Barbara Hesse-Bukowska (1930-2013)

Odeszła wielka polska pianistka.

http://chopin2010.pl/

Disclaimer: proszę potraktować ten wpis jako wyraz smutku, szoku i szacunku, a nie próbę „zbierania like’ów”. Nie obchodzi mnie, co kto sobie pomyśli, po przeczytaniu tej notki. Musiałam ją napisać. Serce mi kazało.

Dzisiaj będzie nietypowa notka, bo bardzo chciałabym Wam o kimś opowiedzieć…

 

Źródło: www.nifc.pl

Źródło: www.nifc.pl

Barbara Hesse-Bukowska, pianistka i pedagog, urodzona 8 lutego 1930 w Łodzi.
Naukę gry na fortepianie rozpoczęła w wieku sześciu lat. Studiowała w klasie fortepianu Margerity Trombini-Kazuro w warszawskiej Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej, gdzie w 1949 uzyskała dyplom z wyróżnieniem. W tym samym roku została laureatką II nagrody IV Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie. W 1953 otrzymała V nagrodę na Konkursie im. Marguerite Long i Jacquesa Thibaud w Paryżu oraz Prix Chopin za wykonanie utworów Fryderyka Chopina. W 1962 – jako pianistka roku – została uhonorowana medalem Fundacji Harriet Cohen w Londynie. Na rynku amerykańskim pojawiły się wysoko oceniane przez krytykę jej nagrania muzyki Chopina dokonane dla wytwórni Westminster; nagrywała także dla Deutsche Grammophon, Lumen, oraz Chant du Monde. Na początku lat 80-tych nagrała dla Polskich Nagrań wszystkie mazurki Chopina, za które w 1985 otrzymała nagrodę Komitetu do Spraw Radia i Telewizji. Występowała w salach koncertowych największych ośrodków muzycznych świata. Odbyła tournées z Orkiestrą Filharmonii Narodowej, Wielką Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia, Orkiestrą Filharmonii Pomorskiej. Często koncertowała w Japonii, gdzie jest ceniona również jako pedagog. W 1963 rozpoczęła działalność pedagogiczną w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej we Wrocławiu. Od 1972 jako docent (później jako profesor) prowadziła klasę fortepianu w Akademii Muzycznej w Warszawie. Prowadziła także kursy mistrzowskie w Warszawie, Helsinkach, Hawanie, Sydney. Była członkiem jury konkursów pianistycznych w Leeds, Warszawie (Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina), Palm Beach, Sofii, Moskwie, Tajpej, Tokio, Pekinie, Bangkoku, Paryżu, Wilnie i Barcelonie. Jest pomysłodawczynią i organizatorką, od 1995, Festiwalu „Lato z Chopinem” w Busku-Zdroju, we współpracy z Centrum Kulturalno-Oświatowym Uzdrowiska Busko-Zdrój S.A. Biorą w nim udział młodzi pianiści z całego świata. Barbara Hesse-Bukowska otrzymała Złoty Krzyż Zasługi (1955) oraz Order Sztandaru Pracy II (1959) i I klasy (1984). [źródło: culture.pl]

Źródło: PAP / Stanisław Dąbrowiecki

Źródło: PAP / Stanisław Dąbrowiecki

Wiele pisano o maestrii jej gry – wrażliwej interpretacji i bystrości, z jaką grała Chopina, zwłaszcza swe ukochane mazurki. Wielokrotnie zadziwiała recenzentów i słuchaczy, grając utwory polskiego kompozytora bez zbędnego sentymentalizmu, z wrodzoną szczerością i prostotą. „Po polsku”, tak jak powinny one brzmieć. Nie mniejszy talent wykazywała grając utwory innych kompozytorów, w tym Szymanowskiego czy Rachmaninowa.

Równie wiele pisano o jej karierze pedagogicznej, niezliczonych uczniach i uczennicach, którzy nawet po zakończeniu nauki u pani profesor, potrafili co roku dzwonić lub przyjeżdżać do Polski, by obchodzić jej urodziny czy imieniny. Jej krytyka czy rekomendacje pomogły niejednej karierze muzycznej.

