Dylemat Lucasa, czyli jak Jackson zepsuł “Pustkowie Smauga”

Mysz ma na pieńku z Peterem Jacksonem i narzeka na drugą część Hobbiciej ekranizacji.

 
Uwaga: wpis w sumie bez spoilerów do fabuły, bo choć Mysz uważa, że trudno zespoilować książkę, która ma 75 lat, to sama zapomniała, jak „Hobbit” się rzeczywiście kończy i jak ktoś jej w Internecie uczynnie przypomniał, to jej się smutno zrobiło i teraz boi się trzeciego filmu – zarówno dlatego, że istnieje możliwość histerycznego płaczu, jak i dlatego, że istnieje możliwość, iż Jackson zmieni zakończenie (he wouldn’t dare!) na mniej smutko-genne. Sama nie wiem, co gorsze.
Zauważyłam ostatnio, że dużo narzekam. Na pogodę, na zmęczenie, na drobne życiowe nieprzyjemności… jest jednak różnica miedzy narzekaniem dla samego narzekania, a konstruktywną krytyką. Narzekanie jest słusznie potępiane, bo narzekać jest łatwo i przyjemnie, choć Mysz chciałaby także zaznaczyć, że narzekanie życiowe czasem pozwala uporać się z psychicznym ciężarem, jaki wywołują w niektórych ludziach nawarstwiające się problemy. Oczywiście ważne jest, by po takim narzekaniu wziąć cztery-litery w troki i takie problemy rozwiązać (jeśli istnieje ku temu możliwość). Podobnie w wypadku krytyki – krytyka powinna czemuś służyć. W wypadku Myszy i The Hobbit: The Desolation of Smaug służy próbie zrozumienia, dlaczego film mi się nie spodobał.
Ustalmy jedną ważną rzecz: Mysz jest wielką fanką tego, co Peter Jackson zrobił z Tolkienem. Głównie dlatego, że książek po dziś dzień nie przeczytałam, choć kiedyś na obozie koleżanka z pokoju opowiedziała mi CAŁĄ trylogię „Władcy Pierścieni” (swego czasu poznałam tak Sagę Sapkowskiego, zanim ją przeczytałam). Tak więc Jacksonowski filmowy LOTR był dla mnie prawdziwą gratką, bo pozwalał mi – i pozwala nadal – przenieść się do Śródziemia. I to takiego, jakiego Mysz nigdy nie byłaby w stanie sobie sama wyobrazić. Powiedzieć, że Mysz ma do owych adaptacji/ekranizacji podejście luzackie, byłoby niedopowiedzeniem roku. Mysz była jedną z niewielu osób, które nie miały żadnych zastrzeżeń do pierwszego Hobbita, bo była tak strasznie uradowana faktem, że może do Śródziemia wrócić. I to nie do byle-jakiego Śródziemia, tylko właśnie tego Jacksonowskiego! Nie macie pojęcia, jak się cieszyłam gdy gruchnęła wieść, że Jackson jednak będzie reżyserował Hobbita.

