There’s something about Carrie…

Mysz kocha Carrie Stephena Kinga. Stąd z tym silniejszymi obawami zasiadła zarówno do seansu filmu De Palmy jak i najnowszej ekranizacji Kimberly Peirce

Idzie Halloween. Co się świetnie składa, bo przydałoby się omówić remake Carrie, który niedawno wszedł do kin. Ustalmy jednak na początku parę rzeczy.

Po pierwsze: Mysz bardzo lubi książki Stephena Kinga, ale uważa, że King sprawdza się właściwie wyłącznie w długiej formie (czyli opowiadania odpadają). To właśnie “Lśnienie”, “Wielki marsz”, “To” czy chociażby seria “Mroczna Wieża” uznawane są za jego najwybitniejsze dzieła, a warto zauważyć, że każda z tych pozycji ma ponad 300 stron. Mysz zgadza się z różnymi rankingami “najlepszych dzieł Mistrza Grozy”, ale osobiście ma tylko jedną książkę, która od lat zajmuje pierwsze miejsce: “Carrie”.

Wielokrotnie słyszałam – także Jerry’ego, którego zdanie w kwestii Kinga bardzo szanuję – że “Carrie” to kiepska książka, napisana leniwie, byle jak i bez pomysłu. To twór początkującego, niedoświadczonego pisarza, który nie wiedział co z tą historią zrobić, a na dodatek pisał ją niejako wbrew sobie, wyłącznie za namową żony (dzięki Ci, droga Tabitho King!). Mysz rozumie te argumenty, nie zmienia to jednak faktu, że “Carrie” jest w moich oczach idealna. Mam wrażenie, że właśnie ta niechęć Kinga do stworzonej przez siebie fabuły – i postaci – sprawiła, że w “Carrie” właściwie nie jesteśmy w stanie nikogo polubić. Nawet tytułowa postać, której teoretycznie mamy współczuć, wzbudza w czytelniku – lub przynajmniej w tej Czytelniczce – szalenie niepozytywne uczucia. Ten aspekt niechęci, czy wręcz braku sympatii i zrozumienia dla wszystkich(!) postaci sprawia, że “Carrie” staje się cudownym studium ludzkiej nienawiści, okrucieństwa i absolutnego zezwierzęcenia. Połączenie tych motywów z bardzo ważkimi tematami – seksualnością pączkującej kobiecości, religijnym fanatyzmem, dobrymi chęciami wynikającymi z poczucia winy, itp. – sprawia, że Mysz czytając “Carrie”, i to nawet kilka razy w roku, wciąż tak samo silnie na nią reaguje. Być może zastanawiacie się, dlaczego tak się rozwodzę nad swoim uwielbieniem dla “Carrie”. Cóż, jak zobaczycie w poniższym wpisie, indywidualna interpretacja tekstu literatury potrafi ogromnie wpłynąć na to, jak odbierzemy adaptację danego dzieła.

Carrie2013 (14)

Po drugie: współczesna Carrie nie jest w  istocie filmem złym – jest filmem niepotrzebnym. Z pewnością jest też nie-do-końca udaną adaptacją. Ale nie jest filmem -złym-. Brzmi trochę zagmatwanie, ale za moment szerzej wyjaśnię, co mam na myśli.

Po trzecie: Mysz nie znosi Carrie Briana De Palmy z 1976 roku. Film obejrzałam tylko raz, tuż po przeczytaniu książki, ze świadomością, iż jest to – według krytyków i widzów – wspaniała adaptacja i jeden z najlepszych horrorów wszech-czasów. Cóż, jeśli to jest prawda, to ja jestem kaczuszką :P

Owszem, jak na ówczesne standardy, film De Palmy miał prawo zostać uznany za wybitny. Ale przekonanie to pokutuje od kilkudziesięciu lat, mimo iż kinematografia od tego czasu zdążyła pójść znacznie naprzód, także w gatunku horroru. Długie, teatralne ujęcia i muzyka zerżnięta z Psycho mogły działać w latach 70-tych, ale z perspektywy współczesnego widza, Mysz uważa, że Carrie De Palmy źle się zestarzała. To czy film jest udaną adaptacją tekstu Kinga to już o wiele szersze i bardziej skomplikowane zagadnienie.

Po czwarte: Mysz ma bardzo dużo problemów zarówno z filmem De Palmy, jak i wersją współczesną i zamierza je dość szczegółowo omawiać. Tak więc znajomość oryginalnego tekstu Kinga – i przynajmniej jednego z filmów – jest raczej wskazana podczas czytania poniższej notki. Ale może omówmy wszystko po kolei.


  Uwaga 

To będzie długi, czepialski, hopefully wnikliwy wpis. Informuję, co by potem nie było, że Mysz popełniła wpis z kategorii “too long, didn’t read” i słowem nawet Czytelników nie ostrzegła.


Carrie2013 (6)Po co kręcić kolejną “Carrie”?

Tak powinno było brzmieć pierwsze pytanie, które twórcy winni byli sobie zadać.

Mysz się akurat z kolejnej adaptacji bardzo cieszyła. Moim zdaniem wersja De Palmy nie oddawała w pełni ducha “Carrie”, więc ponowna interpretacja tekstu dawała nadzieję na film, który wreszcie mogłabym ochrzcić ‘swoją Carrie’.

Niestety, twórcy nowej  Carrie wyraźnie nie wiedzieli jaki film chcą nakręcić. Z jednej strony miał to być krwawy horror, z drugiej, poruszający dramat o mrocznych zakamarkach ludzkiej duszy i tego, do czego zdolny jest człowiek. Film musi być skierowany do współczesnych nastolatków, którzy mogą nie wiedzieć o istnieniu takiej postaci, jak Carrie White. Ale powinien to być także film dla fanów oryginalnej Carrie, zarówno tej Kinga, jak i tej De Palmy. Twórcy chcieliby też przedstawić metaforę ostatnich tragicznych wydarzeń w Ameryce – chociażby strzelaniny w Columbine – a także przyoblec film w dodatkową warstwę interpretacyjną, która umożliwia odebranie postaci Carrie, jako wyklętej ze społeczeństwa postaci LGBTQ+.

ZA DUŻO TEGO. I nie są to moje wymysły czy nadinterpretacje. Aspekt homoseksualny był wielokrotnie omawiany w mediach przez reżyser filmu, Kimberly Peirce. Peirce, znana jest przede wszystkim jako reżyserka wspaniałego dramatu Boys Don’t Cry (Nie czas na łzy), za który Hilary Swank dostała Oscara. Peirce, sama będąca zadeklarowaną osobą queer (reżyserka wystrzega się określenia “lesbijka”), podkreśla w wywiadach dotyczących Carrie, że aspekt homoseksualny był jednym z powodów dla których podjęła się reżyserii filmu. Rozumiem, że tragedię Carrie – znęcanie się, wyklęcie przez społeczeństwo, okrutne żarty, uczucie wyalienowania – można podciągnąć pod problemy, z jakimi spotykają się homoseksualne nastolatki. Jest to jednak wyraźna nadinterpretacja reżyserki, bo jeśli widz nie ma świadomości, że film właśnie to próbuje przekazać, NIJAK TEGO NIE ZAUWAŻY. Jak by to ująć po angielsku: the movie doesn’t read ”queer”.

Kimberly Peirce na planie “Carrie”.

Pytanie moje brzmi: ile z tej nadinterpretacji wątków – homoseksualizm, strzelanina Columbine – wynika z zamysłów twórców, a ile z medialnej nagonki? Peirce nie może dać wywiadu, by nie zostać zapytana o swoją orientację i wpływ tejże na jej karierę, filmy które reżyseruje, historie które opowiada, itd. Czy więc rozwlekanie w mediach aspektu homoseksualnego to rzeczywiście wizja reżyserki, czy sprytny zabieg medialny, który na fali ostatnich zmian społecznych w Stanach ma zwiększyć zasięg filmu? Podobnie nawiązania do tragedii w Columbine – czy nie jest to tylko nadintepretacja prasy? Owszem, w książce Kinga – a więc także w filmach – pojawia się scena masakry na balu, ale czy naprawdę musimy to od razu porównywać do wydarzeń rzeczywistych?… tym bardziej, że o Columbine powstało już parę filmów i to o wiele lepszych niż Carrie. Po co więc te usilne próby przypisania filmowi większej wagi? Czy nie wystarczy, że jest to ponowna adaptacja wspaniałej, głębokiej, poruszającej książki Stephena Kinga? Czy naprawdę musimy do filmu dopinać dodatkowe łatki?

