O Świętach, miłości, filmach i prezentach.

Bóg się rodzi, a Kevin sam w domu, czyli kilka słów o świątecznym okresie, rodzinie i popkulturze.

Od kilku dni siadam do tego wpisu. Wgapiam się w mrugający kursor… i nic.
Wreszcie zrezygnowałam z próby wymyślenia czegoś oryginalnego. Wiadomo, że święta, takie jak Boże Narodzenie, Wielkanoc czy Walentynki (lub dowolna inna okazja świętowana przez dużą grupę ludzi lub jakkolwiek reprezentowana w popkulturze) wywołują w blogerach dość standardową reakcję: “Przypomnę Wam jakie filmy się o tej porze roku ogląda”, ewentualnie “Opowiem Wam, jakich filmów się nie ogląda, a możnaby” albo… cóż, opcji jest wiele, a większość sprowadza się do tego samego: listy filmów które się w Święta ogląda, bądź nie.
Mysz postanowiła się z tego trendu nie wyłamywać, choć zrobię to, jak wiele rzeczy w życiu, po swojemu. Jeśli chcecie poczytać o nietypowych filmach na Gwiazdkę, lub o tym, co nadchodzący sezon telewizyjny nam przyniesie, podążajcie do Zwierza. Jeśli interesuje Was lista bardziej romantyczna, polecam Popkultulove. A jeśli chcecie poczytać chaotyczną, przedświąteczną, w sumie mało filmową notkę Myszy… who am I to stop you?

Przede wszystkim czuję się w obowiązku ostrzec Was, drogie Robaczki, że Mysz jest w dziwnym nastroju. Nie chodzi o to, że jestem przygnębiona – choć Bór świadkiem, że miałabym ku temu powody – a raczej… bardzo Zen. Wszystko po mnie spływa, gdy się denerwuję to gwałtownie, ale na krótko, szybciej wybaczam, lub po prostu takie mam wrażenie… Kto wie? Może sobie po prostu wmawiam, że nie jestem wcale przygnębiona, bo wizja przygnębionej Myszy mi się średnio podoba, zwłaszcza w Święta. Lubię, że jestem z zasady wygadana, wesoła, skora do wygłupów i trudno mi zaakceptować, że coś mogłoby mnie “przygasić”. A może jednak to kwestia samych Świąt?
Im jestem starsza, tym mniej w nich radości, a więcej obowiązku – trzeba ubrać choinkę, ulepić uszka, odbębnić wigilijną kolację (podczas której Mysz je niewiele, bo nie toleruje ani grzybów ani rybów)… w sumie tylko możliwość spędzenia czasu z bliskimi oraz wybieranie dla nich prezentów sprawia, że ten świąteczny okres jeszcze przynosi mi jakąkolwiek radość. Zwłaszcza gdy, włożywszy w prezent sporo pomyślunku, okazuje się, że idealnie wstrzeliłam się w czyjeś gusta. Jak w zeszłym roku, gdy szukając prezentu dla Mamy – nazywanej przez znajomych Słonikiem –  znalazłam książkę o słoniu (!) iberoamerykańskiego autora (Mama ubóstwia literaturę iberoamerykańską), nagrodzonego literackim Noblem (prestiż! jakość!), po czym w Wigilię okazało się, że Mama już czytała poprzednie książki Jose Saramago i bardzo tego autora lubi, o czym Mysz nie miała pojęcia. Albo jak wybrałam dla babci książkę z esejami Herberta o kulturze holenderskiej – babcia właśnie była wróciła z wycieczki do Amsterdamu – by dowiedzieć się, że babcia już posiada “Martwą naturę z wędzidłem”, jak i inne zbiory esejów Herberta. Więc jakby to powiedzieć, trafiłam idealnie, tylko trochę za późno *szczeżuja* Albo jak kupiłam Tacie kryminał na chybił-trafił (a raczej dlatego, że to mnie wpadł w oko i stwierdziłam, że jak jemu się nie spodoba, to ja z chęcią przeczytam), a potem okazało się, że to jeden z najfajniejszych kryminałów, jakie obojgu zdarzyło nam się czytać w ostatnich latach i teraz poluję na każdą kolejną książkę tej autorki. 
  
