Ja też kocham Jumanji! Ja też! Ja też!

Arcy-długa analiza kultowego filmu z lat 90-tych. Czytacie na własne ryzyko – jeśli usłyszycie bębny, zwiewajcie gdzie pieprz rośnie!

Są takie filmy, które definiują pewne okresy czasu. Nie ważne, czy mowa o etapie w naszym życiu, czy całej epoce w dziejach popkultury, istnieją filmy, które dla nas – i tylko dla nas – idealnie ten czas podsumowują. Dla Myszy jednym z filmów, które zdefiniowały lata 90-te był film Jumanji.
Niedawno, we wpisie o popkulturowych strachach, wspominałam jak niewiele osób pamięta o Jumanji i jak bardzo mi smutno z tego powodu. Najwyraźniej myliłam się niepomiernie, bo wnet podniosło się zadziwiająco wiele głosów osób, które ów film pamiętają, a wręcz kochają. Mysz poczuła się wówczas jak wśród swoich, bo w realnym świecie rzadko trafia na ludzi, którzy by ten film pamiętali, a co dopiero przejawiali wobec niego tak wielki entuzjazm jak Mysz. Czego najlepszym dowodem poniższy, ARCY-długi wpis.
Dziś więc będzie o Jumanji. Zarówno w ogóle jak i w szczególe, z wytykaniem luk, zadawaniem pytań bez odpowiedzi, snuciem teorii, analizą tłumaczeń i piskliwymi zachwytami włącznie. Będzie też trochę Mysiej nostalgii za latami 90-tymi, choć nie za dużo, co by zbytnio Was nie zanudzać tym, jak to „za mojej młodości było fajnie”. Bo chociaż Mysz twierdzi, że mogłaby się urodzić w latach 80-tych i być super szczęśliwa, to lata 90-te pozostaną na zawsze mym jedynym-prawdziwym dzieciństwem. Takim, które nieodmiennie wspominam z uśmiechem, po równi ciepłym jak i pobłażliwym.

Dla tych, którzy nie są fanami Jumanji i nie wiedzą o czym jest film prezentuję krótkie streszczenie: młody Alan Parrish, którego ojciec Sam Parrish prowadzi w mieście fabrykę butów, nie jest szczęśliwy. Koledzy ze szkoły dość ostro się nad nim znęcają, a surowy ojciec, zamiast go wspierać, każe mu „być mężczyzną”. Co za bubek!
Sytuacja zmienia się, gdy Alan słyszy tajemnicze bębny. Dźwięk ten prowadzi go do zakopanej, tajemniczej gry planszowej o nazwie „Jumanji”. Zaintrygowany Alan zabiera grę do domu. Jednak ani tajemnicze bębny, które słyszy tylko on i jego sąsiadka Sarah, ani ostrzeżenia wypisane na pudełku gry, nie zniechęcają dwójki dzieciaki przed rozpoczęciem rozgrywki. I wówczas wychodzi na jaw sekret Jumanji: gra jest magiczna i wszystko co się w niej dzieje – dzikie i groźne zwierzęta, monsuny, niebezpieczni ludzie – „wychodzi” z gry do świata realnego. [Spoilery do dalszej fabuły filmu; nie należy czytać, jeśli chce się mieć niespodziankę oglądając film, choć wiedza o fabule jest dość istotna przy czytaniu tego wpisu; innymi słowy: read at your own risk] Alan zostaje niechcący wciągnięty w świat „Jumanji” i spędza tam 26 lat. Do czasu aż po grę sięgają Judy i Peter – tragicznie osierocone rodzeństwo, które wprowadza się do opuszcoznego domu Parrishów wraz ze swą ciotką, Norą.

To dzieciaki uwalniają dorosłego – i zaprawionego w dżunglowym survivalu – Alana, a następnie przy pomocy dorosłej Sary (która została powszechnie uznana za wariatkę i spędziła lata na leczeniu psychiatrycznym) postanawiają skończyć grę. Nie jest to jednak proste – każdy rzut wypluwa z gry coraz to nowe niebezpieczeństwa. Czy odwaga Judy i Petera, a także doświadczenie Alana pozwolą im przetrwać rozgrywkę w „Jumanji”?
Większość ilustracji do wpisu to Mysie screencapy.
Z góry więc przepraszam za kiepską jakość.
 
Okej, wszyscy już wiemy/pamiętamy, o co mniej więcej w filmie chodziło?… Super. No to do rzeczy.
Film, choć oparty jest na książeczce dla dzieci autorstwa Chrisa Van Allsburga, ma z oryginałem niewiele wspólnego. Owszem, akcja nadal toczy się wokół magicznej gry, która „ożywa”, ale u Allsburga jest to szereg zabawnych, niecodziennych błahostek, a nie autentyczna niebezpieczeństwa. Pod tym względem twórcy filmu poszli w o wiele mroczniejszym kierunku. Scenarzysta Jonathan Hensleigh (The Young Indiana Jones Chronicles, Die Hard with a Vengeance, Armageddon) i reżyser Joe Johnston (Honey I Shrunk the Kids, The Pagemaster, Jurassic Park III, Captain America: The First Avenger) byli gwarancją, że film zostanie nakręcony przez ludzi, którzy wiedzą, co robią. Doświadczenie Johnstona wyniesione z pracy przy efektach specjalnych do Star Wars sprawiło, że był on idealnym wyborem reżysera – Jumanjijuż w fazie planowania miało mieć bardzo dużo efektów specjalnych. Głównym dla tego powodem był ogromny sukces filmu Jurassic Park, który wyszedł dwa lata wcześniej i zrewolucjonizował branżę efektów specjalnych. Jumanji miało pociągnąć ten technologiczny rozwój jeszcze dalej, a przy okazji stać się jednym z kultowych filmów lat 90-tych.
Słowo „jumanji” pochodzi – według autora – z języka Zulusów i oznacza „wiele efektów”,
co oczywiście odnosi się do tytułowej gry i wszystkich niebezpieczeństw, które w niej czyhają.
 
Jeśli nazwisko Chrisa Van Allsburga wydaje Wam się odrobinę znajome, może to wynikać stąd, że do tej pory nakręcono aż trzy filmy na podstawie jego książek – Jumaji,  jego „duchowy sequel” Zathura (również o grze, która ożywa, ale dziejącej się w kosmosie), oraz The Polar Express. Jak widać filmy oparte na książkach Allsburga mają tendencję do popychania naprzód technologii kręcenia filmów. Ale skupmy się na Jumanji.
Film rozpoczyna się mocnym tąpnięciem: ciemna, burzowa noc, dwóch braci niosących tajemniczą skrzynię. Scena jest lekko straszna, widać, że obaj chłopcy bardzo się boją, a wrażenie lęku u widza potęguje nie tylko fakt, że jeszcze nie rozumiemy co się dzieje, ale także dobiegający skądeś, uporczywy dźwięk bębnów. Mysz pamięta pierwszy raz, gdy oglądała film i to, jak bardzo była zaciekawiona tą początkową sceną. Umiejętne budowanie i dawkowanie napięcia to zresztą motyw, który przewija się przez cały film i sprawia, że nawet dzieci, które będą filmem przestraszone (jak młoda Mysz), będą chciały oglądać go dalej. Jedyne czego zawsze żałowałam to fakt, że nigdy nie poznajemy historii tych dwóch braci i tego, jak wyglądały ich przeżycia z Jumanji. Mogłoby to być bardzo ciekawe, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę realia tej sceny – rok 1869.
 
Przeskakujemy sto lat wprzód, choć sceneria się nie zmienia – wciąż znajdujemy się w miasteczku Brantford (i okolicach). Poznajmy Alana Parrisha, naszego głównego bohatera. Mysz go nigdy zbytnio nie lubiła, bo wydawał się ciapowatym smarkaczem. Fakt, że natychmiast nie przyznaje się do gafy, którą popełnił w fabryce butów swojego ojca – przez co jeden z pracowników, Carl, stracił pracę – tym bardziej sprawia, że Mysz nie żywiła do niego sympatii. Oczywiście nawet w młodym wieku byłam w stanie zrozumieć, dlaczego Alan może bać się gniewu ojca, ale trudno było mi polubić postać, która zachowywała się tak egoistycznie. Co więcej zawsze denerwowało mnie, że aktor grający młodego Alana (Adam Hann-Byrd) jest fizycznie tak niepodobny do Robina Williamsa, który gra dorosłą wersję Alana. Gdyby jeszcze Hann-Byrd dobrze grał, byłabym w stanie zrozumieć taką decyzję castingową. Ale moim zdaniem, ten młody aktor się w filmie, niestety, nie sprawdził. Może to i dobrze, że pojawia się na tak krótko *chichot*
W kwestii owej gafy – w wyniku której prototyp nowego buta, który opracował Carl, został zniszczony – dręczy mnie jedno pytanie: co za głupek robiąc prototyp buta przygotowuje tylko jeden but? Na logikę, powinien był zrobić parę. Buty robi się parami, prawda? Okej, jestem w stanie założyć, że miał zamiar stworzyć drugi but do pary, ale czy w takim razie nie powinien poczekać z pokazaniem swego dzieła panu Parrishowi póki nie miał drugiego buta? Przecież lepiej zaprezentować kompletną parę, niż jednego, smutnego buta, prawda?
Kto jeszcze uważa, że ojciec Alan wygląda jak Sherlock Holmes?
 