Mysz sądzi, że nie. Próba dogodzenia wszystkim, skończyła się tym, że Carrie jest filmem dla nikogo. Fani książki będą zawiedzeni, że film nie spełnia ich wysokich oczekiwań. Nowicjusze nie będą w stanie zrozumieć po co w ogóle film powstał, skoro nie sprawdza się ani jako horror, ani jako dramat, ani jako wyjątkowo długa pogadanka na temat tego “dlaczego nie należy się znęcać nad ludźmi którzy są od nas inni”. Jak na horror film jest mało straszny, jak na dramat, zbyt płytki. A jeśli chodzi o interpretowanie historii Carrie jako metafory dla homoseksualizmu… przykro mi, ale nie. Już prędzej dałoby się taką interpretację przyczepić do “Brzydkiego kaczątka”. A i efekt byłby, myślę, taki sam. Czyli żaden.

Carrie2013 (5)

Retelling czy remake?

Mój główny problem z obecną inkarnacją Carrie wynika z bardzo podstawowego niezrozumienia pojęć. Otóż, z kompletnie nieznanych mi powodów, twórcy filmu upierają się, że Carrie nie jest remake‘iem filmu De Palmy. Ich zdaniem to zupełnie nowy film, świeży retelling tekstu Kinga.

Podstawowy problem z tym twierdzeniem jest taki, że współczesna Carrie kopiuje film De Palmy tak bezczelnie, że przy nich Mysie ściąganie na klasówkach w podstawówce wygląda jak majstersztyk subtelności i zręczności. Oczywiście pewnych podobieństw nie można było uniknąć – oba filmy opierają się o tekst Kinga, więc niektóre dialogi czy sceny będą podobne, jeśli nie identyczne. Ale jeśli w Carrie z 2013 pojawiają się kadry i ujęcia kropka-w-kropkę takie same jak u De Palmy, to coś tu mocno zgrzyta. Więcej: współczesna Carrie kopiuje za De Palmą sceny, których w książce NIE BYŁO.

Przykładowo: w książce Chris Hargensen – dziewczyna, która znęca się nad Carrie – nie bierze udziału w wycieczce na świńską farmę, podczas której zdobywana jest krew, mająca posłużyć do okrutnego żartu. Jednak zarówno u De Palmy, jak i w wersji z 2013 roku, Chris bierze udział – czasem wręcz czynny udział – w tej eskapadzie. Po co? By pokazać, jaka jest zdeterminowana w swej nienawiści do Carrie? Wystarczyło posłużyć się scenami z książki, podczas których Chris rozmawia w łóżku ze swoim chłopakiem, Billym. To właśnie w tamtych chwilach przekonujemy się nie tylko o ogromie nienawiści jaką Chris żywi do Carrie, ale mamy także wgląd w toksyczny związek Chris i Billy’ego.

Inny przykład: w obu filmach, w trakcie balu, na sali znajdują się osoby, które nie powinny tam być. Sue Snell, której własne poczucie winy nie pozwoliło pójść na bal, w wersji książkowej grzecznie siedzi w domu. Z kolei Chris i Billy swój okrutny dowcip egzekwują stojąc na zewnątrz budynku, w którym ma miejsce bal. Po co więc w obu filmach wpychać te postacie w sam środek akcji? Chris i Billy tak czy inaczej zginą w swoim samochodzie, poza terenem szkoły, więc ich obecność nie jest konieczna. Przecież w filmie bardzo łatwo byłoby pokazać ujęcia, jak przykucają przy zewnętrznej ścianie szkolnego budynku, jak ciągną za sznurek przymocowany do wiadra, itd. Przy takim ustawieniu jest wręcz multum okazji by wykorzystać bardzo skuteczne środki filmowe – zbliżenia na twarze Chris i Billy’ego, spocone czoła, zagryzione wargi; dźwięk przyspieszonego tętna; to wszystko w kontraście do grobowej ciszy jaka zapada na sali balowej, gdy krew powoli ścieka po zszokowanej Carrie… opcji jest wiele. Skąd więc upór by wpychać Chris i Billy’ego w pobliże akcji? Rozumiem takie rozwiązanie w teatrze, gdzie jest ograniczona przestrzeń, ale na tym właśnie polega magia filmu i dobrego montażu – można sprawić, że postacie, która są w dwóch różnych miejscach wyglądają jakby był obok siebie.

Carrie2013 (17)

“Święta” Sue Snell i jej równie święty chłopak.

Podobnie w wypadku Sue, która w obu wersja filmowych dociera na bal tuż przed momentem kulminacyjnym. Co więcej, w obu przypadkach Sue próbuje w ostatniej chwili ostrzec Carrie, czego w ogóle nie ma w książce. Czemu więc zamieszczono tę scenę w filmach? By pokazać, że Sue jest w istocie dobrą postacią? Że jest po stronie Carrie?… po co, skoro w książce nigdy nie jest to powiedziane? Owszem, Sue namawia swojego chłopaka, Tommy’ego, by zabrał Carrie na bal, ale smutna prawda jest taka, że nie robi tego dla Carrie. Robi to dla siebie – by zmniejszyć dręczące ją poczucie winy, by w jakiś sposób usprawiedliwić swoje zachowanie, by niejako wyrównać rachunki z Carrie. “Ja cię wyśmiałam, to teraz dam ci na jeden wieczór swojego chłopaka żeby pokazać jaka jestem fajna”. Oba filmy zbytnio starają się wybielić postać Sue; zasugerować widzom, że pomaga ona Carrie z dobroci serca. Naturalnie, nawet książka ostatecznie podkreśla, że Sue nie żywi do Carrie nienawiści, ale to wciąż nie oznacza, że Sue jest dobrą osobą. Wręcz przeciwnie: jest tak samo małostkowa i bezmyślna jak jej koleżanki. Różnica polega na tym, że Sue zdążyła się w porę opamiętać. Nie czyni to z niej jednak świętej.

Wreszcie, przykład koronny: scena kąpieli. Zarówno u De Palmy jak i u Peirce, Carrie po powrocie do domu z balu, wchodzi do wanny by zmyć z siebie krew. U Kinga tego nie ma – ostateczna konfrontacja matki i Carrie ma miejsce tuż po wejściu dziewczyny do domu. Rozumiem oczywiście, że przebywanie w krwawym make-up’ie musi być dla aktorów bardzo męczące – Chloe Moretz, grająca Carrie w nowej wersji, spędziła w tej charakteryzacji półtora miesiąca podczas kręcenia filmu. Sądzę jednak, że konfrontacja między Carrie a jej matką byłaby w filmie o wiele potężniejsza, gdyby Carrie wciąż była zakrwawiona. Tym bardziej, że jest w tym symbolika – krew będzie zawsze towarzyszyć Carrie, nie ważne jak bardzo będzie próbowała od niej uciec. Tak więc zawarte w filmach sceny zmywania krwi niejako przeczą przesłaniu oryginalnego tekstu.

Takich przykładów mam wynotowanych więcej (tak, mam notatki!). Skąd więc ten upór i wmawianie widzom, że to retelling, a nie remake? Czyżby twórcy wystrzegali się powszechnie panującego przekonania, że obecnie bardzo trudno jest zrobić dobry remake?… najwyraźniej słusznie, skoro ich własne dzieło wcale nie jest takie udane.

Carrie2013 (15)

Wierność. Przede wszystkim wierność.

Wierność filmu w stosunku do książkowego oryginału. Chryste, istny temat-rzeka!

Zacznijmy od tego, że mimo mojej antypatii do filmu De Palmy muszę przyznać, że w ostatecznym rozrachunku to jego wersja jest bardziej zgodna z tekstem Kinga. Oczywiście nadal pojawiają się u niego straszne przekłamania – zmienione nazwisko nauczycielki, Pani Desjardin (w filmie: Ms Collins), czy chociażby jej śmierć na balu (która nie miała miejsca w książce, ani, co się chwali, w remake‘u), że tak wymienię pierwsze z brzegu przykłady – ale De Palma o wiele lepiej niż Peirce zinterpretował postacie z Kingowskiej “Carrie”.

Chociażby główna bohaterka. U De Palmy, Sissy Spacek przedstawia Carrie jako niemalże zwierzę – zaszczute, przerażone, łaszące się do matki – jedynej osoby, która w jej mniemaniu ją kocha, mimo że to właśnie ona jest jednym z głównych oprawców. Spacek w duecie z De Palmą wspaniale oddaje zezwierzęcenie Carrie, zwłaszcza w otwierającej film scenie pod prysznicem. Trudno tę postać polubić, bo widząc ją na ekranie mamy ochotę nią potrząsnąć i wrzasnąć: “Ogarnij się!”. A to właśnie miał na myśli King, tworząc tę postać – my nie mamy Carrie lubić, ani jej współczuć. Mamy, wspólnie z innymi bohaterami książki, czuć do Carrie litość, żal, nienawiść, niesmak… tylko wtedy późniejsze wydarzenia – tragedia na balu, zniszczenie miasta, ukaranie oprawców – i wszystkie skomplikowane aspekty psychologiczne książki mają sens. Siła “Carrie” nie leży w tym, by czytelnik (i widz) współczuł Carrie. On ma jej nie lubić i życzyć jej jak najgorzej, by w momencie kulminacyjnym w pełni odczuć jaki terror jest w stanie rozpętać ofiara doprowadzona do ostateczności.

