Bez lęku nie wiesz, że żyjesz, więc Mysz żyje pełną gębą.

Mysz przyznaje się do całej litanii popkulturowych lęków.

Mysz ma zły dzień, ale czego się spodziewać po kolejnej, tym razem dwugodzinnej wizycie u stomatologa?

Przy tej okazji jednak, przypomniała mi się sytuacja, której świadkiem byliśmy z Lubym na początku listopada. W dzień po Halloween musieliśmy pojechać na ostry dyżur do tejże całodobowej przychodni stomatologicznej, w której leczę się od lat, bo najwyraźniej Myszy zaszkodziły te wszystkie słodycze których -nie- zjadła. Czekając na panią doktor słyszeliśmy, jak zza drzwi sąsiedniego gabinetu dobiegają płaczliwe krzyki małej dziewczynki. Najwyraźniej płoche maleństwo nie chciało się współpracować, a na żądania lekarki, by rodzice przytrzymali dziecko (któremu tylko oglądano zęby!), ojciec zaczął urządzać głośną awanturę. Jak dla Myszy norma – pamięta podobne, choć mniej gwałtowne sytuacje ze swojej młodości. Mysie serce wyrywało się do tej dziewczynki, z którą czułam specyficzną więź duchową, tym bardziej, że sama miałam właśnie zasiąść w fotelu. Zanim to się jednak stało usłyszeliśmy, że ząbek trzeba będzie borować. I tu pytanie: robimy to teraz, czy jutro? Na co mała dziewczynka – z którą Mysz się już na tym etapie mocno utożsamiała – pisnęła: „Jutro, jutro! Zróbmy to jutro, ja jutro będę dzielna, obiecuję! Tylko zróbmy to jutro”.

 

Zdanie to mocno zapadło mi w pamięć. Może odezwała się empatia, może jakieś zakopane głęboko traumatyczne wspomnienia, dość powiedzieć, że zaczęłam się zastanawiać nad owym pojęciem „odroczonej odwagi”. Jest to, podejrzewam, zjawisko dość powszechne u dzieci i to nie tylko w kwestii odwagi. Wśród maluchów często zdarzają się teksty z serii: „Ja nie chcę pójść do szkoły. Pójdę jutro, obiecuję, tylko nie każ mi iść dzisiaj”. Stąd słowa małej dziewczynki nie wydały mi się niczym dziwnym. Zastanowiło mnie natomiast to, że sama już się tak nie zachowuję. Okej, Mysz nie ma już dziewięciu latek, ale wciąż mocno boi się dentysty. Co prawda dentystka jest przemiła, cierpliwa i delikatna – to, koincydentalnie, także Myszy ciocia, zwana Kotem (hehe) – ale Mysz jest uodporniona na większość znieczuleń, tak więc wszelkie zabiegi stomatologiczno-chirurgiczne to istna katorga. Na logikę powinnam wciąż wyznawać zasadę „zróbmy to jutro, jutro będę odważna” i poniekąd zdarzają się chwile, gdy takie myśli przychodzą mi do głowy. „Pójdę do Kota za dwa tygodnie. Będę miała więcej czasu by się psychicznie przygotować”. Z wiekiem takie myśli przychodzą jednak coraz rzadziej. Wygrywa rozsądek. Wolę pocierpieć teraz, od razu i mieć to z głowy na kolejne kilkanaście miesięcy, niż odraczać wyrok o tydzień lub dwa i po drodze cierpieć, za każdym razem gdy napiję się gorącej herbaty.
Fascynujące wydała mi się konstrukcja dziecięcego umysłu, który mimo tłumaczeń, nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego lepiej jest coś zrobić szybko, niż odwlekać to w czasie. Może wynika to stąd, że dzieci nie w pełni zdają sobie sprawę z funkcjonowania czasu. Dla nich „jutro” jest odległe o setki godzin, a tydzień zamienia się w lata świetlne. Gdzieś zresztą ostatnio przeczytałam, że im jesteśmy starsi tym bardziej skraca nam się czas. W wieku dziecięcym rok potrafi trwać bez końca, jednak im jesteśmy starsi, tym krótszym okresem czasu nam się wydaje. Wiadomo jednak, że fizycznie ten czas się nie skraca. Zwiększa się tylko nasza jego świadomość.
Te rozmyślania doprowadziły mnie do tego, czego boi się duża Mysz: upływu czasu. A stąd krótka droga, ciemną ścieżką wspomnień, do tego, czego bała się mała Mysz, a z czym najchętniej zmierzyłaby się jutro, bo wtedy już na pewno będzie odważna.
W związku z tym dziś uraczę Was, Drodzy Czytelnicy, przykładami popkulturowych dzieł, które spędzały sen z powiek mini-Myszy. A przy niektórych przykładach dostaniecie nawet próbkę domorosłych Mysich psychoanaliz, w których próbuje dojść, dlaczego danych rzeczy się bała. Ciekawa jestem, czy odnajdziecie w tych lękach jakieś swoje strachy z przeszłości…

