Porozmawiajmy o seksie – “Don Jon” czyli współczesny Don Juan.

Mysz jest pod wrażeniem debiutu Josepha Gordon-Levitta w roli scenarzysty i reżysera.

Seks to temat kontrowersyjny. Kontrowersja ta wynika jednak, zdaniem Myszy, nie tylko z aspektu tabu, który ludzkiej seksualności towarzyszy, ale także z ogromnego subiektywizmu zakorzenionego w samej tematyce. Seks nas łączy – także dosłownie – ale, może co ważniejsze, również dzieli. Choć jest to zjawisko niemal uniwersalne dla wszystkich gatunków zwierząt na świecie, w tym ludzi, tylko dla nas seks jest tematem tak istotnym, tak szeroko omawianym, badanym i uwiecznianym. Nie tylko ze względu na kwestię przetrwania gatunku, która poniekąd jest wciąż od seksu zależna. Istotność seksu wynika przede wszystkim z tego, jak wiele naszego życia, w taki czy inny sposób, się wokół niego kręci. Kwestie uczuć, pociągu fizycznego, erotyki, płci, orientacji… wszystko to, w mniejszym lub większym stopniu, jest związane z tematyką seksualności. A jako tak powszechny aspekt ludzkiego życia, seks jest także tematem szalenie subiektywnym.

Mysz przekonała się o tym ostatnio, gdy na jej Facebooku rozgorzała dyskusja na temat ostatnich odcinków serialu HBO Masters of Sex. Ten wspaniały serial, oprócz tego że jest świetnym dramatem, jest także ciekawym spojrzeniem na ludzką seksualność. Ciekawym przede wszystkim dlatego, że każdy widz interpretuje historię opowiedzianą w serialu na własną rękę. W pewnym sensie porównuje ją do tego co sam wie o ludzkiej seksualności, wzajemnym przyciąganiu, atrakcyjności, skomplikowanych kwestiach uczuciowych i zawiłych relacjach międzyludzkich. Może właśnie w tym leży fenomen Masters of Sex – poza oczywistym geniuszem scenariusza i poziomu aktorstwa, jest to serial, który opowiada o czymś tak uniwersalnym, że trudno jest się do niego nie odnieść.
 
Ten długi wstęp jest po to, by uświadomić Wam, Drodzy Czytelnicy, jak podatnym na interpretację tematem jest seks. Niezmiernie wiele zależy od tego, jaki stosunek do szeroko pojętej erotyki ma dany widz. Mysz twierdzi, że dlatego lubi serię American Pie – owszem, nie jest to szczyt komedii ani żadne wybitne kino, ale filmy te nie boją się pokazywać, że seks jest… cóż, ŚMIESZNY. Wręcz przekomiczny. Czasami bywa kłopotliwy, niezręczny, a momentami nawet obrzydliwy. Akt sam w sobie może być niezmiernie przyjemny, czasem wręcz magiczny czy cudowny, ale gdy podniecenie i namiętność opadną pozostają tylko… jakby to ująć, stygnące płyny ustrojowe. Przepraszam za to obrazowe i dość niesmaczne określenie, ale chciałabym żebyście to sobie przyswoili – seks jest RÓŻNY; a co ważniejsze, dla każdego jest inny. Ma inne znaczenie, niesie ze sobą inne emocje, przemyślenia, konsekwencje, wspomnienia. Seks jest zarówno piękny, jak i obrzydliwy; wzniosły, jak i pełen zapamiętania; czuły, jak i mechaniczny. A czasem bywa tak, że jest tylko środkiem do celu.
Tak jest w wypadku bohatera filmu Don Jon, którego Twórcą jest Joseph Gordon-Levitt. Słowo „Twórcą” nie na darmo zapisałam wielką literą, bo JGL* jest nie tylko reżyserem i scenarzystą filmu, ale także odtwórcą głównej roli. Mniej zagorzali fani kina mogą kojarzyć aktora z takich filmów jak Inception, 500 Days of Summer, The Dark Knight czy ostatnio Looper, zaś podobni Myszy fanatycy kinematografii mogą pamiętać jego mniej znane kreacje w Mysterious Skin, Hesher czy 50/50. JGL jest znany także jako Tommy Solomon – młodziutki kosmita udający człowieka, z popularnego w latach 90-tych serialu 3rd Rock from the Sun (Trzecie planeta od słońca). Dla Myszy zaś Joe pozostanie na zawsze Cameronem z 10 Things I Hate About You i Rogerem z Angels in the Outfield.
  