Carrie2013 (7)

Kto jeszcze uważa, że do tej pary matka-córka bardzo pasowałaby piosenka Matki Gothel z Tangled, “Słuchaj się mnie”?

Natomiast u Peirce, Carrie (w wykonaniu Chloe Moretz) jest zaledwie nieśmiałą, zastraszoną przez matkę trusią, i to taką, która już waha się na skraju buntu. Ten bunt pojawia się z resztą w jednej z pierwszych scen między nastoletnią Carrie a jej matką. I wyraźnie jest to decyzja aktorska podjęta przez Moretz i Peirce. U Kinga przecież tego nie ma – w ‘jego’ Carrie bunt budzi się bardzo stopniowo. Jasne, film musi pewne cechy rozwoju postaci przyspieszyć, ale zabieg ten sprawia, że postać Carrie traci wiarygodność. Sugerowanie, że w Carrie od dawna drzemie bunt, każe widzowi zapytać: dlaczego ten bunt wychodzi z niej dopiero teraz? Przecież matka znęca się nad nią od lat, czemu wcześniej nie wyrwała się spod jej wpływu?… książkowa Carrie to rozlazła klucha, która daje sobą pomiatać, bo – nie oszukujmy się – ma po prostu słaby charakter. Nie ma silnej osobowości. A niestety Chloe Moretz, która mimo młodego jest świetną aktorką, tej leżącej u podstaw charakteru Carrie gnuśności nie była w stanie przekazać.

Także postać matki Carrie, Margaret White, została przez Peirce kompletnie, moim zdaniem, zmieniona. U Kinga to głęboko wierząca, religijna fanatyczka, która wcale swojej córki nie kocha – traktuje Carrie jako Boską próbę, dziecko-diabła, które powinna w miarę możliwości zbawić, a jeśli jej się to nie uda, jak najprędzej je zabić. To wyrachowana manipulatorka, kat-oprawca pierwszej wody, który dokładnie wie co robi. Gdy Margaret rani się sama na oczach Carrie – drapie, bije, policzkuje –  robi to z chorobliwej determinacji. Wie, jaki efekt chce wywołać (poczucie winy Carrie, jej współczucie, lęk, natychmiastowe podporządkowanie) i wie jak to zrobić. De Palma niestety przegapił ten aspekt postaci Margaret – w jego filmie Piper Laurie bardzo trafnie oddaje manipulatorski charakter matki Carrie, ale jest tylko jedna, króciutka scena, w której Margaret sama się krzywdzi.

Natomiast u Peirce samookaleczenia Margaret wywodzą się z zupełnie innego psychicznego korzenia (schorzenia?). W wykonaniu Julianne Moore – po której naprawdę spodziewałam się więcej – są to wyraźnie działania nieświadome. Margaret White to rzeczywiście fanatyczka, ale wcale nie taka żarliwa – rani się zawsze wtedy, gdy ktoś poddaje jej wiarę w wątpliwość. To mechanizm obronny, podobny do zakrycia uszu i wrzeszczenia “la la la la, nic nie słyszę!”. Nie ma w tym manipulacji ani wyrachowania, która pojawiają się w książce. King wyraźnie zaznaczył, że Margaret raniąc się w obecności Carrie, chce wywołać u córki konkretne reakcje. W wersji Julianne Moore, Margaret rani się właściwe w zapomnieniu, czy też zapamiętaniu, nie zdając sobie sprawy z tego co robi.

W wyniku tego, we współczesnej Carrie następuje przedziwne odwrócenie ról: to zbuntowana, stłamszona nastolatka  Carrie jest tą silniejszą psychicznie postacią, a jej matka tą słabą, psychiczną kaleką, chowającą się za  religią i samookaleczeniem niczym za tarczą. Nic więc dziwnego, że ostateczna konfrontacja matki i córki nie pozostawia wątpliwości, kto – w pewnym sensie – wyjdzie z niej zwycięsko. U De Palmy i u Kinga ostateczna walka była dość wyrównana, bo choć Carrie miała Moc, Margaret nadal była silniejsza psychicznie, i miała nad córką władzę. Widać to przede wszystkim u Kinga, chociażby w scenie śmierci Carrie, której ostatnie słowa brzmią: “mamo przepraszam”.

Carrie2013 (1)

Matka i córka we wspólnym uścisku.

Peirce, zdaniem Myszy, kompletnie przeinaczyła także postać Chris Hargensen. Jestem w stanie wybaczyć próby wybielenia postaci Sue Snell – wszak nawet u Kinga jest to, chyba ostatecznie, najbardziej pozytywna postać. Przyklaskuję także Peirce, że w przeciwieństwie do De Palmy, trafnie pokazała Tommy’ego, chłopaka Sue (u De Palmy to nawrócony dupek, u Peirce – i Kinga – to od początku całkiem sympatyczny chłopak). Jednak Chris twórcom współczesnej Carrie nie wybaczę, bo to na niej spoczywa ciężar bycia głównym bad guy’em fabuły. Oczywiście jest też postać matki Carrie, ale Chris to najbardziej zawzięta z rówieśniczek naszej bohaterki, mająca do niej dostęp tam, gdzie matka nie sięga – w szkole.

U Kinga Chris Hargensen to rozpuszczona, rozwydrzona, wychuchana, rozpieszczana na każdym kroku córeczka-tatusia, która w ramach chorej zemsty na ojcu – Freud się kłania! – puszcza się z chłopakiem from the wrong side of the tracks, niejakim Billym Nolanem. King opisuje relacje Chris i Billy’ego jako wybitnie toksyczne – ona jest z nim z zemsty na rodzicach i z chęci podwyższenia swojego cool factor (bo chodzi ze starszym chłopakiem); on jest z nią, bo Chris to niezły kawał laski, robi z nim różne nieprzystojne rzeczy i choć sprawia wrażenie wrednej babki, tak naprawdę z łatwością daje sobą pomiatać. Akurat ten aspekt toksyczności ich związku Peirce ujęła o wiele lepiej. Niestety u De Palmy młody John Travolta (!) nie sprawdził się jako Billy – w jego wykonaniu postać ta to po prostu oślizgły, napalony chłopak, który daje się Chris wodzić za nos. Billy we współczesnej Carrie już nieco bardziej odpowiada swojemu pierwowzorowi: jest oschły, władczy, a nawet brutalny.

Ale podczas gdy Billy u Peirce jest dobrze pokazany, Chris Hargensen to jakaś kompletna pomyłka. Owszem, widać w niej nienawiść do Carrie, ale jest to nienawiść przez tzw. “przeniesienie” – Chris jest w istocie zła na siebie, że przyłapano ją na znęcaniu się nad Carrie; że nie była w stanie znieść kary panny Desjardin; że z własnej winy dostała zakaz wstępu na bal maturalny. A Mysz zupełnie inaczej odczytała postać Chris u Kinga. Pisarz w swej książce w osobie Chris stworzył przerażająco trafny obraz dziewczyny, która nienawidzi drugiej “samicy”… bo tak. Bo jej nienawidzi. I kropka.

Owszem, Chris wmawia sobie i otoczeniu, że jej nienawiść do Carrie się stąd, iż to z winy Carrie Chris nie może iść na bal. Prawda jest jednak taka, że Chris nienawidziła jej już wcześniej – to Chris jest prowodyrką wszelkich okrutnych żartów, wymyślonych przezwisk i wyzwisk, którymi u Kinga obrzucana jest Carrie. Co więcej, King nigdy tak naprawdę nie tłumaczy skąd się ta nienawiść wzięła. Mysz podejrzewa, że w Chris, silniej niż w innych żeńskich postaciach, odezwała się atawistyczna, zwierzęca wręcz potrzeba “zagryzienia” najsłabszej jednostki w stadzie. Chris sama nie rozumie dlaczego tak nie znosi Carrie White – po prostu wie, że tak jest. Tej ślepej nienawiści, a także bezwzględności Chris we współczesnej Carrie zabrakło.

W remake‘u Chris to po prostu rozpuszczona dziewczyna, która postanowiła się zemścić na koleżance z klasy, bo przez nią nie może iść na bal. Nie ma w tym determinacji, wyrachowania, zimnej kalkulacji. Jest źle umiejscowiona złość, jest nieprzemyślana decyzja, jest niepojmowanie konsekwencji własnych działań. Widać to zwłaszcza w scenie kulminacyjnej, gdy Chris ma pociągnąć za sznur, by spuścić na Carrie wiadro krwi. Jej wahanie jest na tyle wyraźne, że Myszy zdaniem niemal kompletnie zaburza wiarygodność postaci. Tego typu momenty pojawiają się z resztą w filmie częściej. Postać, która w książce – i u De Palmy – była autentycznie antypatyczną, wredną zołzą, u Peirce jest po prostu naburmuszoną dziewuszką, która “na złość mamie odmrozi uszy”, a potem płacze, gdy owe uszy odpadają w krwawej masie.

