Pojedynek tytanów, czyli która wersja “Frankensteina” lepsza?

“Frankenstein” Danny’ego Boyle’a z National Theatre w Londynie to jedna z ciekawszych sztuk, jakie Mysz ostatnimi czasy widziała. W notce porównuje różne wystawienia tego samego spektaklu.

Słuchajcie, Mysz właśnie wykręciła sobie psikus roku. Ale po kolei.
Wczoraj poszliśmy z Lubym – oraz ogromną grupą, związaną mniej lub bardziej z polską blogosferą popkulturową – do kina Atlantic na retransmisję sztuki “Frankenstein” Danny’ego Boyle’a, w ramach National Theatre Live. Zwierz popkulturalny pisał swego czasu recenzję z tej sztuki, bo w zeszłym roku (też jakoś w grudniu) wyświetlono ją w Multikinie. Oddly enough, Mysz wówczas też była na tej sali, tylko jeszcze się wtedy ze Zwierzem nie znała. Wot, jaki mały ten świat.
Dla tych, co nie wiedzą wyjaśniam: myk sztuki Boyle’a polega na tym, że dwie główne role – Victora Frankensteina i jego Stworzenia – są naprzemiennie grane przed dwójkę aktorów. Benedict Cumberbatch (Sherlock BBC) i Jonny Lee Miller (Elementary), aktorzy, którzy zupełnie przypadkiem obaj grają w telewizji najsłynniejszego detektywa świata, na deskach scenicznych wcielają się na zmianę raz w naukowca, a raz w jego twór. Jest to proste, ale niezmiernie sprytne rozwiązanie, które wspaniale zaciera granice między stwarzającym, a stworzonym, panem i sługą, dobrem i złem… analogii, paraboli i metafor można by się tu wiele doszukać.

Problem polega na tym, że Multikino zamierzało wyświetlić tylko jedną wersję sztuki. Na dodatek powstało jakieś nieporozumienie i zamiast wyświetlić wersję z Cumberbatchem jako Stworzeniem – bo tę wersję zapowiadano – widzowie dostali “tę drugą”, z Millerem jako Stworzeniem i Cumberbatchem jako Victorem Frankensteinem. Mysz akurat bardzo się z tego ucieszyła *uchyla się przed przedmiotami, którymi w nią rzuca pół Internetu* Widzicie, przed pójściem na seans obejrzałam kilka klipów ze sztuki, które można znaleźć w Internecie i nawet na podstawie tak nikłej ilości materiału byłam w stanie stwierdzić, że Miller mi o wiele bardziej pasuje do roli Stworzenia. Coś w jego grze wydawało mi się bardziej… naturalne i realistyczne. I podobnie Cumberbatch – dla Myszy on po prostu JEST Victorem Frankensteinem i w tym, jak gra tę postać jest bardzo przekonywujący. Tak więc ostatecznie Mysz była bardzo szczęśliwa, że mogła obejrzeć tę wersję sztuki, na której jej w istocie zależało.
Tu wracamy do czasów teraźniejszych – kino Atlantic (we współpracy z Samorządem Studentów Uniwersytetu Warszawskiego) postanowiło zorganizować cykl, w ramach którego wyświetlane będę sztuki National Theatre Live. Oczywiście Mysz, jak i mnogość Internetu, zareagowała na to bardzo entuzjastycznie, bo zazwyczaj spektakli z tej serii trudno się w Polsce doprosić (bywają w Krakowie, ale w Warszawie ich ze świecą szukać). Radość była tym większa, że ogłoszono, iż jednym ze spektakli będą OBIE wersje sztuki “Frankenstein”. Mysz, choć już widziała -swoją- wersję dzieła, bardzo była ciekawa jej “brata”. Wzięła więc pod pachę Lubego i na sali pełnej równie wielkich entuzjastów NTLive, dokonała porównania dwóch wersji.