W Busku-Zdroju, gdzie od lat organizowała festiwal „Lato z Chopinem”, obok sanatorium Marconi rośnie buk czerwony, posadzony przez panią profesor, ochrzczony imieniem „Kubuś”. Jest to o tyle ciekawy wybór, że tym pieszczotliwym zdrobnieniem zwracała się do pani profesor rodzina. Był to zresztą pomysł samej pianistki, która wielokrotnie nazywała siebie – cytując Kubusia Puchatka – „misiem o bardzo małym rozumku”.

Mimo upartego charakteru i upływu kolejnych lat, pani profesor zachowała otwartość i ciepło, z których była tak znana. Nie wyzbyła się także swej wrodzonej ciekawości – bardzo interesowała się tym, co się dzieje na świecie, nawet jeśli wszelkie tragedie niezmiernie ją smuciły, a wytłumaczenie zasady działania komputera czy Internetu wymagało wielu godzin zażartej dyskusji.

Mimo, że nie mogła już podróżować tak jak niegdyś – a właśnie podróże były dla niej najmilszym aspektem kariery muzycznej – potrafiła długo opowiadać o wszystkich przygodach i perypetiach, które miała w kraju i za granicą. Mówiła na przykład o tym: jak gen. Jaruzelski dostał od pani profesor kosza, bo nie mogła z nim jechać do Hiszpanii, do królowej Sophii… Jak premier Cyrankiewicz w ciągu jednego dnia załatwił po znajomości paszport i wizę dla męża pani profesor, by ten mógł towarzyszyć żonie w podróży do Teheranu… Jak grała w Iranie dla szacha perskiego w jego pałacu, a w ramach podziękowania dostała prawdziwy perski dywan, który po dziś dzień leży w salonie jej domu… Jak ambasador Holandii sprezentował jej na Wigilię puderniczkę z krokodylej skórki i podawał jej codziennie śniadanie do łóżka, które własnoręcznie przygotowywał, bo nie było gosposi… Jak na środku Morza Śródziemnego przesiadała się, z okrętu płynącego z Australii do Pireusu, do malutkiej łódeczki kierowanej przez Egipcjanina, bo musiała dostać się do Kairu, a spuszczali ją do tej łódeczki na mocno kołyszącej się linie. Jak któregoś razu w Gdańsku po zagraniu koncertu Paderewskiego pani profesor stwierdziła, że grała tak źle, że popełni samobójstwo, ale musiała się wstrzymać, bo następnego dnia grała ten sam koncert, ale tym razem poszło jej lepiej i potem się rozmyśliła… Jak całe życie chciała pojechać do Indii żeby przejechać się na słoniu, i jak wreszcie jej się to udało, ale w Tajlandii… Jak na przyjęciu w Finlandii jeden z gości, ksiądz zresztą, pomylił walizeczki i sięgnął do nie swojej, po czym wyciągnął z niej gorset pani profesor, który ta niepostrzeżenie zdjęła, bo ją zbytnio uciskał…

Źródło: Brym / PAP

Źródło: Brym / PAP

Jak podczas recitalu na Kubie było tak gorąco, że po przerwie pani profesor musiał zdjąć i wyżąć suknię z wody, ale potem nie mogła jej założyć z powrotem i musiała się na gwałt przebierać… Jak to z radości po poznaniu Artura Rubesteina w Paryżu wróciła do Warszawy i od razu zaszła w ciążę; a potem, po 15-stu latach, przy ponownym spotkaniu z Rubensteinem przedstawiła mu syna słowami: „Pamięta mnie pan z Paryża?… A to syn”, a potem musiała pałać rumieńcem, bo Rubenstein nieopacznie zrozumiał, że dziecko może być jego… Jak na jednym z ostatnich koncertów w Japonii, podczas obchodów urodzin cesarza Hirohito, grała Koncert Bacha na dwa fortepiany z synem, ale grała z pamięci, bo wówczas miała już problemy ze wzrokiem, ale mimo to zagrała perfekcyjnie, a dla niepoznaki, w trakcie grania, i tak przewracała nuty, by nikt się nie zorientował… Jak złamała nogę w wypadku samochodowym, ale bardzo chciała być w jury konkursu na stypendium w Towarzystwie im. F. Chopina, więc maż z kolegą codziennie wozili ją do TiFCu, wnosili po schodach, sadzali na dwóch krzesełkach, a potem pod wieczór znosili i odwozili do domu… Jak zorganizowano Jubileusz 75-lecia pani profesor i było wielkie przyjęcie w restauracji, ale syn strasznie się przeziębił, nosząc kwiaty do samochodu, bo miał na nogach skórzane lakierki, a była wtedy okropna śnieżyca… itd., itp.

