczny, ale bardziej jako bajkę. Mniej więcej tak jak The House of Flying Daggers czy Crouching Tiger, Hidden Dragon – realia, owszem, bywają historyczne, ale jest w tych historiach element magii. Za to w The Last Samurai jest element… bzdury. Gdy się z tym pogodzimy, film naprawdę nie jest taki zły. Przynajmniej doedukowana Mysz jest w stanie stwierdzić, że pod względem konstrukcji zbroi/broni, oraz pod względem stylu walki, nie mam filmowi nic do zarzucenia. Tym bardziej, że dzięki niemu nareszcie wiem, jak wygląda pozycja łucznicza w kyujutsu (art of archery). Aha, bo byłabym zapomniała – moja RPGowa postać z samurai-koz mieczem zmieniła się w łuczniczkę. Ta-da!

 

Wracając jednak do ostatniego z samurai… rozumiem zarzuty, że film pokazuje jakoby to „biały człowiek” lepiej reprezentował istotne dla samurai cechy, niż owi samurajscy wojownicy. Mysz jednak nie patrzy na to w ten sposób. Uważam raczej, że The Last Samurai – podobnie jak stara, fabularna Disneyowska wersja The Jungle Book – pokazuje jak obca kultura, inny od naszego ‘way of life’ może znacząco, pozytywnie wpłynąć na człowieka; zmienić go na lepsze. Oczywiście film ukazuje samurajów w szalenie wyidealizowany sposób – według samych Japończyków, byli oni o wiele mniej honorowi niż kazano nam myśleć – ale w „baśni” takie wyidealizowanie jest, moim zdaniem, koniecznie. Bo według mnie nie chodzi o to, że pod koniec filmu postać Toma Cruise’a (kapitan Nathan Algren) jest tytułowym „ostatnim samurajem”. Istotne jest to, że dzięki obcowaniu z Katsumoto (Ken Watanabe), czyli „ostatnim samurajem”), kapitan Algren staje się nareszcie honorowym człowiekiem, który nie musi już dłużej walczyć ze swymi wewnętrznymi demonami. Jasne, jest to bardzo naiwne spojrzenie na film, ale wynika ono właśnie z traktowania go jak sentymentalnej bajki – tęsknoty za czasami, które minęły.

 

Zaś co do samego Cruise’a… Mysz go lubi właściwie od zawsze, to znaczy od momentu, gdy go zobaczyła po raz pierwszy jako Lestata w Interview with the Vampire. Jednak podczas oglądania The Last Samuraipo raz kolejny przypomniałam sobie, czemu – mimo sympatii – miewam do niego awersję. Mianowicie Tom Cruise, mimo całkiem sporego talentu aktorskiego, w każdym swym filmie gra praktycznie tak samo: intensywnie, z chmurnym wzrokiem, wysuniętą kwadratową szczęką i bardzo charakterystycznym tembrem głosu, gdy zaczyna krzyczeć. Podsumowując: Cruise to aktor dobry, ale niezbyt wszechstronny. Mimo to autentycznie lubię go oglądać w filmach, nie ważne jak byłby powtarzalny (o dziwo podobnie mam z Keanu Reevesem, którego ‘drewniane’ aktorstwo nijak mnie nie denerwuje choć powinno). Poza tym w The Last Samurai jest też całkiem ładna muzyka (hello, Hans Zimmer), a Japończycy są wobec filmu o wiele mniej krytyczni niż widownia spoza Kraju Kwitnącej Wiśni. Jako pseudo-gaijin, który wychował się dawno-dawno-temu w Japonii, jestem w stanie zrozumieć takie podejście. W każdym razie bliżej mi do japońskiej pobłażliwości o wiele bardziej, niż do upartego gnojenia The Last Samurai przez widownie zarówno europejskie jak i – o dziwo – amerykańskie.

 