Po tym, jak zostaje obity przez kolegów ze szkoły – których prowodyr jest zazdrosny o przyjaźń Alana z swoją dziewczyną, Sarą – Alan słyszy znane nam już bębny. I tu Mysz ma pytanie na które od lat szuka odpowiedzi: od czego zależy kto słyszy bębny? Kiedyś myślałam, że grę słyszą jedynie dzieci. Tu pojawią się pytania: dlaczego w takim razie dorośli Alan i Sara też słyszą grę?… wyjaśnienia mogą być dwa: albo mogą ją wciąż słyszeć, ponieważ zaczęli rozgrywkę jako dzieci, a potem nigdy jej nie zakończyli; albo, choć minęło tyle lat, pod względem mentalności, wciąż są dziećmi; są niedorośli.
 
Kolejna moja teoria zakładała, że gra sama sobie wybiera, kto ją usłyszy. Ale od czego to zależy?… po wielokrotnym obejrzeniu wysnułam teorię: gra, choć szalenie niebezpieczna i z pozoru okrutna, by wręcz nie powiedzieć szatańska, może być interpretowana jako swoiste błogosławieństwo. Gdy się nad tym zastanowić, Jumanji wybiera na swoje ofiary osoby, które muszą się w życiu nauczyć odwagi: Alan by stawić czoła swoim oprawcom (w tym ojcu); Sara by nawiązać coś więcej niż przyjaźń z Alanem; a Judy i Peter by odważyć się ‘żyć’ po śmierci rodziców, a nie tylko trwać w żałobie i marazmie. Dla bohaterów filmu, gra staje się czymś bardzo podobnym do scen wizji w It’s a Wonderful Life – jeśli jesteś w stanie dotrwać do końca, będziesz mógł zmienić wszystko to, co twoim zdaniem zrobiłeś źle; będziesz mógł naprawić swoje błędy. Pytanie tylko czy rzeczywiście taki jest zamysł gry, czy „dorastanie” i „mężnienie” graczy zachodzi niejako mimochodem?… Owszem, gra ostrzega, że rozgrywkę powinni rozpoczynać jedynie ci, którzy „doprowadzą sprawę do końca”. Zauważcie jednak: Jumanji przez całą rozgrywkę usiłuje powstrzymać graczy od ukończenia gry. Wielokrotnie próbuje ich zabić, gracze wielokrotnie gubią lub tracą grę z rąk… logiczne jest więc założenie, że gra nie chce by ją zakończyć. Ale w takim razie po co chce by w nią w ogóle grać? Jaki ma w tym interes?… stąd Myszy teoria, że gra Jumanji jest, owszem, szalenie niebezpieczna i momentami wręcz zabójcza, ale jest taka nie bez powodu: wszelkie utrudnienia, które gra rzuca bohaterom pod nogi mają ich „wychować”, zapewnić rozwój psychologiczny, doprowadzić ich ku dorosłości, etc. Tak więc Mysz uważa, że Jumanji specjalnie rzuca kłody bohaterom pod nogi, ale nie dlatego, że „nie chce dać się przejść”, tylko po to, by wymusić na nich zmianę zachowania – z tchórzliwego na odważne. Jasne, robi to pokrętną drogą, ale przy założeniu, że ma dobre, szlachetne intencje, jestem to w stanie zrozumieć. Ciekawe tylko co by się stało, gdyby niechcący wszystkich zabiła przed końcem rozgrywki…
Wróćmy jednak do filmu, gdzie następuje jeden z Myszy ulubionych momentów z gatunku „dun-dun-DUN”, czyli tych, w których coś nam się objawia. W wypadku Jumanji, tytułowa gra pojawia się po raz pierwszy na ekranie w prawdziwie „kinowym” stylu: Alan znajduje skrzynią zakopaną w 1869 roku, otwiera ją, poczym spod warstwy piasku, który się w skrzyni znajdował (skąd??), wyciąga jakiś prostokąt. Delikatnie go przechyla… i wtedy, spod osypującego piasku, wyłania się pięknie rzeźbiona pokrywa gry Jumanji. Dun-dun-DUN.
 
Mysz zawsze się podobało to, jak sama gra wygląda. Nie mamy standardowego pudełka na grę planszową, takiego ze zdejmowaną pokrywką; nie mamy też żadnego pogiętego kartonu czy papierowej planszy. Widać, że jest to gra wiekowa – pudełko gry (otwierane niczym skrzynka na narzędzia lub pudełko na nici/biżuterię) jest w istocie także planszą na której się gra. Wkomponowane w boczne panele są instrukcja obsługi – zapisana egzotycznie wyglądającą czcionką – oraz pudełko na pionki i kostki (które, Mysz się upiera, są z kości słoniowej i różnych odmian kwarcu, ewentualnie jakiegoś kamienia mydlanego). Wspaniałe w designie gry jest to, że widać, iż była ona używana – drewno jest miejscami przetarte, są na nim rysy i zadrapania, a płaskorzeźba na wierzchu, choć wygląda na nienaruszoną, ma prawie całkiem starte kolory. Dzięki temu, jak pięknie i realistycznie został opracowany wygląd gry, Mysz zawsze chciała posiadać ją na własność. I to mimo strachu, jaki za młodu ta gra we mnie wzbudzała.
 
Ogromne brawa należą się Jumanji za świetne budowanie napięcia. Widz już-już myśli, że Alan zacznie grać w grę, że zaraz dowiemy się o co w tym wszystkim chodzi, już bierze do ręki pionki… ale wtedy woła go matka. Jednak zanim ją poznamy (a gra ją Patricia Clarkson), widzimy jeszcze kątem oka, jak pionki nieopatrznie rzucone przez Alana, niemalże magicznie upadają dokładnie na pola startowe planszy. Gdyby Myszy plansza do Chińczyka kiedykolwiek zrobiła taki numer, prawdopodobnie uciekłabym z krzykiem.
Mysz musi przyznać, że w dzieciństwie była trochę nie fair w stosunku do ojca Alana, bo uważała go wówczas za strasznie sztywnego bubka. Po latach doszłam do wniosku, że oceniałam Sama Parrisha z punktu widzenia dziecka, która automatycznie zakłada, że jego problemy są najważniejsze. Teraz, z perspektywy czasu, patrzę na to trochę inaczej. Oczywiście pan Parrish mógł trochę lepiej swego syna wysłuchać, ale reakcja Alana także nie była idealna. Nic więc dziwnego, że pan Parrish zareagował dość oschle. Wszak jego syn właśnie mu zasugerował, że wstydzi się swego nazwiska; nazwiska, z którego ojciec jest bardzo dumny. Należy też wziąć pod uwagę, że pan Parrish miał w owym czasie własne zmartwienia: wielkie przemówienie, dalsza przyszłość fabryki… W pewnym stopniu także syn-ciapa był jego zmartwieniem, bo nie do końca spełnia nadzieje surowego, ale jednak kochającego ojca.
 
Rodzice Alana (Patricia Clarkson i Jonathan Hyde)
Młoda Mysz uważała, że Sam Parrish chce wysłać syna do szkoły z internatem z czystej złośliwości. Dopiero będąc w starszym wieku widzę w tym miłość – troszkę nietrafioną, ale mającą jak najlepsze intencje. Tym mocniej podoba mi się jedna z finałowych scen, gdzie między ojcem i synem dochodzi wreszcie do porozumienia. Przestają w sobie widzieć wrogów, bo mają szansę wziąć oddech (z perspektywy jednego o wiele dłuższy, niżby się wydawało), spojrzeć na sprawę z innej strony i zrozumieć pobudki tej drugiej osoby. Może się to wydawać dziwne, ale dla młodziutkiej Myszy – która (jak chyba każde dziecko) miewała momenty „utytułowanej księżniczki” – był to szalenie ważny przekaz. Może nie zawsze udawało mi się pamiętać, że działania moich rodziców także wynikają z autentycznej troski, ale sam fakt, że to sobie uświadomiłam wiele wówczas dla mnie znaczył.
Co ciekawe, dopiero przy seansie, który urządziłam sobie w ramach researchu do notki (a wcześniej ostatni raz oglądałam Jumanji z… pięć lat temu?) dostrzegłam istotny, acz niewielki szczegół, który świadczy o tym, że Sam Parrish wcale nie był taki surowy jak mi się kiedyś wydawało. Gdy zdenerwowany Parrish warknięciem zwraca się do żony („idź po płaszcz”), na twarzy jego połowicy widać autentyczne zaskoczenie, a następnie wyraźną przygadę. Wnioskuję stąd, że pan Parrish jest z zasady czułym i kochającym mężem i ojcem, i takie wybuchy zdarzają mu się rzadko. Alanowi akurat udało się go zdenerwować. Czemu się zresztą nie dziwię, bo jeśli na tekst ojca „jestem z Ciebie dumny” oraz wieść, że będzie chodził do prestiżowej szkoły, Alan reaguje strzeleniem focha, to Sam Parrish miał prawo czuć się urażony. Tu jednak znów wracamy do kwestii punktu widzenia: Mysz-dziecko uważała pretensje Alana za słuszne. Też bym nie chciała, żeby rodzice mnie odsyłali do szkoły z internatem. Ale Mysz-niedziecko (bo dorosła pewnie nigdy nie będę) widzi, że to w istocie zachowanie Alana jest niepoprawne, a nie jego ojca. Wot, jak czas potrafi zmienić postrzeganie pewnych spraw.
 
Ojciec i Alan rozstają się w gniewie, bo rodzice wychodzą na ważny obiad. Alan, jak na rozsądne dziecko przystało, postanawia uciec z domu. Na przeszkodzie staje… Sarah, która usłyszała o bójce i chyba poczuła się winna, bo odprowadza rower, który Alanowi ukradziono. Sytuację komplikuje dźwięk bębnów, który znów dobiega z gry. Okazuje się, że Sarah także je słyszy, a magia gry szybko niweczy niechęć Sary do planszówek. Pierwszym koszmarem, który Jumanji serwuje naszym bohaterom są nietoperze.
[Wyjaśnienie: Mysz pisała na Facebooku, że ogląda trzy różne wersje filmu. Chodziło o oryginał i dwie różne wersje lektorskie. Chciałam, byście mogli zobaczyć, jakie są różnice między tłumaczeniem pierwszym, które zna Mysz – bo nagrała je z telewizji wiele lat temu, a potem oglądała w kółko z kasety – a tłumaczeniem drugim, które jest nowsze i, moim zdaniem, gorsze.]
 