Kobiety Disneya

Cudowne grafiki autorstwa krhart

Mój pierwszy i najsilniejszy filmowy lęk. Nic mnie tak nie przerażało w latach młodzieńczych, niż scena, gdy zła czarodziejka (nie mylić z czarownica!) Maleficent używa magii by tajnym przejściem poprowadzić królewnę Aurorę – wkrótce znaną jak Śpiącą Królewnę – do komnaty na szczycie wieży, gdzie biedna królewna kłuje się w palec wrzecionem. Przez lata nie wiedziałam, co mnie w tej scenie tak przerażało, aż przyszło olśnienie – kontrola. Mysz ma fisia na punkcie kontroli. Po angielsku istnieje cudowne określenie control freak i Mysz z pewnością ma w sobie elementy takiej osobowości. Co prawda nie wiem, czy były one aktywne już w tak młodym wieku, ale faktem pozostaje – scena ta po dziś dzień wprawia mnie w lekki dyskomfort.

Winą za to należy obarczyć przede wszystkim ARCYUPIORNĄ muzykę. Zresztą, jak się okaże w trakcie wymieniania kolejnych przykładów, Mysz jest bardzo podatna niepokojące motywy muzyczne.

A na koniec, żeby było śmieszniej: mimo, że przez długie lata mogłam tę konkretną scenę oglądać wyłącznie w towarzystwie taty – którego wołałam z drugiego pokoju gdy tylko zbliżał się ów straszny moment – Maleficent była i wciąż jest moją ulubioną Disneyowską postacią.

Drugi podobny przypadek ma miejsce w wypadku kolejnej Disneyowskiej „złej kobiety”, czyli Urszuli z The Little Mermaid. Choć jest to moja druga ulubiona postać, po Maleficent, jest piosenka „Poor Unfortunate Souls”/”Zrób duszyczko ten krok” jest jednym z najbardziej przerażających utworów w historii Disneya. Nie wiem, czy jest to kwestia specyficznej barwy głosu pań, które podkładały pod Urszulę głos (Pat Carrol/Stanisława Celińska), pełen zjadliwości i zaowalonych gróźb tekst, czy może następująca na koniec scena, jak Urszula kradnie Arielce głos… dość powiedzieć, że wciąż mam ciarki, gdy polska lub angielska wersja piosenki zacznie mi lecieć w słuchawkach. Zwłaszcza od tego momentu w minucie 4:58 (ang.) / 3:37 (pol. – przy czym proszę się rozerwać czytając angielskie tłumaczenie polskiego tekstu, bo jest przekomiczne).

A potem jeszcze potęgowany przez echo głos śpiewającej Arielki, gdy Urszula go magicznie „wyciąga”?…. CIARKI, mówię Wam.