Tym bardziej denerwują mnie wszelkie artykuły i wypowiedzi – przez Facebook ostatnio przewinęła się ich fala – według których kupowanie prezentów ma być “przykrywką” dla faktu, że nie jesteśmy w stanie bliskich obdarzyć miłością. Well excuse the fuck out of me, ale ja nie mam problemu z miłowaniem bliskich. I nie sądzę by kwestia tego ile wydaję na prezenty była istotna. Jeśli będę chciała kupić im drogie prezenty, to to zrobię – najwyżej będę jadła suchy chleb i popijała go wodą. I kwestia “zastaw się a postaw się” nie ma tu nic do rzeczy. Istotne jest, czy kupiony prezent sprawi autentyczną radość obdarowanej osobie, a w drugiej kolejności, czy obdarowanie tej osoby tym konkretnym prezentem sprawi radość mnie!
Oczywiście istnieją ludzie, którzy kupując drogie, często przy okazji nieprzemyślane prezenty, próbują wyleczyć jakieś wyrzuty sumienia i emocjonalnie niedociągnięcia. Ale proszę, by socjologowie i redaktorzy gazet nie przykładali do Myszy tej samej miary. Czemu?… bo gdybym miała ku temu fundusze, istnieje szansa, że kupowałabym bliskim droższe prezenty. Ale nie stałoby za tym ani mniej uczucia, ani mniej przemyśleń. Może moje kupowanie dla wszystkich książek na Empik.pl (zero reklamy, po prostu faktyczna Mysia przypadłość) wydaje się działaniem bezdusznym i hurtowym, ale każda książka dostosowana jest do przyszłego właściciela. Poza tym moi bliscy należą do gatunku ludzi, który z książek – i skarpetek! – zawsze jest uradowany. Nie tylko pod choinką.
Biorąc pod uwagę, że z wiekiem ucieka ze mnie coraz więcej “magii Świąt”, muszę kurczowo trzymać się tego, co jeszcze działa. A widok min moich bliskich, gdy rozpakowują Mysi prezent i reagują czymś więcej niż standardowym, na poły fałszywym, na poły pełnym poczucia winy “Ojej, tego się nie spodziewałem/am!” jest w tej chwili jedynym, co mnie w perspektywie tych paru dni jeszcze cieszy. Dlaczego?… bo obecnie w Świętach brakuje tej cudownej iskry niewinności, tak wrodzonej u dzieci. Dla nich Święta to okres magiczny – ubieranie choinki, prezenty pod nią, pomaganie mamie w kuchni (czasem nawet ukradnięcie paru pierniczków), wizyty rodziny bliższej i dalszej, w tym krewnych w ich wieku, z którymi się mogą bawić, podczas gdy dorośli zajadają się przy stole, czekanie na pierwszą gwiazdkę… Teraz, gdy to na mnie spoczywa obowiązek zapakowania wszystkich prezentów pod choinkę – jestem tzw. Pakowacz: Level Master – włącznie z tymi, które sama otrzymam, przepada gdzieś prawie cały aspekt radosnego oczekiwania. I nie chodzi o to, że dla Myszy Wigilia to tylko prezenty, bo dla mnie nie jest istotne to CO dostanę, bylebym zawczasu nie wiedziała co to BĘDZIE. Dlatego tak upieram się, by moi bliscy, w miarę możliwości, nie wiedzieli co ode mnie dostaną. By ten moment rozpakowania przez nich prezentu i radości/zdziwienia/zaciekawienia na ich twarzy był autentyczny. Tego jednego sobie odebrać nie pozwolę i żadne psycho-bełkoty o “komercjalizacji świąt” mi tego nie zepsują. Prędzej zeżrę całego karpia. Z ośćmi, łbem i ogonem. Na surowo!
Mysz ma ze Świętami jeszcze jeden problem. I niestety jest to problem z gatunku tych, którego wiele osób – a przynajmniej wielu Polaków – nie będzie w stanie zrozumieć. Część z Was wie, że Mysz wychowała się w Stanach i w głębi duszy czuje się o wiele bardziej Amerykanką, niż Polką. Przynajmniej pod pewnymi względami. Święta są właśnie takim względem. Zajęło mi lata zanim do tego doszłam, ale ostatnio wreszcie zrozumiałam czemu. Czemu polskie święta są dla mnie… takie… zimne?
Widzicie, pierwsze święta, jakie Mysz pamięta to typowo amerykański Christmas, spędzony w Stanach, choć w polskim gronie. Znajomi rodziców, Polacy z pochodzenia, urządzili Wigilię w swoim domu – z buzującym kominkiem, wielką choinką, bandą dzieciaków która czekając na Santa Clausa ganiała się z piskiem po piwnicy, pieczystym na stole, wrzaskiem, śmiechami, płaczem, cudownymi prezentami (samochód albo domek dla Barbie, już nie jestem pewna) i śniegiem za oknem. Jeśli widzieliście kiedyś tzw. Christmas Hallmark card albo grafikę Thomasa Kinkade’a, czyli obraz stereotypowej Amerykańskiej Gwiazdki, zrozumiecie co mam na myśli. I teraz porównajcie sobie takie wrzaskliwe, energiczne, ciepłe, bezwyznaniowe w sumie święta, do polskiej Wigilii, gdzie nawet moja niewierząca rodzina trzyma post (damn you ryby i grzyby!), gdzie wisi nad tobą widmo dzielenia się poświęconym opłatkiem z tą ciotką, co to jej imienia nawet nie pamiętasz, i gdzie na każdym kroku przypomina ci się o całej religijnej otoczce Bożego Narodzenia.
 