Tłumaczenie #1:
Po nocach żerują, a więc lepiej śpiesz się,
Te skrzydlate stwory wcale nie są śmieszne.
Tłumaczenie #2: 
Latają nocą, lepiej się skryj,
Przed ich skrzydłami ze strachu drżyj.
 

 

W tej scenie ponownie widać umiejętne budowanie napięcia, jakie się w filmie przewija. Powoli pojawiający się tekst zagadki, nagły pisk w szybie komina, krótka pauza pełna napięcia… i nic. Widz myśli, że może odetchnąć, gdy nagle zegar głośno wybija godzinę. Zaskoczony Alan upuszcza kości… a gra „myśli” że wykonał prawdziwy rzut. I znów widz spina się w napięciu. Jaka zagadka pojawi się tym razem?
#1
W dżungli tyle czasu spędź,
By wyszło osiem lub pięć.

#2
W dżungli dalsze życie pędź,
Aż ktoś wyrzuci osiem lub pięć.
Tu następuje scena po której Mysz miała bardzo silną traumę. Jakby mało było teg, że Alan zostaje wessany do gry (ten efekt wciąż robi wrażenie) dostajemy także lekko spóźnione nietoperze z pierwszej zagadki. Widać, że twórcy dobrze przemyśleli sobie to zagranie: najpierw wstrzymywanie napięcia, potem mocne tąpnięcie, a potem jeszcze podkręcenie strachu.

 

“Przepraszam, zastałem Jolkę?”
Sarah ucieka – zostawiając Alana uwięzionego w grze – nietoperze pędzą za nią, a drzwi do mieszkania Parrishów zamykają się za nimi. W tym momencie twórcy serwują nam banalnie prostą, ale skuteczną wizualnie sztuczkę: obraz pozostaje na zamkniętych drzwiach – drewno drzwi zaczyna ciemnieć, klamki śniedzieć, a przez ekran przewija się napis „dwadzieścia sześć lat później”. By poprowadzić akcję naprzód wystarczyłby sam napis, ale Mysz bardzo lubi, że twórcy zdecydowali się także na tak nienachalny trick wizualny.
  
Poznajemy Judy i Petera, osierocone rodzeństwo, którym zaopiekowała się ciotka Nora, pragnąca urządzić we właśnie zakupionym, kompletnie zapuszczonym domu Parrishów uroczy hotelik. Peter to małomówny, drobniutki chłopiec, który wygląda jak skrzyżowanie spaniela (te włosy! Te oczy!) z kapucynką. Z kolei Judy to rezolutna, uszczypliwa „Ania z Zielonego Wzgórza”, która opowiada niestworzone historie, byle tylko nie musieć sobie radzić ze smutkiem po śmierci rodziców. Mysz bardzo chciała nie lubić postaci Judy – zawsze miała wrażenie, że w przyszłości wyrośnie z niej wredna cheerleaderka – ale ponieważ grała ją Kirsten Dunst, od początku żywiłam do niej mnóstwo sympatii. Mysz ubóstwia pannę Dunst od czasu Interview with the Vampire, a choć postaci Klaudii w tym filmie nie można by uznać za sympatyczną, uważam, że została wspaniale przez młodą aktorkę zinterpretowana i zagrana. Stąd Judy automatycznie stała się postacią, której mała Mysz mocno kibicowała. Owszem, istniała szansa, że postać tę miała zagrać młodziutka Scarlett Johansson, ale Mysz ciesze się, że jednak wybrano Dunst. Moim zdaniem bardzo dobrze się sprawiła.
Dowiadujemy się, że po Brantford krąży plotka o zniknięciu młodego Alana Parrisha: podobno ojciec go zabił, poćwiartował i zamurował w ścianach (Myszy ta historia zawsze kojarzyło się z urban legend o dziadku szuflującym śnieg z Home Alone). Myszy nawet za lat dziecięcych robiło się strasznie przykro na myśl, że ojciec Alana nie tylko stracił syna i nosił po nim żałobę, nie wiedząc czy chłopiec uciekł, został porwany, czy może wręcz umarł, ale na dodatek musiał znosić okrutne podejrzenia ze strony całego miasteczka.
Ironię faktu, iż za opowiedzenie tej (usłyszanej jako prawdziwa!) historii Judy dostaje szlaban, Mysz wychwyciła dopiero podczas obecnego seansu w celach researchu. Widzimy tu rodzaj symetrii – oboje rodzeństwa będzie reprezentowało pewne aspekty osobowości młodego Alana: Judy aspekt „niezrozumianego dziecka”, Peter aspekt „braku odwagi”.
Zdjęcie klatki schodowej z posiadłości Parrishów.
Tylko dlatego, że przypomina mi spiralę Fibonacciego.
 
Mysz zawsze lubiła, że kwestia zażyłości między rodzeństwem jest w filmie tak umiejętnie pokazana: to, że oboje poniekąd ukrywają przed sobą jak bardzo tęsknią za rodzicami, świadczy o wzajemnej trosce; fakt, że oboje są w stanie się natychmiast przejrzeć, z kolei świadczy o tym, jak dobrze się znają. Niby banalne zabiegi scenariuszowe, a w jak prosty sposób budują charaktery i relacje postaci. Bardzo mi się też podoba moment, w którym rodzeństwo – po usłyszeniu bębnów kolejny raz – jednomyślnie, bez żadnej konsultacji, rusza biegiem na strych. Takie zachowanie także subtelnie sygnalizuje nam wysoki stopień zażyłości między rodzeństwem.
 
#1
Gra przeznaczona dla każdego,
Kto pragnie świata odmiennego.

#2
Gra dla tych których nudzi,
Życie wśród szarych ludzi.
Dzieciaki znajdują grę (follow the drums!) i zaczynają rozgrywkę. I tutaj chwilowa dygresja: ja rozumiem naturalną ciekawość dzieci, nieświadomość konsekwencji działań, wiarę w magię i to, że „nic nie może nas skrzywdzić”… ale jakim GŁUPKIEM trzeba być, żeby iść za dźwiękiem bębnów, a potem autentycznie zasiąść do rozgrywki w planszówkę, z której ten dźwięk dobiega??? Zarówno Alan i Sarah, jak i Judy oraz Peter, działają w sposób kompletnie bezmyślny. Wymyśliłam co prawda hipotezę, że gdy raz się usłyszy bębny, to nie można NIE ZAGRAĆ w Jumanji; że niby podświadomie czujesz, że gra zmieni Twoje życie (na lepsze); ewentualnie, że gra poniekąd hipnotyzuje graczy by rzucili kostkami (a czasem nawet ich do tego zmusza podstępem), bo potem nie można się już wycofać. Ale jest to trochę naciągana teoria.
#1
Najdrobniejsze ukąszenie
To kichanie i swędzenie.

#2
Przed żądłem uciekaj co sił,
Bo będziesz się drapał i wił.
Kolejny przykład poważnych braków w procesach myślowych naszych bohaterów: jeśli grasz w tajemniczą grę (która ma dobiegające znikąd bębny) i po pierwszym rzucie kostką nagle pojawiają się ogromne, agresywne komary… NIE RZUCASZ KOŚCMI PONOWNIE. How many times must we go through this?! Naturalnie zaraz okaże się, że kwestia wolnej woli nie w tej rozgrywce nic do rzeczy. Nawet gdyby dzieciaki nie chciały grać dalej, muszą to robić – rozgrywka kończy się jedynie wtedy, gdy ktoś wejdzie na końcowe pole i krzyknie „Jumanji”. Ale tego nasi bohaterowie jeszcze nie wiedzą. Czemu?… bo są głupi. Serio: nawet Mysz w wieku dziecięcym nie mogła zrozumieć, dlaczego znalazłszy obcą, tajemniczą i wyraźnie magiczną grę (na miłość boską, bębny!), nikt nie zadał sobie trudu by najpierw przeczytać CAŁĄ instrukcję?

 

#1
Masz przed sobą przeszkód furę,
Małpy zajdą ci za skórę.
#2
Misja twa nie będzie łatwa,
Gdy tłum małp ci ją pogmatwa.
  
Judy: „Te małpy musiały wyleźć z gry”
Mysz: Nie no, kurde, co ty nie powiesz?!
[tu karny kartka dla tłumacza nowszej wersji, bo zamiast „gry” przetłumaczył „z góry”, which makes NO SENSE; no chyba że lektor się walnął czytając tekst]
#1
Nie zaczynajcie, jeśli nie zamierzacie kończyć!
Dopiero wówczas znikną niezwykłe gry tej skutki,
Gdy zawodnik na mecie jej tytuł powie krótki

#2
Nie zaczynaj jeśli nie chcesz skończyć!
Skutki gry znikną gdy zwycięzca dotarłszy do mety zawoła „Jumanji”.
(a gdzie rymy, panie tłumaczu?!)

 

#1
Ma ostre kły i już mu ślinka leci,
Więc lepiej zmykajcie w podskokach dzieci.

#2
Ma ostre kły i chętnie cię zje,
Radzę uciekaj, bo będzie źle.