Swoją drogą obie te sceny są bardzo podobne – w jakiś sposób przedstawiają silną, złą kobietę, która przy pomocy tajemnych sił przejmuje kontrolę nad ciałem/głosem niewinnej dziewczyny. Freud pewnie by powiedział, że miałam utajone problemy ze swoją matką. Mysz po prostu uważa, że jest bardzo podatna na dobrze skomponowaną muzykę.
EDIT: Jeszcze jeden przykład: piosenka Oogie Boogie z The Nightmare Before Christmas. Ale tak jak Urszulę i Maleficent ubóstwiam, Oogie Boogiego nadal nie znoszę.

Zła fama biednych zwierzątek

“The sharkbunny” – wspaniały rysunek Roba. Jeśli nie znacie jego Doodle of Boredom,
nie macie pojęcia co traficie!

Nie wiem ile z Was zrozumie mój lęk przed rekinami. Tym bardziej, że momentami jest to lęk mocno irracjonalny. Owszem, można się bać rekinów pływając w morzu, ale nie na basenie, a takie ataki paniki też się w Myszy życiu zdarzały.

Może to dziwne, że narodziny tego lęku nieodłącznie wiążą się z filmem Jaws – gdzie rekin jest tak wyraźnie sztuczny, że nawet w dzieciństwie mnie to rozbrajało – ale właśnie wtedy wszystko się zaczęło. Jednak rację mają psycholodzy twierdząc, że wiek 9-11 jest kluczowy dla dziecięcego rozwoju. Nie jest w stanie opisać słowami, jak wielkie wrażenie wywarł na mnie motyw Johna Williamsa, połączony z banalnym wizualnie chwytem, jakim jest rekinia płetwa wynurzająca się z wody. Oba te środki są proste w swej konstrukcji jak słup, a jednak działają. I to od lat, wciąż na nowe pokolenia. Bo choć widok rekina Bruce’a wyskakującego z wody może już tylko śmieszyć, napięcie budowane do tego momentu jest jak najbardziej realne. Wszak widząc płetwę prującą przez wodę nie wyobrażamy sobie beczki, obciągniętej pianką do nurkowania – choć przecież dobrze o niej wiemy – ale przez ten ułamek sekundy, zanim Bruce wyskoczy z wody, wyobrażamy sobie, że zobaczymy prawdziwego rekina. I to oczekiwanie, to powolne tykanie dwóch nut w utworze John Williamsa sprawia, że się boimy.

 

Mysz nadal reaguje niepokojem gdy ogląda Jaws, zwłaszcza część trzecią. Owszem, jest idiotyczna, ale Mysz swego czasu odwiedziła Sea World i wizja, że mogła wówczas spotkać rekina nieco nią trzącha.
Poza tym miałam kiedyś bliskie spotkanie z rekinem będąc na wakacjach w Karolinie Północnej, więc czuję się usprawiedliwiona. O!

Innym przykładem na to jak w sumie niewielkim nakładem sił wywołać silny lęk jest scena, gdy w The Lady and the Tramp do pokoju dziecięcego zakrada się szczur.

Mysz już wtedy była właścicielką szczura i wiedziała, że potrafi to być cudownie przyjacielskie, kochające zwierze, ale i tak na widok tego klipu wzdrygała się nader silnie.

Nie lubimy śliskich stworków

 Jak przystało na dziecko, które większość czasu bawiło się samo i to często na zasadzie „zbuduję coś, a potem to rozwalę”, pod względem duchowym było mi bardzo blisko do Gremlinów. Były chaotyczne, wredne i lubiły robić na złość. Normalnie, jak typowe dzieci. Nawet aspekt oślizgłości się zgadza, choć wątpię, gdy ktoś próbował powstrzymać krnąbrne dziecko przez wsadzenie go do mikrofalówki.