Dość powiedzieć, że JGL zaczynał karierę w młodym wieku i z machiną Hollywood jest nieźle obyty. Możliwe, że działa tu mechanizm „czym skorupka za młodu”, ale JGL od kilku lat próbuje swych sił także po drugiej stronie kamery. Bywalcy Internetu mogą kojarzyć jego inicjatywę hitRECord – firmę producencką, która opiera się na współpracy wielu twórców (także amatorów), którzy wspólnie remiksują klipy filmowe i muzyczne, literaturę, zdjęcia, sztukę performance, grafiki, scenopisarstwo, itd.  by stworzyć nowe dzieła kultury. W projektach hitRECord widać ogromny entuzjazm i pasję, które JGL wkłada w praktycznie każdy aspekt swojego życia. Widać w tym także coś jeszcze – inteligencję. Ale do tego wrócimy za moment.
  
Jak pisałam wcześniej, bohater filmu – tytułowy Don Jon – traktuje seks jako środek do celu. Nie jest to samo w sobie niemoralne, bo wiele osób, tak jak Jon, szuka w seksie zapomnienia/zapamiętania. Wchodzimy jednak w szarą strefę, gdy zdamy sobie sprawę, że dla Jona chodzi o bardzo specyficzny rodzaj seksu. Mianowicie: masturbację przy pornografii.
 
 
Don Jon to u swych podstaw antyteza komedii romantycznej. Owszem, mamy historię chłopaka, który spotyka „tę jedyną dziewczynę” i dzięki niej zaczyna powoli zmieniać swoje życie, ale jest to historia wyjątkowo sztuczna i przestylizowana. Jon, stereotypowy mięśniak z New Jersey (jeśli ktoś widział chociażby urywek Jersey Shore MTV to rozumie, co mam na myśli) może i zakochuje się w ponętnej Barbarze (Scarlett Johansson), ale z biegiem filmu widz szybko orientuje się, że zmiany, który przechodzi główny bohater są wyłącznie powierzchowne. To fasada, prosta sztuczka, warstwa kolorowego lakieru, który ukrywa to, co naprawdę się dzieje. A dzieje się źle.
 
Swego czasu głośno było o filmie Shame z Michaelem Fassbenderem, który dość bezwzględnie ukazywał jak straszny wpływ na czyjeś życie może mieć uzależnienie od seksu. W Don Jon temat ten ujęty jest jeszcze bardziej dosadnie i bezpośrednio. Bowiem w filmie Twórcy, widzowie przeżywają uzależnienie od pornografii wraz z bohaterem. Przez dwie-trzecie filmu dostajemy istne the-best-ofklipów pornograficznych, wmontowanych w film tak, że razem tworzą swoistą popkulturalno-erotyczną papkę, godną najbardziej roznegliżowanych teledysków MTV. Jednak, choć jest to bodziec niezmiernie silny – zwłaszcza, że film nie cacka się z widzem i strzela z dość grubej rury już na samym początku – jest to także działanie absolutnie i kompletnie przemyślane.
 
Drodzy Czytelnicy, chciałabym żebyście zrozumieli coś ważnego na temat Don Jona: choć jest w nim pełno pornografii i dość ostrych scen erotycznych, nie jest to w żadnym stopniu epatowanie wulgarnością czy „pukanie dla samego pukania”. Pornografia i erotyka ukazane w Don  Jon NIE SĄ bezpodstawne. Wręcz przeciwnie: są środkiem do celu.
 
