Szekspir wiedział, jak się urządza imprezę

Joss Whedon nakręcił własną adaptację “Wiele hałasu o nic” Szekspira. Mysz jest zachwycona!

 
Zacznijmy od tego, że Mysz jest fanką ekranizacji Szekspira. Oczywiście są lepsze i gorsze próby, ale Mysz z zasady docenia, gdy ktoś porywa się na Mistrza. Bo to wypaga cohones. Talentu, owszem. Odrobiny boskiej iskry lub świetnego pomysłu – bardzo często. Ale z zasady wszelkie porywy na Mistrza staram się oglądać. Tym bardziej jeśli robi to ktoś taki jak Joss Whedon.
Gdy usłyszałam, że Whedon bierze się za Much Ado About Nothing, para poszła mi lewym uchem. Prawe ucho dołączyło, gdy zobaczyłam obsadę – istne creme da le creme Whedonowskiego uniwersum, z Amy Acker (Angel, Dollhouse) i Alexisem Denisofem (Buffy the Vampire Slayer, Angel) na czele.
Muszę jednak przyznać, że “Wiele hałasu o nic” nie jest moją ulubioną sztuką Szekspira. Ten zaszczyt przypada “Snu nocy letniej” i jego filmowym adaptacjom (na czele z genialną ekranizacją z 1999 roku). Może nie jest to najwybitniejsza ze sztuk Barda, ale mieszanina magii, baśniowości, miłosnych przetasowań, antyku i humoru pociągała mnie – i pociąga wciąż – od lat. Tak więc moja znajomość tekstu źródłowego może nie być tak zaawansowana, jak w przypadku “Snu”, ale czytałam “Wiele hałasu o nic” parokrotnie, a i jego adaptacje filmowe nie są mi obce. Możecie sobie więc wyobrazić, jak bardzo byłam, mimo wszystko, podekscytowana Whedonowskim Much Ado About Nothing.
Okazuje się, że jest to jeden z tych chlubnych wyjątków, gdy wszystkie pokładane w filmie nadzieje zostają spełnione. I to z nawiązką!

Benedick (Denisof) i Beatrycze (Acker) w szponach miłości.
Zacznijmy od tego, iż zakładam, że wszyscy Czytelnicy znają fabułę “Wiele hałasu o nic”. Jeśli nie to idźcie, przeczytajcie sztukę. Albo obejrzyjcie którąkolwiek z wersji filmowych – np. tę najbardziej klasyczną, z 1993 roku z Kennethem Branaghem i Emmą Thompson, lub wersję nakręconą w Wyndham Theatrez Davidem Tennantem i Catherine Tate. Nie serio – jeśli ich nie znacie, zapoznajcie się z nimi. Teraz. Ja poczekam.
… tak więc jeśli chodzi o zaadaptowanie fabuły, Whedon sprawdził się świetnie. Już na przykładzie Romeo + Juliet Baza Luhrmana widzieliśmy, że przeniesienie Szekspira w realia świata współczesnego to trafne rozwiązanie. Dzieła Barda nie na darmo są nazywane ponadczasowymi. Whedon to wspaniale wykorzystał. Wszystkie wydarzenia rozgrywają się – tak jak w sztuce – na terenie posiadłości Leonata (Clarg Gregg, Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D.). Myk polega na tym, że w filmie posiadłość tę gra… prywatna rezydencja Whedona w Santa Monica. Dom ten zaprojektowała jego żona i Whedon, gdy tylko go ujrzał stwierdził, że kiedyś nakręci w nim film. I groźbę spełnił, ku uciesze takich indywiduuów jak Mysz!
Leonato (Gregg), Claudio (Kranz) i Don Pedro (Diamond)
obgadują Benedick a(Denisof), który sprytnie ukrywa sięw krzakach.
 