Tak więc same Gremliny mi nie przeszkadzały. Bardzo natomiast nie lubiłam oglądać scen ich narodzin – zarówno w pierwszym, jak i drugim filmie (który poznałam najpierw, bo oglądałam je w złej kolejności). Czy znowu miała tu wpływ niepokojąca muzyka, czy może świetnie opracowane efekty wizualne – te gluty, ta oślizgłość, ta łuskowata skóra, fe! – tego nikt nie wie. Ale Gremliny pozostają jednymi z najobrzydliwszych stworków ever.

 

Tuż za Gremlinami ślizgiem wsuwa się na podium Zuul, czy też Sigourney Weaver z drugich Ghostbusters. Taki Zwierz wymienił scenę z różowym glutem w wannie, jako ten najbardziej przerażający, ale Mysz bała się samej opętanej Sigourney… no i jej nieskończonej lodówki. W późniejszym wieku nauczyłam się doceniać jak niewielkimi środkami – makijaż, oświetlenie – osiągnięto tak świetny, upiorny efekt. Ale w dzieciństwie bardzo się Zuula/Sigourney bałam. Chyba znów wynika to z lęków, jakie w Myszy wzbudza idea opętania/oddania obcej sile kontroli. Jak się nad tym zastanowić z tego samego powodu bałam się kosmitów w Space Jam (którzy kradli moce koszykarzy wślizgując im się do nosów, ble!) i kosmicznej kaczki w Cowardly Dog (Chojrak Tchórzliwy Pies – pamiętacie taką bajkę?).

 

Hm, ciekawe czy pod kategorię oślizgłych stworków mogłabym podciągnąć Hatifnatów z Muminków?… co prawda nie pamiętam, żeby Hatifnaci byli śliscy, ale ich zwarta, falująca masa zawsze wzbudzała we mnie niepokój. Ewentualnie to wina specyficznej animacji (bardzo japońskiej; zresztą ta konkretna estetyka – przypominająca stylem produkcje Studia Ghibli – do dziś wywołuje u mnie ciarki).

Jak paznokciem po tablicy

 

Wielu moich znajomych obejrzało Burtonowskie Batmany w dość młodym wieku. Prawdopodobnie dlatego, że wówczas dość często puszczano je w telewizji. Z tego zresztą względu Mysz najpierw obejrzała Batman Returns z fenomenalną rolą Michelle Pfeiffer jako Catwoman.

Umówmy się: jeśli była dziewczynka, która po obejrzeniu filmu choć przez chwilę nie chciała być Kobietą-Kotem, to coś tu jest ostro nie tak. Catwoman w wykonaniu Pfeiffer była cudowna – zadziorna, zabójcza i zdradziecka. Idealna „bo to zła kobieta była”. Mysz lubiła ją tym bardziej, że przecież zaczynała jako cicha, szara myszka, Selina Kyle, a jej śmierć była strasznie niesprawiedliwa.
To wszystko to jednak są pozytywne aspekty postaci. Negatywnym, a właściwie tym, który wzbudzał we mnie największy strach był… motyw muzyczny. Danny Elfman jest powszechnie znany ze swej umiejętności pisania dość niepokojącej muzyki (Mysz lubi angielskie określenie eerie), ale to co zrobił przy okazji „Selina Transforms II” jest istnym majstersztykiem smyczkowych nutek, które pełzają wzdłuż kręgosłupa i wywołują przejmujące dreszcze. Bravo, maestro.

Kwestia tego, że w trakcie tej sceny ciało Seliny jest na wizji ZJADANE PRZEZ KOTY tylko dodaje tej scenie upiorności.

 YouTube odmawia znalezienia sceny ze zjadaniem przez koty.
Macie więc moje ukochane Hell(o) (T)here.

 

Z kolei innym filmem, gdzie przede wszystkim działa na mnie motyw muzyczny – bardziej niż same wydarzenia, rozgrywające się na ekranie – jest Interview with the Vampire. Choć kocham ten film całą swoją duszyczką, wiem, że obejrzałam go w zbyt wczesnym wieku. Nic więc dziwnego, że już pierwsze dźwięki Libera meprzyprawiały mnie o potężne dreszcze.