Tym zaś celem jest ukazanie nam, jak ogromny wpływ na związki międzyludzkie ma to, co oglądamy. I nie chodzi tu wyłącznie o pornografię, którą pochłania Jon – film wyraźnie podkreśla także, jak zgubne i niesłuszne wnioski wysnuwa Barbara, ogłupiona przez namiętnie oglądane komedie romantyczne. Don Jon jest pod tym względem filmem niezmiernie dobrze przemyślanym. Owszem, osiąga swój cel bardzo mocnymi, czasem wręcz nachalnymi środkami, ale robi to skutecznie. Poza tym, w owym szaleństwie jest metoda. Jak inaczej ukazać, że nasze życie pełne jest sztuczności, fałszu, sześciu stóp lakieru, makijażu, żelu do włosów i bezsensownego kadzenia?… Okej, może porównanie życiowego fałszu do sztuczności pornografii jest dość drastyczne, ale spełnia swoją funkcję.
  
Muszę jednak podkreślić, że Don Jon nie jest filmem dla każdego. Jak mówiłam – seks zależy od interpretacji i tak jak mnie i Lubego pewne sceny w filmie mogły śmieszyć czy zmuszać do myślenia, innych mogą zniesmaczyć. Na pewno nie jest to film na pierwszą, ani nawet na trzecią randkę. O „niszowości” tego dzieła niech świadczy chociażby to, że na cztery (bodajże) trailery filmów, jakie puszczono w trakcie reklam, trzy z nich były filmami francuskimi. Należy jednak oddać sprawiedliwość dystrybutorowi: BestFilm wykazał się ogromną odwagą sprowadzając film do Polski. Co prawda Don Jon zbiera od miesięcy pochlebne recenzje – zaczynał od objazdu po festiwalach filmowych (w tym Sundance) – ale pornografia, tym bardziej ujęta tak bezkompromisowo i dowcipnie, to wciąż raczej ryzykowny temat na film. Na tyle ryzykowny, że choć film wszedł do szerszej dystrybucji, powstał wyłącznie dzięki niezależnemu finansowaniu. To umożliwiło Twórcy kreatywną swobodę i możliwość podejmowania wszelkich istotnych dla ostatecznego efektu decyzji.
 
I tu znów wracamy do postaci JGLa. Mogłoby się wydawać, że Don Jon powstał tylko po to, by Twórca mógł pomigdalić się z paroma ładnymi paniami, wrzucić pomiędzy to sceny płytkich, misoginistycznych dialogów między trójką napakowanych, opalonych dupków z Jersey, w montażu dorzucić całe wiadro pornograficznych klipów, dodać do tego trochę muzyki typu “umcy-umcy” i zbierać laury. Jeśli takie wnioski wyniesiecie po obejrzeniu Don Jona… cóż, nie mamy o czym rozmawiać. Wasze prawo tak zinterpretować ten film. Dla Myszy – i, śmiem twierdzić, Lubego – było w tym dziele o wiele więcej.
 
Nie chcę zdradzać fabuły filmu, zwłaszcza że trailer ukazuje zaledwie jej ułamek, ale jest ona niezmiernie inteligentnie skonstruowana. Także dialogi, choć na pierwszy rzut oka proste i płytkie, nie niosące z sobą żadnych wartości, są świetnie napisane. Głównie dlatego, że wprost idealnie oddają charakter bohaterów, którzy je wypowiadają. Mysz w każdym aspekcie filmu widzi rękę JGLa – to jak dobrze film jest przemyślany zadziwia mnie, im dłużej nad tym myślę. Chociażby sama konstrukcja filmu: zamiast powoli rozwijać akcję, doprowadzając nas do wielkiego, miłosnego finału (jak to w komediach romantycznych), JGL zaczyna film od mocnego tąpnięcia, pełnego seksu, pornografii i kiczu, by potem, subtelnie meandrując, doprowadzić widzów do niesztampowego zakończenia. Don Jon to zresztą film dla wytrwałych. Ilość pornografii zdaje się w filmie z każdą minutą zwiększać, bohaterowie nijak nie należą do sympatycznych, a początkowa monotonia życia głównego bohatera sprawia, że trudno jest nie wzdychać z politowaniem. Jednak ta monotonia – klub, seks, siłownia, sprzątanie mieszkania, klub, seks, niedziela w kościele, obiad u rodziców, klub, seks, itd. – stoi w tym mocniejszym kontraście do klipów pornograficznych. Ale wyłącznie od strony wizualnej, bo u swych podstaw monotonia życia Jona jest tak samo pełna fałszu i sztuczności, jak pornografia, którą tak namiętnie ogląda. Fałsz wypada silnie także w kontekście wiary – dla Jona wyznanie grzechów na spowiedzi i późniejsze odmawianie Zdrowasiek to tylko kolejne puste formułki; kolejne punkty do odhaczenia na liście “rzeczy do zrobienia”. To właśnie z kwestią sztuczności Kościoła związana jest jedna z fajniejszych scen w filmie.