Żeby nie było wątpliwości: Mysz nie ma nic przeciwko religii katolickiej i wie, że narodziny Chrystusa są, ostatecznie, powodem dla którego świętujemy Boże Narodzenie. Choć osobiście lubię też wersję, że Chrześcijanie po prostu zaanektowali tradycje pogańskie i równie dobrze moglibyśmy obchodzić winter solstice. W każdym razie, chodzi mi o to, że w mym bezwyznaniowym umyśle święta polskie są głęboko religijne, a amerykańskie…. już nie tak bardzo. Może to dzięki (tak, dzięki!) ich strasznej komercjalizacji. Cóż ja poradzę, że tak właśnie czuję? “Czym skorupka za młodu…” i et cetera.
Dlatego tak mnie cieszy trend organizowania przez “młodzież” -własnych- Wigilii, tworzenia nowych, świeckich tradycji. Secret Santa, pasterki na maraton filmowy a nie do kościoła, świętowanie przy cydrze, śliwkach w bekonie i “świątecznych nachosach”, tak jak chcemy, kiedy chcemy i z kim chcemy. Dzięki temu tworzymy takie -nasze- rodziny, te z którymi spędzanie świąt autentycznie wywołuje w nas coś więcej niż tylko uczucie obżarstwa/zażenowania/obowiązku (niepotrzebne skreślić). Oczywiście nie twierdzę, że stricte rodzinne święta wywołują wyłącznie negatywne emocje. Mysz wbrew swym narzekaniom ogromnie lubi spędzać czas ze swoją rodziną, bo jest to strasznie fajna rodzina. Ale niekoniecznie lubię to robić w Wigilię.
 