 

Omówmy się: lew który wyłania się z gry jest bardzo sztuczny. Współczesny widz natychmiast to zauważy, bo dla naszych oczu, przyzwyczajonych do wyrafinowanej grafiki komputerowej, animowany lew z lat 90-tych wygląda jak wypchana kukiełka. Wówczas był to jednak szczyt techniki filmowej i Mysz po dziś dzień jest pod wrażeniem tego, jak – mimo sztuczności – dobrze ten lew wygląda. Może nie wygląda w stu procentach prawdziwie, ale wygląda ŁADNIE. Należy również zwrócić uwagę na to, jak twórcy, po raz kolejny, świetnie budują napięcie – najpierw widzimy ogon na klawiaturze fortepianu, słyszymy dźwięk klawiszy, a w tle widzimy cień lwiej głowy. Potem pojawiają się ogromne lwie łapy, przy akompaniamencie kolejnych fałszujących dźwięków instrumentu (swoją drogą świetne wykorzystano fakt, że ludzie automatycznie reagują na fałszywe nuty niepokojem, dreszczem lub niechęcią). A gdy wreszcie pojawia się sam lew, nie wyskakuje on nagle, a powolutku wyłania się z mroku, wraz z narastającym pomrukiem.
 
Takie budowanie napięcia jest obecnie rzadko spotykane, tym bardziej w filmach dla dzieci. Szkoda, bo choć Mysz się już tego filmu nie boi, nadal wzbudza on echa niepokoju, który czułam jako dziecko. Szczerze wątpię, by przyszłe pokolenia reagowały w ten sposób na współczesne filmy dla dzieci. Zabrzmię jak stara purchawka, ale już nie robią takich filmów jak w latach 80-tych i 90-tych, kiedy to twórcy nie bali się wystraszyć swego widza.
Lew-robot.
Co ciekawe, widać, że w zbliżeniach używana jest tzw. animatronic puppet, a nie efekt komputerowy. Dzięki temu reakcje aktorów na konfrontację z ogromnym lwem są bardziej wiarygodne. Co więcej, lew sprawia dzięki temu wrażenie bardziej prawdziwego – animacja komputerowa w latach 90-tych nie była na tyle zaawansowana, by stworzony komputerowo lew wypadał realistycznie w zbliżeniach. Graficy pracujący przy Jurassic Park mieli pod tym względem łatwiej, bo ludzie nie do końca wiedza, jak poruszały się dinozaury. Natomiast każdy był kiedyś w Zoo i widział jak się porusza lew. Tak więc w wypadku efektu specjalnego nawet człowiek niezaznajomiony z grafiką komputerową będzie podskórnie -czuł- jeśli lew będzie się źle poruszał. Tak więc, mimo wszystko, w takich sytuacjach o wiele lepiej wypada stara dobra robotycznie sterowana kukiełka. Jasne, ma sztywne ruchy i dla wprawnego oka wygląda jak wypchana ozdoba, ale dla umysłu i oczu dziecka bywa nader prawdziwa.
Lew-efekt-komputerowy
(widzicie różnicę?)
Jeśli pamiętacie, Peter wyrzucił na kościach pięć, co wywołało z gry lwa. Ale nie tylko – pojawia się także dorosły Alan (uwięziony w grze, póki ktoś nie wyrzuci osiem lub pięć), grany przez Robina Williamsa. I tu mała dygresja: Mysz kocha Williamsa. Lubię go jako osobę, jako komika i jako aktora. A już najbardziej lubię go w postaciach „dużych dzieci”, zwłaszcza jeśli w danym filmie pojawiają się także dziecięcy aktorzy. Nie wiem na czym to polega, ale Williams w takich filmach zawsze najmocniej ujmuje mnie za serce. Oczywiście jego rola w Good Will Hunting jest fenomenalna, a John Keating z Dead Poets Society na zawsze pozostanie jednym z moich ulubionych filmowych nauczycieli. Ale Myszy zdaniem, Williams nigdy nie świeci tak jasno, jak w towarzystwie dzieci. Może wtedy właśnie wychodzi z niego jego własne, wewnętrzne dziecko, a może obecność maluchów sprawia, że ten błysk w błękitnych oczach Williamsa przyjmuje (przynajmniej dla mnie) cudownie niewinnych charakter. Dość powiedzieć, że filmy takie jak Jumanji, Hook, Jack czy Patch Addams lub Bicenntenial Man należą do moich ulubionych w karierze Williamsa.
 
Nie na darmo wspominam o Bicenntenial Man. Choć w filmie, tak na dobrą sprawę, jest niewiele dzieci, nie tylko osoba Williamsa łączy go z Jumanji. Łączy je także kompozytor – James Horner. Muzyka z Jumanji(bardzo piękna, świetnie skomponowana) jest momentami bardzo podobna do tej z „Człowieka przyszłości”, więcej – bardzo również przypomina to, co Horner skomponował do filmu Casper… ale także soundtrack Johna Williamsa do Hooka, w którym Robin Williams grał parę lat wcześniej. Nie jest to oczywiście nachalne kopiowanie motywów, a raczej… korzystanie z podobnych inspiracji. Mam niejasne wrażenie, że obecność Williamsa na ekranie sprawia, że pewni kompozytorzy automatycznie idą w stronę konkretnych muzycznych motywów. Ewentualnie podobieństwa biorą się stąd, że w latach 90-tych filmy akcji/dla dzieci miały soundtracki pisane na bardzo podobną nutę. Przesłuchajcie muzykę do Jumaji, Home Alone i Jurassic Park – podobne motywy, podobna orkiestracja. Zresztą Home Alone przypomina się Myszy zawsze gdy słyszy w filmowym soundtracku dzwoneczki.
   
 
Tu dygresja muzyczna: jeśli ktoś ma Jumanji pod ręką – scena gdy dorosły Alan rozgląda się po swoim starym, zakurzonym pokoju jest idealnym przykładem na podobieństwa w muzyce Hornera. W Jumaji mamy motywy plemienne, z bębnami i egzotycznymi instrumentami, dość żwawe i niepokojące, by dopasować się do akcji i napięcia w filmie. Jednak motyw z utworu „A New World” jest bardzo prostą, piękną melodią, graną na flecie/fujarce. Prostota utworu sprawia, że tym mocniej chwyta za serce – jest w nim niewinność dziecka, którym Alan w istocie wciąż jest.
Podobnie w filmie Casper: jednym z najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych utworów z filmu jest „One Last Wish” – spokojny, poruszający motyw grany na fortepianie, słyszany w scenie gdy Casper rozmawia z Dobrą Wróżką, a potem w ludzkiej postaci tańczy z Christiną Ricci na balu. Nie są to oczywiście utwory identyczne, ale w swym duchu bardzo podobne. Słychać, że pisała je ta sama osoba.
Także podobieństwa do Hooka są jak najbardziej na miejscu – zarówno fabularnie, jak i muzycznie, choć o tym pierwszym powiem później. Muzyczne podobieństwo wynika przede wszystkim z częstego użycia fujarki/fletu w soundtrackach zarównoa Hooka, jak i Jumanji. W wypadku filmu o Piotrusiu Panie jest to zrozumiałe – postać ta często jest kojarzona z tzw. fujarką Pana. Dlaczego ten chwyt zastosowano w Jumanji, wytłumaczę kawałek dalej w tekście. Także wspomniane wcześniej dzwoneczki – bardzo często używane w muzyce filmowej lat 90-tych – sprawiają, że soundtracki do tych filmów brzmią podobnie.
Egzotyczne aspekty soundtracku Jumaji mocno też przypominają fabularną wersje The Jungle Book z Cary Elwesem.
 
Tak więc Alan wrócił i rozsadza go radość – natychmiast zaczyna biegać pod domu, nawołując rodziców. I tu kolejna zagadka: Alan jest dorosły. Powinien zdawać sobie sprawę z tego, że jego ciało się zmieniło, ewentualnie, że spędził w Jumanji dużo czasu. Skąd więc założenie, że jego rodzice wciąż żyją? Dlaczego jego pierwszym instynktem jest założyć, że w świecie rzeczywistym (poza grą) czas się zatrzymał? Pierwszym, logicznym założeniem powinno być raczej, że skoro w grze minęło na tyle dużo czasu, że Alan stał się dorosłym mężczyzną, w świecie rzeczywistym musiało minąć tyle samo czasu. Opcje są dwie: albo Alan nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest dorosły (w sensie nie zauważa swego wyrośniętego ciała, bo umysłowo i emocjonalnie nadal jest dzieckiem), albo w grze czas jest inaczej odczuwalny i choć Alan zdaje sobie sprawę z tego, że jest dorosły, dla niego ten czas minął jak mgnienie oka i stąd myśl, że jego rodzice wciąż żyją. Zawsze jednak wydawało mi się to bardzo dziwne. Oczywiście należy wziąć pod uwagę ulgę, którą odczuwa Alan – wciąż będący dzieckiem pod względem mentalnym – gdy wreszcie wraca do domu. Instynkt dziecka by odnaleźć rodzica (jak wie każdy, kto się kiedykolwiek zgubił) jest na tyle silny, że mógł zaburzyć logiczne myślenie dorosłego Alana. Mysz skłania się jednak ku teorii, że Alan autentycznie nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest dorosły, że minęło tyle czasu. Świadczy o tym szok, który przeżywa, gdy dowiaduje się, że jest rok 1995. Naturalnie nie wymagam, by pierwszym założeniem Alana była śmierć rodziców, ale upływ tych parędziesięciu lat powinien mu zasugerować, że jego rodzice niekoniecznie muszą wciąż mieszkać w rezydencji Parrishów. Mogli się na przykład przeprowadzić. Pewnie się czepiam, ale zawsze mnie to zastanawiało.
“To wasz wujek? A wszystko z nim w porządku?”
Jak nakazuje imperatyw fabularny, postać Carla – który z winy Alana wyleciał z roboty – musi w filmie powrócić. Carl został gliniarzem, więc naturalnie zarośnięty, przywrócony na łono przedmieść Alan, musi wejść z nim w konflikt. Winę za to poniekąd ponoszą psotne małpy, które kradną Carlowi samochód, ale przecież Alan próbował go o nich ostrzec. Mysz musi tu zaznaczyć ważną rzecz: twórcy Jumanji bardzo pilnują konsekwencji w swoim filmie. Postacie, które przewijają się przez nasz ekran, nawet w niewielkich rolach (jak początkowa rola Carla, jako tego, który został zwolniony z fabryki), prawie zawsze na niego powracają. Widać to chociażby w postaci ciotki Petera i Judy, która pojawia się raz na początku filmu – widz myśli, że po jej wyjściu rano do pracy (zanim dzieci sięgnęły po grę) już jej więcej nie zobaczymy. Wszak trudno byłoby jej wytłumaczyć zniszczenia spowodowane grą, prawda?… tu jednak twórcy robią sprytny myk: postać ciotki Nory jeszcze się w filmie pojawia. Mysz zawsze była pod wrażeniem tego, że twórcy w pełni wykorzystują wszystkie środki, postacie i wątki i starają się o nich pamiętać – jeśli o czymś wspomnieli, próbują do tego w filmie wrócić. Kolejny przykład? Widzieliśmy wcześniej tendencję Judy do zmyślania historyjek dla własnej rozrywki. Teraz ta denerwująca umiejętność się przydaje, by wcisnąć panu policjantowi bajkę, na temat stroju i dziwnego zachowania Alana.
    