Autentyczne role-playing game

Jumanji to jeden z Myszy najukochańszych filmów lat 90-tych. Nie znam nikogo kto miałby do tego dzieła tak ogromny sentyment, jak ja. Do tego stopnia, że gdy usłyszałam o planowanym remake’u była WŚCIEKŁA. Jak ktoś śmie poprawiać absolutnie idealny film?

Oczywiście wiem, że Jumanji miał swoje wady, a tym co na mnie działało najmocniej była idea magicznej gry planszowej, która jest w stanie wywołać różne zjawiska „z powietrza”. Właściwie dowolna rzecz, którą gra w filmie przywołała był straszna: od jadowitych komarów, poprzez szalone małpy, aż po pnącza, które wystrzeliwują usypiające strzałki. Właśnie te pnącza najbardziej mnie przerażały. Może dlatego, że film nie mówi wyraźnie jakie skutki wywołuje ich trucizna – wiemy tylko, że trzeba się od nich trzymać daleka. Więc gdy pierwszy raz zobaczyłam, jak postać grana przez Kirsten Dunst zostaje ukąszona, Mysz autentycznie myślała, że została zabita. Koniec. Trup. Mogiła. Jak na film dla dzieci, była to dość wstrząsająca myśl.

 

W ogóle, jak się nad tym zastanowić, Jumanji jest bardzo drastycznym film, który nie cacka się ze swym młodym widzem. Oszustwo w grze piętnowane jest surową karą (would anyone like a tail?), rodzice głównego bohater ukazani są jako ignorujący swego syna nuworysze, główna bohaterka przez lata musiała żyć z piętnem wariatki, dwójka młodych bohaterów zostaje okrutnie osierocona, a następnie praktycznie porzucona przez swoją ciotkę, że też nie wspomnę o fakcie, że główny bohater wylądował na LATA w niebezpiecznej dżungli. Mysz co prawda nie czytała oryginalnej książki Chrisa Van Allsburga, ale podejrzewam, że jest to opowieść iście Grimmowska, pełna okrucieństwa i mrocznych motywów.
Jednak to, co nadal wzbudza we mnie największy strach to jeden bardzo prosty, ale często zapominamy fakt: dwójka głównych bohaterów po skończonej grze niejako „cofa się w czasie” do momentu gdy zaczęła rozgrywkę. Są więc z powrotem w swoich dziecięcych ciałach. Problem polega na tym, że zachowali wszystkie swoje wspomnienia z rozgrywki. Oznacza to, że kończymy film z dwójką dorosłych ludzi, mentalnie uwięzionych w ciałach małych dzieci. Now THAT’s creepy.

Czy to toperz czy wilk?

Z tego co wiem wiele osób w dzieciństwie nie przepadało za sceną marszu wilków z Akademii Pana Kleksa. Mysz natomiast, jak przystało na dziecię dziwne, nic nie miała przeciwko tej scenie, ani w ogóle wilkom w tymże filmie. Oprócz jednego – te dźwięki, które one wydawały! Chryste, jakie to było straszne! Takie wysokie wizgi, jak nietoperze albo inne stwory, co to robią świstu-szelestu ciemną nocą. Strasznie się tego bałam! 

Najwyraźniej działa tu podobna zasada jak w wypadku Interview with the Vampire i motywu Catwoman z Batman Returns – Mysz po prostu nie lubi wysokich, piskliwych tonów muzyce. Najwyraźniej w typowo atawistyczny sposób kojarzą mi się z dźwiękiem jaki wydają polujące nietoperze. A jak wiemy, nietoperze zjadają biedne myszki. Nic więc dziwnego, że na tego typu dźwięki dostaję dreszczy.