O wiele bardziej lubię drugi dzień Świąt, gdy zbieramy się u babci na rodzinny obiad: na przekąskę z sera pokrojonego w słupek, pieprzny barszcz, zrazy po węgiersku (mięcho!) z lanymi kluskami i lodami straciatella na deser (z których Mysz wypluwa czekoladę, bo przestała ją jadać). Gdy się śmiejemy i gramy w bilard i rzutki i wspominamy stare dzieje i gdy nie wisi nad nam słowo “WIGILIA” z całym tym upartym tradycjonalizmem. Śmieszy mnie, że moja Mama co roku odgraża się, że w tym roku nie zrobi Wigilii. A potem przychodzi 24-ty grudnia i znów siedzimy przy stole, jak co roku. Fajnie chociaż, że w tym roku roszada gości powiększa się dawno niewidzianych, ale lubianych krewnych oraz rodziców Lubego. To zawsze miło, gdy bliskich jest więcej. Zwłaszcza gdy z tym mijającym rokiem jest, niestety, o jedną osobę przy stole mniej.
Może przemawia przeze mnie zimowe chandra, może to coś więcej. Dość powiedzieć, że w tym roku bardziej niż kiedykolwiek potrzebuję na filmowej tapecie czegoś znajomego, co wiem, że zadziała. Tak więc, oprócz stałej karuzeli Home Alone, Die Hard i Love Actually, wrzucę na ząb – oprócz nieodmiennie kojarzących się ze Świętami mandarynek – także kilka mnie oczywistych pozycji:
A Wish For Wings That Work
Niektórzy w Święta mają nastrój na lekko upiorne animacje. Większość włącza sobie wtedy A Nightmare Before Christmas. Mysz włącza A Wish For Wings That Work.
To animowany short oparty o książkę dla dzieci “A Wish For Wings That Work: An Opus Christmas Story” i postacie pingwina Opusa i kota Billa, stworzone przez rysownika Berkeley’a Breatheda, autora stripu komiksowego “Bloom County”. Podejrzewam, że żaden z Czytelników nie ma pojęcia co to za twór… i słusznie. Mysz też by nie wiedziała, gdyby rodzice na jakimś garage sale w Stanach, lata temu, nie kupili kasety z A Wish For Wings That Work. Włączyłam film nie mając pojęcia na co się piszę. I tak jak czarujące, choć upiorne straszydła Tima Burtona potrafią na młodym widzu wywrzeć piorunujące wrażenie (zazwyczaj, mimo wszystko, pozytywne), tak nietypowa kreska Breatheda wywarła wrażenie na Myszy. Nigdy wcześniej i nigdy później nie widziałam już takiej animacji. Fakt, że Breathed nie był z filmu zadowolony i uważał, że tylko ludzie naćpani mogą się nią zachwycać, powinien Wam powiedzieć, jak bardzo kuriozalny jest to dzieło.
Jego kuriozalność sprawia jednak, że zapada w pamięć, tak wizualnie, jak i fabularnie. Gdy więc jest mi w Święta smutno, myślę o pingwinie, który nie mógł latać, a bardzo BARDZO chciał. Nie zdradzę Wam, czy ostatecznie mu się udało. Możecie się przekonać sami.
Z kategorii creepy Christmas działa także: Edward Scissorhands
The Family Stone
Mysz zawsze lubiła Home Alone nie tyle za rezolutnego bohatera, który znęca się nad dwójką biednych włamywaczy, co za ukazanie rodziny MacCallisterów: dużej, hałaśliwej, zrzędzącej, ale ostatecznie bardzo mocno się kochającej. Panujący w ich domu świąteczny rozgardiasz trochę oddaje to, jak wyglądają Święta w Mysiej rodzinie. Może nie jest nas tak dużo, ale ze względu na ograniczony w porównaniu z MacCallisterami metraż, wydaje się, że jest nas więcej.
The Family Stone także wpasowuje się w Mysie pojęcie “rodzinnych Świąt” – są niezręczności, kłótnie, wyrzuty, wrzaski, nieszczęścia, wypadki i niemiłe wyznania. Ale w tym wszystkim jest ogrom miłości. Wiadomo przecież, że na bliskich wkurzamy się tak mocno, właśnie dlatego, że są nam bliscy, że nam na nich zależy. The Family Stone, choć jest bardzo Hollywoodzkie w tym, jak pokazuje rodzinę i Święta, miewa też bardzo -ludzkie-, prawdziwe momenty. Wagi dodaje im cudowna obsada aktorska – Dianne Keaton, Craig T. Nelson, Dermot Mulroney, Luke Wilson, Rachel McAdams, Sarah Jessica Parker, Claire Danes – która dokładnie wie, co robi.
Co więcej w filmie dużą rolę odgrywa ASL (American Sign Language), którym Mysz jest nieodmiennie zafascynowana.
Tak więc jeśli czujecie w tym roku brak rodzinnego “napięcia”, The Family Stone będzie jak znalazł.