Tu ukłon do twórców za nawiązanie do wcześniejszej sceny,
gdy gra Jumanji wyłania się spod warstwy piasku.
Alan rusza na poszukiwania rodziców, przy czym widz zostaje uraczony widokiem zabiedzonego Brantford. Miasteczko, które w latach 60-tych wyglądało niemalże jak złoty sen albo fragment filmu Pleasantville, teraz jest szare i przygnębiające. Ekonomia całego miasteczka polegała na prosperującej fabryce butów Parrisha, a gdy ten porzucił fabrykę by szukać zaginionego syna, wszystko zamieniło się w ruinę. To swoją drogą kolejny moment, w którym film pokazuje swoją mroczną stronę – nie dość, że bohater musiał spędzić 26 lat w dżungli, a zaraz dowie się, że w międzyczasie zmarli jego rodzice (zaledwie 4 lata wcześniej!), to dodatkowo spoczywa na nim ciężar wiedzy i odpowiedzialności, za to co się stało z całym miasteczkiem. Nie wiem jak Wy, ale Mysz by się poczuła lekko przygnieciona.
 
W scenie gdy Alan klęczy przed grobami swoich rodziców, następuje mały przełom – Peter, który do tej pory odzywał się jedynie do swej siostry, zaczyna rozmowę z Alanem. Widać tu nawiązanie relacji ojciec-syn, w której Peter staje się substytutem młodego Alana, a sam Alan odgrywa postać własnego ojca, a także nieobecnego ojca Petera. Ta relacja staje się bardziej napięta im dalej w film, ponieważ Alan zaczyna mieć wobec Petera takie same oczekiwania, jak swego czasu miał Sam Parrish – „bądź odważny, stań czoła swym strachom, nie bądź tchórzem”, etc. Jest to bardzo trafna i sprytnie wykorzystana dynamika. Także postacie Judy i  Sary – której dorosłą wersję gra Bonnie Hunt – mają co nieco wspólnego: zmyślanie. Plotka, że to Sam Parrish zabił Alana i ukrył go w ścianach domu wyszła od niej – młoda Sarah, której nikt nie chciał uwierzyć w magiczną grę i którą uznano za wariatkę, w ten sposób próbowała sobie wmówić bardziej racjonalne wytłumaczenie. Fakt, że przez 26 lat wmawiała sobie kompletną bujdę w ramach psychologicznego wyparcia, sprawia że między nią a postacią Judy tworzą się ładne paralele.
  
[tu następuje moment przerażenia, w którym Mysz orientuje się, że napisała już 10 stron, a jest dopiero na trzydziestej dziewiątej minucie filmu, który trwa ponad półtorej godziny, więc dalsze przemyślenia postanawia pisać w formie w miarę krótkich punktów – zamiast rozwlekłych przemyśleń – a i tak wychodzi jej kolejne 8 stron tekstu, za co STRASZLIWIE Was przeprasza].
– powracają wypuszczone wcześniej moskity (konsekwencja fabularna!), co więcej wraca też postać pani od nieruchomości, która sprzedała cioci Norze dom Parrishów (wykorzystanie wszystkich środków!).
– dostajemy scenę „wyskakuje trup z szafy”, a właściwie „wyskakuje małpa z lodówki”. To kolejny przykład na to, że twórcy lubią być konsekwentni i ponownie wykorzystywać raz zaprezentowane środki. Lubią też raz na jakiś czas zaserwować widzowi skok tętna.
– Peter sprytnie wykorzystuje reverse psychology (psychologia negacji) by zmusić Alana do gry, sugerując, że ten się boi – na co dostajemy całą tyradę, że wcale się nie boi, bo widział w Jumanji gorsze rzeczy. Prawda jest jednak taka, że to właśnie z tego powodu boi się BARDZIEJ. Wcale nie stał się odważny, a jedynie rozsądny, bo rządził nim instynkt przetrwania – w istocie wciąż jest przestraszonym, małym chłopcem.
– przykład tego, jak świetnie skonstruowany jest film: Alan nie może po prostu patrzeć, jak dzieciaki grają w Jumanji i w razie czego bronić ich przed niebezpieczeństwami. Ponieważ Judy i Peter kontynuują rozgrywkę, którą Alan i Sarah zaczęli w ’69, oboje muszę się przyłączyć do rozgrywki by gra w ogóle potoczyła się dalej (a co dopiero by była możliwość ją skończyć). Konsekwencja! <- słowo-klucz dzisiejszego wpisu, najwyraźniej.
– Uwaga Myszy: w momencie gdy bohaterowie orientują się, że muszą rozegrać starą, już rozpoczętą rozgrywkę, nikt nie łączy dwóch ważnych faktów – skoro rozgrywka wciąż trwa, wszystko co się dzieje jest w istocie alternatywną rzeczywistością, która zniknie gdy/jak tylko gra zostanie skończona. Jest to o tyle ciekawe, że najbardziej grę chcą zakończyć Judy i Peter (by zdążyć zanim ciocia wróci i zobaczy wszystkie zniszczenia), nie zdając sobie sprawy, że kończąc rozgrywkę, unicestwią własne istnienie. Talk about cruel irony.
– Na oskarżenia Sary, która wypiera wydarzenia z przeszłości i twierdzi, że Sam Parrish zabił swego syna, Alan mówi: „mój ojciec bał się mnie mocniej uścisnąć, a co dopiero zabić”. W wersji angielskiej jest „my father could barely hug me, let alone cut me”. Pytanie: czy ojciec bał się Alana przytulić, bo uważał syna za delikatny kwiatuszek, próbował zgrywać twardego mężczyznę, czy wzdragał się przed synem, gdyż miał o nim niskie mniemanie?… fakt, że poświęcił 22 lata na odszukanie syna sugeruje, że raczej nie kierowała nim nienawiść. Może więc zwykły brak zrozumienia? Sam Parrish mógł nie rozumieć, że jego syn potrzebuje innego wychowania – nie surowego, ale bardziej wyrozumiałego, ciepłego. Należy jednak podkreślić, że używanie zachowania ojca jako argumentu świadczy o tym, iż Alan nadal ma o to, w pewnym stopniu, żal.
– Alan oszustwem zmusza Sarę do gry. Zwróćcie przy tym uwagę, że trick który stosuje sam w sobie nie jest dziecinny (choć jest stosunkowo wredny) ale już następujący po tricku śmiech Alana wybitnie świadczy o jego niedorosłości.
#1
Tak szybko krzewią się im pędy,
Że niebezpiecznie ich zapędy.

#2
Zaraz tu wyrośnie las,
Lepiej brać nogi za pas.
– Foreshadowing: Judy zwraca uwagę na piękne, fioletowe kwiaty, które strzelają trującymi strzałkami. W finale filmu zostaje takową strzałką postrzelona.
– Żółty kwiat, który wyskakuje z szafy, pozostaje po dziś dzień jedną z najobrzydliwszych rzeczy, jakie Mysz widziała w filmie. To animatroniczny robot – gdy się pomyśli, że został przez kogoś ręcznie wyrzeźbiony i pomalowany, robi tym większe wrażenie.
– tekst Alana „Harvest time!” zależnie od tłumaczenia brzmi „Młócka, panowie!” albo „Dożynki!”. Obie wersje są przekomiczne.
– uwaga Myszy: gdy Alan i Sarah rozmawiają ze sobą nawzajem, bardzo często zachowują się jak dzieci. Jednak gdy zagrożeni są Peter i Judy, pierwszym instynktem Alana i Sary jest ich chronić. Widać tu powolny rozwój ich postaci w stronę dorosłości i prawdziwej odwagi. Należy też zwrócić uwagę na paralele, które stworzono między Alanem i Sarą: oboje tak naprawdę byli samotni przez ostatnie 26 lat – Alan spędził ten czas w dżungli, odcięty od świata, a z kolei Sarę uznano za wariatkę i odsunięto od reszty społeczeństwa. Ta dwójka jest sobie przeznaczona!
  
A hunter from the darkest wild,
Makes you feel just like a child.

#1
Pewien myśliwy z serca buszu,
Chce jak gnojkowi natrzeć ci uszu.

#2
Myśliwego co chce ci dopiec,
Będziesz się bał jak mały chłopiec.