Carrie2013 (3)

Billy Nolan i Chris Hargensen tuż przed “krwawym deszczem”.

Fakt, że u Peirce dwa główne szwarccharaktery są tak źle zarysowane – i zadziwiająco źle zagrane (I’m looking at you, Julianne Moore!) – sprawia, że film wiele traci. Carrie to opowieść o nieludzkim wręcz znęcaniu się nad drugim człowiekiem; o kompletnym zezwierzęceniu zarówno oprawcy, jak i ofiary; o zemście za krzywdy; o przemocy fizycznej, psychicznej i emocjonalnej. Niestety, aspekty te wypadają bardzo płasko, jeśli główni “źli” nie są wcale tacy okrutni.

Wogóle film Peirce jest bardzo wygładzony. W Carrie De Palmy, już otwierająca film scena pod prysznicem budzi w widzu dyskomfort – dziewczyny, które obrzucają Carrie tamponami i podpaskami zachowują się jak opętane stado małp, próbujące ukamienować chorego osobnika. Widać w tym zapamiętanie i zapomnienie, które opisał w książce King. Niestety w obu filmach takiego znęcania się jest zadziwiająco mało. Oczywiście Mysz nie zachęca do znęcania się, ale by uwierzyć w ostateczne załamanie Carrie na balu, widz musi uwierzyć, że postać rzeczywiście jest doprowadzona do ostateczności. Naturalnie, każdy z nas dostałby ataku furii, gdyby go oblać krwią na studniówce, ale u Kinga nie o to chodzi. Chodzi o ten ostateczny moment przekroczenia pewnej granicy, z której już nie ma powrotu.

Jednak najpierw trzeba nad tę granicę dotrzeć. U King jest to świetnie pokazane, ale umówmy się – w książce jest to łatwiej opisać. Filmowiec ma mniej czasu i często też mniej środków, by takie sceny znęcania się pokazać, bo w innym wypadku film byłby zbyt długi. De Palmie się to jednak jakoś udało. Kimberly Peirce… już nie do końca. Owszem, scena pod prysznicem jest nadal niezręczna, ale tłum dziewcząt rzucających środkami higienicznymi nie wydaje się już opętany, a raczej zwyczajnie bezmyślny. Poza tym wracamy do tego co napisałam wcześniej – Carrie w wykonaniu Chloe Moretz nie sprawia wrażenie zaszczutej. Nieśmiałej, lekko zahukanej, owszem. Ale nie po zwierzęcemu przerażonej. Pod tym względem Sissy Spacek sprawdziła się w tej scenie o niebo lepiej.

A przecież wystarczyło w nowszej wersji Carrie wrzucić ze dwie sceny, jak ktoś rzuca w Carrie kulkami z papieru na szkolnym korytarzu, albo wplątuje jej gumę we włosy. U Kinga żarty kosztem Carrie stroją sobie wszyscy, nie tylko Chris Hargensen. Carrie jest, jak to mówią Amerykanie, the butt of all jokes. Jest istnym kozłem ofiarnym i postacie Kinga wręcz nie mogą się oprzeć temu, by wyciąć Carrie kolejny numer lub jakoś sobie z niej zażartować. U De Palmy i Peirce grupa oprawców dość szybko się zawęża – oprócz incydentu pod prysznicem, właściwie tylko Chris wciąż ma z Carrie na pieńku. A jakoś trudno mi uwierzyć, by Carrie nad granicę ostatecznego “załamania” doprowadziły żarty tylko -jednej- osoby. Gdyby znęcała się nad nią cała szkoła i gdyby zostało to w obu filmach pokazane, tragedia Carrie byłaby tym dotkliwsza. Także jej późniejsza zemsta na reszcie miasta – której De Palma w ogóle nie pokazał (brak funduszy), a którą Peirce ledwie zarysowała – byłaby wtedy o wiele bardziej usprawiedliwiona. Wszak w książce Kinga z Carrie żartują sobie nie tylko uczniowie szkoły, ale i większość mieszkańców miasta. Chociaż słowo “żartują” nie jest tu może najbardziej trafne: mieszkańcy Chamberlain nią pogardzają. I to właśnie ta pogarda jest ostatnią kroplą, która przelewa czarę goryczy. I doprowadza do masakry miasteczka.

Carrie2013 (1)

Konia z rzędem za brzydką aktorkę!

Jedną rzecz muszę powiedzieć na obronę obu wersji Carrie: oba filmy zatrudniły świetne aktorki w rolach głównych. I mówię to mimo mojej ogromnej antypatii dla zarówno filmu De Palmy, jak i Sissy Spacek w roli Carrie. Bo Mysz nie musi Spacek w tej roli lubić, by móc stwierdzić, iż jest w niej fenomenalna.

Mam jednak pewną pretensję do wielu fanów książki, a mianowicie: Zleźcie z biednej Chloe Moretz!

Denerwują mnie zarzuty, jakoby Moretz była “za ładna” do roli. Co  teg?… Sissy Spacek też była całkiem wyględna. Przykro mi to stwierdzić, Drodzy Miłośnicy Carrie De Palmy, ale panna Spacek wcale nie jest od Panny Moretz brzydsza… choć w pewnych scenach rzeczywiście nie boi się ‘grać’ brzydkiej.

Po prawdzie to obie aktorki są zbyt ładne do tej roli. Sama, jako miłośniczka oryginalnego tekstu Kinga, mam za złe twórcom obu filmów, że nie zatrudnili do roli Carrie aktorek, które wyglądem rzeczywiście odpowiadałyby temu, co opisał King: “niezgrabna, przysadzista dziewczyna, z pryszczami na szyi, plecach i pośladkach”, o nijakich, przetłuszczonych włosach, w długich, zgrzebnych spódnicach, bezkształtnych swetrach, itd., itp. Czy naprawdę tak trudno znaleźć dobrą aktorkę, która byłaby troszkę przy kości i którą dałoby się tak ucharakteryzować? Myszy przychodzi do głowy chociażby Rebel Wilson, ale może to dlatego, że Mysz już z marszu jej szczerze nie lubu i z łatwością mogłaby ją znielubić także w filmie, bez względu na jej talent dramatyczny. Ale zamiast tego dostaliśmy Sissy Spacek i Chloe Moretz. Owszem, obie to fenomenalne w swych rolach aktorki, ale jedna wyglądem przypomina wymuskaną, wiotką wierzbę, a druga blondwłosego cherubinka.

Carrie2013 (8)

Spójrzcie, jaka ślicznotka!

Dobrze chociaż, że obie się w roli sprawdziły. Co prawda, jak pisałam wcześniej, każda inaczej zinterpretowała postać, ale obie te wersje są – moim zdaniem – równie poruszające. Widać to przede wszystkim w kluczowej scenie na balu. I choć ujęcie tej sceny przez obie aktorki, zdaniem Myszy, bardzo się różni, są to ujęcia równorzędne. W wypadku Spacek jej Carrie, gdy opętuję ją żądza mordu – tuż po incydencie z krwią na balu – jest dokładnie taka: opętana. Słynny wytrzeszcz Spacek (tak przez Mysz znienawidzony) jest niemalże niewidzący, gdy Carrie siłą swego umysłu zabija kolejne, zgromadzone na sali ofiary. Jest jak katatonik, który nie kontroluje swoich ruchów, bo kontrolę nad jej ciałem przejął jakiś demon śmierci, zniszczenia i krwi. I taka interpretacja jest jak najbardziej na miejscu.

Myszy jednak spodobała się także wersja Moretz (swoją drogą to niesprawiedliwe – taka młoda, a taka utalentowana!). W jej wykonaniu, ochlapana krwią Carrie to nie bezmyślna maszyna do zabijania, ale wspaniała, olśniewająca, przerażająca do szpiku kości BOGINI ZEMSTY. Dzięki wyrazistej mimice Moretz, widać że jej Carrie czerpie perwersyjną, niemalże orgazmiczną przyjemność z mocy, którą kontroluje. Jest w tej scenie ogromna siła i Mysz może z ręką na sercu powiedzieć, że chociażby dla tej sceny na balu, warto kiedyś tę nową Carrie obejrzeć. Bo choć mogę mieć wątpliwości co do aktorskich decyzji Moretz w reszcie filmu, w scenie na balu jest BEZBŁĘDNA.