  
Zaraz napiszę o tym, jak było i co myślę, ale chcę wrócić do wspomnianego na początku wpisu psikusa. Otóż Mysz dziś usiadła przed komputerem by napisać recenzję drugiej wersji i weszła na bloga by znaleźć recenzję wersji pierwszej, dla porównania i coby pewnych rzeczy nie powtarzać ad nauseum. A tu ZONK! Nie ma notki. Okazuje się bowiem – o czym Mysz kompletnie zapomniała – że sztuka była wyświetlana w zeszłym roku, czyli w czasach, gdy Mysza Movie jeszcze nie istniało. Nie istnieje więc także recenzja pierwszej wersji “Frankensteina”. Niniejszym Mysz, zamiast napisać prostą, króciutką analizę porównawczą, musi zagłębić się w zakamarkach swojej pamięci i dokonać recenzji nie tylko wczorajszego seansu, ale także tego sprzed roku. Wybaczcie więc wszelką chaotyczność lub przekłamania – wynikają z dziur w pamięci, a nie ze złych intencji czy głupoty (mam nadzieję).
First things first: Mysz nie jest miłośniczką “mitu” o Frankensteinie. Tekst Mary Shelley jest mi znany, ale nie jestem jego wielką fanką, podobnie jego wykorzystanie w popkulturze ani mnie rusza, ani ziębi. Z trójcy potworów, które w latach 30-tych święciły triumfy na ekranach – Dracula, Mumia i Potwór Frankensteina – ten ostatni był i jest mi najbardziej obojętny. Nigdy nie potrafiłam nawiązać emocjonalnego kontaktu z w gruncie rzeczy niemym stworem, którego z Potwora uczyniło kino. Poza tym kinematografia zazwyczaj bardziej skupiała się na osobie stwórcy Potwora, niż na samej stworzonej istocie. Tym ciekawszy jest dla mnie “Frankenstein” Danny’ego Boyle’a, gdzie Stworzenie – bo w tym kontekście nazywanie go Potworem jest moim zdaniem błędne i niesłuszne – czuje, myśli i mówi, tym samym dając nam, widzom, wgląd w swój punkt widzenia. A ten, momentami, jest o wiele ciekawszy niż ten stricte ludzki.
Nie będę streszczać fabuły sztuki, ani jej dokładnie omawiać, bo już to robiono i Mysz nic nowego do tematu nie wniesie. Zakładam też, że większość Czytelników zna historię Frankensteina i jego “syna”, ewentualnie widziała którąś wersję sztuki, lub zna chociaż filmy, dotyczącej tej postaci. W sztuce Boyle’a wielkich różnic na szczęście nie ma, więc mogę się skupić na tym, co jest dla mnie najistotniejszym aspektem sztuki, mianowicie, jak OGROMNIE zmiana aktorów w głównych rolach zmienia cały jej wydźwięk.
Tu muszę zaznaczyć, na wstępie, coby mnie fanki Benedicta nie zlinczowały: uważam, że Benedict jest fenomenalnym aktorem i był w obu rolach świetny. Ale…
 
No właśnie, jest to “ale…”. Jak wspominałam, Mysz najpierw widziała -swoją- wersję sztuki, czyli tę, którą chciała obejrzeć i którą nawet bez oglądania uważała za lepszą. Ostatecznie seans w Multikinie wyłącznie mnie w tym przekonaniu utwierdził. Bo nie oszukujmy się: JLM* w roli Stworzenia jest olśniewający. To w jaki sposób JLM gra tę postać, jak się w nią wciela, porusza w Mysiej głębi jakąś bardzo istotną strunę. Nie do końca wiem, co to za struna i jak to poruszenie interpretować, ale dość powiedzieć, że JLM jest -MOIM- Stworzeniem. Na poziomie koncepcyjnym, JLM tworząc postać Stworzenia inspirował się swoim dwuletnim synkiem – widać to w tym, jak się porusza, jak zachowuje, jak pokazuje emocje… I to widać w każdej scenie, nawet tych późniejszych, gdy Stworzenie jest już wyedukowane i “wychowane”. JLM gra całym sobą i to nie tylko fizycznie, ale także “wokalnie”.Jego Stworzenie jęczy, krzyczy, bełkocie, memła, charcze i piszczy, i JLM robi to tak umiejętnie, że nie czuć w tym właściwie aktorskiej gry – widz czuje wręcz, że jest to pierwotna, naturalna reakcja Stworzenia na wszystko, czego doświadcza. Choć jeszcze nie rozumie, jak wyartykułować swoje odczucia i myśli – a może nawet nie wie, że byłoby w stanie je wyartykułować – Stworzenie, dzięki “wokalności” JLM, pokazuje, jak wiele dzieje się w jego umyśle i ciele i to już od momentu narodzin. Stworzenie Millera jest więc dokładnie tym, czym w Mysim pojmowaniu powinno być – nowo narodzoną istotą, czystą i niewinną, która wszystkiego uczy się zupełnie od zera. Wszystko jest nowe, zaskakujące, ekscytujące, straszne, piękne i wyjątkowe. Stworzenie JLM jest więc, na poziomie metafory, pustą kartką, na której późniejsze brutalne doświadczenia wypiszą takie pojęcia, jak “okrucieństwo”, “kłamstwo”, “wyrachowanie” i “zło”, które ostatecznie w sztuce widzimy.