 

– Oto pojawia się jedna z najciekawszych postaci w filmie: myśliwy Van Pelt (ang. pelt oznacza surową zwierzęcą skórę), który przez ostatnie 26 lat ścigał Alana w dżungli. Film nigdy nie tłumaczy dlaczego – każe nam podejrzewać, że to jeden z tych przypadków „nienawiści od pierwszego wejrzenia” – ale prawda jest taka, że Van Pelt ściga Alana z jednego prostego powodu: bo rzucił kośćmi. Van Pelt WIE, że jest częścią gry i nie ma żadnego problemu z tym, że ściga Alana wyłącznie dlatego, że Jumanji mu tak karze. Jednak to co jest w tej postaci najbardziej interesujące to fakt, że gra go Jonathan Hyde – ten sam aktor, który wciela się w postać Sama Parrisha, ojca Alana. To oczywiście przywołuje na myśl konwencję Piotrusia Pana, gdzie w wersjach filmowych i scenicznych panuje tradycja, by postacie pana Darling oraz kapitana Hooka odtwarzał ten sam aktor. Nawiązania do Piotrusia Pana są tym silniejsze, że Robin Williams 4 lata wcześniej, w 1991 roku, nakręcił ze Steven Spielbergiem film Hook. Nie jest to jednak, Myszy zdaniem, jedyny powód dla którego wykorzystano ten motyw. Otóż porównania do Piotrusia Pana – chłopca, który nie chciał dorosnąć – IDEALNIE wpasowują się w fabułę i postacie Jumanji. Mamy Alana, młodego chłopca, który nie chce dorosnąć i stać się odważny, tak jak radzi mu ojciec. Mamy też relacje między Alanem a ojcem, które są napięte, ale w gruncie rzeczy pełne miłości, podobnie jak w wypadku Wendy Darling i pana Darling. Alan niby dorasta – w magicznej krainie! – ale tak naprawdę wciąż jest dzieckiem, mimo upływu czasu. Co więcej jest ścigany przez okrutnego, nieustępliwego myśliwego, którego boi się jak nikogo innego na świecie (istnieje teoria, że lęk przed Van Peltem jest głównym powodem dla którego Alan boi się grać w grę). Fakt, że Van Pelta i Sama Parrisha gra ten sam aktor i obie te postacie w jakiś sposób próbują zmusić Alana do zmężnienia – jeden bardziej delikatnie od drugiego – jest niesamowicie ciekawy. Biorąc pod uwagę wszystkie elementy, jest to bardzo trafne rozwiązanie fabularne. Nawiązania do motywów i konwencji Piotrusia Pana mogą także tłumaczyć, czemu muzyka Hornera tak bardzo przypomina ścieżkę dźwiękową do Hooka, skomponowaną cztery lata wcześniej przez Johna Williamsa.
 
– Foreshadowing: twarz Van Pelta jest widoczna na okładce samej gry. Stąd widz może spokojnie założyć, że myśliwy również się w pewnym momencie pojawi.
– Ciekawostka: motyw grania dwóch postaci przez jednego aktora został także wykorzystany w Wizard of Oz – Margaret Hamilton grała zarówno Złą Czarownicę, jak i pannę Gulch. Jest to o tyle fajny szczegół, że małpy, które uciekły z Jumanji wpadają na pomysł obrabowania sklepu z elektroniką, po tym jak na jego wystawie widzą telewizor, w którym wyświetlany jest fragment owego filmu z  latającymi małpkami.
“Z waszych połączonych mocy powstaję ja, Kapitan SkarpetaPlaneta!”
– Kolejne potwierdzenie Mysiej teorii o ciągłej niedorosłości bohaterów: film serwuje nam -jeszcze jedną- dziecinną kłótnię między Sarą i Alanem, z wzajemnymi oskarżeniami na poziomie „a ty jesteś głupia, a ty masz wszy i nie rośniesz”, oraz przerzucaniem się pustymi argumentami o tym, kto z nich miał gorzej. Jeśli w pomieszczeniu są cztery osoby, dwie z nich to dzieci, a to dorośli zachowują się dziecinnie, wiedz, że oglądasz Jumanji. Swoją drogą jest to jedyna scena w filmie, przy której Mysz uważała, że rzut kością był uzasadniony – nawet mnie kłótnie Sary i Alana doprowadzały już do szału. Zszokowanie ich by się zamknęli (poprzez sprowadzenie kolejnego nieszczęścia z gry) wydawało się jedyną skuteczną metodą.
#1
Nie sądź, że to gromy z nieba,
Nie tkwij w miejscu, działać trzeba.

#2
Coś dudni jak grzmot z daleka,
Kto ma rozum, ten ucieka.

 

– Jeden z najfajniejszych momentów całego filmu (którego tempo i wydarzenia, nie wiem czy zauważyliście, narastają z minuty na minutę) to ten, gdy zbliża się tabun uciekających zwierząt. Powolne narastanie niepokojącej smyczkowej muzyki, zbliżające się dudnienie kopyt, potem spadające z półek książki (świetne rozwiązanie by umieścić tę scenę w bibliotece!)… kurczę, właśnie tak się buduje napięcie! Nie wiem, jak Wam, ale Myszy bardzo brakuje tego typu scen we współczesnych filmach. Czasem trafi się taki moment w dobrym horrorze, ale w filmach akcji coraz więcej uwagi twórców skupia się na efektach specjalnych i choreografii walk, a nie budowaniu napięcia. A szkoda – Jumanji jest świetnym przykładem tego jak napięcie potrafi ulepszyć i tak świetny film.
– Ciekawostka: biegnący tabun jest zrobiony komputerowo (ukłony dla ILM, którzy robili efekty dla filmu, ulepszając to, co stworzyli dla Jurassic Park), ale scena, gdy róg nosorożca przebija się przez ścianę biblioteki została naprawdę nakręcona – zbudowano wielki, błękitny róg, który autentycznie przebił się przez ścianę, a następnie na ten obraz nałożono komputerowego nosorożca. Niesamowite, że tego typu rzeczy byli w stanie nakręcić już w ’95 roku.
– Kolejny przykład napięć w relacji Alan-Peter: w momencie gdy pelikan kradnie grę, Alan krzyczy na Petera „nie upilnowałeś gry!”. Jest to o tyle dziwne, że to Alan jako ostatni miał grę w rękach. Widać tu zachowanie o którym wspominałam wcześniej – Alan coraz bardziej wchodzi w rolę własnego ojca i zaczyna wyżywać się na Peterze (czyli substytucie siebie samego), zamiast przyznać się do błędu, który sam popełnił, nie upilnowawszy gry.
– Fakt, że Van Pelt tak szybko odnajduje się we współczesnym świecie (skoro skończyły mu się naboje, to idzie je dokupić, a dowiedziawszy się, że już się ich nie produkuje, kupuje współczesną broń, z której obsługą nie ma żadnych problemów) jeszcze silniej potwierdza to, że jest elementem gry – jest w stanie „magicznie” przystosować się do dowolnych warunków. Skończyły mu się naboje? Idzie kupić nowe. Przestali je produkować? Kupi nową broń. Nie chcą mu jej sprzedać? Przekupi sprzedawcę. To wszystko robi bez chwili zastanowienia, niemalże z automatu. Ta współczesna broń również sama w sobie jest ciekawym elementem, bo świadczy o braku ontologicznej inercji – to znaczy, że skutki gry nie mają żadnego wpływu na świat rzeczywisty po zakończeniu rozgrywki. Do tego stopnia, że nie tylko znikają wszystkie zwierzęta/pnącza/zagrożenia, ale znika także współczesna broń, która przecież nie była wytworem gry. Stąd wniosek, że gra nie ma w rzeczywistości żadnych skutków (oprócz zmian w zachowaniu bohaterów) i w żaden wymierny sposób nie wywiera oddziaływania na otoczenie.
Dwie ciekawostki: 1) gdy Van Pelt wchodzi do sklepu z bronią, w tle leci oficjalny hymn Meksyku; 2) w oryginalnym tekście, sprzedawca pyta Van Pelta „are you a postal worker?”. To pełne obawy pytanie jest nawiązaniem do fali zabójczych ataków z bronią, jakich w latach 90-tych dopuszczali się pracownicy poczty. Stąd zresztą w języku angielskim funkcjonuje zwrot, który oznacza zwariowane, niebezpieczne zachowanie: „going postal”.
– Gdy Peter ratuje grę przed utonięciem w rzecze (próba ucieczki?), widzimy na twarzy obserwującego go Alana dwie emocje: najpierw radość, potem poczucie winy – Alan wie, że Peter zachował odważnie, by zyskać aprobatę Alana, gdy to w istocie Alan powinien ryzykować życiem i wykazywać się odwagą. Kiedy więc w późniejszej scenie Alan nie jest w stanie wyrazić wdzięczności ani uznania, jest to zarówno spowodowane zazdrością o odwagę Petera (a właściwie obwinianiem samego siebie o tchórzostwo), jak i wspomnieniem konfliktu z własnym ojcem, który też nie umiał okazywać czułości.
– Brak odwagi u Alana obserwujemy także w następnej scenie, gdy policjant Carl próbuje go zgarnąć do radiowozu. Pierwszym instynktem Alana jest nie dać się zabrać, ale gdy orientuje się, że Van Pelt trzyma go na muszce, czym prędzej wsiada do radiowozu, by uciec przed myśliwym.
A law of Jumanji having been broken,
You will slip back even more than your token.

#1
Kto pogwałcił żelazne reguły zabawy,
Ten wróci na wcześniejszy etap tej wyprawy.