Tu jedna muszę nadmienić, że jest coś, czego mi w obu filmach brakuje: aspekt bólu. King trafne napisał, że u Carrie moc telekinezy jest jak mięsień – można go wyćwiczyć, ale jeśli się go przeforsuje to boli, a można go nawet zerwać. Rozumiem, że trudno byłoby ten aspekt mocy Carrie pokazać w filmie, ale brakuje mi jakichś takich smaczków, w postaci… bo ja wiem, na przykład: wzrostu tętna u Carrie, gdy używa mocy; jakiegoś wykrzywienia, złapania się za serce. No, w każdym razie fajnie by było, gdyby widz zdawał sobie sprawę, że moc Carrie nie jest nieograniczona; że jej używanie ma swoje konsekwencje. Dzięki temu widz nie znający książki wiedziałby, że Carrie używając telekinezy, rani nie tylko innych, ale i siebie. Że jej zemsta jest misją samobójczą, która ostatecznie, tak czy inaczej, doprowadzi do jej śmierci. Bardzo mi, niestety, tego brakuje, zarówno u De Palmy jak i Peirce.

Jest jeszcze jedna scena, której brak w obu filmach jest, moim zdaniem, odczuwalny. Chodzi o moment tuż po zalaniu krwią na balu. U Kinga, Carrie wybiega z sali, zażenowana, zraniona, zdruzgotana. Dopiero na trawniku przed szkołą, uspokoiwszy się nieco, postanawia wrócić do sali i zemścić się na swoich oprawcach. Nie jest to, jak u De Palmy i Peirce, nagły atak furii, ale przemyślana decyzja. Zmienia to nieco odbiór postaci Carrie – nie jest to jedynie zaszczute zwierzę, które “tylko się broni”. To wyrachowany, znęcający się nad ofiarami oprawca. Tym samym Carrie staje się tym, czego tak w istocie nienawidzi. I tego perpetum mobile nienawiści (“przemoc napędza przemoc”) również w obu adaptacjach brakuje.

Carrie2013 (1)

Zmarnowany potencjał

Jeśli mam być szczera, to cała nowa Carrie to jeden wielki zmarnowany potencjał. Mieli szansę odróżnić się od – nie do końca udanej, moim zdaniem – adaptacji De Palmy; mieli okazję przedstawić film nowej, świeżej widowni. Obie te okazje zostały kompletnie zaprzepaszczone, a Mysz zamiast dostać ‘swoją Carrie’, dostała film, którego z jednej strony może się długo czepiać, ale którego właściwie nie może go tak totalnie skreślić. Bo Carrie nie jest złym filmem – jest sprawnie nakręcona i zrealizowana, nieźle obsadzona, ma przemyślany montaż, dobre efekty, znośną muzykę. Ale jak na adaptację tak lubianej przeze mnie książki… cóż, spodziewałam się więcej. A nic tak nie boli jak zawiedzione nadzieje fana.

Są jednak aspekty filmu, do których mogę się przyczepić nie jako nadgorliwy fan książki, ale jako (powiedzmy) znawca kinematografii. Otóż jedną z ogromnych, Myszy zdaniem, zalet książki Kinga, jest jej epistolarna forma. Oprócz normalnego tekstu, historia w “Carrie” jest opowiedziana przy pomocy wycinków z gazet, relacji z sali sądowej, reportaży, notek prasowych, fragmentów encyklopedii, rozpraw naukowych, listów, notatek, itd., itp. Krytycy King uważają, że jest to pójście na łatwiznę – zlepienie historii z urywków, bez potrzeby wymyślenia (i napisania) całej fabuły od A do Z. Ale na Myszę taka formuła zadziałała niezmiernie mocno, bo dzięki nielinearnemu prowadzeniu akcji, na dodatek w formie tak wyrwanych z kontekstu fragmentów różnych tekstów, historia Carrie sprawia o wiele prawdziwsze, realne wrażenie, niemalże jak historia zasłyszana z drugiej ręki.

Oczywiście trudno byłoby przyjąć taką fragmentaryczną formę w filmie – skończone dzieło byłoby zbyt zagmatwane i pocięte. Ale epistolarną formułę można było we współczesnej Carrie wykorzystać w jednym, bardzo istotnym aspekcie: social media.

Carrie2013 (13)

Tu można było Instagramować słit focię!

Na tym polega mój zarzut, jako miłośnika filmów: biorąc pod uwagę przeniesienie akcji książki w czasy współczesne, oraz silne targetowanie filmu do młodzieży, w filmie praktycznie nie wykorzystano potęgi social media. Nie muszę chyba nikomu tutaj tłumaczyć, jak ogromną rolę odgrywa obecnie Facebook, Twitter czy chociażby Youtube. Tym bardziej, że ostatnio coraz więcej słyszy się o tzw. cyber-bullying, czyli znęcaniu się nad ludźmi via Internet. Naturalnie nie spodziewam się, że filmowa Carrie – tym bardziej w domu z fanatyczną matką – będzie śmigać po Internecie i wrzucać na Facebooka smutne opisy, jak to “nikt jej nie rozumie”. Jednak, skoro film stara się być współczesny i młodzieżowy, a opowiada o znęcaniu się nad bogu ducha winną dziewczyną, w Carrie aspekt social media naprawdę powinien być dość wyraźnie zarysowany. A nie, tak jak to było pokazane: dwa napomknięcia o tym, że ktoś nakręcił incydent pod prysznicem komórką i wrzucił go do Internetu. No dobrze, ale co z tego?! W filmie kwestia ta może i jest przywołana, ale nic z niej nie wynika!

Przecież można było to zrobić a’la The Social Network czy omawiany przeze mnie parę wpisów temu House of Cards: wkomponować w fabułę pojawiające się co jakiś czas na ekranie dymki instant messaging, chatów albo rozmów smsowych, w których Carrie jest wyśmiewana i obgadywana przez innych uczniów. W ten sposób pani reżyser nie musiałaby nawet pokazywać na ekranie fizycznej przemocy, by przekazać widzowi jak zaszczuta jest Carrie. To, że ona sama nie posiada komputera i nie może tych obelg przeczytać, sytuacji nijak nie zmienia – aspekt nienawiści i znęcania się w social media zwiększyłby przemoc, jaką widz odczuwa niejako w imieniu bohaterki. Poza tym tak wyraźne wykorzystanie Internetu w filmie tym mocniej zakotwiczyłoby historię w czasach obecnych; tym silniej nawiązało nić porozumienia ze współczesnymi nastolatkami, dla których prawie już nie istnieje idea podstawienia komuś nogi czy wplecenia gumy we włosy, ale za to trolling czy cyber-bullying to dla nich chleb powszedni.

Szkoda. Autentycznie szkoda.

Carrie2013 (12)

Krew z krwi.

Motyw krwi wiedzie u Kinga prym. Wszak pomysł na “Carrie” zaczął się właśnie od tej pamiętnej sceny pod prysznicem, gdy biedna, nieuświadomiona przez matkę dziewczyna dostaje po raz pierwszy miesiączki. Motyw krwi przewija się przez całą książkę, tworząc wspaniałą klamrę narracyjną. Mamy pierwszą krew Carrie pod prysznicem; jest także “świńską krew dla świni” w scenie na balu; a w finale, Sue Snell, która znajduje umierającą Carrie, dostaje (spóźniającego się od pewnego czasu) okresu, który potwierdza, że dziewczyna nie jest w ciąży.

… i tu wstawiamy Mysie zdziwienie, ponieważ u pani Peirce kompletnie zmieniono klamrę narracyjną. Okej, już u De Palmy, z trzech ‘krwi’ pozostały dwie (pierwsza i środkowa; ostatnią pominięto). Ale Peirce poszła o krok dalej: zmieniła klamrę narracyjną z  ‘krwi’ na… ‘ciążę’.

Współczesną Carrie otwiera więc scena narodzin tytułowej bohaterki, czyli coś czego u De Palmy nie było w ogóle, a co King opisuje w swojej książce w retrospekcjach (czy też wspomnieniach Margaret White, matki Carrie). Nie powiem, jest to naprawdę mocne otwarcie – scena jest brutalna, krwawa i realistyczna, i natychmiast wprowadza widza w niezręczny, niekomfortowy nastrój (który reszta filmu niestety zaprzepaszcza). I Mysz nie miałaby nic przeciwko decyzji by rozpocząć film od narodzin Carrie – czyli niejako “na początku” – gdyby nie to, że również w finale filmu, chyba po to by ‘zapiąć’ nową klamrę narracyjną, pojawia się motyw ciąży. Akapit wyżej wspomniałam, że u Kinga postać Sue Snell przez pewien czas myślała, że jest w ciąży – u Peirce w finale okazuje się, że w istocie tak jest. Co więcej, to Carrie uświadamia o tym Sue, zdradzając przy okazji płeć dziecka (dziewczynka!). A robi to tuż po tym, jak Sue znajduję Carrie nad zwłokami dopiero-co zamordowanej matki.