 
 
O tym przede wszystkim, choć nie wyłącznie, opowiada film: o rozłamie między rzeczywistością a fikcją, którą jesteśmy zewsząd bombardowani. Jon nie tylko ogląda pornografię, ale wręcz uważa, że jest ona lepsza niż seks z prawdziwą kobietą. Dlaczego?… bo kobiety w pornosach robią rzeczy, których prawdziwe dziewczyny nie chcą robić. Panie na ekranie zrobią wszystko i nic nie chcą w zamian. Relacja z nimi jest kompletnie jednostronna. Taki typ interakcji jest dość powszechnie uznawany za zmorę naszych czasów. W dobie Internetu, Facebooka, Twittera – i łatwo dostępnej pornografii – nawiązywanie relacji z innymi ludźmi wymagania jedynie kliknięcia myszką. Robimy to szybko, prosto i, według niektórych teorii, niezmiernie płytko. Mysz co prawda nie do końca się z tym zgadza, ale pod tym względem Don Jon dobrze wpasowuje się w realia naszej epoki. Nie trudno zobaczyć analogie między (domniemaną) sztucznością przyjaźni nawiązywanych w Internecie – versus przyjaźnie w prawdziwym życiu – a sztucznością pornografii, w kontraście do prawdziwego seksu. Tu zresztą pojawia się aspekt filmu, który wydał mi się niezmiernie ważny: nasz bohater nie zdaje sobie sprawy z tego, że filmy które ogląda nie są prawdziwe; że to tylko aktorzy, którzy wykonują swoją pracę. Jon niezmiernie długo trwa w przekonaniu, że ‘seks w realu’ powinien wyglądać dokładnie tak, jak ten w klipach pornograficznych. Nic więc dziwnego, że gdy już dochodzi do zbliżenia z prawdziwą kobietą, Jon czuje się zawiedziony.
 
Nie jest to jednak wyłącznie problem Jona. Naukowcy i badacze trąbią od lat, że powszechność pornografii czyni ludziom więcej szkody niż pożytku. Choć ‘wszyscy oglądają pornografię’ (np. w Stanach jedna kobieta na trzy ogląda pornografię regularnie, a 70% mężczyzn w wieku 18-24 odwiedza strony pornograficzne przynajmniej raz w miesiącu) i temat ten nie jest już tak wielkim tabu jak niegdyś, dopiero teraz widzimy jak ogromny niekorzystny wpływ ma zbyt częste oglądanie pornografii. Właśnie rozdźwięk między realiami a fikcją jest tu najbardziej szkodliwy. Młodzi mężczyźni, którzy czerpią z pornografii swoją wiedzę o seksie, są nieodmiennie zdziwieni tym, że ich dziewczyny nie chcą zrobić tego co „laski w tym filmiku”. Z kolei młode dziewczyny, także oglądające pornografię (w ramach swoistego doszkalania lub ‘próby poznania wroga’) zdobywają błędne przekonanie na temat tego, co w trakcie seksu powinno im się podobać. A gdy już dochodzi do stosunku, czują się zawiedzione, a czasem nawet winne, że nie były w stanie dorównać temu, co widziały na ekranie. Stąd zresztą ogromne poparcie jakie zyskują inicjatywy w rodzaju MakeLoveNotPorn.tv, gdzie pokazywane są klipy, jak prawdziwe pary uprawiają seks. Niektórym może się to wydawać dziwne, ale skoro pornografia jest tak powszechnie dostępna, to czemu nie pokazywać także jak to wygląda naprawdę?
 