Stworzenie w wykonaniu BC jest, w Mysim odczuciu, diametralnie różne. Podejrzewam, że wynika to ze świadomej decyzji aktorskiej Cumberbatcha, który przyznaje, że w swej grze inspirował się przede wszystkim ludźmi, którzy ulegli urazom fizycznym i umysłowym i muszą na nowo uczyć się, jak funkcjonować. Może dlatego Mysz interpretowała Stworzenie BC nie jako nowo-powstały twór, który musi metodą prób i błędów nauczyć funkcjonować, ale jako człowieka, który doznał trwałego urazu i teraz “przypomina sobie”, jak działa jego ciało. Nie jest to bynajmniej pamięć świadoma. Bardziej jak wolno powracająca muscle memory – ciało jest osłabione i kończyny nie działają jeszcze jak powinny, ale gdzieś w głębi umysł czają się impulsy nerwowe, które dokładnie wiedzą, jaki efekt chcą osiągnąć. Myszy zdaniem w grze BC widać więcej kontroli, więcej świadomej myśli za ruchami stojącej, niż u JLM, który momentami jest tak naturalny w swej grze, że aż rozbrajający. Co prawda wiele “fizycznych” aspektów powtarza się w występach obu aktorów, ale podczas gdy JLM autentycznie sprawia wrażenie nowo-narodzonej istoty, u BC Mysz wciąż widziała czającą się za ruchami świadomość.
 
Idźmy dalej. Jak pisałam, Stworzenie JLM to pusta kartka: istota w stu procentach niewinna, z gruntu ani dobra ani zła, która dopiero później, w następstwie strasznych okoliczności uczy się okrucieństwa i brutalności. Gdy JLM jako Stworzenie mówi, że nie rozumie, czemu ludzie się mordują i krzywdzą, jest to autentyczny brak zrozumienia. Takie działanie wykracza poza pojmowanie Stworzenia, choć na tym etapie jest już dość dobrze wyedukowane. Co więcej, odnoszę wrażenie, że Stworzenie nigdy, do samego końca sztuki, tak naprawdę nie rozumie, skąd się bierze ludzka chęć krzywdzenia innych. Ale, co jest w sumie najsmutniejsze, jest tak długo wystawiane na okrucieństwo, że w efekcie samo się go uczy. Mam tutaj bardzo dziwne, niejasne skojarzenia z książką “Biały Kieł” – gdzie istota niewinna, zrodzona na łonie natury, zostaje “skorumpowana” przez ludzkie okrucieństwo. Biały Kieł ma jednak szansę na odkupienie – miłość rodziny do której trafia ostatecznie “naprawia” jego spaczony charakter. Pytanie, czy Stworzenie JLM również miałoby szansę na takowe odkupienie?… Mysz musi z przykrością stwierdzić: raczej nie. Nie jestem w stanie tego do końca uzasadnić, ale myślę, że szkopuł tkwi w grze JLM – jego stworzenie jest tak energiczne, nieokiełznane i nieokrzesane w swych ruchach (co nie przeczy logice wypowiedzi i inteligentnemu rozumowaniu), że momentami sprawia wrażenie, jakby nauczyło się czerpać z okrucieństwa pewną… satysfakcję. Może ta brutalności jest zemstą na rodzaju ludzkim, za to, że nie chce Stworzenia zaakceptować? Może to próba porozumienia z wyrachowanym, zdystansowanym do swego tworu Victorem?…. nie wiem. Dość powiedzieć, że Myszy zdaniem w interpretacji JLM postać Stworzenia jest o wiele bardziej tragiczna.