Carrie2013 (4)

Carrie wraca do domu po udanym balu…

Naprawdę widzę i rozumiem, co Peirce próbowała zrobić (zaczynamy ciążą, kończymy ciążą). Tylko, że… no kurczę. Nie wiem, jak Wam, ale mnie to zmienia odbiór filmu. U Peirce, widz ma przyjąć, że ciąża Sue – dziecko płci żeńskiej, podkreślam! – jest powodem dla którego Carrie oszczędza jej życie; że niby Sue lepiej wychowa swoją córkę, niż Margaret wychowała Carrie. Ale jak dla mnie to zbyt optymistyczna wizja. Radosna nowina o ciąży Sue wprowadza do filmu naprawdę niepotrzebny aspekt melodramatyzmu. Czemu nie można było się trzymać klamry narracyjnej, którą wymyślił King? Czy naprawdę tak trudno pokazać, że Sue tuż po śmierci Carrie dostaje (nareszcie) miesiączki? A może twórcy uznali, że mają już dosyć krwi miesięcznej i wolą się skupić na jakiejś idiotycznej i mało subtelnej metaforze “odrodzenia”? Normalnie The Circle of Life nam w tej nowej Carrie zafundowali. I po co? Żeby ugrzecznić film?… A fe, drodzy twórcy. Nieładnie.

Inna “krwista” zmiana, którą oba filmy wprowadziły względem książki, to scena śmierci Margaret White. W książce Carrie używa swojej telekinetycznej mocy by ‘zdalnie’ zgnieść serce matki, i to bardzo powoli. W obu filmach – prawdopodobnie dla zwiększenia dramatyzmu i shock factor – Carrie zabija matkę rzucając w nią nożami, oczywiście za pomocą telekinezy. I tak jak rozumiem, że wizualnie latające noże są bardziej zaskakujące, czuła, niemalże łaskawa, ale przy tym wciąż nieubłagana śmierć, jaką sprawia Carrie swojej matce w książce, jakoś bardziej do mnie przemawia. W filmie też możnaby to dobrze pokazać – zbliżenia na twarz, powoli słabnący rytm serca Margaret, jej urywany oddech, ciche, uspokajające słowa Carrie… jasne, może nie ma w tym DRAMATYZMU, ale jest dramatyzm – taki, który niekoniecznie sprawia, że podskakujemy na krześle, ale za to zmusza nas do myślenia i reakcji emocjonalnej.

Zastrzelcie mnie, ale autentycznie nie wiem, jak tanie efekty z gatunku “nikt nie spodziewał się lecącego tasaka” są lepsze od poruszającej, psychologicznie głębokiej sceny między matką a córką.

Carrie2013 (10)

Muzyka i dreszcze – dajcie mi jeszcze!

Podtytuł niestety trochę kłamie. W nowej Carrie niestety zabrakło tak cudownie upiornego motywu muzycznego jak w wersji De Palmy… Co z tego, że ukradł te parę taktów z Psycho – wszak w obu filmach są pamiętne sceny pod prysznicem, prawda? Poza tym, jeśli jest coś z filmu De Palmy co dobrze się zestarzało mimo upływu czasu, jest to wyłącznie ten upiorny, “dźgający” motyw muzyczny.

Nowa Carrie ma jednak coś innego, a równie fajnego: dobrze dobrany soundtrack. You see, analizując współczesną Carrie trzeba pamiętać o jednej ważnej rzeczy (o której Mysz, dokonując swej dogłębnej analizy, trochę zapomniała). Mianowicie: Carrie z 2013 to film dla młodzieży. A współczesna młodzież to bardzo prężnie rozwijająca się grupa konsumencka, do której ostatnimi czasy skierowanych jest bardzo wiele filmowych soundtracków. Wystarczy spojrzeć na ścieżki dźwiękowe do serii Twilight – mówcie co chcecie o filmach, ale znam wiele osób, które “Zmierzchu” nie znoszą, ale muzyki z filmowych soundtracków słuchają namiętnie.

Czemu?… bo to fajna, dobrze dobrana muzyka. Podobnie się ma rzecz w wypadku innych nieco poważniejszych czy “mroczniejszych” młodzieżowych filmów ostatnich lat – Jennifer’s Body, Beautiful Creatures, Warm Bodies, The Hunger Games. Nie są to może wybitne dzieła kinematografii, ale muzykę w nich puszczają fajną. I podobnie ma się rzecz z soundtrackiem do Carrie: na ścieżce dźwiękowej znalazło się wiele bardzo przyjemnych, wpadających w ucho kawałków, m. in. “Diane Young” Vampire Weekend czy “Young Blood” The Naked & Famous. Jeśli ktoś tak jak Mysz lubi współczesne, indie-rockowe brzmienia, to soundtrack do Carrie (którego z resztą możecie posłuchać tutaj) to prawdziwa frajda. Dla Myszy tym większa, że w filmie – w bardzo istotnej scenie na balu – pojawia się piosenka “Dust to Dust” jednego z mych ulubionych zespołów, czyli The Civil Wars. Mysz liczy na to, że dzięki coraz częstszemu pojawianiu się The Civil Wars na różnych filmowych soundtrackach, zespół zyska wreszcie na popularności i uznaniu. Jedna nagroda Grammy to definitywnie za mało! ;)

Carrie2013 (16)

Mysz wielokrotnie w tym wpisie obwiniała o wady Carrie Kimberly Peirce. Tak po prawdzie, trochę niesłusznie – winę w równym stopniu z pewnością ponosi scenarzysta, bo reżyserka sama sobie tego wszystkiego nie wymyśliła. Nie oszukujmy się jednak – dobry reżyser, mając pod ręką naprawdę dobrych aktorów, nawet ze średniego scenariusza potrafi wykrzesać coś fajnego. Spójrzmy chociażby na serię Ocean’s Eleven/Twelve/Thirteen. Oczywiście nie porównuję tych filmów do Carrie, ale zasada pozostaje ta sama. A Carrie miała jeszcze tę przewagę, że miała naprawdę świetny materiał źródłowy, z którego można było czerpać do woli. Szkoda, że twórcy obu filmów – tak, piję także do De Palmy – nie zdecydowali się na to w odrobinę jednak większym stopniu.

I tak, wiem, że takie czepianie się różnic między oryginałem książkowym, filmem De Palmy, a remake‘iem (odmawiam nazywania tego retellingiem, po prostu nie!) jest małostkowe i trochę bezsensu. Ale skoro stara Carrie i tak jest uznawana za arcydzieło kina, a nowa Carrie sama w sobie – już nawet nie jako adaptacja, tylko po prostu jako film – jest mocno średnia, to moje czepialstwo nijak im nie zaszkodzi. A mnie pozwoli zrzucić z piersi ciężar, który leży tam od poniedziałku, czyli dnia, gdy obejrzałam wersję współczesną (a wieczorem zrobiłam powtórkę wersji De Palmy).

Zdaję sobie sprawę, że wiele z wytkniętych przeze mnie “różnic” często wynika z mojej, niekoniecznie słusznej, interpretacji zarówno materiału źródłowego, jak i jego adaptacji. Więc skoro ja mogę mieć swoją interpretację, to czemu czepiam się tej dokonanej przez Briana De Palmę i Kimberly Peirce?… nie chcę mówić “bo mogę”, bo to brzmi głupio i niegrzecznie. Powiem więc tak: ja swojej interpretacji w nikogo nie wmuszam. Jasne, napisałam o tym zrzędliwy wpis na blogu, ale nikomu nie karzę tego pseudo-Freudowskiego wywodu czytać, ani tym bardziej się z nim zgadzać. A De Palma i Peirce, podejmując się ekranizacji Kinga, sami otworzyli się na możliwość prowadzenia dyskusji z ich interpretacją. Co też Mysz niniejszym uczyniła. Howgh.

A tak w ogóle to: tl;dr, czyli too long, didn’t read ^__^

PS. Morał z tego taki, że chyba obejrzę film telewizyjny Carrie z 2002 roku. Podobno jest wierniejszy oryginałowi niż wersja De Palmy (i remake). Ciekawe, czy i na nim się zawiodę…

  • Uff, udało mi się doczytać do końca. I dawno nie czytałam tak fachowej opinii o żadnym filmie. Nie wiem czym się w życiu zajmujesz, ale powinnaś być dziennikarką, zdecydowanie. I te notatki!

    Ok, ja np. książkowej Carrie też współczułam, ale odmienność interpretacji nie oznacza, że nie możemy się w większości punktów zgadzać :) Nie oglądałam jeszcze nowej wersji, ale planuję w najbliższym czasie.

    Co do aktorstwa Julianne, to ona mi już od samego początku nie pasowała do roli. Uważam ją a dobrą aktorkę, ale nadaje się do takich dobrotliwych ról, w życiu nie posądziłabym jej o udane granie fanatyczki religijnej itp.

    To co, składamy się na wyprodukowanie nowej wersji Carrie koncepcji Myszy? :)

  • Hm, myślę, że w przypadku Hollywood winę ponosi nie tyle reżyser i scenarzysta, co przede wszystkim producent. A filmowi najbardziej zaszkodziło to, że zamiast trzymać się ducha oryginału, chciano zrobić z niego pouczającą powiastkę z morałem.