My, dzielna brygada…!
Having said that, muszę się do czegoś przyznać: miałam (i nadal mam) do Jacksona mnóstwo zaufania. Gdy ludzie jęczeli, że z cieniutkiego „Hobbita” powstaną trzy filmy, Mysz profilaktycznie wstrzymała się od głosu. Stwierdziłam „pożyjemy, zobaczymy”. No i zobaczyłam pierwszego Hobbita. Mimo wielkiej radości i ogromnego ukontentowania jakie film we mnie wywołał, poczułam wtedy po raz pierwszy, że nawet z moją ogromną sympatią do Jacksona, trzy filmy to trochę za dużo. Nie oszukujmy się: pierwsza część, mimo sztucznego „napakowania” Jacksona, była momentami nudna. Co jest o tyle ciekawe, że Myszy zdaniem w jedynce działo się więcej, niż w Desolation (które jest bardziej… statyczne?). I odwrotnie: Desolationprawie wcale mnie nie znudziło, ale miałam jeszcze większe wrażenie „wypychania dziur”. Ten film jest kluczową wadą podziału na trzy filmu – nie dość, że jest najbardziej „wypchany” to jeszcze jest filmem środkowym, który ani nie ma początku, ani końca. On po prostu sobie jest.
Nie wiem, co leżało u podstaw rozszerzenia Hobbita na trzy filmy – czy źródłem tej decyzji była rzeczywiście wizja reżysera, czy jednak prozaiczna kasa. Optymistka, która we mnie siedzi, chce myśleć, że była to świadoma decyzja Jacksona – chciał zrobić z Hobbita epicką historię, rozszerzyć „bajeczkę dla dzieci”, którym był pierwowzór literacki. Mysz co prawda czytała „Hobbita” raz, dawno temu, w gimnazjum i od tego czasu nie robiła powtórki, ale pamięta, że już wówczas książka wydawała jej się… infantylna. Fajna i ciekawa, ale infantylna. Stąd w sumie cieszę się, że Jackson zdecydował się poszerzyć Hobbita – dodać postacie i wątki, inne poszerzyć lub skrócić… akceptuję jego wizję jako scenarzysty. Także jako reżysera, bo z kolei jako kinoman rozumiem potrzebę zmieniania pewnych wątków i scen, ze względu na specyfikę formatu, jakim jest film. Piszę to wszystko, by podkreślić, że moja krytyka Desolation właściwie w ogóle nie dotyczy fabuły. Nie przeszkadza mi dodanie scen, których nie ma w książce, dopisanie dialogów i nowych postaci, skrócenie niektórych wątków, wsadzanie postaci z książki do scen, w których w oryginale ich nie było, etc… Nie mam o to żadnych, nawet najmniejszych pretensji. Czemu?… bo w filmie, dla mnie, to działa. I tak, nawet ten krytykowany przez większość wątek romantyczny mi w Desolation w ogóle nie przeszkadza. Więcej: uznałam go za wyjątkowo uroczy.
Oddam nerkę za jej włosy!
 
Poza tym Mysz nie uważa, by istniały świętości, których nie należy szargać. Oczywiście, są dzieła popkultury, do których mam bardzo emocjonalny stosunek i gdyby ktoś się za nie wziął i sobie z nimi pofolgował, jak Jackson z Tolkienem, mogłabym mieć dwa słowa do powiedzenia na ten temat. Ale przy okazji byłabym NIEWYPOWIEDZIANIE wdzięczna, że reżyser o tak wspaniałej wizji jak Jackson, umieścił ową „świętość” na filmowym firmamencie. Wiecie ile Mysz by dała za to, by zobaczyć Jacksonowską wersję „Sagi o Wiedźminie” Sapkowskiego??? Składanie ofiar ze szczeniaczków i poświęcenie pierworodnego dziecka na ołtarzu popkultury to tylko pierwsze kroki! I słowo daję – Jackson mógłby wycinać i dodawać co tylko mu się podoba. Tak długo, jak powstałby film, który innymi środkami niż książki, opowiadałby względnie tę samą historię. A mimo wszystko, sądzę, że LOTR jest właśnie takim spójnym, choć niekoniecznie wiernie zaadaptowanym dziełem.
Tak więc fabuła nie jest tu problemem. A co jest?… otóż przy DesolationMysz stała się świadkiem czegoś, co na własny użytek zaczęła nazywać „dylematem Lucasa”. Jaka jest największa wada nowej trylogii Gwiezdnych Wojen? Myszy zdaniem wcale nie durny scenariusz czy drewniane aktorstwo, bo na to da się spojrzeć z przymrużeniem oka. To, co kole i drażni widza w praktycznie każdej scenie to przesterowane, przedobrzone, przesadzone efekty specjalne. Wiadomo, że nowa trylogia powstał lata (świetlne, he he) po oryginalnej  i nawet przy najlepszych chęciach będzie w nowszych filmach widać różnice technologiczne i jakościowe. Ale Lucas tak się rozochocił pod względem techniki, tak się zachwycił możliwościami efektów komputerowych, że wrzucił je, gdzie tylko się dało, a nie tylko tam, gdzie było to potrzebne. Stąd nowa trylogia fatalnie się zestarzała i oglądana w dzisiejszych czasach sprawia o wiele bardziej kiczowate wrażenie, niż nakręcona przy pomocy mniejszych środków oryginalna trylogia.
Takich zjeżdżalni to nawet w Magic Kingdom nie mają!
 