Posiadłość Whedona jest zaiste niezmiernie urokliwa, z wieloma pomieszczeniami, salkami, zakrętami korytarzy, pięknym ogrodem, basenem… miejsc do filmowania jest wiele i wszystkie zostają w pełni wykorzystane. Wiadomo, że w niektórych scenach klimat dodatkowo podrasowano (girlandy lampek na drzewie, kwiaty, itd.), ale poza tym cały oryginalny wystrój domu Whedona został zachowany. Dzięki temu odbywające się w posiadłości Leonata bankiety, przyjęcia i bal maskowy sprawiają wrażenie imprezy w domu znajomych. Wrażenie jest tym silniejsze, że wpuszczając widzów do swego domu – gdzie na ścianach wiszą zdjęcia jego i jego rodziny, gdzie stoją jego książki, naczynia, sprzęty i meble – Whedon potraktował nas właśnie jak bliskich znajomych.
Sama fabuła – oparta na wielodniowych przyjęciach i różnorakich obchodach – także przyczynia się do wrażenie, że bierzemy udział w długiej, weekendowej imprezie, na którą Whedon zaprosił wszystkich swoich znajomych, których my, widzowie, znamy z ekranu. Mamy więc wspomnianych już Acker i Denisofa, jako słynną kłótliwą parę niechętnych zakochanych, Beatrycze i Benedicka. W roli pana włości i gubernatora Messiny, Leonato, występuje Clark Greg,  znany wszystkim jako agent Coulson z filmów o Avengersach. Młodego Claudio, absztyfikanta córki Leonato, gra Fran Kranz, cudowny swego czasu w Dollhouse. Na ekranie pojawiają się także inne twarz z “domu dla lalek” – Reed Diamond gra Don Pedro, Księcia Aragonii, a Ashley Johnson (uważni fani Dollhouse mogą ją kojarzyć) gra służąca/pannę do towarzystwa, Małgorzatę.
 
Don John (Maher) knuje swoje niecne plany,
niepomny przyszłego szczęścia Claudio (Kranz)
Oczywiście nie mogło zabraknąć panów z Firefly czyli Nathana Filliona jako Dogberry’ego (komendant straży Morwa) i Seana Mahera jako Don Johna, zdradliwego brata Don Pedro. W niewielkich rolach pojawiają się także twarze z Buffy the Vampire Slayer – Tom Lenk gra pomocnika Dogberry’ego, Vergesa (Kwasik, zastępca Morwy), a Riki Lindhome wciela się w Conrade’a, zausznika Don Johna, który w wersji Whedona jest kobietą. W roli Borachio, który uwodzi Małgorzatę, także występuje ktoś znajomy. Nie jest to jednak nikt ze świata Whedona. Kojarzycie tego uroczego chłopaczka z Gladiatora? Luciusa Verusa, syna Lucylli?… Ten właśnie chłopiec, nad wyraz wyrośnięty, wciela się w Borachio. Wierzcie mi – wiele minut zajęło mi zorientowanie się skąd kojarzę jego androgynicznie śliczną buzię.
Dodatkowa ciekawostka: w malutkich rolach strażników pojawiają się znani z Internetu BriTANick, czyli Nick Kocher i Brian McElhaney. Jeśli kojarzycie filmik ten, ten lub ten filmik, to wiecie o kogo chodzi.
No dobrze, mamy znajome twarze i piękne tereny Whedonowskiego posiadłości. To wszystko, oczywiście, nałożone na rzecz najważniejszą, czyli świetnie wyreżyserowany i zagrany tekst Szekspira. Acker i Denisof w rolach Beatrycze i Benedicka są świetni, a momentami nawet fenomenalni. Zwłaszcza Denisof – mający w młodości doświadczenia z wystawianiem dzieła Barda – jest cudowny jako Benedick. Prześmiewczy, inteligentny, zadufany, potem znów czuły… Denisof pokazuje nam na ekranie cały wachlarz cech charakteru i emocji przez które przechodzi Benedick. Acker dzielnie dotrzymuje mu pola – a ich wspólne sceny miło się ogląda – ale jednak w porównaniu z Denisofem, jej gra trochę blednie.
Clark Gregg jako Leonato jest zachwycający.
Clarg Gregg – który im dłużej i częściej go widuję na ekranie, tym bardziej mnie kompletnie rozbraja talentem, humorem i ogólną zajebistością – jest wspaniały jako Leonato. Jego wersja gubernatora Messiny jest mniej stateczna niż w innych ekranizacjach, ale dzięki temu jego udział w zabawach “młodzieży” nie razi aż tak bardzo. A gdy jego córka, Hero, zostaje oskarżona o zdradę… cóż, wtedy dopiero wychodzi z Gregga prawdziwe aktorskie zwierzę. Mysz autentycznie się popłakała, bo choć postawa Leonata wobec córki – żądanie jej śmierci za popełnioną zdradę – zawsze mnie mierziła, wykonanie Gregga kompletnie mnie kupiło. Także Reed Diamond jako Don Pedro pokazuje, że potrafi grać coś więcej niż tylko sztywnych dupków, tak jak to robił do tej pory w Dollhouse czy ostatnio Franklin & Bash. Dopiero dzięki “Wiele hałasu o nic” zorientowałam się, że pan Diamond ma przemiły, autentycznie ujmujący uśmiech.
Z kolei Fran Kranz to klasa sama w sobie i jeśli ktoś nie widział jego popisowej roli – Topher w Dollhouse – naprawdę mu współczuję. To co Kranz robi w Much Ado to zaledwie przedsmak jego możliwości, a i tak Mysz była pod wrażeniem. Jest w jego Claudio zarówno buta młodości, jak i jej delikatność i nieśmiałość, zwłaszcza w scenach między nim a Hero. Także w momentach mniej radosnych – m.in podczas konfrontacji z Hero przed ołtarzem – Kranz pokazuje na co go stać. A stać go naprawdę na wiele. Miłym zaskoczeniem, bo dawno nie widziałam go na ekranie, był także Sean Maher, który jako psujący wszystkim szyki Don John był wspaniale oślizgły. Mysz przyzwyczajona jest do jego pozytywniejszej strony. Swego czasu nawet nieszczęśliwie kochałam się w jego postaci w Firefly. A Nathan Fillion… cóż, Fillion ma komediowy timing w małym palcu u lewej nogi. Jego Dogberry jest cudownym osłem, podobnie zresztą jak pozostali strażnicy (choć grani przez BriTANicka się trochę z tego wyłamują). Inne pomniejsze role w filmie – Conrade, Borachio, Małgorzata, itd. – również były dobrze zagrane.
 
