Uczcijmy wpis #150 nową serią, czyli “10 pytań do…”

W ramach świętowania notki #150 Mysz przedstawia wywiad-niespodziankę.

 
Tak jak stoi w tytule: niniejszy wpis MyszaMovie nosi numer #150. Oczywiście gdyby spojrzeć wstecz – czego Mysz stara się nie robić, bo by się momentami ze wstydu spaliła – niektóre wpisy były na tyle niepoważne lub krótkie, że trudno byłoby je uznać za w stu procentach “pełnoprawne”. Ale statystyka nie kłamie – oto wpis numer sto pięćdziesiąt *fanfary*

Takie okrągłe liczby należy celebrować, prawda?… Nie wiem, czy pamiętacie drogie Robaczki, ale gdy fanpage MyszaMovie zbliżał się do setnego polubienia (fana?), Mysz zapowiedziała, że w ramach prezentu setna osoba, która kliknie “lubię to”, otrzyma niespodziankę. Podniosły się wówczas głosy oburzenia, że stali czytelnicy, którzy dodali fanpage jako pierwsi, też coś powinni z tego mieć. Mysz przyznała im rację. I zaczęła się zastanawiać, jak tu połączyć jedno z drugim.

Los okazał się łaskawy i sam zesłał jej rozwiązanie: setną osobą, która polubiła fanpage był znany w fandomie   (i nie tylko) pisarz, Krzysztof Piskorski. Mysz miała przyjemność poznać go w tym roku na Polconie, gdzie arcy-ciekawie opowiadał o szalonych naukowcach i makabrycznych wojennych machinach. Po jego prelekcjach widać było, że Krzysiek to człowiek z niesamowicie bystrym umysłem, świetnym poczuciem humoru i zamiłowaniem do intrygujących anegdotek. Co więcej, również na Polconie, do “pakietu konwentowicza” dodawano fragment najnowszej książki Krzysztofa, “Cienioryt”. Był to chyba jeden z najlepszych trików markgetinowych, jakie widziałam, bo idealnie trafił w miejsce i czas – każdy nudzący się lub czekający na kolejną prelekcję konwentowicz mógł w wolnej chwili sięgnąć po fragment “Cieniorytu” i zapoznać się z twórczością Krzyśka. Mysz tak zrobiła… i następnego dnia natychmiast poleciała na stoiska księgarskie kupić książkę imć Piskorskiego. Niestety premiera “Cieniorytu” – który mnie niezmiernie zachwycił, co jest niesamowitym komplementem, bo Mysz bardzo nie lubi czegokolwiek co choć zalatuje historical fiction – miała nastąpić dopiero za parę miesięcy, ale udało mi się kupić inną książkę autora. Po czym, jak na prawdziwego fana przystało, zaczepiłam Krzyśka na korytarzu… przed męską toaletą.
Źródło
 
Krzysztof, trzeba mu to przyznać, zachował się niezmiernie miło i grzecznie (bynajmniej nie uciekł z krzykiem),    z uśmiechem podpisał świeżo zakupioną książkę, a na moje zachwyty nad fragmentem “Cieniorytu” taktownie spalił raczka (wierutne kłamstwo i konfabulacja dla uzyskania efektu storytellingowego!). Dość powiedzieć, że wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie, a datę premiery “Cieniorytu” oboje z Lubym – któremu fragment też się spodobał – zapisaliśmy sobie w kalendarzu.

Ten długi wstęp służy temu byście zrozumieli, skąd w Myszy głowie pojawił się pomysł na podwójną niespodzianką: dla Krzysztofa, jak i dla Czytelników MyszaMovie. Postanowiłam przeprowadzić z Krzyśkiem mini-wywiad, w formie 10 dość ogólnych, choć skręcających w stronę szeroko pojętego geekostwa, pytań. Dzięki temu będę mogła przybliżyć Wam osobę fajnego autora – nie ględząc do znudzenia o tym, jak fantastyczna jest jego książka (a jest!) – i w ten sposób unaocznię, jak fajnym jest człowiekiem i pisarzem. Może dzięki temu chętniej sięgnięcie po jego dzieła. Ewentualnie, przy nadarzającej się, konwentowej okazji, pójdziecie na jedną z prelekcji Krzyśka lub po prostu uściśniecie mu prawicę na korytarzu. I pozdrowicie od Myszy.