Z kolei gdy o braku zrozumienia dla ludzkiego okrucieństwa mówi BC, dla Myszy odbiór tej sceny jest zupełnie inny. Dlaczego?… jak wspominałam, Stworzenie BC jest dla mnie człowiekiem – kompletnym, pełnym, a jedynie “wymazanym do czysta” przez jakiś uraz. Co więcej, Stworzenie BC przed urazem było, Myszy zdaniem, człowiekiem DOBRYM. Gdy więc BC mówi, że nie rozumie ludzkiej niekonsekwencji (z jednej strony łączą się w grupy dla towarzystwa, a z drugiej się atakują) wynika to stąd, że gdzieś podświadomie pamięta, że ludzie potrafią być dobrzy i prawi. Co więcej, Stworzenie w interpretacji BC, przez całą sztukę pozostaje dla mnie po prostu dużym dzieckiem – człowiekiem, który przez trwały uraz nie może się rozwinąć ponad pewien poziom, choć podświadomie posiada bardzo bystry, żywy umysł. Ta wersja stoi niejako w opozycji do Stworzenia JLM, gdzie przemianę z istoty niewinnej w istotę okrutną. Mysz ostatnio wiele czyta o autyzmie – o tym, jak ogromna, nieprzekraczalna bariera dzieli czasem świadome chcęci człowieka, od tego co jego nietypowy mózg i ciało są w stanie wyczyniać bez udziału naszej woli – i BC jako Stworzenie był dla mnie właśnie takim trochę autystycznym człowiekiem – z gruntu dobrym, nierozumiejącym istoty zła, naśladującym je właściwie dlatego, że  “tak robią inni”. Nie wiem czemu, ale widzę w tym bezmyślne okrucieństwo, które w niektórych intepretacjach przypisuje się postaci Piotrusia Pana. Jest to dość dziwne i naciągane porównanie, ale wpasowuje się w Mysią koncepcję, by myśleć o Stworzeniu BC jak o dużym, nieporadnym dziecku.
  
Aspekt “dziecinności” Stworzenia pojawia się także w scenie z Elizabeth, narzeczoną Victora. Ta dla mnie jedna z najsmutniejszych, najbardziej wstrząsających scen sztuki – gdy Stworzenia, pomimo okazanego mu ciepła, współczucia i zrozumienia, gwałci i zabija biedną Elizabeth. W wykonaniu BC, w kontekście owej dziecinności, scena ta ma bardzo gorzki wydźwięk i wyczuwam w tym właśnie bezmyślne okrucieństwo. To tak bardziej drastyczna wersja “na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Mam wrażenie, że Stworzenie BC nie do końca zdaje sobie sprawę z tego co zrobił. Oczywiście rozumie, że zabił Elizabeth, ale nie do końca pojmuje znaczenie tego czynu – że sam, z własnej woli, unicestwił okazaną mu dobroć. Z kolei gdy w tej scenie gra JLM, jego Stworzenie dokonuje gwałtu i mordu na Elizabeth z czystego, zimnego wyrachowania – chce zranić Frankensteina, pokazać mu, kto tu rządzi, kto tu kogo kontroluje i nad kim ma władzę.