Rodzinne świąteczne niesnaski pokazują także: Look Who’s Talking Now, lub jeśli ktoś ma bardziej nostalgiczny nastrój, Little Women (z Winoną Ryder, of course) i Stepmom (przy którym Mysz nieodmiennie płacze tak, że zawsze się cała zasmarka)
Serendipity
Święta nie mogą się obejść bez odrobiny miłości, nie tylko tej rodzinnej. Może przemawia przeze mnie rozlazły sentymentalizm, tęcze, jednorożce i puchate szczeniaczki, ale ogromną radość sprawia mi świadomość, że po Wigilii z rodziną będę mogła pojechać do domu i razem z Lubym spędzić cichy wieczór przed laptopem. I nie chodzi o sam fakt posiadania Lubego, bo swego czasu, gdy mieszkałam ze swą najlepszą przyjaciółką, tak samo traktowałam powrót do domu, do niej. Siadałyśmy przed laptopem, jadłyśmy smażone nuggetsy z kurczaka (na pohybel poszczeniu!) i oglądałyśmy wspólnie jakiś film lub serial.
Wracając jednak do aspektów romantycznych: istnieje wiele filmów – w tym Love Actually – które o wiele mocniej skupiają się na okresie świątecznym, niż Serendipity (po polsku “Igraszki losu”). Mysz żywi jednak do tego filmu wyjątkowo ciepłe uczucia ze względu na rozpoczynający film tzw. meet-cute. Co prawda nigdy jeszcze nie byłam w sytuacji, gdzie musiałabym walczyć z kimś o prezent – bo Mysz jest sprytna i robi zakupy PRZED Gwiazdką – ale cała “przeznaczeniowa” otoczka filmu, która wmawia nam, że pewni ludzie są sobie po prostu pisani, bardzo mi się podoba. Może dlatego, że Mysz z Lubym, zanim wylądowali razem, mieli po drodze kilka własnych, dość zawiłych przygód. Ale po sześciu latach znajomości mogę powiedzieć z pełną świadomością i przekonaniem, że choć droga była wyboista, zawsze prowadziła do tego samego celu. Naturalnie, zakochane pary często sobie takie rzeczy wmawiają: “byliśmy sobie przeznaczeni”, “to było nam pisane”. Ale jeśli ktoś akurat Mysz i Lubego zna, to wie, że jest w tym wszystkim ziarno prawdy. Nie na darmo pytano nas, kiedy zostaniemy parą, nawet wówczas, gdy jeszcze tą parą nie byliśmy.
Poza tym film ma wspaniałą obsadę (Mysz od czasu tego filmu zakochała się w Johnie Cusacku), cudowną muzykę Alana Silvestri i sprawnego reżysera (Peter Chelsom zrobił potem remake Shall We Dance z Richardem Gere i Jennifer Lopez). Czegóż więcej chcieć na Święta?
Romantyczny świąteczny nastrój zapewnią także: You’ve Got Mail, When Harry Met Sally, Sleepless in Seattle