    Swoją drogą temat krwi miesięcznej w Carrie to jest coś, co moim zdaniem średnio Kingowi wyszło. Był zresztą taki tekst na ten temat kiedyś. Uważam, że bardzo ciekawy :)
    http://www.autostraddle.com/hollywood-thinks-your-period-is-scary-141354/

  • Może i post długi, ale bardzo dobrze się go czyta. Fajnie przeczytać takie rozłożenie produkcji na czynniki pierwsze zrobione przez fana. Zwłaszcza, że mam zupełnie inne zdanie :)

    Filmów nie widziałam. Czytałam jedynie książkę. I tak jak na początku mnie wciągnęła tak później stała się dla mnie nierealistyczną katorgą. Cała akcja na balu, o którą w sumie rozbija się fabuła “Carrie” jest dla mnie tak koszmarnie nierealna, że po prostu nie mogę się wczuć w fabułę. O co chodzi? O świętą Sue, która oddaje swoje miejsce na studniówce jakiejś (pardon!) szarej myszy. Serio panie King? Ja rozumiem, że on nigdy nie był nastoletnią dziewczyną, ale całą sprawę można było rozwiązać zdecydowanie bardziej elegancko. Dziewczyna z własnej woli oddaje swoje miejsce na studniówce? Bo ma wyrzuty sumienia? ŻE CO?! Albo ja żyję na jakiejś innej planecie, ale to jest sytuacja tak sztuczna i wydumana, że w rzeczywistości niemożliwa. Pamiętam własną studniówkę, to wybieranie strojów, fryzjerów, podwiązki, fotografów, partnerów. I jakaś popularna dziewczyna rezygnuje z takiego balu, bo jej się zrobiło przykro? Kurcze zalatuje mi to takim marysuizmem, że aż zęby bolą. I jeszcze święty Tommy, który stwierdza, że po co iść na studniówkę ze swoją dziewczyną, lepiej wziąć jakieś popychadło. Ten kluczowy wątek jest dla mnie tak beznadziejnie napisany, że dla mnie rozwalił całą książkę na łopatki. Filmu nie obejrzę. “Carrie” bez balu to nie “Carrie”, a “Carrie” z balem to dla mnie zła historia.

  • Chyba pójdę i przeczytam książkę…

    A tak serio, to nie znając żadnego z tekstów kultury, który omawiasz, chciałam tylko kilka słów o OST, bo można nie znosić “Twatlightu”, ale muzykę to ten film miał rewelacyjną i właściwie to on wyznaczył ten trend w kinematografii dla młodzieży.

  • Ciężko mi zgodzić się z autorką odnośnie paru kwestii
    – raz: Billy i Chris faktycznie są tacy jak opisuje autorka, ale ich problem polega raczej na tym, że ich obecność w filmie jest marginalna… O ich relacji w zasadzie nic nie wiemy, motywy działań są może wspomniane, ale nie tak, by się nimi przejąć.
    – dwa: faktycznie Carrie mogłaby być bardziej zaszczuta, ale nie mogę powiedzieć scena na basenie, czytanie przed klasą, napis na szafkach… Jakaś niechęć do niej się pojawia. Przyczepiłbym się za to do niewykorzystania motywu z umieszczeniem filmu w internecie. Szkoła się więc z niej śmieje, jednak nie tak nachalnie jak powinna. Opinia w mieście też pewnie nie jest pozytywna, ale to akcentuje tylko chłopiec na rowerze.

  • Nie powiedziałabym, że jestem fachowcem *pali raczka* To raczej forma jakiegoś schorzenia psychicznego, takie długie wpisy, notatki do filmów i w ogóle. Ale niezmiernie mi miło, że tak Ci się wpis spodobał :)

    A jeszcze bardziej cieszy mnie to co napisałaś o odmienność interpretacji przy jednoczesnym zgadzaniu się. Bałam się, że moje rozkładanie “Carrie” na czynniki pierwsze zostanie potraktowane jako czepialstwo nadgorliwej fanki. Dobrze wiedzieć, że przemyślenia, które mam na ten temat pojawiają się też w umysłach innych inteligentnych ludzi.

    Ja niestety wiązałam z Moore ogromne nadzieje, bo bardzo tę aktorkę lubię – była świetna w “The Kids Are Alright”. Podejrzewam, że twórcy filmu nie byli w stanie nią odpowiednio pokierować, by wykrzesać z niej “prawdziwą” Margaret White.

    KONIECZNIE! A tak w ogóle to muszę powiedzieć, że trafiłam niedawno na Twojego bloga i bardzo przyjemnie mi się go czyta. Zyskałaś we mnie wierną czytelniczkę :)

  • Masz pewnie rację. Ja zawsze zapominam jak wielką rolę w Hollywood odgrywają producenci. Mam jakoś tak zakodowane, że scenarzysta i reżyser to wiodące głosy przy powstawaniu jakiegoś filmu. Niestety nie zawsze tak jest :(

    Dzięki za link! Przeczytam i wkrótce się ustosunkuję.

  • Ojej, Puśku, jakie miłe słowa ^__^ Strasznie się cieszę, że tekst – mimo długości – dobrze się czytał.

    Strasznie ciekawe jest to co napisałaś. Dla mnie zachowania postaci w “Carrie” są jak najbardziej zrozumiałe i realne, ale może dlatego, że rozpatruję ję przez pryzmat jednego z wiodących motywów w tekście Kinga – poczucia winy. Zawsze odczytywałam rezygnację Sue z balu jako okrutną pokutę, którą dziewczyna sama na siebie narzuciła, będąc dogłębnie przerażona własnym bestialskim zachowaniem w stosunku do Carrie pod prysznicem. Mogę to porównać do – hipotetycznego – poczucia winy, które mógłby przeżywać student, który w grupie (durnych) znajomych skopał bezdomnego, a potem zaprosił do go domu, nakarmił, opatrzył, itd. Po prostu czuł się ze sobą tak źle, czuł się takim “nieczłowiekiem” (zwierzęciem), że musiał zrobić coś naprawdę znaczącego, by wymazać to poczucie winy. Oczywiście trudno jest wytłumaczyć takie zachowanie u nastoletniej dziewczyny idącej na bal, ale to mnie właśnie u Kinga przekonuje – Sue nie zrobiła tego dla Carrie, tylko DLA SIEBIE. Ona nie chciała przeprosić Carrie, chciała dla własnego spokoju sumienia zrobić COKOLWIEK, byle dalej móc ze sobą żyć. Jestem takie zachowanie w stanie zrozumieć.
    Tommy… tu już jest bardziej skomplikowana kwestia. W mojej interpretacji Tommy zgodził się pójść na bal z Carrie, dlatego że… autentycznie kochał Sue. Jasne, na swój nastoletni, szczenięcy sposób, ale jednak. Poza tym był w gruncie rzeczy dobrym chłopakiem. Jakoś nietrudno mi uwierzyć, że za namową dziewczyny którą kocha, byłby w stanie zrobić – w gruncie rzeczy – bardzo miły uczynek. Tym bardziej, że Tommy dobrze wie z jakich pobudek Sue go o to prosi (King to podkreśla, gdy Tommy mówi Sue “zrobiłyście Carrie naprawdę paskudną rzecz”). Może Tommy, zgadzając się na tę roszadę, próbuje niejako zmazać grzech Sue?… wiesz, miłość bywa bezinteresowna w ten sposób :)

    Ale to tylko moja interpretacja i rozumiem problem, jaki masz z tymi postaciami.

  • PÓJDŹ. PRZECZYTAJ. Nie masz pojęcia jak bardzo chciałabym wiedzieć, co na jej temat pomyślisz.

    O to to! Dziękuję, że wreszcie ktoś to powiedział głośno (oprócz mnie). Tylko dlatego, że jakaś piosenka była na soundtracku do “Zmierzchu”, nie oznacza od razu, że to badziewna muzyka!

  • Ad.1. Rzeczywiście, Chris i Billy są w filmie marginalni, ale u De Palmy postacie te mają porównywalnie dużo, czy też mało, czasu ekranowego (no, może jest jedna dłuższa scena w samochodzie, w kinie samochodowym, podczas której mamy ciekawy wgląd w dynamikę ich związku). Przeszkadzało mi w filmie to, że Chris i Billy to przecież dość istotne postacie w historii Carrie. Nawet przy marginalnej obecności można było te postacie lepiej, -mocniej- pokazać, tak by ich niechęć do Carrie dała się silniej odczytać.
    Ad.2. Ponownie racja. Jednak w porównaniu z książką, gdzie Carrie jest zaszczuta także, poniekąd, fizycznie (zdechłe żaby w plecaku, rozlany atrament na książkach, etc.), w filmie dominuje głównie przemoc psychiczna. Właśnie tego fizycznego aspektu – naturalnie, za wyjątkiem sceny pod prysznicem – mi w nowej wersji “Carrie” zabrakło.