Don Jon ujmuje jednak ten dysonans między fikcją i realiami także od drugiej strony. Choć ‘uzależnienie’ Barbary od komedii romantycznych nie wydaje się tak groźne jak pornograficzne zapędy Jona – co zresztą zostaje w filmie dobitnie podkreślone – wbrew pozorom jest równie szkodliwe. Może się to wydawać śmieszne, ale oczekiwania jakie w stosunku do mężczyzn mają kobiety, które namiętnie oglądają rom-comy, są dość przerażające. W filmie jest zresztą na ten temat wspaniała scena w supermarkecie, podczas której Barbara wyraźnie daje Jonowi do zrozumienia, czego wymaga od swego ukochanego, idealnego mężczyzny.
 
Problemy z intymnością przewijają się nie tylko w relacjach głównych bohaterów. Także w rodzinie Jona nie dzieje się dobrze (w roli ojca fenomenalny Tony Danza, z którym JGL lata temu grał w Angels in the Outfield). Ojciec to wrzaskliwy choleryk, stereotypowy Włoch z New Jersey, matka to równie stereotypowa Włoska matrona, co to nic tylko gotuje i martwi się o syna, albo chwila pyta, kiedy zostanie babcią. Tylko siostra Jona (w tej niewielkiej roli Brie Larson) wyłamuje się z tej gorącokrwistej, temperamentnej rodziny, ale jest za to kompletnie wycofana, zatopiona w swoim własnym, wirtualnym świecie. O dziwo jednak to właśnie jej postać ma jedną z najbardziej wzruszających scen w całym filmie. Czyżby JGL próbował tym samym zasugerować, że spędzanie tyle czasu w ‘wirtualu’ wcale nie jest tak alienujące, jak mogłoby się wydawać?
 
Gdyby ktoś nie był pewien, czy warto się na Don Jona wybrać, Mysz spieszy oznajmić, że dla samych popisów aktorskich na pewno należy wziąć film pod uwagę. JGL w głównej roli jest fenomenalny – brawa nie tylko za zrobienie z takiego dupka jak Jon bohatera, którego można polubić, ale także za jednoczesne granie/reżyserowanie samego siebie. Choć już kilka razy mogliśmy widzieć go w rolach ‘twardzieli’ (chociażby niewielka rólka w The Shadowboxer), dobrze wiedzieć, że talent aktorski JGL nie ogranicza się jedyna do dwóch punktów skali – twardziela albo ciepłej kluchy. Rola Jona wymagała dobrego wyważenia – jak zresztą cały film – i niezmiernie się Twórcy chwali, że manewr ten się udał.
 
Partnerująca JGLowi Scarlett Johansson równie wypadła świetnie. Rola została napisana specjalnie dla niej i widać, że JGL bezbłędnie wyczuł mocne strony Scarlett. Jej Barbara jest mokrym marzeniem każdego mężczyzny – co pięknie wpisuje się w motyw przewodni filmu, czyli uprzedmiotowienie, którego obiektem pani Johanssson bywa, niestety, niezmiernie często. Przy tym Barbara jest też pewną siebie, współczesną kobietą. Trudno może to sobie wyobrazić w wypadku ‘dziumdzi z Jersey’, ale widać to przede wszystkim w scenach między nią, a Jonem. Postać Scarlett świetnie zdaje sobie sprawę z tego jaki efekt wywiera na Jonie i wykorzystuje tę przewagę na swoją korzyść. Nie chcę mówić, że Barbara ‘tresuje’ swojego faceta, używając do tego seksu… ale w istocie tak to wygląda. Z całym szacunkiem dla mojej płci, ale jest to dokładnie ten typ kobiety, którego nie znoszę. I nie chodzi o to, że widzę coś złego w wykorzystywaniu seksu jako karty przetargowej. Niech każda kobieta robi to, co jej się żywnie podoba. Who am I to judge? Chodzi jednak o to, co wytyka jej w pewnym momencie Jon: relacje Barbary z facetami są kompletnie jednostronne. To oni mają się dla niej zmieniać, dla niej starać, ją zdobywać. Ona nic nie musi. Tylko mieć wymagania.
 