Jedną z rzeczy, które Mysz najbardziej ceni w Jacksonie i filmowym LOTRze jest to, jak realistycznie ten film wygląda. To naprawdę JEST Śródziemie i nikt mi nie wmówi inaczej. To SĄ elfy, hobbity, Nazgule, czarodzieje i krasnoludy, że o ludziach nie wspomnę. Jackson nie popełnił błędu Lucasa kręcąc LOTRa, bo oprócz wspaniałych efektów komputerowych, wykorzystał także ogrom sił i środków by stworzyć inne, „prawdziwe” efekty specjalne – forced perspective, gigatury (czyli „gigantyczne miniatury” np. Minas Tirith), lateksowe stopy, uszy i maski, pełnowymiarowe kostiumy, prawdziwe zbroje, stroje i broń, świetnie opracowane sceny walki, itd., itp…. Mogłabym tak wymieniać bez końca. A zresztą pewnie nie muszę, bo większość Czytelników widziała pewnie dodatki do LOTRa i wie, jak film powstawał; ile wysiłku, pracy i pasji poszło w to, zdaniem Myszy, arcydzieło kinematografii. I nie mówię tu o wartości samych filmów pod względem fabuły, aktorstwa, postaci, czy scenariusza, ale o wartości jako adaptacji. Bo Jackson pokazał nam wszystkim, że jeśli się chce, to można – przenieść świat z książki na ekran w taki sposób, że wydaje się on prawdziwszy niż ten, który nas otacza.
 
I to jest właśnie największa pretensja, jaką Mysz ma do Jacksona i Desolation – film nie jest realistyczny. Wszystko to, co ceniłam w LOTRze i co, jeśli dobrze pamiętam, pojawiało się w pierwszym Hobbicie, w Desolation nagle zginęło pod natłokiem efektów komputerowych. Oczywiście nie jest to opinia w 100% przekonana, bo LOTRa oglądam mniej więcej raz na dwa lata, razem z dodatkami i ja po prostu WIDZĘ, klatka po klatce, na ekranie laptopa, gdzie, co i jak jest zrobione. Hobbita I i II na razie widziałam po jednym razie, wyłącznie w wersji kinowej, bez dodatków. Nie mam więc podstaw by wiedzieć, które sceny/efekty w Hobbitach są podrasowane komputerowo. Możliwe też, że w pierwszym Hobbicie efekty komputerowe nie przeszkadzały mi tak bardzo, bo był to pierwszy po latach powrót do Śródziemia. Byłam po prostu zbyt oczarowana i zachwycona tym, że po 10 latach mogę znów postawić metafizyczną stopę w Bag End; co więcej mogę to zrobić wiele lat PRZED wydarzeniami z LOTRa. Co za przygoda!
Jak na Barda to nieźle szyje z łuku.
Czyżby przodek Katniss Everdeen?
 
Biorę to wszystko pod uwagę. ALE nie zmienia to faktu, że podczas oglądania Desolation miałam bardzo silne wrażenie oglądania… bajki. Kiczowatej, udramatyzowanej, przesadzonej bajki. I żeby nie było wątpliwości: przy pierwszym Hobbicie nie miałam takiego wrażenia. Wiem, bo pamiętam, jak niesamowicie zaimponował mi Jackson tym, że z „Hobbita” Tolkiena był w stanie zrobić epicki, wielkoformatowy film fantasy. Podkreślam tu ponownie, że mówimy wyłącznie o aspekcie wizualnym – fabularnie Hobbit momentami nadal kuleje i bardziej przypomina dziecinną przygodówkę niż epic fantasy. Ale Myszy to nie przeszkadza.
Przeszkadza mi przesterowanie. W wypadku Lucasa jestem to jeszcze w stanie zrozumieć – od starej trylogii minęło X lat, technologia wysforowała się naprzód, miał zbyt wielką kontrolę nad materiałem (ie. brak wędzidła producentów, etc.). U Jacksona boli mnie to bardziej. Dlaczego?… because he should know better. Hell, he already DID it better!
Naturalnie między LOTRem i Hobbitami także minęło wiele lat i technologia również poszła naprzód. Ale Jackson zawsze korzystał także z innych środków, nie tylko grafiki komputerowej – wspomnianych wcześniej gigatur, świetnej charakteryzacji filmowej, trików wizualnych… nigdy nie polegał wyłącznie na efektach wykreowanych cyfrowo, a jedynie stosował je jako dodatek; swoistą przyprawę, którą doprawiał niektóre sceny. Ewentualnie stosował ją bardzo użytkowo, w momentach, gdy fizycznie/technicznie nie był w stanie uzyskać danego efektu bardziej staromodnymi sposobami (wielotysięczne armie, chodzące Enty, etc.). Natomiast w Desolation, Mysz miała wrażenie, że cyfrowe „podrasowanie” stosowane jest w co drugiej scenie. I co najgorsze, zupełnie niepotrzebnie.
Nie dość, że mam elfi eye-liner (Legolas w fazie emo)…
 