Mam nadzieję uczynić z “10 pytań do…” mniej lub bardziej regularną serię, w której będą pojawiać się różni goście: od pisarzy polskiej sceny fantastycznej, po “sławnych i znanych” Internetu. Nie wykluczam też innych, mniej oczywistych gości, których (w swej łaskawości, mwahaha!) uznam za wartych Waszej, Drodzy Czytelnicy, cennej uwagi.


Zapraszam do przeczytania “10 pytań do Krzysztofa Piskorskiego”. Enjoy!
Źródło
Wywiad zamieszczony w niezmienionej formie. Niniejszy wpis nie jest sponsorowany, a wynika jedynie z dobroci serca Myszy i jej sympatii do osoby pana Piskorskiego. Liczę, że Wy też go polubicie.


1. Wiem, że obecnie na każdym kroku jesteś pytany o „Cienioryt”, swoją najnowszą książkę. Nawet najwytrwalszy i najbardziej zadowolony ze swej pracy autor mógłby mieć już dosyć. Porozmawiajmy więc o tym jak się relaksujesz, gdy nie jesteś zajęty szeroko pojętym pisarstwem?
                Czytaniem. Przepraszam, że już na starcie daję Ci nudną i oczywistą odpowiedź. Co prawda czytanie mieści się pewnie w „szeroko pojętym pisarstwie”, ale daje mi też sporo przyjemności. Oprócz literatury połykam książki i pisma popularno-naukowe, źródła, opracowania historyczne. Naprawdę dużo tego czytania.
                 A rzeczy, które nie mają nic wspólnego z produkcją lub konsumpcją literek? Tak samo jak wszyscy czasem lubię obejrzeć dobry film lub serial. Dopiero co skończyłem maraton z dwoma sezonami Rzymu, który jakoś ominął mnie kilka lat temu – a teraz musiałem go w całości nadrobić w związku z ciekawym zleceniem, którym się zajmuję. Przynajmniej 1-2 razy w miesiącu chodzimy z Agą do kina. Jeśli nie mam czasu jakiegoś filmu obejrzeć, to przynajmniej o nim czytam. Tak zresztą trafiłem na Twoją stronę.
                No i ostatnia rzecz: gry. Mam na Steamie bibliotekę 30-40 dobrych tytułów z ostatnich lat, którą powoli „nadrabiam” w wolnym czasie. Niepokojące jest to, że wciąż przybywa ich szybciej, niż je kończę. Ale to dlatego, że staram się bardzo uważnie kontrolować czas, który spędzam przy komputerze. W pewnym momencie złapałem się na tym, że na grach i siedzeniu w sieci spędzałem 2-3 razy więcej czasu niż na właściwym pisaniu. I to był wielki sygnał ostrzegawczy.
                Teraz mam w głowie takiego wewnętrznego nazistę ze stoperem. Nienawidzę drania, ale nie da się ukryć, że to częściowo dzięki niemu mogłaś trzymać w dłoniach „Cienioryt”.
2. Czy uważasz siebie za geeka/nerda? Swego czasu określiłeś w ten sposób Arahona, bohatera „Cieniorytu”. Czy uważasz, że też jesteś „taką bardzo specyficzną osobą, która skupiła się na jednej czynności i doprowadził ją do mistrzostwa”? Czy pisanie jest dla Ciebie taką czynnością?
                W tym porównaniu zgadza się wszystko oprócz mistrzostwa. Niestety. Ale tak, podobnie do Arahona wiele razy byłem w życiu zagubiony. I rozwiązania szukałem w całkowitym poświęceniu się jednej czynności: w moim wypadku było to pisanie. 
                Ogólnie pisanie spełnia u mnie wiele witalnych funkcji, ale nie da się ukryć, że na początku często bywało po prostu ucieczką. Mogłem sobie powiedzieć, że może nie do końca radzę sobie z otoczeniem i samym sobą, że zawalam tonę ważnych spraw, ale przynajmniej potrafię napisać fajny tekst, który ludzie chętnie czytają i włożyć w to ogrom cierpliwości, pracy. Godziny spędzone przy biurku traktowałem jako rozgrzeszenie z dosłownie wszystkiego. Oczywiście teraz już tak nie myślę. Okazało się, że higiena psychiczna i uporządkowane życie są pisarzowi jednak bardzo potrzebne.
                Ale wracając do tematu: jeśli przez geeka / nerda rozumiesz lekko antysocjalną osobę o dziwnych zainteresowaniach, która ma czasem problemy z nawiązywaniem społecznych kontaktów, lubi oddawać się w samotności swojemu hobby i potrafi dyskutować godzinę o mało znanym filmie czy o detalach ulubionego świata, to wszystko się zgadza w 100%.