Dogberry (Fillion) i Verges (Lenk), czyli duet osłów w ludzkiej skórze.
Jednak zagrać dobrze to jedno, a wiarygodnie posługiwać się tekstem Szekspira to drugie. Niełatwo jest sprawić by słowa napisane w XVI wieku brzmiały zrozumiale dla współczesnego ucha. Owszem, sztuki Barda są ponadczasowe, ale bardziej ze względu na swoją tematykę, aspekty społeczne, czy reakcje emocjonalne, które wciąż wywołują. Trzeba naprawdę dużego talentu – i dobrego wyczucia – by wiedzieć, jak wypowiedzieć i odegrać słowa Szekspira, by nie zabrzmiały one zbyt archaicznie. Tu prym znów wiodą Gregg, Diamond, Kranz i Denisof. Panie, niestety, jakoś nie dopisały, bo choć Acker w roli Beatrycze była bardzo dobra, nijak nie umywa się do tego, co zrobiła z tą rolą Emma Thopmson w wersji z 1993 roku.
Ogromną zaletą filmu – poza już wymienionymi aspektami – były także strona wizualna i muzykalna. Whedon wraz z bratem, Jedem Whedonem, i jego żoną, Maurissą Tancharoen, wspólnie napisali całą muzykę do filmu. Co więcej, zaadaptowali także dwie pieśni (“Sign No More” i “Heavily”), które Szekspir zawarł w “Wiele hałasu o nic”, i napisali do nich muzykę. Są to absolutnie cudowne kawałki, które wspaniale uzupełniają film, dodając mu niezaprzeczalnej magii. Od strony wizualnej, możnaby Whedonowi zarzucić, że oszedł na łatwiznę: cały film jest czarno-biały. Jest to jednak zabieg naumyślny i kompletnie przemiślany, który nie dość, że bardzo ujednolica film, to jeszcze przywołuje klimat romantycznych komedii z lat 40-tych. Poza tym, nawet gdyby brak koloru był jakąś wadą, sposób w jaki Whedon w filmie operuje światłem totalnie to wynagradza.
Beatrycze (Acker) podsłuchująca Hero (Jillian Morgese)
i Małgorzatę (Ashley Johnson)
 