Następny w kolejce był japoński film Ichi, czyli odskocznia od “obcego” spojrzenia na świat samurajów, a także jeden z nielicznych przykładów na postać kobiety-samuraja w kinematografii w ogóle, a tym bardziej japońskiej. Autentycznie nie rozumiem dlaczego w dziełach kultury azjatyckiej tak mało jest przykładów na kobiety-wojowniczki. Ale to chyba temat na bardziej feministyczny wpis, do którego kompletnie nie czuję się przygotowana merytorycznie.
Anywho… Ichi opowiada o (spoiler)adoptowanej córce Zatoichiego(/spoiler), która jest tzw. goze – niewidomą muzykantką. W ogóle goze to kolejny fascynujące zjawisko w kulturze Japonii z którym warto się zapoznać. Wiedzieliście na przykład, że niewidome muzykantki w czasach feudalnej Japonii tworzyły stowarzyszenia, które zrzeszały takowe muzykantki? I że celem tych stowarzyszeń było nie tylko szkolenie młodych niewidomych dziewcząt w zawodzie, ale także pomoc finansowa i życiowa, a także promowanie wizerunku goze-profesjonalistki, by goze nie były uznawane za prostytutki, ale za prawdziwe artystki.
W każdym razie nasza wędrująca przez Japonię goze jest także [dun-dun-DUN] świetną wojowniczką, która mimo braku wzroku jest w stanie pociachać kataną całą zgraję wstrętnych rabusiów. Film wyraźnie należy do gatunku chanbara, czyli japońskiego ekwiwalentu westernów, lub filmów “płaszcza i szpady”. Mysz ochrzciła to po swojemu “kinem kimona i katany”.
Pod względem konstrukcji fabularnej, Ichi nie odbiega zbyt daleko od innych, znanych mi azjatyckich filmów – widzimy klasyczny motyw wojownika-samotnika, dla którego cały świat pełen jest złoczyńców do zabicia, i dopiero spotkanie na swoje drodze paru dobrych dusz pozwala takiemu wojownikowi zrozumieć, że świat nie jest tak do końca zły. Denerwuje trochę, że w wypadku Ichi jest podobnie – miłość sprawia, że bohaterka zmienia się z oziębłej pustelniczki w pogodzoną z losem kobietę (no, mniej więcej). Czy nie można było tego “duchowego rozwoju” pokazać jakoś inaczej niż poprzez zakochanie? Czy nawet kobieta-wojowniczka musi oceniać swoją wartość poprzez pryzmat kochającego ją mężczyzny? *le sigh*… Ponieważ jednak postać jej ukochanego jest wyjątkowo fajnie skonstruowana, a paralele między bohaterami, choć naszkicowane grubą kreską, są ładnie zagrane, film ogląda się z dużą przyjemnością. Zwłaszcza jeśli kogoś – tak jak Mysz – fascynuje kino japońskie, a zwłaszcza różnice między nim, a kinem europejskim czy amerykańskim.

 

Widać to w tempie filmu – wolniejszym niż zazwyczaj; w “zachodniej” kinematografii charakterystycznym przede wszystkim dla produkcji indie. Widać to także w poczuciu humoru, które się w Ichi pojawia – Myszy na przykład zawarte w filmie żarty, gagi (bardzo częste!) oraz dziwne miny postaci nie śmieszyły wcale. Jednak na poziomie intelektualnym rozumiem, że dla japońskiego widza wpasowują się one w kulturową konwencję tego, jak rozbawić widza. Także aktorstwo niezmiernie się różni: podczas gdy kino zachodnie bardzo łatwo i chętnie posługuje się wielkimi emocjami, kino azjatyckie zdaje się operować głównie niuansami. Z resztą nic dziwnego, skoro wiele scen to zbliżenia twarzy aktorów, często trwające wiele minut, podczas gdy w tle szumi las (wierzby?) lub bystry strumyczek. Co ciekawe, jak na film, który skupia się na walce mieczami, w filmie jest wyjątkowo niewiele scen walki. A gdy już się pojawiają, również polegają one na krótkich, szybkich ujęciach, z których widz przede wszystkim ma się -domyślić- co zaszło, a niekoniecznie naprawdę to zobaczyć. Pod tym względem chyba bliżej mi – z estetycznych względów – do kina chińskiego, które w filmach “o mieczach” bardzo lubi ukazywać długie, skomplikowane sceny walk. Kino chińskie zdaje się też chętnie wplatać w swe filmy motywy baśniowe. Japończycy są pod tym względem bardziej przyziemni. U nich magia tkwi w subtelności, a nie epatowaniu efektami specjalnymi.

Po Ichi postanowiłam znów spojrzeć na temat samurajów “zachodnim okiem”, na dodatek z dość ciekawej perspektywy. Mowa o Ghost dog: The Way of the Samurai, chwalonym i nagradzanym filmie Jima Jarmuscha. Tu Mysie wyznanie: Mysz do tej pory tylko raz próbowała obejrzeć film Jarmuscha… i poległa. Co jest o tyle dziwne, że oglądałam Coffee and Cigarettes, film który w swej koncepcji wydaje się dla mnie wręcz stworzony. Nie dotrwałam jednak nawet do połowy – było nudno, niejasno i niefajnie. Możliwe, że Coffee and Cigarettes jest w istocie dobrym filmem, którego Mysz nie zrozumiała. Ewentualnie filmy Jarmuscha po prostu do mnie nie trafiają. Z jakiegoś powodu nigdy nie ciągnęło mnie by obejrzeć jakikolwiek z jego tytułów (za wyjątkiem nadchodzącego Only Lovers Left Alive, ale to jest o wampirach więc… sami wiecie, obowiązek wzywa).