Rise of the Guardians
Mysz długo czekała na te film, zagryzając zęby z frustracji, jak to zwykle bywa przy filmach animowanych. Bo Mysz cierpi na taką straszną chorobę, która nie pozwala jej oglądać animacji inaczej niż najpierw po angielski (as God intended) a dopiero potem w polskiej wersji językowej. Dobrze zresztą, że czekałam, bo polskie tłumaczenie/nagranie tego filmu jest fatalne, a połowa frajdy to słuchanie głosów Aleca Baldwina, Jude’a Lawa, Chrisa Pine’a, Isly Fisher i Hugh Jackmana.
Nie rozumiem czemu “Strażnicy Marzeń” odnieśli klapę finansową (i spowodowali zwolnienie 350 pracowników z DreamWorks Animation). Biorąc pod uwagę jaki cult following film ma w Internecie, możnaby pomyśleć, że to najlepsza animacja od czasów “Króla Lwa”. Ale tekst o kultowych klapach animacji napiszę przy innej okazji. Jednak moje zdziwienie trwa, tym bardziej, że Rise of the Guardians to dokładnie ten rodzaj filmu, które osowiała Mysz w Święta potrzebuje. Czemu?… bo przywraca wiarę w magię. Jasne, film skupia się na dziecięcych bohaterach, ale Mysz, mimo swego ćwierćwiecza, czuje się wciąż dzieckiem i jako taka uparcie podpada pod opiekę Strażników… a przynajmniej tak sobie wmawia. Tym smutniej mi, że tegoroczne Święta (jak i kilka przed nimi) są bezśnieżne. Where’ s Jack Frost when you need him, hm?
A tak w ogóle to William Joyce – twórca pomysłu i bohaterów wykorzystanych w filmie – to ciekawa postać sama w sobie. Jeśli poczytacie o jego karierze zorientujecie się, że znacie zadziwiająco wiele z jego dzieł.
Magiczne przygody by uradować w Święta “wewnętrzne dziecko”: The Chronicles of Narnia: The Lion, The Witch and the Wardrobe (bo jest zimowo, ale można też obejrzeć maraton trzech do tej pory nakręconych części)
The Christmas Cottage
Wspominałam wyżej o Thomasie Kinkadzie (jeżu, jak to nazwisko odmienić). Jego obrazy zimowych pejzaży przychodzą mi na myśl, zawsze gdy myślę o Amerykańskich Świętach. Jasne, są kiczowate i sztampowe, ale wywołują u mnie uśmiech. Może dlatego, że kojarzą mi się z serią książeczek, które czytałam w Stanach: American Girl. W pamięci utkwiła mi zwłaszcza “Samantha’s Surprise: A Christmas Story”, która opowiadała o Świętach małej dziewczynki w Stanach, w okresie Wiktoriańskim/Edwardiańskim. Pamiętam przepiękne ilustracje z tej książeczki, bardzo podobne do stylu Kinkade’a. Co prawda nakręcono na podstawie tej książeczki film z AnnaSophią Robb, ale Mysz boi się go obejrzeć. Przez lata czytania tej książeczki nauczyłam się wyobrażać sobie Samanthę i jej świat w bardzo konkretny sposób i nie chcę, by film mi to zepsuł. Chociaż kto wie, może w te Święta dam Samantha: An American Girl Holiday szansę.
Wracając do Kinkade’a: Mysz wie o jego istnieniu nie tylko dzięki jego ilustracjom, ale także dzięki filmowi, który wpadł mi w ręce w okresie zafascynowania serialem Supernatural. Nadganiając filmografię głównych aktorów tegoż serialu – a niektóre pozycje *ekhm*Devour*ekhm* są naprawdę fatalne – trafiłam na cudownie kiczowaty film The Christmas Cottage (znany także jako Thomas Kinkade’s Christmas Cottage albo Thomas Kinkade Home for Christmas).
Nie będę Wam wciskać kitu – film jest ckliwy, przesłodzony i bardzo amerykański. Ale ma przy tym fajną obsadę (Jared Padalecki w tytułowej roli Kinkade’a, Marcia Gay Harden jako jego matka, Aaron Ashmore jako jego brat, i PETER O’TOOLE!) i tak Myszy potrzebne ciepłe przesłanie.
Czym jeszcze przesłodzić się w Święta:… basically dowolnym filmem, w którym akcja kręci się wokół Świąt. Smacznego.
I to tyle od Myszy. Pora najwyższa skończyć świąteczne porządki, umyć się, ubrać i ruszać na obchód Wigilii. I cholera jasna, zamierzam mieć cudowne Święta – ciepłe, rodzinne, zwariowane, takie jak być powinny. A nawet jeśli nie do końca mi się to uda i zaleje mnie zimowa chandra, będę się ratowała wizją premiery drugiego Hobbita w pierwszy dzień Świąt, zrazów z kluskami w drugi dzień Świąt oraz perspektywą nadchodzącego roku, w którym zrobię wszystko, by był lepszy niż ten mijający.
Czego sobie i Wam w te Święta życzę. A także zdrowia (bo najważniejsze), poczucia humoru (bez którego wszystko jest nieznośne), szczypty smutku (który jest przyprawą życia), sukcesów (każdemu podług potrzeb i gustu) oraz mnóstwa popkulturowej radości.
Merry Christmas, everyone! ^__^
  • Wigilijnym chrzanem we wszystkich, którzy przed świętami potrafią gadać i pisać tylko o pieniądzach oraz tym, czego należy albo nie należy kupować na święta! Niech każdy świętuje tak, jak ma na to ochotę. Wesołych :)

  • zdrowych pogodnych świąt a z animacji mysz może sobie zobaczyć rodziców chrzestnych z tokio fajne anime o trojgu bezdomnych którzy znajdują niemowle w święta reszty nie zdradzam ;)

  • O właśnie, chrzanem ich! Dziś przez przypadek zjadłam trochę chrzanu i przypomniałam sobie, jakie to-to jest wstrętne ;)
    Na pohybel tym, którzy chcą nas do czegokolwiek zmusić. Kiedy nie egzekwować swoją swobodę, jak nie w Święta, prawda?