Tym sposobem dochodzimy do postaci samego Victora Frankensteina. Dlaczego w relacji JLM-Stworzenie/BC-Victor kwestia kontroli i tego “kto tu rządzi” w ogóle się pojawia?.. ponieważ Victor to zimny, nieczuły, wyrachowany socjopata. Mówię zupełnie poważnie – Victor Frankenstein w wykonaniu BC to najbardziej nieczuły, przekonany o własnej boskości dupek, jakiego w życiu widziałam (a mamy porównania z takimi postaciami, jak Cumberbatchowy Sherlock, Doktor House czy Dexter). Wynika to stąd, że BC gra Victora jako niemalże nadczłowieka – niedoścignionego geniusza, którego inteligencja i umiejętności stoją ponad wszystkimi. Gdy jego Stworzenie ożywa, Victor nie jest właściwie zaskoczony, raczej oczarowany własnym geniuszem, kunsztem wykonania, swoją zmyślnością
To właśnie w postaci Victora pojawia się, największa zdaniem Myszy, różnica w interpretacji postaci. Choć w moim odczuciu Stworzenie różni się zależnie od tego, który aktor go gra, jest on postacią, z którą widzowie automatycznie sympatyzują. To od jego narodzin zaczyna się sztuka, to jego nauka pierwszych kroków i radość temu towarzysząca wywołuje na naszej twarzy pierwszy uśmiech. To Stworzenie jest tym biednym, niechcianym, odrzuconym dzieckiem, spaczonym przez ludzkie okrucieństwo i społeczny ostracyzm. Gdy postawimy takie Stworzenie obok Victora w wykonaniu BC – nieczułego, wręcz nieludzkiego naukowca – nietrudno odczytać sztukę dość jednotorowo, z punktu widzenia (i racji) Stworzenia. To, co na Myszy wywarło ogromne wrażenie podczas wczorajszego seansu, to fakt, że w moim odczuciu JLM jest nie tylko lepszym potworem, ale także… ciekawszym Victorem. Dlaczego? Bo w wykonaniu JLM, Victor jest o wiele sympatyczniejszą postacią niż w interpretacji BC.
 
Owszem, wciąż jest genialnym naukowcem, niezrozumienamy przez ludzi mniej inteligentnych, ale mimo to jest człowiekiem dążącym do kontaktu z ludźmi. Tam, gdzie Victor BC traktuje wszystkich z góry, u Victora JLM widzę ogromną chęć porozumienia z drugim człowiekiem, której na drodze stoi… coś – strach przed uczuciami, zbytnia zapalczywość, chorobliwa naukowa ciekawość, brak cierpliwości… Gdy więc Victor JLM mówi do Elizabeth “I do love you“, Mysz mu wierzy. Widać na jego twarzy autentyczną miłość do Elizabeth, a przepaść ich dzieląca wynika wyłącznie z tego, że Victor jest człowiekiem opętanym przez chęć pokonania śmierci (ledwo poruszony w sztuce wątek śmierci matki Victora może być tego przyczyną). I nie jest to chęć wynikająca z potrzeby bycia Bogiem (jak u Victora BC), a z autentycznej, choć źle umiejscowionej potrzeby, ewentualnie naukowej ciekawości. Myszy zdaniem Victor JLM jest autentycznie zaszokowany, gdy jego Stworzenie ożywa. Przeżywa uniesienie, ale nie z własnego geniuszu, a z tego, że wbrew wszelkim przesłankom, jego eksperyment się udał.
Wróćmy jednak do Victora BC – jak wspominałam to napuszony, wyrachowany socjopata. Wie, że jest inteligentniejszy osobą jaką zna; jest “ponad nimi” i w związku z tym traktuje wszystkich – w tym Stworzenie i Elizabeth – jako istoty sobie podległe. Gdy się więc zastanowić, obie te relacje są relacjami toksycznymi. Tym bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę postać Elizabeth – dziewczynę mądrą, dobrą i autentycznie w Victorze zakochaną. Co jest jeszcze zrozumiałe w wypadku Victora JLM, z którym po prostu trudno jest jej znaleźć nic porozumienia, ale w wypadku oziębłego Victora BC jest już dla Myszy nie do pojęcia. Z drugiej strony nie jestem w toksycznej relacji i nie próbuję udawać, że wiem, jakie procesy myślowe mają w takiej sytuacji miejsce. Tak czy inaczej, gdy weźmiemy pod uwagę dwóch różnych Victorów, relacja Elizabeth z nimi obu wypadkach jest inna: z BC jest w toksycznym związku, beznadziejnie, bez wzajemności zakochana w mężczyźnie, który perfidnie nią manipuluje; z JLM jest w związku trudnym, ale szczerym i Mysz jest przekonana, że gdyby miała szansę, Elizabeth byłaby w stanie swoją dobrocią wyciągnąć Victora z jego “naukowej skorupy”.