Tym milsze było moje zaskoczenie bo Ghost Dog oglądało mi się wcale przyjemnie. Więcej – film był świetnym połączeniem dramatu, filmu akcji i elementów komediowych. Oglądając Forresta Whitakera w tytułowej roli miałam silne skojarzenia z Leonem, ale także – pod względem klimatu filmu – z dziełami Quentina Tarantino. Różnica polega na tym, że tam gdzie Tarantino jest bardzo POPkulturowy, Jarmusch jest bardziej ARTkulturowy – subtelniejszy, operujący niuansami. Film jest o tyle ciekawy, że praktycznie każda postać wywołuje w widzu pewien stopień sympatii: zarówno prowadzący pustelniczy tryb życia Ghost Dog, jego wygadany, ale mówiący wyłącznie po francusku najlepszy przyjaciel Raymond*, mafiozi na których usługach pracuje Ghost Dog, itd.

Tu również muszę wspomnieć, że choć z zasady filmy o mafii mnie niezmiernie nużą, Ghost Dog się z tej tendencji wyłamał. Może chodziło o komiczny kontrast między powagą mafiozów a ich, w istocie, mikrością. Żaden z nich nie jest wielkim Don Corleone, choć za takiego chciałby się uważać. Zamiast tego mafiozi i ich ochroniarze tworzą garstkę podstarzałych, pseudo-włoskich tatuśków z wielkimi brzuchami, którzy siedząc na zapleczu chińskiej knajpy knują mordercze plany. Scena w której dwóch ochroniarzy z trudem wbiega na dach budynku, dysząc przy tym jak parowozy, by następnie zagrozić bronią kompletnie nie tej osobie idealnie podsumowuje absurd i komizm całej mafijnej otoczki tego filmu.

W porównaniu z nimi Ghost Dog – zabójca na zlecenie, profesjonalista pod względem etyki pracy, na dodatek kierujący się honorowym kodeksem bushido – to prawdziwy wojownik, a nie ktoś, kto tylko bawi się w zabijanie. Sposób w jaki dzieli on swoje życie między pracę (która istnieje jakby zupełnie osobno, niemalże jak sekretna tożsamość superbohatera) a czas prywatny, przy jednoczesnym stuprocentowym przestrzeganiu kodeksowi bushido, jest niesamowite. Takie pogodzenie, zdawałoby się, zupełnie wykluczających się kwestii jest godne podziwu. Tym bardziej, że talent aktorski Whitakera – w tym wypadku jego spokojnym stoicyzm – w tej właśnie roli ma szansę naprawdę zabłysnąć. Dzięki temu sceny gdy czarnoskóry, potężnej postury mężczyzna z dredami, ubrany w bluzę z kapturem i luźne dżinsy wywija samurajskim mieczem nie wyglądają idiotycznie, a poruszająco. Widać, że Ghost Dog dosłownie -żyje- kodeksem samurajskim i święcie w niego wierzy. Jego wiara sprawia zaś, że widz także zaczyna wierzyć; zaczyna widzieć bohatera filmu nie jako zwykłego zabójcę na usługach mafii, ale honorowego, starożytnego wojownika. Nawet w drobnych scenach – gdy członkowie gangów, mieszkający w dzielnicy Ghost Doga okazują mu szacunek i uznanie – widać, że honorowość Ghost Doga wywołuje u innych silne reakcje. Czasem niepozytywne, to prawda, ale nikt nie powiedział, że życie samuraja jest łatwe. Pojęcie “honoru” jest z resztą w filmie Jarmuscha bardzo istotne – to wokół niego kręci się większość akcji: utrata honoru, jego odzyskanie, niehonorowe zachowanie, zaszczepianie honoru u innych… Drugim pojęciem nierozerwalnie związanym z samurajami i bushido, które pojawia się w Ghost Dog: The Way of the Samurai jest śmierć. Then again, czego się spodziewać po filmie o mafii i zabójcy na zlecenie? Gdyby nie było w nim śmierci, zabrakłoby bardzo istotnego elementu. I nie chodzi nawet o wyjątkowo krwawe sceny zabójstw czy epatowanie okrucieństwem. Chodzi o podkreślenie, że życie samuraja składało się z honoru i śmierci. Reszta była nieistotna. I filmowi Jarmuscha udaje się to ukazać bezbłędnie.