                Warto jednak zaznaczyć, że dzisiaj to nic wyjątkowego. Żyjemy w cywilizacji stworzonej przez nerdów dla nerdów. To pryszczate pokolenie D&D wygrało wyścig do masowej kultury – stąd seriale takie jak „Gra o tron” czy „Walking dead”, stąd coroczne fantastyczne blockbustery oraz cała kultura gier komputerowych.
                Ja jestem nerdem, ty jesteś nerdem, i prawdopobnie tak samo identyfikuje się każdy czytający te słowa.
3. Wielu recenzentów chwali „Cienioryt” za ciekawe ujęcie tematyki tego, co nas przeraża, a kryje się w mroku. Ty zaś jesteś fanem science-fiction. Czy są więc jakieś popkulturowe stworzenia lub zjawiska, które przerażają Ciebie? Wszak „Alien” Ridleya Scotta pozostaje, po dziś dzień, jedną z najbardziej upiornych kreatur w popkulturze. A może właśnie istnieje konkretny film, który swego czasu mocno Cię wystraszył lub wywarł wyjątkowo silne wrażenie?
                Nawet cała masa filmów! Tyle, że nigdy nie robiły na mnie wrażenia konkretne kreatury, nawet tak dobrze wymyślone jak obcy. Urzekał mnie natomiast ciężki klimat niejasnego zagrożenia, niedomówienia, niepewności, zawieszenia racjonalnych praw. Czyli rzeczy takie jak „Królestwo” oraz dużo późniejszy „Antychryst” von Triera, „Piknik pod wiszącą skałą”, „Donnie Darko”, japońska „Klątwa”, „Ukryty wymiar”.
                Jeśli się zastanowić, podobny rozkład rzeczywistości to stały motyw w moich ostatnich powieściach. Czy chodzi o moc eteru, czy o kabałę, czy o ponurą cieńprzestrzeń, która rozpościera się tuż pod nami – to w pewnym sensie podobne motywy.
4. W wywiadach bardzo dużo mówisz na temat ilości researchu, który robisz przed zabraniem się za nową książkę. Jako ktoś, kto równie namiętnie – by nie powiedzieć „chorobliwie” – podchodzi do kwestii researchu, muszę zapytać: czy są momenty, w których chciałbyś móc przestać?… Gdy patrzysz na listę książek „do przeczytania”, gdy zdajesz sobie sprawę, że właśnie masz zamiar kupić rzadki traktat historyczny w zagranicznym antykwariacie, gdy odkrywasz nowe pojęcie, które teraz-zaraz musisz zbadać z każdej możliwej strony… czy są momenty, gdy Cię to przerasta? Pytam ponieważ na własnym przykładzie wiem, że gdy już człowiek zacznie, trudno jest przestać. Jak Ty na to patrzysz? Czy mimo spędzonych nad researchem godzin, jest w tym zdobywaniu wiedzy element przyjemności?
                Etap zbierania danych i czytania materiałów do następnego tekstu to dla mnie wyjątkowo przyjemna część pracy pisarza. Dlatego staram się go nie ograniczać sztywnymi limitami. Oczywiście rozumiem o czym mówisz i czasem orientuję się, że warto byłoby powiedzieć sobie „stop”. Na przykład niedawno miałem zamówiony nieduży tekst o worldbuildingu. I w trakcie zbierania rzeczy, które mogłyby mi się do niego przydać, trafiłem na „Kulturę materialną i gospodarkę” Fernarda Breudela, która w fascynujący sposób pokazuje jak tworzą się i rozwijają cywilizacje. Tyle, że to trzy grube tomy. Trudno dostępne i bardzo drogie. Na dodatek obejmują tylko drobny wycinek tematu.
                 Czy warto zatem iść tak daleko? Dla mnie z reguły odpowiedź brzmi „tak”. Ale to dlatego, że każde źródło widzę także jako inwestycję w rozwój osobisty. Pisarz musi wiedzieć dużo. Wiedza ze źródeł, które czytałem dekadę temu, pisząc debiutancką „Opowieść piasków”, wciąż mi się jeszcze przydaje. To wszystko procentuje całe życie.
                Takie podejście ma oczywiście swoją cenę. Piszę mało. „Cienioryt” zajął mi dwa lata, a jeśli chodzi o opowiadania, to rzadko kończę więcej niż 1-2 rocznie. Zbaczam teraz trochę z tematu, ale wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach nie potrzeba nam więcej średnich tekstów. Czytelnicy i tak dostają dużo więcej powieści i opowiadań, niż są w stanie kiedykolwiek przeczytać. Dlatego wolę wypuszczać tekstów mniej, ale bardziej esencjonalnych, doszlifowanych – zarówno jeśli chodzi o język i fabułę, jak i o źródła.  Nie zaśmiecać przestrzeni kulturalnej, bo i tak jest w niej gęsto. 
                Widzisz? Tak oto udało mi się przed samym sobą zracjonalizować maniakalny research. Człowiek zrobi wszystko, by obronić czynność, która sprawia mu przyjemność :)