  • Nawzajem, mój drogi! A animacja brzmi znajomo. Musiała mi gdzieś wpaść w oczy w Internecie. Będę musiała ją odnaleźć.

  • była kiedyś na HBO nadawana wtedy gdy jeszcze nadawali pełnometrażówki anime wśród owych bezdomnych był jeden starszy jeden transwestyta i tu już nie pamiętam młoda dziewczyna przebrana za chłopaka lub vice versa może ten opis pomoże :)

  • o tu link do trailera choć jest on nieco mylący :)sorry za mały spoiler w poprzednim komencię ;)
    http://youtu.be/RjmgSccMGQg

  • A jakiż to kryminał taki dobry Mysz trafiła dla Taty? (Tores żywo zainteresowana kryminałami.)

  • “Ulubione rzeczy” S.J. Bolton. Potem wyszła “Karuzela samobójczyń” i “Zagubieni” (najnowsza), którą właśnie Tacie wyrwałam z rąk spod samej choinki i wzięłam do przeczytania jako pierwsza :D

  • Oo, nie znam! Jak miło :D
    A czy Mysza zna Katarzynę Bondę i jej serię o polskim profilerze? Bardzo zacne, polecam.

  • Nie zna, ale teraz będzie polować. Dziękuję ^__^

  • Trochę po czasie, ale tak mi się skojarzyło a propo filmów animowanych w oryginale. Ciekawe podejście reprezentujesz, bo chyba dość nietypowe. Po Twej deklaracji uświadomiłem sobie jednak, ze nie widziałem ani jednej (!) animacji w oryginale. A co ciekawsze, mimo że filmów z dubbingiem sobie nie wyobrażam oglądać w animacjach nigdy mi to nie przeszkadzało. Ale obejrzeliśmy ostatnio “Piratów” (bardzo fajna animacja, która niesłusznie przeszła bez większego echa) i kiedy zobaczyłem, że głównego bohatera podkłada w oryginale Hugh Grant (!) nie mogę się uwolnić od myśli aby jeszcze raz zobaczyć ten film właśnie w takiej wersji. Chyba pierwszy raz w historii uderzyło mnie jak idealnie dobrano aktora do roli!

    Oczywiście wszystkiego dobrego w Nowym Roku i nowym wystroju bloga i coby nie mnożyć bytów ponad miarę, świetny tekst Nerd vs The World ;)

  • Z tego co wiem, wielu polskich widzów lubi oglądać bajki w oryginale, choć dubbing im wcale nie przeszkadza. Tacy widzowie z chęcią pójdą na premierę animacji do kina, a dopiero potem sięgną po oryginał. Ja tak nie mogę – dla mnie oryginał jest jedynym słusznym sposobem oglądania (dlatego zwykle czekam na wydania DVD). Dubbing może co najwyżej oryginałowi dorównać (choć są może… dwa/trzy przypadki gdy prawie go przegania).
    Dla mnie połowa frajdy w animacjach to głosy aktorów. Widziałeś może takiego “Fantastic Mr. Fox”? Wiele z uroku filmu bierze się właśnie z obsady, który użycza głosu postaciom.

    Dziękuję za życzenia. Składam je takoż i płonię się na widok pochwały :)

  • Wstyd przyznać (sądząc po ilości zachwytów nad tym filmem), ale nie widziałem w ogóle “Fantastic Mr. Fox”. Chętnie sprawdzę w oryginale. I chyba z ciekawości częściej zabiorę się za animacje w takiej formie.

  • Warszawska, żeńska część blogosfery właśnie na koniec stycznia umawia się na wspólne (ponowne) oglądanie “Fantastic Mr. Fox” (a także innych filmów Wesa Andersona).
    Polecam ten film naprawdę bardzo, bardzo serdecznie. Obejrzyj z połowicą – docenicie oboje. Jestem tego pewna :)

  • Dzięki za rekomendację. Sprawdzimy z miłą chęcią, tym bardziej, że jesteśmy świeżo po “Moonrise Kingdom”, które oboje doceniliśmy :)