Znana z gościnności, często udostępniała swój dom innym pianistom, czy to do ćwiczeń, czy jako chwilowe lokum. Były takie lata, gdy w domu pani profesor można było słyszeć cztery instrumenty klawiszowe na raz! Sama pani profesor ogromnie lubiła muzykę Zbigniewa Wodeckiego i nader często zdarzało jej się dzień „zacząć od Bacha”. Naturalnie, jeszcze większą miłością darzyła innego „mężczyznę swojego życia”, czyli Fryderyka Chopina. Uczucie to było na tyle silne, że pani profesor namiętnie jeździła na wszelkie festiwale związane ze słynnym kompozytorem, dzięki czemu odwiedzający Duszniki-Zdrój, Sanniki, czy Antonin (gdzie pani profesor była konsultantem muzycznym) także mogli obcować z jej niesamowitym talentem.

Choć w młodości, ze względu na prężnie rozwijającą się karierę, zostawiła syna na wychowanie rodzicom, nigdy nie żałowała swojej decyzji. Nazywała siebie dowcipnie „matką od święta” i z rozrzewnieniem wspominała momenty, gdy wracała z kolejnego wyjazdu do rodziny. A ponieważ nigdy nie lubiła jeździć po świecie sama, fakt że syn również został koncertującym pianistą, bardzo ją cieszył, bo miała towarzystwo. Oczywiście między matką a synem zdarzały się konflikty, często dotyczące gry na fortepianie, ale tak to bywa, gdy spotkają się dwie silne osobowości. Nie zmienia to faktu, że pani profesor ogromnie lubiła z synem występować na scenie i nic nie przynosiło jej takiej radości, jak granie z nim na dwa fortepiany.

http://klikdotsystems.jp/stronapolska/files/barbarahb.html

Żródło: Piotr Janowiak

O matce pani profesor, zwanej Busią, która przez 8 lat wychowywała jej syna, krążą do dziś rodzinne legendy (m.in. jak to zmuszała wnuczka do jedzenia kożuchów z mleka, bo ponoć są zdrowie). I choć Busia była głównym powodem, dla którego zarówno pani profesor, jak i jej syn, zostali pianistami, nikt nie miał jej tego za złe, a jej śmierć była ciosem dla wszystkich. Pani profesor sama przyznawała, że mimo ciężkiego dzieciństwa – uczęszczania do dwóch szkół, w tym szkoły muzycznej i ćwiczeń do późna, czasem nawet do 2-ieg w nocy – była wdzięczna za to, jak potoczyło się jej życie. Jak sama mówiła: spełniła marzenie o podróżach po świecie, palcami „wygrałam” sobie dom… czegóż chcieć więcej?