#2
Jeśli reguły gry złamałeś,
Cofniesz się bardziej niż myślałeś.
– Oto chyba największy problem, jaki Mysz miała z Jumanji jako grą: rozumiem, że gra utrudnia rozgrywkę i uznaje rzuty, który były wykonane niechcący (jak było w przypadku Sary, dwukrotnie!), ale żeby uznawała próbę rzutu kostką, tak żeby wypadła konkretna liczba, za oszukiwanie?… to już ostra przesada. Nie wiem jak Wy, ale Mysz  bardzo często, grając w planszówkę, próbuje tak rzucić kością by wypadła konkretna liczba oczek. Nie widzę w tym oszustwa, a jedynie chęć dopomożenia szczęściu. Fakt, iż Jumanji uważa to za oszukiwanie jest po prostu niesprawiedliwy.
Oryginalny wierszyk z gry sugeruje, że Peter będzie się „cofał”, co skutkuje jego powolną zamianą w małpkę (a im więcej czasu mija, tym bardziej się cofa i traci ludzkie cechy). Jest to o tyle interesujące, że pionkiem Petera jest właśnie małpka (foreshadowing!). Pytanie, czy gdyby oszukiwał ktoś inny – na przykład Sarah (pionek: nosorożec) lub Judy (pionek: krokodyl) – też zamieniałby się powoli w małpę (która teoretycznie jest poprzednik stadium w ewolucji człowieka), czy może w jakąś formę swojego „totemu”? Mysz chętnie usłyszy Wasze teorie.

 

Machamy do gagu twórców – zadyszanego nosorożca,
który zawsze biegnie w ogonku tabunu.
Podobno ochrzczono go „Wheezy” (Rzęzik)]
– Sceny w supermarkecie zawsze były dla mnie szczytem idiotyzmu. Nigdy nie rozumiałam po co są w filmie. Jakby magiczne zagrożenia nie wystarczyły, teraz jeszcze mamy sytuację z zakładnikami w ogromnym sklepie. Systematyczne podkręcanie tempa akcji i wzrastająca liczba niebezpieczeństw, które czyhają na naszych bohaterów to jedno, a pojawiająca się nagle, bezsensowna sekwencja w supermarkecie to drugie. Nie jestem w stanie wymyślić dlaczego Van Pelt tam wszedł, dlaczego wybrał to konkretne miejsce na trzymanie Sary i dzieci jako zakładników? Chyba tylko po to, by twórcy mogli wstawić scenę, w której Peter bawi się w MacGuyver’a, ewentualnie Kevina z Home Alone. Tani chwyt. Nawet młoda Mysz nigdy za nim nie przepadała. 
Jedyna pozytywna rzecz wynikająca z tej sceny?… jeśli Twoje miasto nawiedzi kiedyś tabun dzikich zwierząt?… okradaj supermarket. Nikt się nie zorientuje, a Ty będziesz mieć furę darmowych rzeczy.
 
– Jedna z Myszy ulubionych scen to ta, gdy Peter-małpka prosi Alana o pomoc, bo świeżo wyrosły ogon go uciska (na co Alan robi mu w spodniach dziurę, by ogon mógł wystawać). Scena ta ładnie się komponuje z następującą tuż przedtem rozmową między Alanem i Peterem, w której ponownie widzimy ich ojcowsko-synowskie interakcje, tak podobne do relacji Alana i jego ojca. W przeciwieństwie jednak do swego ojca, Alan szybko orientuje się, że jego zachowanie jest niepoprawne – przeprasza Petera za ostre słowa i za uparte wmawianie mu, że powinien stawić czoła swoim lękom jak mężczyzna. Nie wiem czy wpływ na to ma rozbrajająca mina zbolałej małpki, jaką prezentuje Peter, czy powolne dorastanie Alana, który zaczyna rozumieć i akceptować własny strach, ale Mysz zawsze się cieszy, że między panami dochodzi do porozumienia. Daje to nadzieję, że jeśli Alan kiedykolwiek wróci do swego ojca, też będzie w stanie nawiązać z nim nić porozumienia.
Every month at the quarter moon
There’ll be a monsoon
in your lagoon
.

#1
Raz w miesiącu
Monsun sunie,
Ku twojej lagunie.

#2
Gdy ubywa księżyca,
Monsunowa nawałnica,
Twoje strony zaszczyca.
 
– Kolejny element, który świadczy o niesamowitym poziomie technologii, jaki na ówczesne czasy miało Jumanji: animatroniczny robot, który działa w wodzie. Moje uszanowanie dla firmy Amalgamate Dynamics (robili Alieny licząc od Alien 3 oraz np. Marsjan w Mars Attacks!) za stworzenie krokodyla, którego Robin Williams mógł autentycznie ujeżdżać w basenie pełnym wody. Fakt, że Alan walczy z krokodylem by uratować Sarę jest kolejnym krokiem na jego drodze ku dorosłości, choć niechęć do późniejszego pocałowania Sary trochę te wysiłki niweluje.
Ciekawostka: krokodyl jest ostatnim z czterech pionków gry, które fizycznie pojawiają się w filmie (małpa, słoń, nosorożec, krokodyl). A poxa tym w Myszy umyśle krokodyl jest kolejnym połączeniem, jakie można nawiązać między Jumanji a Piotrusiem Panem.
Beware the floor on which you stand,
The floor is quicker than the sand.

#1
Zwróć uwagę na podłoże,
Bo cię w mig pochłonąć może

#2
Uważaj na grunt pod nogami,
Podłoga jest grząska czasami
 
#1
Szkoda Twojego zachodu
Pójdziesz raz wstecz, miast do przodu.

#2
Ta lekcja pewnie cię zasmuci,
Czasami trzeba w grze zawrócić.
– W scenie gdy Sara ratuje Alana przed podłogą zamienioną w ruchome piaski, widzimy kluczowy dla postaci Sary moment odwagi (co zaznacza Alan, mówiąc „dzięki, że tym razem nie uciekłaś”) –rzuciła się głową naprzód w niebezpieczną sytuację, stawiając cudze życie nad własne, zamiast uciec tak jak wtedy, gdy była dzieckiem. Można by się wykłócać, że dla Alana kluczowym momentem było rzucenie się na krokodyla, ale nie byłoby to do końca słuszne. Ten moment przyjdzie dopiero, gdy Alan stanie twarzą w twarz z Van Peltem.
Ciekawostka: twórcy Jumanji autentycznie zbudowali na planie całe wnętrze
posiadłości Parrishów,  następnie „urośli” na nim pnącza, potem zalali go wodą,
a potem przerąbali na pół (w końcowej scenie trzęsienia ziemi).
– Druga największa pretensja, jaką Mysz ma do gry (oprócz wątpliwej kwestii oszustwa): dlaczego akurat w tym momencie rozgrywki pojawia się tekst o cofaniu? Mam brzydkie przeczucie, że to zagranie wynika jedynie z potrzeby fabularnej twórców, bo przecież Alan nie może całkiem wniknąć w podłogę. Trzeba go jakoś powstrzymać, a jedyny sposób tkwi w grze. Skoro gra w ten sposób im pomaga (poniekąd), Mysia teoria, że gra wbrew pozorom CHCE żeby ją przejść, zaczyna mieć naprawdę sporo sensu. Załóżmy jednak, że pojawienie się opcji cofania w tym konkretnym momencie jest czystym przypadkiem. W takim razie, jeśli cofanie się pionka powoduje wstrzymanie ruchomych piasków (choć nie ich cofnięcie), jak by wyglądał ten ruch, gdyby cofanie się wypadło, na przykład, po pędzącym tabunie? Czy tabun zatrzymałby się wpół kroku, w powietrzu?… bez sensu. To chyba jedyne naprawdę rażące naciągnięcie fabuły, jakie Mysz w Jumanji widzi. Ewentualnie tylko mnie ono denerwuje.
Need a hand? Why, you just wait,
We’ll help you out. We each got eight.

#1
Chcesz pomocnej dłoni, koniec twoich mąk,
Chętnie pomożemy, każdą z ośmiu rąk.

#2
O pomocne ramię prosisz?
Każdy z nas wyciągnie osiem.
 
– pająki. NIEZNOSZĘ PAJĄKÓW. Okej, są super, gdy weźmie się pod uwagę, że każdy z nich to w pełni zautomatyzowany, animatroniczny robot. Ale wciąż: PAJĄKI. NIEZNOSZĘ PAJĄKÓW.
 
– Kolejny ulubiony moment: gdy Peter biegnie po siekierę do drewutni, ale nie może się do niej dostać, więc zaczyna próbować wybić dziurę w drzwiach drewutni… siekierą. A potem patrzy w kamerę (urocze przełamanie czwartej ściany) i biegnie z powrotem, walczyć z pająkami.
Czyżby faux pas?
 