Należy także wspomnieć, że nie tylko czarno-biała paleta przywołuje na myśl stare komedie romantyczne. Także zawarte w filmie slapstickowe gagi podkreślają, że “Wiele hałasu o nic” to sztuka zabawna, prześmiewcza, której nie należy brać na poważnie. Wojna płci to temat na tyle ważki, że podejście humorystyczne to jedyny sposób, by nie przeciągnąć – ani nie przeciążyć – struny. Whedon to rozumie, a jego lekka ręka do reżyserii sprawia, że nawet sceny złożone z szybkich, zawiłych dialogów są pełne życia i humoru. Dzięki temu nawet co bardziej poważne momenty nie przytłaczają.
Jednak to, co mi w tym wszystkim imponuje najbardziej to fakt, że Whedon zrobił to wszystko… w 12 dni, w trakcie przymusowego urlopu podczas postprodukcji The Avengers. Obsada poświęciła swój wolny czas, a także – jeśli dobrze pamiętam – zrezygnowała z gaży, by wyświadczyć Whedonowi przysługę i w przemiły sposób spędzić niecałe dwa tygodnie na kręceniu Much Ado About Nothing. To się dopiero nazywają wakacje!
Don Pedro (Diamond) i Claudio (Kranz)
naśmiewają się z zakochanego Benedicka.
Fani Whedona, którzy znają Dr. Horrible’s Sing Along Blog wiedzą, że nie jest to pierwszy raz, kiedy Whedon wykorzystuje czas wolny na swoje małe pet projects. Według mnie właśnie one, bardziej niż pełnoprawne dzieła – Firefly, Buffy the Vampire Slayer czy Dollhouse – ukazują, jakim zapaleńcem jest Whedon. To prawdziwy entuzjasta, fan dobrej, inteligentnej popkultury; człowiek, który gdy raz ma dobry pomysł, prędko z niego nie zrezygnuje.
Widać także, że aktorzy z tzw. “stajni Whedona” nie na darmo się w niej znaleźli. Mysz uważa, że są tacy ludzie, którzy choć mogliśmy spędzić z nimi w sumie niewiele czasu, z niewytłumaczalnych powodów zostają w naszym życiu na długo. Mam wrażenie, że tak jest w wypadku ekipy Much Ado – to równi Whedonowi entuzjaści, którym wystarczyło by Joss chwycił za telefon i zapytał: “Chcesz…?”.
And the rest, as they say, was history.
Joss Whedon na planie,
czyli Mistrz w akcji.
Ten entuzjazm, tę radość, tę autentyczną frajdę, jaką ekipa miała na planie, czuć w każdy ujęciu, kadrze i scenie Much Ado. Wszystkie te emocje i odczucia wyraźnie przez film przemawiają, tak samo jak cała ciężka praca, która została w to włożona. Jednak to co w filmie widać najbardziej to ogrom -serca-.
A efekt jest taki, że widz oglądający Much Ado About Nothing nie ogląda kolejnej ekranizacji Szekspira. Zamiast tego dostaje zaproszenie na długi weekend do posiadłości Jossa Whedona, gdzie wśród mnóstwa śmiechu – i rzeki alkoholu – może obserwować, jak znajomi aktorzy Whedona, zamiast grać w butelkę, po inteligencku zabawiają się w deklamowanie Szekspira.
I nie wiem jak Wy, Robaczki, ale Mysz będzie często na tę imprezę powracać. Bo dawno podczas oglądani filmu nie było mi tak wesoło, wzruszająco, ciepło i miło. Czego i Wam w trakcie seansu Much Ado życzę.