5. Można spokojnie założyć, że bardzo dużo czytasz. Czy są gatunku lub konkretni pisarze, po których zawsze sięgasz w ramach rozrywki? Czy biorąc pod uwagę ile życia poświęcasz na czytanie, masz wciąż czas i ochotę wracać do pozycji, które już znasz?
                Jak już powiedziałem, czytanie to w zasadzie dla mnie druga praca. Bo z jednej strony staram się trzymać rękę na pulsie polskiej i zagranicznej fantastyki, z drugiej próbuję być w miarę na bieżąco z nową literaturą niefantastyczną. Równolegle cały czas nadrabiam klasykę.
                Autorzy, których szczególnie lubię czytać? Nie jestem jakimś literackim hipsterem, bo radości dostarcza mi zarówno lektura Hrabala, Murakamiego, Szostaka czy Dukaja, jak i Pratchetta, Martina lub Eriksona. Nie ma chyba sensu wymieniać pisarzy, których za coś lubię i szanuję, bo wyszłaby lista nazwisk na pół strony.
                A co z powrotami do książek? Czasem to robię. Ale raczej nie wracam do autorów, którzy kiedyś mi się podobali. Szkoda mi trochę czasu i nie chcę sobie psuć dobrych wspomnień. Robię coś wręcz przeciwnego – sięgam do tekstów, które mnie zupełnie odrzuciły, kiedy miałem 15-25 lat. W ten sposób na nowo odkryłem 19-wieczną powieść realistyczną, wielu pisarzy rosyjskich, egzystencjalizm… Generalnie wydaje mi się, że aparat potrzebny do odbioru wielu książek wyrabia się dopiero w późniejszym okresie życia.
                Wiesz, jak prawie każdy fantasta lubię wysokokaloryczne, dobrze napisane sagi fantasy. Ale zorientowałem się już, że fantasy jest jak wpieprzanie słodkich batoników i nutelli. Na początku uważasz, że to najpyszniejsza rzecz pod słońcem i nikt cię nie przekona inaczej. Ale po bardzo wielu latach, bardzo wielu przeżutych batonikach, coraz trudniej ci na nie patrzeć. I wtedy przychodzi pora na smakującego torfem i paloną podeszwą single malta z wyspy Skye. Wtedy, z kolei, ktoś powie ci, że ten single malt jest obiektywnie niesmaczny; że tylko mówisz, że go lubisz, by się lansować. A ty będziesz już na tyle mądra, że nawet nie będzie ci się chciało temu komuś odpowiedzieć „spadaj”.
                „Wszystko ma swój czas”.
6. Mówiliśmy już o książkach. Doczytałam w jednym z wywiadów, że swego czasu grałeś w zespole muzycznym.  Rozumiem, że zamiłowanie do muzyki objawia się także w innych postaciach, na przykład słuchania. Masz ulubionych muzyków, których wprost nie możesz przestać słuchać?
                We wczesnej młodości obracałem się raczej w ciężkich i brudnych klimatach. Pierwszy koncert, na który zabrałem moją żonę, jeszcze w podstawówce, to był koncert Dezertera. Chyba długo nie mogła mi tego wybaczyć…     
                Potem zacząłem poważnie grać na bębnach. Więc słuchałem takich rzeczy, których często słuchają aspirujący instrumentaliści rockowi. Czyli Satriani, Vai, Petrucci, Dream Theatre, mało znane albumy jakichś super-grup. Moim guru był Mike Portnoy. Do dzisiaj mam wszystkie jego szkółki perkusyjne.
                I chociaż w zasadzie porzuciłem granie, sporo z tych rzeczy słucham do dzisiaj. Najczęściej chyba wracam do Liquid Tension Experiment – jednorazowego projektu kilku znanych muzyków. Ale to muzyka mało strawna dla przeciętnego słuchacza. Nie ma tam wokalu. Jest szybka, techniczna i eklektyczna. Posłuchaj na YouTube „Acid Rain” tej grupy, a zrozumiesz o czym mówię.
                Obecnie obijam się pomiędzy muzyką ciężką, ciężką i klimatyczną oraz ciężką i techniczną. Czyli raz leci sobie Disturbed lub System of a Down, raz Anathema, a raz LTE lub Satriani. Do tego dużo klasyki rocka, czasem jakieś folkowe klimaty. 
                Natomiast całkowicie poza obszarem moich zainteresowań są smooth-jazzowo, artystyczno-chilloutowi twórcy. Od muzyki relaksacyjnej bardzo się denerwuję.
                Z kolei polski hip-hop i teksty w stylu „szacunek ludzi ulicy” są dla mnie nieustającym źródłem beki, choć rozumiem, że młodych ludzi z brzydkich miast to pociąga, tak jak mnie w ich wieku pociągał radykalny punk. 
               