Najmilszym zaskoczeniem aktorskim filmu była Julianne Moore. Mysz ostatnio się mocno na niej zawiodła w Carrie, ale – jak się okazuje – była to wyraźnie złego scenariusza/reżysera. W rękach JGLa, Moore pokazała na co ją stać, a stać ją na naprawdę przesympatyczną, prostą, ale jednocześnie pełną niuansów, kreację aktorską.
Kontrast między nachalnością a subtelnością jest w filmie bardzo wyraźny i w ciekawy sposób zdaje się korespondować z dwoma wątkami, które leżą u podstaw Don Jona. Nachalność, kicz i sztuczność pojawiają się we wszelkich scenach związanych z pornografią, która niejako uosabia fałsz panujący w życiu bohatera. Z kolei sceny i dialogi najbardziej subtelne, wysmakowane, pojawiają się dopiero w późniejszej części filmu, gdy Jon powoli zaczyna przechodzić swą prawdziwą, rzeczywistą przemianę. Objawia się to nie tylko coraz rzadszymi klipami pornograficznymi, ale także sprytnym operowaniem dźwiękami i muzyką.
 
Naprawdę, im dłużej nad tym myślę, tym bardziej chcę rozłożyć Don Jona na mikroskopijne czynniki pierwsze, bo każdy z nich jest dogłębnie przemyślany. To jest zresztą coś, co powiedział o filmie Luby, a z czym Mysz się wyjątkowo silnie zgadza: dawno nie widzieliśmy filmu, który byłby tak pewny siebie. W jakim sensie?… W takim, że wie co robi. Wie czym jest. Wie, co chce osiągnąć i jakimi chce to zrobić środkami. Nic w nim nie jest niepotrzebne (kwestia dyskusyjna, ale na pierwszy rzut oka nic bym z niego nie wyrzuciła, nawet tego natłoku pornografii). Jest do bólu szczery, bezkompromisowy i odważny. Mysz jest w naprawdę ciężkim szoku, że jest to debiut kinowy JGLa. Jest to kolejny dowód na to, że Don Jon to skrzętnie przemyślany i dopieszczony w każdym szczególe film. Od scenariusza, poprzez reżyserię, obsadę, montaż i muzykę, Don Jon to film KOMPLETNY. A co więcej, myślę że także szalenie ważny. Fakt, że JGL podobno wpadł na pomysł scenariusza pod wpływem marihuany (otrzymanej od Setha Rogena, z którym współpracował na planie 50/50) nijak, moim zdaniem, nie umniejsza walorów filmu. Dodaje mu tylko pewnego zakręcenia.
Jak widać Twórca ma duże poczucie humoru.
Polecam jego wywiad w The Colbert Report.
 
Bądźmy jednak poważni – niewiele jest obecnie filmów, które z podniesionym czołem, bez zażenowania i wstydu, omawiają tematykę ludzkiej seksualności, zwłaszcza w ujęciu pornograficznym. Co prawda czeka nas jeszcze premiera filmu Lovelace, który również był pokazywany na Sundance, ale Mysz twierdzi, że raczej się tego dzieła w Polsce nie doczekamy, a jeśli już to nieprędko. Niemniej film polecam, bo Amanda Seyfried dała tam popis godny nominacji do Oscara, a sam film jest świetnie zrealizowany, ma bardzo dobry scenariusz i niesamowicie fajną obsadę. Wracając jednak do tematu: od lat nie było filmu, który podążałby tropem Boogie Nights – śmiało i pewnie omawiając ludzką seksualność.
Pozostaje mieć nadzieję, że filmów takich jak Don Jon i Lovelace, a także seriali w rodzaju Masters of Sex, będzie więcej. Mysz z pewnością by się nie obraziła. Wszak jak to śpiewali Salt’N’Pepa: 

Let’s talk about sex for now to the people at home or in the crowd
It keeps coming up anyhow
Don’t decoy, avoid, or make void the topic
Cuz that ain’t gonna stop it
Now we talk about sex on the radio and video shows
Many will know anything goes
Let’s tell it how it is, and how it could be
How it was, and of course, how it should be
Those who think it’s dirty have a choice
Pick up the needle, press pause, or turn the radio off
Will that stop us, Pep? I doubt it
All right then, come on, Spin

Let’s talk about sex, baby
Let’s talk about you and me
Let’s talk about all the good things
And the bad things that may be
Let’s talk about sex.”

Posłuchajcie Tony’ego Danzy!

*Mysz będzie używać skrótu „JGL”, bo godność aktora jest długa w zapisie