Co prawda pani profesor w dzieciństwie marzyła, by zostać tancerką lub śpiewaczką, ale wygrana w konkursie Chopinowskim ostatecznie wyznaczyła ścieżkę jej kariery. Zamiłowanie do śpiewu jednak nigdy pani profesor nie opuściło. Często podśpiewywała lub nuciła pod nosem, a jej koloraturowy sopran słychać było przede wszystkim w perlistym, dźwięcznym śmiechu, którym często wybuchała. Pani profesor słynęła jednak nie tylko z tego charakterystycznego śmiechu, ale także z bezpośredniości i dość ciętego języka. Nie bała się powiedzieć co myśli, nawet jeśli akurat nie miała racji. Robiła to jednak zawsze z takim wdziękiem, że trudno było się na nią gniewać. Przykładem niech będzie jedna z jej ulubionych anegdotek: o „niby mężu”. Otóż pani profesor – po ojcu Hesse – przyjęła jako drugie panieńskie nazwisko matki, bo nie chciała być brana za Niemkę. Pewnego razu, na kolejny już żart Jerzego Waldorffa pt. „Gdzie ten twój niby-mąż, Bukowski?” odparła wreszcie: „Zabiłam go i zakopałam w ogródku”. Takie właśnie poczucie humoru miała pani profesor.

Swój lotny umysł i twórcze zacięcie wykorzystywała nie tylko w muzyce. Lubowała się także w wymyślaniu fraszek i wierszyków, jak chociażby:

„Kupię sobie banan żółty,
Pół zjem ja, a drugie pół ty.”

Jedna z jej ostatnich fraszek dobitnie świadczy o tym, jak pozytywne podejście do życia miała pani profesor, nawet na starość:

„Sama nie wierzę, że tak długo żyję.
Tyle mojego, co zjem i wypiję.”

Owszem, pianistka lubiła sobie pojeść. A ponieważ w młodości obiecała sobie, że nigdy w życiu nie będzie obierać ziemniaków, pani profesor – oraz jej rodzina – byli zagorzałymi miłośnikami makaronu. Nikt tak nie gotował makaronu z sosem pomidorowym, jak pani profesor! Zamiłowanie do jedzenia, a zwłaszcza słodyczy, towarzyszyło pianistce do samego końca. Jeszcze w dzień swoich imienin próbowała domowej szarlotki, popijając ją swoją ulubioną herbatą z cytryną i cukrem.

Obchodzone 4-tego grudnia imieniny nie były wydarzeniem hucznym, ale z pewnością pełnym ciepła: do domu pani profesor przyjechali zarówno starzy znajomi, jak i byli uczniowie i bliscy pianistki. Były śmiechy, alkohol i ciasta, wspominki, dowcipy i anegdotki. Były też niezliczone telefony z życzeniami, które zaczęły się dzień przed imieninami i ciągnęły przez następne parę dni.

Niestety stan zdrowia pani profesor nie był najlepszy, ale przed śmiercią zdążyła jeszcze zobaczyć się z ukochanym synem. Pozostawiła po sobie piękne nagrania, uwieczniające jej geniusz muzyczny, a także nieoceniony wkład w polską pianistykę i kulturę.

Źródło: P. Kaleta

Źródło: P. Kaleta

Jednak przede wszystkim pozostawiła po sobie rodzinę, której mimo wielu sporów, kłótni i przebojów, będzie jej strasznie brakować.

9 grudnia 2013 roku, parę minut po północy, zmarła Barbara Hesse-Bukowska – największa polska pianistka.

Moja babcia.

Babcia

  • Strasznie mi przykro.

  • Bardzo mi przykro, mam nadzieję że jakoś się trzymasz. Jestem zafascynowana talentem pani profesor.

  • *ściska* Nam też. Dziękuję Ci niezmiernie za wsparcie :*

  • Jakoś się trzymam, wszak życie – tak to bywa – toczy się dalej. Ale z całego serca dziękuję Ci z słowa wsparcia i otuchy :*

  • Skończyłam czytać ze łzami w oczach :( Wiem co czujesz, mi z zeszłym miesiącu zmarł ojciec, ale będzie dobrze :*

  • Ojejku, kochana, tak mi przykro *ściska super mocno* Dziękuję Ci ogromnie za słowa wsparcia i otuchy. Dobrze wiedzieć, że człowiek w takich sytuacjach nie jest sam :*

  • Aniu przepięknie napisane, popłakałam się. Współczuje Wam kochani i podziwiam talent Twojej babci.

  • Dzięki, Agnieszko, za przemiłe słowa :*