I to by było tyle o filmach. Z researchu do grania w “Legendę Pięciu Kręgów” przeczytałam jeszcze wspomnianą tutaj “The Fox Woman” Kij Johnson, ale już mówiłam w ostatnim odcinku podcastu i nie chcę się powtarazać.

No dobrze, ale co mi ten research dał? Czy przydał się na coś? Czy dzięki temu lepiej mi się grało w RPGa?

… w sumie to tak. Zwłaszcza “The Fox Woman” – które bardzo skupia się na opisaniu jak wyglądał codzienny rozkład dnia kobiet vs mężczyzn w feudalnej Japonii – pozwoliło mi nie dość, że ujrzeć ten świat oczyma wyobraźni, ale właśnie dało kontekst społeczny. Ichi narzuciło specyficzny, azjatycki klimat, The Last Samurai pozwoliło zrozumieć funkcjonowanie zbroi, Riverworld dało mojej postaci rys charakteru, a Ghost Dog: The Way of the Samurai ukazało, jak wygląda życie oparte na honorze i kodeksie bushido.

Jednak najważniejsze w tym RPGowym researchu jest to, że dzięki niemu poznałam nowe, nieznane mi filmy i książki; poszerzyłam swoją wiedzę; poznałam nowe, fajne dzieła popkultury, a także dostałam przedsmak kolejnych (książki z serii “Riverworld” Farmera, dalsza twórczość Kij Johnson, kino japońskie).

Smuci mnie jedynie to, że będąc już po pierwszej sesji L5K – która była pierwszą RPGową rozgrywką naszej grupy od bodajże 2-óch lat – stwierdzam, iż rozumienie honoru w tym systemie gry jest zupełnie inne niż wynikałoby z mojego researchu. Honor według mnie to pojęcie dość bezwzględne: to jest honorowe, to nie jest honorowe. I nie ma żadnego to-tamto, ani żadnego “ale” – albo honor, albo dyshonor**.

Natomiast w trakcie sesji odniosłam silne wrażenie, że zarówno Mistrzy Gry (i prowadzone przez niego postacie NPC), jak i inni gracze z mojej drużyny używają “honoru” jako swoistego słowa-wytrychu. Najwyraźniej w L5K “honor” to taki kot, co go można odwrócić ogonem: “nie możesz zrobić A, bo to niehonorowe. Ale nie możesz też zrobić B, bo to też jest niehonorowe, tylko że w kompletnie inny, ale przy tym sprzeczny z A sposób”. Autentycznie każde działanie można w tej grze powstrzymać lub wytłumaczyć słowem “honorem”. A to mi się średnio podoba, bo wydaje się strasznym nadużyciem, na dodatek mało spójnym z prawdziwymi samurajskimi realiami. Ale podobno tak to już w tym systemie jest. Trzeba się będzie przyzwyczaić.

Chyba w ramach odtrutki zapuszczę sobie The Ramen Girl ze ś.p. Brittany Murphy. Swoją drogą jeśli nie znacie tego filmu to bardzo go polecam – ciut infantylna amerykańska bajka o dziewczynie, która odnajduje swoją życiową drogę w… kluskach ramen. Mysz osobiście ubóstwia ten film, właśnie za to połączenie amerykańskiej i japońskiej kultury. Zwłaszcza, że w wypadku tego filmu jest to szalenie – moim zdaniem – taktownie zrobione. Widać w filmie aspekty obu kultur: zarówno tę charakterystyczną amerykańską bajkowość, obecną w The Last Samurai, ale także ten azjatycki klimat japońskiego kina, który zaobserwowałam w Ichi. Więc jeśli ktoś ma w najbliższym czasie trochę wolnego, bardzo The Ramen Girl polecam. To jak rosół dla duszy. Co prawda japoński, ale działa tak samo.

O tanoshimi kudasai! Jikai o ai shimasho.



* uwaga do filmu: relacja Raymonda i Ghost Doga to jedna z najfajniej ukazanych przyjaźni jakie w życiu widziałam. Porównywalna z nią – pod względem bariery językowej – jest relacja Jamiego i Aurelii z Love Actually. I obie te relacje są równie urocze.
** “Dyshonor dla rodziny! Weź kajecik! Dyshonor dla świerszcza! Dyshonor dla krowy!”. Ciastko dla tego kto kojarzy cytat!