Wiele osób zauważyło i wytknęło filmowi, że zbyt mocno „odmłodził komputerowo” Orlando Blooma. Okej, Hobbit dzieje się wiele lat wcześniej niż LOTR, a elfy się nie starzeją, więc ważne było by Legolas nie wyglądał na starszego, bo to by zaburzyło chronologię. Nie oznacza to jednak, że ma wyglądać jak upiorny, cyfrowy kosmita, który ma skórę gładką jak pupka niemowlęcia, a oczy błękitne jak szafirki. Gryzie to TYM BARDZIEJ, że Legolas LOTRowy wygląda tak wyłącznie dzięki charakteryzacji. Nie wiem, jak Wy, ale Mysz bez problemu byłaby w stanie przełknąć wizualnie ciut starszego Legolasa, niż tego sztucznie wygładzonego chłystka, którego dostaliśmy. Zmiana jego wyglądu, w takiej formie w jakiej zaprezentował ją Jackson w Desolation, wywołuje obecnie tak duży dysonans, że nie jestem na Legolasa w stanie patrzeć bez bolesnego skrzywienia pyska.
… to jeszcze dostałem “wsteczny” lifting!
O dziwo w wypadku Thranduila to komputerowe podrasowanie nie gryzie aż tak bardzo. Głównie dlatego, że nie licząc krótkiego cameona jeleniu w pierwszym Hobbicie, jest to pierwszy raz, gdy widzimy Thranduila na ekranie trochę dłużej. Jest to więc jego pierwsza dłuższa obecność, a więc dopiero teraz powstaje naszym o nim wyobrażenie. Mysz o Legolasie ma już wyobrażenie z LOTRa i nijak nie może się pogodzić z tym, jak sztucznie Legolas wygląda w Desolation. Zwłaszcza obok naturalnie ślicznej i praktycznie niepodrasowanej Tauriel. Która, tak a’propo, jest przepiękna.
Thranduil, you’re fabulous. Never-ever change!
Kolejny „cyfrowy” zarzut do Jacksona to przesterowane sceny walki. Co ciekawe, większość scen, do których Mysz w Desolation ma pretensje była z udziałem elfów. I znowu Desolationtraci na porównaniu z LOTRem. Tam sceny walki były… no, powiedzmy w 75% prawdziwe (ie. odgrywane przez aktorów/stunt doubles), a w 25% podrasowane komputerowo. Gdy więc widzieliśmy, jak Legolas szyje z łuku z prędkością karabinu, wyglądało to niesamowicie, by było widać, że to Orlando Bloom tak strzela (co najwyżej w lekkim przyspieszeniu). Natomiast w Desolation sceny walki mają odwrócony stosunek – 75% wydaje się zrobione w komputerze, a jedynie 25% (lub mniej) autentycznie nakręcone przed kamerą. Sprawia to, że sceny walki – już i tak idiotycznie opracowane choreograficznie (ile się, ku*wa, można ślizgać na ciałach wrogów, Legolas?!) – wyglądają jak kiepski filmik z gry komputerowej. Efekt ten pogłębia fakt, że orki, z którymi walczą elfy, również wyglądają komputerowo. Co jest ponownie strasznie smutne, bo Mysz pamięta jeszcze cudowne lateksowe maski z Helmowego Jaru w LOTR: Two Towers, o których wiedziałam, że to charakteryzacja, a i tak wyglądały realistycznie.
Dlaczego orki wyglądają nierealistycznie?
 

…bo mają cyfrowe pyski.