7. W ramach inspiracji korzystasz nie tylko z elementów popkultury, ale także z traktatów historycznych, książek popularnonaukowych, itd. Wiem jednak o jednym przypadku, gdy przemyciłeś do swojego dzieła motywy z gry komputerowej (mowa o „Assasin’s Creed”). Jak to więc jest z tą popkulturą? Jak wielki procent tego co tworzysz jest zainspirowany bardziej mainstreamowymi dziełami?
                Duży. Oczywiście, jak już mówiłem, jestem przede wszystkim entuzjastą literatury. Wolę (co pewnie mało zaskakujące jak na pisarza) dobrą książkę od dobrego filmu, dobrego serialu czy dobrej gry. Ale nikt nie żyje w kulturowym limbo. Filmy oglądam, w gry gram (pewnie nawet za dużo), więc czasem coś mnie zainspiruje. Zresztą mam taką teorię, że autorzy urodzeni i wychowani wśród mocnych wizualnych mediów są trochę spaczeni. Myślą często kategoriami obrazów, kinowego rozmachu, ciekawych estetycznie światów i scen. Myślę, że zarówno w „Cieniorycie”, jak i w „Krawędzi” czy „Zadrze” znajdzie się dużo takich bardzo intensywnych, wizualnych momentów…
                Ważne jest też to, że popkultura w zasadzie jedynie odkrywa na nowo rzeczy, które przewijają się w naszej kulturze od wieków. To nie gry komputerowe wymyśliły Eizo, Altaira czy Corvo Attano. Oni są po prostu kolejną wersją archetypu cichego antybohatera, który można prześledzić setki lat wstecz; są nową twarzą tej samej postaci o tysiącu twarzy.
8. W ramach przygotowań do pisania „Cieniorytu” pogłębiałeś swoją wiedzę o szermierce. Czy są w takim razie filmy ze scenami walk, które mógłbyś polecić? Może są takie, które wypadają wyjątkowo realistycznie, lub wręcz przeciwnie – są kompletnie nieprawdopodobne, ale za to fenomenalnie wyglądają w akcji?… No i wreszcie: muszkieterowie. Który był Twoim ulubieńcem? ;)
                W większości filmów z ostatnich lat sceny walk są bardzo malownicze – bardzo i mało realistyczne. Nie przeszkadza mi to jakoś szczególnie, choć na pewno widząc zjazd Legolasa na tarczy lub niektóre numery z nowych „Trzech muszkieterów” po prostu się krzywię. Kompetentne, fajne, ale nie przesadzone są np. sceny szermiercze w hiszpańskiej ekranizacji „Alatriste’a” z Mortensenem.
                A jeśli chodzi o muszkieterów, to nie da się ukryć, że w książkach i w każdej z ekranizacji byli nieco inni. Oczywiście główne cechy były przeważnie zachowane, ale twórcy oraz aktorzy inaczej rozkładali akcenty. Myślę, że ogólnie najbardziej lubię Atosa. Dlaczego? Za cichą kompetencję i zasady. W „Człowieku w żelaznej masce” grał go Malkovich, a w najnowszej ekranizacji – Matthew Macfadyen. Obie role bardzo fajne.
9.Podobno masz w sobie coś z Indiany Jonesa, bo interesujesz się archeologią. Jesteś także historykiem. Czy w takim razie przeszkadzają Ci przekłamania historyczne, które dość nagminnie pojawią się w filmach i serialach? Czy może, jak w wypadku przygód Indiany, jesteś w stanie pewne błędy wybaczyć, jeśli film jest rozrywkowy i daje dużo przyjemności?