A skoro jesteśmy przy muzyce: zauważyliście kiedyś, że piosenka Blondie „Heart of Glass” jest w brzmieniu bardzo podobna do muzyki z Pana Kleksa?… Mysz z tego powodu nie może Blondie słuchać i jeśli piosenka zacznie lecieć w radiu, Mysz musi się bardzo powstrzymywać by natychmiast nie przełączyć stacji. Wot, jakie dziwne „skrzywienia” czasem w człowieku zostają z czasów dziecinnych.

Okrucieństwo nie do przyjęcia

Grafika Williama Hogartha “Four Stages of Cruelty
Dzieci bardzo często boją się rzeczy kompletnie nieuzasadnionych, na przykład ciemności albo potworów. Oczywiście dorośli też się boją ciemności, ale u nich jest to wytłumaczalne – wiedzą, że w ciemności może się czaić morderca/gwałciciel/złodziej, innymi słowy człowiek, który może zrobić nam krzywdę. Dzieci natomiast boją się zazwyczaj wymyślonych potworów, które w owej ciemności mieszkają. I nie wytłumaczysz im, że potwora nie ma, bo istnieje on w dziecięcej wyobraźni. Takie lęki zdarzają się często
.

Ciekawe jest jednak, że dzieci mają również uzasadnione lęki. Mysz na przykład bała się złych ludzi – takich, którzy dręczą niewinnych i robią im różne przykrości. Tu za koronny przykład niech posłuży Ms. Trunchbull z filmu Matilda na podstawie książki Roalda Dahla, który pisanie wstrętnych ludzi miał opanowane do perfekcji (vide Witches, którego Mysz też się bała).

 
Panna Pałka – jak nazwano tę postać w polskim tłumaczeniu, które Mysz pamięta najsilniej, bo do dziś ma kasetę z lektorskim nagraniem z telewizji – była istnym potworem. Nienawidząca dzieci bez żadnego sensownego powodu, była niczym stereotypowa „zła macocha” z baśni. Na dodatek zamykała dzieci w wstrętnym Dusidle, a nawet trzylatek wie, że ciemna komórka kotłownicza z drzwiami nabitymi gwoździami i poruszonym szkłem to STRASZNE miejsce. Nikomu nie życzę, by musiał tam siedzieć. Ale co gorsze w filmie pojawiają się także rodzice Matyldy – kolejne absolutne wstrętne, godne pożałowania postacie. Ta zabójcza mieszanka okrutnych, wrednych dorosłych, którzy wykorzystają każdą okazję by uprzykrzyć dziecku życie i się nad nim poznęcać doprowadzała Myszę do autentycznych łez lęku i frustracji. Już w młodym wieku lubiłam być traktowana jak człowiek myślący – choć w ograniczonym zakresie – i zawarte w filmie teksty pt. „ja mam rację, ty nie, bo ja jestem dorosły, a ty jesteś bachor” sprawiały, że miałam ochotę zacząć krzyczeć. Ale przecież dziecko nie zrobi krzywdy takiemu dorosłemu (no chyba że ma moc telekinezy i może zostać adoptowanym przez śliczną pannę Miodek). Co mu więc pozostaje?… bać się. I to panicznie.

Innym przykładem takiego zachowania był Sędzia Doom z Who Framed Roger Rabbit, który znęcał się nad biednymi aminkami. Poza tym omówmy się: Christopher Lloyd potrafi być autentycznie przerażający gdy się postara. Sędziego bałam się jednak o dziwo bardziej, choć przecież nie był postacią – w moim dziecięcym pojmowania – „prawdziwą”, w przeciwieństwie do panny Pałki. Ale właśnie tak działała moja wyobraźnia. Prawdziwy, okrutny dorosły był mi mniej straszny, niż szalony, animowany sędzia-morderca. W sumie do dziś nie rozumiem dlaczego. Jeśli czyta to jakiś psycholog, czy mógłby się wypowiedzieć w temacie?Swoją drogą Sędzie Doom ma bardzo nieprzyjemną scenę śmierci.