Azog to w ogóle jest cały cyfrowy. A fe.
Widać to także w niektórych szerokich planach czy ujęciach „piękna przyrody”. Pamiętacie, jak piękna wydawała nam się Nowa Zelandia po obejrzeniu LOTRa? Jak niesamowicie wyglądało Edoras na środku tej wietrznej równiny?… no właśnie. A w Desolationten efekt ginie, bo większość widoczków to tzw. green screeny. Co prawda nie wiem, ile z szerokich ujęć to komputerowo namalowane pejzaże, ale nie na darmo Honest Trailers śmiali się, że Desolation powstało „on some of New Zealand’s most beautiful green screens”. Tak więc Miasto na Jeziorze, które pojawia się w Desolation w całej swojej sarmacko-góralskiej okazałości, jest przepiękne. W zbliżeniach. Z daleka wygląda jak kiczowata, cyfrowa pocztówka.
Dlaczego? Dlaczego tak wiele z Miasta jest cyfrowe? Czyżby budżet Hobbita nie pozwalał na –fizyczne- zbudowanie jakiejś gigatury? Nie wymagam przecież, żeby od razu budować całe Miasto na Jeziorze – bo przecież w zbliżeniach widać, że jego fragmenty rzeczywiście powstały na planie – ale dziwi mnie decyzja, by tak wiele w filmie zrobić komputerowo. Przecież zarówno Jackson jak i producenci Hobbitów, na podstawie LOTRa mogli wywnioskować ile pieniędzy pójdzie na nakręcenie trzech filmów (i ile im się zwróci). Więcej: mieli już doświadczenie w hurtowym produkowaniu scenografii, masek, strojów, elementów wyposażenia, rekwizytów i wszystkich innych rzeczy, które sprawiały, że LOTR wyglądało tak realistycznie. No to… where did they go wrong?
*zawodzi* Na prawoooo most, na lewooooo most….!
 
Żeby było śmiesznej Smaug – największy przecież efekt komputerowy w całym filmie – wypada cudownie: realistycznie, olśniewająco, pięknie, wiarygodnie… mogłabym długo wymieniać. Nie chodzi więc o to, że efekty specjalne w Desolationsą kiepskiej jakości. Jest ich, po prostu, za dużo. I strasznie, ale to strasznie nie mogę tego Jacksonowi wybaczyć. Bo powinien wiedzieć lepiej! Nakręcił przecież wspaniałego LOTRa, nakręci i wypuścił przeuroczego pierwszego Hobbita… co poszło nie tak z Desolation? Czy komputer im się przesterował sam z siebie i „podkręcił” wszystkie efekty w filmie do idiotycznego poziomu?… no przecież nie, bo wtedy Smaug byłby beznadziejny. Wniosek stąd taki, że Jackson zachorował na „dylemat Lucasa” – w chwili, gdy miał podjąć decyzję, czy daną scenę „ulepszyć” komputerowo, zamiast wziąć na wstrzymanie, niepotrzebnie rzucał w ową scenę każdym efektem, jaki tylko wpadł mu w ręce. Myszy zdaniem zrobił tym sobie niesamowitą krzywdę. Weźmy chociażby przykład ucieczki w beczkach. To już w samo w sobie jest trudną do nakręcenia, mocno nierealistyczną sceną. Czy naprawdę trzeba jeszcze było podkręcić akcję, każąc tym beczkom – i krasnoludom oraz elfom i orkom – co chwila latać w powietrzu?… kończ Waść, panie Jackson, wstydu oszczędź.
Ale ty masz oczyska, Smaug!
 