  • Okej, przeczytałam. I ogólnie się zgadzam – miesiączka w popkulturze jest bardzo nietrafnie ujmowana.
    Ale u Kinga reakcja dziewczyn na pierwszy okres Carrie nie wynika, moim zdaniem, z tego, że to jest “pierwszy okres”, coś traumatycznego, przerażającego i w związku z tym ich reakcją obronną jest śmiech (choć takie teorie też czytałam). Dla mnie taka, a nie inna reakcja na okres u “innej samicy w stadzie” ma głęboki sens – King w “Carrie” pisze o ludzkim zezwierzęceniu. Wielokrotnie podkreśla, że Carrie jest znienawidzona i zaszczuta właściwie… bez powodu. Po prostu ludzie wokół niej czują atawistyczną potrzebę “zagryzienia” najsłabszego członka stada. I w tym wypadku zachowanie dziewcząt ma sens – są jak stado małp, opętane przez najniższe instynkty, które każą im agresywnie zareagować na widok/zapach krwi innej samicy.
    Nie wiem, czy taka interpretacja do Ciebie trafia, ale moim zdaniem King, mimo wszystko, nieźle ujął temat krwi miesięcznej.

  • Jak dla mnie to notatki są po prostu wyrazem wielkiej pasji, ale wielka pasja to też trochę psychiczne schorzenie :D

    Właśnie taka dokładna analiza była bardzo interesująca, w rzetelnej opinii powinno się znajdować nie tylko zdanie “nie podobało mi się”, ale też wyjaśnienie, czemu się nie podobało. Powiem tak, sama niedawno zjechałam biografię sióstr Bronte w jednym ze swoich wpisów. Nie wiem, czy hejterstwo przyciąga, czy właśnie takie rozłożenie czegoś na czynniki pierwsze (bo pisałam co, w którym rozdziale mi nie podpasowało), ale ten wpis był jeszcze do weekendu najchętniej czytaną notką. Na wielu blogach spotyka się tylko streszczenie fabuły, zdanie “polecam/nie polecam” i tyle. Ja bardzo dziękuję za takie blogi.

    Pewnie też Moore zależało na odcięciu się od poprzedniej interpretacji, stąd ta minimalnie mniej fanatyczna kreacja. Szkoda że odcięła się przy tym za bardzo od książki.

    A dziękuję, teraz ja się rumienię :)

  • Hm, rzeczywiście, można to tak ująć. Ale jakoś z pasji nie każą się leczyć ;)

    Też uważam, że wnikliwa analiza zawsze jest lepsza, ale nie każdemu chce się je pisać/czytać. Dziwi mnie odzew na tę notkę z prostego powodu – ze względu na jej dokładność znajomość omawianych dzieł jest… może nie konieczna, ale wskazana. A przynajmniej tak mi się wydawało, gdy ją pisałam. Zaskoczenie jest tym większe, że sporo osób przyznało się, że przeczytały notkę nie znając np. książki. Albo filmu De Palmy. Albo że nie mieli okazji jeszcze pójść do kina na nową “Carrie”. Fajne jest też to, że wiele osób postanowiło za sprawą notki przeczytać książkę, czy mimo wszystko pójść na nową “Carrie”. Wot, potęga pasji :)

    Fanatyczność, choć pokazana przez Moore słabo, nie była problemem – problemem było kompletny brak manipulatorskiego charakteru postaci matki. Tego mi zabrakło najbardziej.

  • To ja chciałam tylko powiedzieć że to właśnie ten moment w którym wyznaję Myszy moją dozgonną i bezgraniczną miłość. Wpis czyta się genialnie (albo i jeszcze lepiej bo się w większości zgadzam, tylko że ja za Carrie (i w sumie za Kingiem w zasadzie) tak średnio przepadam).

  • Fuzukat

    Przyznaję, nie czytałam ani nie oglądałam żadnej z wersji “Carrie”, ale po Twoim wpisie czuję się tak zobowiązana do obejrzenia. Temat zaszczucia jest mi nie tylko bliski, ale fascynuje działanie strony szczująca. Więc wzdycham do Twojej rozbudowanej i fantastycznej analizy (spoilery jakoś mnie nie bolą, bo jeśli ma coś na mnie zadziałać to tak będzie) i wyznaczam czas na oglądania.

  • Ojej, takie miłe słowa, a ja nie wiem co odpowiedzieć *płoni się rumieńcem* Cieszy mnie ogromnie, że tekst się spodobał. Takie komentarze sprawiają, że te 11 stron tekstu było tego warte :)
    Ja akurat uważam, że Kinga nie trzeba lubić. Każdy ma prawo do swoich osobistych sympatii i antypatii. Mysz na przykład nie znosi Pratchetta.

  • Dziś wreszcie znalazłam czas, żeby przeczytać całość. Świetna notka. Znam tylko film De Palmy, bo bardzo go lubię, jeśli można tego słowa tutaj użyć. Jakoś po nim nie miałam odwagi przeczytać książki. Ale nie przeszkodziło mi to w zrozumieniu notki. I teraz chyba sięgnę po książkę :D

  • Na blogu Myszy nigdy nie należy się wstydzić swych popkulturowych sympatii/antypatii. Tak długo jak zwracamy się do siebie ze zrozumieniem, szacunkiem i tolerancją, to hulaj dusza! :)
    Cieszę się niezmiernie, że notka się spodobała. A książkę Kinga bardzo mocno polecam. Co prawda, moim zdaniem, targa człowiekiem mocniej niż film De Palmy, ale w tym wypadku warto znać pierwowzór.

  • Oglądanie oglądaniem, kochana, ale książkę należałoby przeczytać :)
    Ale tylko jeśli masz ochotę, oczywiście. A filmy definitywnie warto obejrzeć. Tylko może nie jeden po drugim, bo co za dużo to niezdrowo.

  • Uwielbiam tę piosenkę z New Moon! Cały soundtrack z tej płyty właściwie mi się baaardzo podoba.
    http://vimeo.com/13560713

  • Już nie raz słyszałam o tym blogu, jednak dopiero teraz zdecydowałam się zajrzeć – żałuję że nie zrobiłam tego wcześniej, bo jest co poczytać ;)

    Muszę przyznać, że jestem zachwycona wnikliwością z jaką rozłożyłaś “Carrie” na czynniki pierwsze. Co prawda nie widziałam filmu De Palmy, ale czytałam książkę i zgadzam się, że jedno z drugim ma niewiele wspólnego. Między oryginalną Carrie, a jej filmową wersją jest ogromna przepaść – o ile tej pierwszej szczerze nie znosiłam, to drugiej było mi zwyczajnie żal. Akurat do Rebel Wilson mam podobne uczucia, więc wolałabym nie oglądać jej akurat w tym filmie. Mimo wszystko nowa “Carrie” całkiem przypadła mi do gustu, ale chyba głównie dlatego, że całość oglądało się jak typowy film dla nastolatek – dość płytki, niezbyt ambitny, taki który nie zagłębia się specjalnie w żaden z poruszanych tematów. Wykorzystanie social media przy tym filmie mogłoby sprawić, że przynajmniej ostatnia z wymienionych przeze mnie rzeczy mogłaby odejść w zapomnienie.

    Z jednej strony trudno mi zarzucać cokolwiek temu filmowi, bo zwyczajnie bawiłam się na nim dobrze. Z drugiej zaś jestem niezmiernie ciekawa jakby to wszystko wyglądało gdyby twórcy postawili sobie poprzeczkę nieco wyżej.

  • Miło mi, że wreszcie do nas trafiłaś ;)

    Dla mnie film De Palmy szwankuje nie tylko w interpretacji pewnych elementów książki, ale także w swym klimacie. Zabrakło mi jakiejś takiej “aury” którą automatycznie kojarzę z książką (czytaną od lat po wielokroć). Sama Carrie jest dla mnie postacią szalenie fascynującą, zwłaszcza w książce, ale chyba nigdy nie miałam tak, że jej nie znosiłam. Raczej właśnie zawsze było mi jej mniej lub bardziej żal. Natomiast największy zarzut jaki mam względem nowej “Carrie” (pomijając, że rzeczywiście jest to prosty, nieskomplikowany młodzieżowy horror) to to, że zamiast zinterpretować materiał na nowo – jak obiecywali – spłycili go, zamulili, a na dodatek powtórzyli kilka błędów De Palmy. Pokładałam ogromne nadzieje w tej adaptacji i srogo się zawiodłam. Jestem ciekawa, czy wersja telewizyjna z 2002 roku okaże się tą -moją- Carrie. Jak na razie nie mam czasu by do niej usiąść, ale po seansie na pewno pojawi się omówienie :)

    W sumie czeka mnie też powtórny seans nowej “Carrie”. Chcę zobaczyć, czy film ten oglądany po raz drugi – czyli po przejściu pierwszej fali zawodu – jest w stanie zapewnić mi rozrywkę.