Złe tripy wujka Disneya

Źródło

Nie wiem, co animatorzy Disneya wąchają w trakcie pracy, ale musi to być naprawdę silny środek, bo zbyt często zdarza im się tworzyć mocno niepokojące sekwencje. Koronny przykład to, oczywiście, tzw. różowe słoniki z sceny, gdy Dumbo przez omyłkę upija się szampanem (swoją drogą – what a lightweight!). Mysz twierdzi, nie pierwszy raz zresztą, że ten specyficzny, niepokojący efekt uzyskano głównie dzięki muzyce. Same słoniki, zmieniające co chwilę kształty, są raczej urocze niż upiorne. Ale te dźwięki trąbek… brr, okropne.

 Nawet w różnych językach wciąż jest creepy.

 

Inny przypadek: sen Kubusia Puchatka o łoniach i słasicach (ang. heffalumps and woozles). Mysz dopiero w późnym wieku doceniła jak fajna jest to sekwencja – ten świetny tekst! Łonie i słasice tańczące na miodowym jeziorku, grające na trąbach jak na harfie/akordeonie! – ale jako dziecko bardzo się tej sceny bała. Sami przyznacie, że jej twórca musiał być mocno wczorajszy.

 

Nie należy też zapominać o fragmencie, który na zawsze wpłynął na Mysie postrzeganie utworu „Noc na Łysej Górze” Modesta Musorgskiego, czyli „Disneyowska Fantasia uczy dzieci czcić Szatana”. Nie wierzycie?… zobaczcie sami.
Możecie się śmiać, ale Mysz zupełnie serio uważa, że w studiu Disneya dzieją się dziwne rzeczy. Nikt mi przecież nie wmówi, że zmaltretowane zabawki w Toy Story stworzył ktoś stuprocentowo trzeźwy i normalny!

Bóg jest wielki, Bóg jest zły

 

Każde dziecko oglądając filmy z serii Indiana Jones bało się przede wszystkim Nazistów, prawda?…. nieprawda. Mysz bała się… Boga.

Dlaczego? To naprawdę proste: bo Bóg jest wstrętnym dzieciakiem, który siedzi z lupą nad ludzkim mrowiskiem i przypala biedne mróweczki. Okej, Naziści sami się dopraszali o kary które dostali (i mówimy tu zarówno o Arce Przymierza, jak i Świętym Graalu), ale czy one musiały być tak upiornie pokazane?

 

Tak naprawdę to czego najbardziej się bałam – i to za każdym razem – to to, że Indy też zostanie skrzywdzony. Przecież mógł niedokładnie zamknąć oczy podczas otwarcia Arki, albo pomylić się, wybierając właściwy kielich, prawda? Wtedy Mysz jeszcze nie znała zasady, że główny bohater nigdy nie umiera i autentycznie obawiała się o życie biednego Indiany. Co prawda nie wiem, jak mogłam myśleć, że film przy kolejnym obejrzeniu będzie miał inne zakończenie niż poprzednim razem, ale tak było. No i się o Indianę bałam. I bałam się, że Henry Jones Senior umrze zanim Indy go uratuje. A tego by chyba biedna Mysz, zakochana w Seanie Connerym po czubki małych, mysich uszu w ogóle już nie przeżyła. 

PS. Inni Bogowie oprócz Boga Chrześcijan też są kijowi. Co tylko potwierdza Indiana Jones and the Temple of Doom.A jakich filmów Wy się baliście? Czy, tak jak Mysz, mieliście doświadczenia głównie ze strasznymi postaciami z bajek dla dzieci, czy może oglądaliście już “doroślejsze” filmy, np. The Exorcist albo Poltergeist?

 

PS. MyszaMovie celebruje kilka przemiłych rekordów – powyższa notka nosi numer 149, więc następna (#150) będzie niejako okrągła; fanpage bloga wkrótce dobije do 200 polubień; statystyka bloga przekroczyła 55 tysięcy wejść; a najpopularniejszy post (ten o Carrie) pobił 1000 odsłon! Yay, radujmy się ^_^