Jak pisałam wcześniej, nie pamiętam, czy pierwszy Hobbitteż był tak przesterowany, a ja po prostu zapomniałam, bo byłam zbyt zachwycona. Trudno mi stwierdzić, bez ponownego seansu. Podobnie wstrzymam się z hejtowaniem Desolation do czasu, aż obejrzę wersję reżyserską z dodatkami. Ale na razie muszę powiedzieć, że Mysza is not impressed. Wręcz przeciwnie – jest dissapoint.
Mimo zawartych w tym wpisie krytycznych uwag – bo autentycznie uważam, że to nie jest puste narzekanie, a sensowne uwagi i pytania – okazuje się, że Mysz w głębi duszy jest jednak optymistką, a przynajmniej bardzo chce nią być. Widzicie, znalazłam chyba argument, który mógłby (ale tylko mógłby!) tłumaczyć, czemu Desolation jest tak bardzo „przesterowane” i przerysowane. Otóż, przy założeniu, że pierwszy Hobbit również był taki „nierealistyczny” (tylko Mysz tego nie pamięta), można wysnuć teorię, że Jackson specjalnie nakręcił całego Hobbita w takim przestylizowanym, „baśniowym” klimacie. Liczę na to, że trzeci Hobbit skończy sceną, gdzie Bilbo podnosi głowę znad „There and Back Again: A Hobbit’s Tale by Bilbo Baggins”, które czytał młodziutkiemu Frodowi i pyta: „I jak ci się podobała bajka?”. To by tłumaczyło nierealność filmów, ich nadmuchany dramatyzm i wizualną kiczowatość. Cała hobbicka trylogia okaże się po prostu baśnią, którą Jacksona nam, widzom, opowiedział.
Autentycznie się o to modlę. Obym miała rację. Bo jak nie, to coś czuję, że Hobbity się brzydko zestarzeją.
Cóż, pozostaje nam czekać na Hobbit part 3. Mysz trzyma kciuki.
Miejmy nadzieję, że za rok nie będę musiała tego samego powiedzieć Jacksonowi!
PS. Na koniec podsumowanie fangirlowo-spoilerowe, co by w razie czego były inne tematy do dyskusji, niż tylko Mysia krytyka:
– Smaug WYMIATA, mój nowy ulubiony smok (po Draco z The Last Dragon i Toothless z How To Train Your Dragon), wybitnie Cumberbatchowy, takoż z mimiki, momentami, jak i bardzo, ale to BARDZO z głosu (Mysz ma muzyczny słuch po tacie i w każdej głosce Smauga słyszy głos Benedicta – intonację, akcentowanie, rytm, oddechy… podobnie zresztą przy głosie Nekromanty, choć mniej, bo tu przeszkadza trochę specyfika Black Speach. W każdym razie dla Myszy smok JEST Cumberbatchem. I jest zajebisty).
– Thranduil kradnie dla mnie cały film, chociaż Lee Pace’owi chyba nikt nie powiedział, że rola psychopaty została już w Desolationobsadzona *ekhm*Smaug*ekhm*. Był cudownie egzaltowany i przesadzony, a jednocześnie charakterologicznie niesztampowy jak na elfa. Chcemy więcej.
– Legolas jest uroczym elfim książątkiem-bucem, ale widać już ścieżkę, którą będzie „dorastał”. Żądam więcej scen między Leggim, a jego Tatą. Fanarty fandomu mi pod tym względem nie wystarczają!

– Kili kradnie to, czego nie ukradł Smaug i Thrandy. Od dawna wiedziałam, że Aidan Turner jest czarujący, ale w pierwszym Hobbicie jakoś było tego mniej. W Desolation Kili czaruje tak, że spodnie spadają.
– Wątek romantyczny jest, IMHO, autentycznie uroczy. Na pohybel hejterom.
– Tauriel kradnie to, czego nie kradną Smaug, Thrandy i Kili, przynajmniej dla Myszy. Słusznie zrobiłam, że nie bojkotowałam tej postaci. Jackson nie zawiódł, pisząc ją.
– Bard kradnie całą resztę. Rusty słusznie napisała, że postać jest cudownie spójna i skomplikowana charakterologicznie. Luke Evans nareszcie świeci stałym, pięknym blaskiem (jako aktor).

– Thorin jest jeszcze bardziej majestic, jeśli to w ogóle możliwe.
Bofur and Balin are my favorites
– Stephen Fry jako Master of the Lake wywoływał u mnie momentami bolesny wręcz wyszczerz.
– Bilbo (last but certainly not least) – Martin Freeman, choć jego postaci jest w filmie przygnębiająco mało, tu pokazał Myszy to, co nie do końca udało mu się w pierwszym Hobbicie: pokazał mi, że jest MOIM Bilbo. Tym, którego jak przez mgłę, pamiętam z czasów czytania książki w gimnazjum. 
– „I See Fire” Eda Sheerana podczas napisów końcowych = BOSKIE. Piosenka jest jeszcze lepsza w kontekście całego filmu, jej tekst jest o wiele mocniejszy i bardziej poruszający gdy skonfrontujemy go ze słowami i działaniami krasnoludów, które właśnie widzieliśmy. Bardzo irlandzko-trubadurska melodyka. Pochwalam.
 
Szerzej i lepiej o fabularno-postaciowo-aktorskich aspektach Desolation napisały Rustyi Ninedin. Polecam się zapoznać z ich wpisami, bo mundrze gadajo.