  Dochodzimy do momentu, w którym mała-Mysz zawsze płakała. Nawet teraz, pisząc tę notkę, oczy mi się lekko szklą. Chodzi mianowicie o scenę, gdy Judy zostanie postrzelona strzałką wspomnianego wcześniej fioletowego, trującego kwiatu. Mysz przez lata myślała, że strzałki miały działanie usypiające. Jednak robiąc research do tej notki odkryłam, że w rzeczywistości strzałki są zabójcze. Tak więc scena, która przez lata była straszna – bo ten kwiatek pojawia się znikąd i jest totalnym zaskoczeniem, a na dodatek robi kuku mojej ukochanej Kirsten Dunst – teraz staje się niewypowiedzianie smutna, i mocno upiorna. No bo nagle się okazuje, że Jumanji wcale nie jest taką tam sobie lekko straszną bajką dla dzieci, a okrutnym filmem w którym jeden z głównych bohaterów ginie i to przed właściwym finałem. Nie powiem – Joss Whedon byłby z twórców filmu dumny. Fakt, że jedna z dziecięcych postaci umiera jeszcze mocniej podkreśla, jak mrocznym i strasznym, nieoszczędzającym młodego widza filmem jest Jumanji. Mamy wessanie w świat strasznej gry, osierocenie, oskarżenia o chorobę psychiczną, niebezpieczne magiczne zagrożenia (w tym szalonego i upartego myśliwego_, powolną przemianę jednego z bohaterów w małpę, a na sam koniec jeszcze śmierć bohaterki. Mysz jako dziecko ubóstwiała Jumanji (i kocha film nadal), ale dopiero teraz w pełni zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo ten film jest upiorny. Nie wiem, czy z czystym sercem odważyłabym się ten film pokazać swojemu dziecko, a jeśli tak, to w jakim wieku.
Uwaga Myszy: Scena śmierci Judy jest tym smutniejsza, że jej ostatnie słowa – postaci, która przez większość filmu wypierała się jakichkolwiek emocji związanych ze śmiercią jej rodziców – to „Chciałabym, żeby mama z tatą tu byli”. Zaraz się, cholera, rozryczę!
 
You’re almost there, with much at stake,
But now the ground begins to quake.

#1
Jesteś blisk o celu, wiele do stracenia,
Tym bardziej, że zaraz zatrzęsie się ziemia.

#2
Na laurach chciałeś siąść,
Lecz ziemia zaczęła się trząść.
– Pod koniec filmu dostajemy przykład na to, że gra Jumanji posiada świadomość, wykraczającą poza utrudnianie graczom życia. Owszem, jej pionki są magicznie przymocowane do planszy… ale kości już nie. Mimo to, gdy gra spada, koziołkując przy tym w powietrzu, a potem ląduje (i się zamyka), kości nadal są w środku, choć na logikę powinny były wypaść. Wnioskuję stąd że gra pilnuje, by zawsze być „w komplecie” i by żadne elementy się nie zgubiły. Też bym chciała, żeby moje gry tak robiły. Może wtedy miałabym nadal wszystkie pionki do Monopoly.

Widzimy powrót lwa – mówiłam, że twórcy lubią
recycklingować elementy, które się już raz pojawiły?
– Mysz pewnie wyrazi tu niepopularną opinię, ale Jumanji ma, moim zdaniem, jeden z najlepszych finałów ever! No bo zobaczcie: Alan już-już ma rzucić kośćmi (i skończyć rozgrywkę), gdy nagle pojawia się – prawie zapomniany przez widza – Van Pelt, cudownie obryzgany kolorowymi farbami. Alan, zaciskając w pięści kości, podnosi się do pionu, ale nieufny Van Pelt każe mu upuścić to, co Alan trzyma w dłoni (co jest idiotyczne, bo powinien się domyślić, że to kości, a skoro ściga Alana za to, że ten kiedyś rzucił kośćmi, tak teraz nie powinien mu na to samo pozwalać). Alan upuszcza kości – czyli technicznie rzecz biorąc nimi rzuca – ale twórcy filmu po raz ostatni bawią się z widzami, serwując nam cudownie długie ujęcie, jak kość wpada w dziurę w podłodze, a potem stacza się po kolejnych schodach, coraz niżej i niżej…
 
 
W tym czasie Van Pelt i Alan odbywają swoja ostatnią rozmowę. Van Pelt każe Alanowi uciekać, tak jak to robił do tej pory, ale Alan wreszcie mężnieje i odmawia, nareszcie przyznając się przed Van Peltem – i samym sobą – że się boi, więcej: jest przerażony. Dodaje jednak, że ojciec mu kiedyś powiedział, iż „trzeba spojrzeć strachowi w oczy”. Van Pelt, z ironicznym śmiechem, mówi: „Brawo. Nareszcie zachowujesz się jak mężczyzna” (ding ding DING, kluczowa scena dla Alana!). A potem pyta: „Twoje ostatnie słowo?”
… wtedy dostajemy przebitkę na kość, która nareszcie przestała się toczyć. I widzimy, że się udało, że Alan wyrzucił tyle oczek by zakończyć grę. Pionek Alana przesuwa się na końcowe pole, a ostatnim słowem Alana jest: JUMANJI.
I teraz zaczyna się prawdziwy festiwal efektów specjalnych, bo wszystko to, co gra z siebie przez cały film wypluwała, teraz jest wsysane z powrotem. Nie wiem jak na Was, ale na Myszy ta scena po dziś dzień robi ogromne wrażenie. Tym bardziej, że na koniec dostajemy obrzydliwe ujęcie wsysanej w grę głowy Van Pelta.
 
Po magicznym tornadzie godnym Czarnoksiężnika z Oz, wszystko wraca do normy – efekty gry zniknęły, a Alan i Sarah znów są dziećmi. I choć dla nich minęło ponad 26 lat, w rzeczywistości minęło tylko 5 minut. Mimo to scena między Alanem a jego ojcem – który wrócił do domu bo zapomniał swojej przemowy – wciąż jest urocza i poruszająca. Jest ona o tyle istotna dla młodych widzów, że pokazuje, iż nie ważne jak bardzo pokłócimy się ze swoimi rodzicami, tak naprawdę nigdy nie przestajemy ich kochać i chcemy, by zawsze byli w pobliżu… nawet jeśli czasami nas denerwują albo nie możemy się z nimi dogadać. Widać też, jak ważne jest czasem przełknięcie swojej dumy (czy swoich racji) i wyciągnięcie ręki na zgodę – chwila w której Alan z całej siły przytula się do ojca jest tym momentem przełamania bariery, która do tej pory ich dzieliła. Czułość i miłość Alana przełamują opory ojca przed okazywaniem cieplejszych uczuć synowi. Fakt, że obaj się nawzajem przepraszają też pomaga im zapomnieć o przykrych słowach, które sobie powiedzieli Mysz bardzo też lubi moment, w którym Sam Parrish mówi „porozmawiamy o tym jutro, jak mężczyzna z mężczyzną”, na co Alan odpowiada „a nie możemy jak ojciec z synem?”.
  
Uwaga Myszy: szalenie ważna dla rozwoju postaci Alana jest również scena, w której przyznaje się ojcu do bycia sprawcą incydentu w fabryce. Łatwo być odważnym w obliczu niebezpieczeństwa, ale przyznanie się do błędu – takiego, którego nikt nie byłby nam w stanie udowodnić bez naszego zeznania?… to wymaga prawdziwej odwagi.
– Kolejna rzecz, którą odkryłam robiąc research do tej notki: w filmie pada zdanie, które wypowiada młoda Sarah pod koniec filmu – „Już zapominam jak to jest być dorosłym”. Mysz zawsze traktowała to jako taki sobie tekst, na zasadzie „dobrze być znowu sobą”. Jednak poczytawszy co nieco o filmie, dochodzę do wniosku, że Sarah mówiła dosłownie – oboje z Alanem, po zakończeniu rozgrywki, stopniowo zapominają większość tego, co się wydarzyło. Muszą wręcz zawrzeć pakt, by nigdy nie zapomnieć o Judym i Peterze. To trochę psuje aspekt, który Mysz zawsze uważała w filmie za najstraszniejszy – to, że dorosłe mentalności Alana i Sary były, po cofnięciu efektów gry, uwięzione w ciele dzieci. To dopiero straszna wizja. Tym bardziej podoba mi się myśl, że Alan i Sarah mogli zapomnieć większość strasznych rzeczy, która im się przydarzyła, ale jednocześnie byli w stanie zatrzymać wspomnienia o Judym i Peterze.
– A na sam koniec dwa słowa o epilogu (który Mysz bardzo lubi, ale jest ciekawa czy Wy też): oto przeskakujemy ok. 26 lat do przodu – Alan i Sarah, którzy spodziewają się pierwszego potomka, organizują w swym domu przyjęcie świąteczne, na które zapraszają rodziców Judy i Petera, wraz z dziećmi. Co więcej, naszym bohaterom udaje się powstrzymać rodziców dzieciaków przed wyruszeniem w podróż, która w znanej nam, alternatywnej rzeczywistości doprowadziła do ich śmierci. „Korygują” w ten sposób wszelkie krzywdy, jakie się w filmie pojawiły. I choć Mysz chyba już zawsze będzie się zastanawiała, czy Judy i Peter podświadomie czują do Alana i Sary większą sympatię niżby wypadało (i sami nie wiedzą dlaczego), myśli te dość szybko wyparowują mi z głowy. Dlaczego?… bo gdzieś, hen daleko, po plaży spacerują dwie dziewczynki, mówiące po francusku. A ich rozmowę przerywa nagły dźwięk bębnów. Dun dun DUN.
 
—————————————————————————————————-
 
… jeśli ktokolwiek dotarł aż tutaj, jestem mu winna nieustający podziw, wdzięczność… i lekkie przerażenie. Swoje zaburzenie psychiczne, które każe mi pisać analizę filmu na 18 stron (a byłoby więcej!) jeszcze jestem w stanie zrozumieć. Ale zaburzenie, które Ciebie, Drogi Czytelniku, namówiło/zmusiło do przeczytania mej pracy jest dla mnie kompletnie niepojęte. Tym niemniej: brawo! Pogratulować chorobyodwagi. A teraz idę zakopać się ze wstydu na plaży. Może mnie, w przeciwieństwie do Jumanji, nikt nie znajdzie.

Raz jeszcze przepraszam za swą gadatliwość. W weekend idę dwa razy do kina, więc może mi przejdzie ^__^

Tłumaczenie #1 – na zlecenie Canal +, tekst: Grażyna Bialik, czytał: Zdzisław Szczotkowski
Tłumaczenie #2 – film nie ma nagranej tyłówki, ale ze słuchu zgaduje, że czytał: Maciej Gudowski