                Historykiem jestem tylko z zamiłowania. Studiowałem archeologię, ale jej nie skończyłem. A wylądowałem na tych studiach nie z powodu Indiany Jonesa, tylko książek takich jak „Bogowie, groby i uczeni”. Co nie zmienia faktu, że doktor Jones wymiata.
                Do kina rozrywkowego mam takie podejście, że nie oburzam się strasznie za naciągnięcia i nierealistyczności. Natomiast bardzo, bardzo wysoko punktuję to, jeśli twórcom chciało się odrobić pracę domową i nie traktują widza jak idioty. Lubię autentyzm. Dlatego „Alatriste” jest dla mnie filmem o kilka klas lepszym od nowych „Trzech muszkieterów”, a „Grawitacja”, „Moon” czy „Dystrykt 9” filmami o kilka klas lepszymi niż „Pacific Rim”. Co nie przeszkadzało mi tego ostatniego obejrzeć i dobrze się bawić.
                Osobiście wysoko cenię też historyczność, która przejawia się nie tylko jako realistyczne rekwizyty i stroje, ale – przede wszystkim – jako próba oddania mentalności ludzi z innej epoki oraz kręgu kulturowego. Nie ma dla mnie nic gorszego, niż postaci w historycznych ciuchach mówiące i myślące jak współcześni nastolatkowie. 
                Nie jestem jednak idealistą i wiem, że filmy z wielkim budżetem robi się dla wielkiej widowni. Pisarze, doświadczeni odbiorcy fantastyki lub znawcy kina to bardzo wąska, specyficzna grupa. Na pewno mniej niż jeden procent publiki. Trudno oczekiwać, by twórca planowanego na blockbuster filmu inwestował dużo czasu i wysiłku, by dostosować dzieło do gustu tak malutkiej grupki…  Tym bardziej, że jeśli po drodze „zgubi” choć jeden procent mainstreamowych widzów, wyjdzie na minus.
10. A na koniec, dość przewrotnie, pytanie o początki: jaka była pierwsza książka, którą przeczytałeś w dzieciństwie, a która wywarła na Tobie ogromne wrażenie?
                No, tu mogę nareszcie odpowiedzieć krótko. „Bracia Lwie Serce” Astrid Lindgren. To była w zasadzie pierwsza rzecz, którą zdołałem przeczytać zupełnie samodzielnie, i zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Początek i zakończenie były bardzo mroczne i traumatyzujące dla sześciolatka, ale generalnie myślę, że właśnie ta książka pokazała mi, że literatura potrafi stworzyć wręcz namacalny świat i przenieść cię do niego w całości; że potrafi w człowieku wywołać potężne emocje.
                To ważne doświadczenie, które pewnie przesądziło o tym, że zajmuję się tym, czym się zajmuję.
No to jak, kochani? Mysz już dawno ma “Cienioryt” na czytniku. Was też zachęca do zakupu. Trust me: you won’t be disappointed!
 
PS. Fanpage’owi brakuje trzech osób do dwustu polubień! Pamiętajcie by polecać Mysiego bloga znajomym, bo w ramach uczczenia kolejnej okrągłej liczby, Mysz przygotuje kolejną notkę-niespodziankę! ^__^