 
Wyrachowanie u Victora BC ma też inny aspekt – w scenach, gdy Elizabeth robi aluzje do swojej seksualności, w Victorze widać chore podniecenie. Ten rodzaj niepokojącego błysku widzimy w oczach popkulturowych seryjnych morderców i gwałcicieli – to chęć zdominowania kobiety, zdobycia nad nią kontroli. Kontrola jest zresztą u Victora BC wiodącym motywem – chce on zdobyć kontrolę nad życiem i śmiercią, nad swoim Stworzeniem, nad Elizabeth… Gdy w tej samej, erotycznie naładowanej scenie, umieścimy Victora JLM, postać zupełnie w Mysim odczuciu różną od tej BC, scena nabiera innego znaczenia – Victor nie jest żadnym seksualnym drapieżnikiem, a niedoświadczonym, przerażonym prawiczkiem, który choć kocha Elizabeth i bardzo jej pragnie, szuka ucieczki w nauce. Nie wiem, czy jest to właściwa interpretacja, ale właśnie tak odczytałam grę JLM. Zresztą różnice wychodzą także w scenach, gdy Victor i Stworzenie rozmawiają o miłości. W wersji, gdzie BC wciela się we Frankensteina, pytanie “czym jest miłość?” to zimna kalkulacja – podczas gdy Stworzenie odpowiada na pytanie, twarz Victora pozostaje niewzruszona, nieczuła. Dla niego to równie istotna kwestia, co następny posiłek – błahostka, miernotka, którą interesują się umysły mniej wybitne niż jego. Gdy to samo pytanie zadaje Victor JLM, widać w nim żywe zainteresowanie – on naprawdę chce wiedzieć, czy to co czuję do Elizabeth to miłość. Porównuje swoje uczucia do tych, które opisuje Stworzenie.
Pod tymi względami Victor JLM jest, w Mysim odczuciu, autentycznie dobrą, choć niezrozumianą postacią. Nie przykładem “niezrozumienia” będzie tu scena, gdy Victor zabij narzeczoną Stworzenia. Dla mnie, u JLM czyn ten wynika wyłącznie z prawdziwych pobudek i obaw. Victor od początku nie ufa swojemu Stworzeniu, a wizja dwóch takich istot, pozbawionych nadzoru i kontroli, autentycznie go przeraża. Zabicie narzeczonej Stworzenia wynika z dobrych chęci Victora… których naturalnie biedne, zrozpaczone Stworzenie nie jest w stanie zrozumieć, bo nim rządzą uczucia, a Victorem (przynajmniej w tym momencie) rządzi logika. W wykonaniu BC, ta sama scena jawi się w zupełnie innych barwach: zamiast nietrafionej troski, widzę tu czystą perfidię, czy nawet zazdrość, bo można wysnuć teorię, iż Victor BC odebrał Stworzeniu miłość, tylko dlatego, ze sam jej nie rozumie, nie chce zrozumieć i nie może jej mieć. Jest też w jego okrucieństwie aspekt “God giveth, God taketh away” – Victor BC bawi się ze Stworzeniem, bo uważa siebie za mistrza/Boga/pana/ojca, a Stworzenie za swoją własność, którą wolno mu dowolnie pomiatać.
W ostatnich scenach sztuki – gdy zmęczony pościgiem za Stworzeniem Frankenstein prawie umiera – Stworzenie wyznaje swemu twórcy miłość. “Bez ciebie nie może być i mnie”, wyznaje w chwili rozpaczy. W kontekście toksycznej relacji JLM-Stworzenie/BC-Victor scena ta wypada niemalże, jak łaszenie się skatowanego psa do każącej ręki pana, bo choć pan jest okrutny, nikt inny psa nigdy nie dotknął. Stworzenie wie, że bez Victora straci swój cel w życiu. A przecież, w wyniku trudnych doświadczeń, obecnym celem Stworzenia jest dręczyć Victora takim samym okrucieństwem, jakie jemu zaszczepiono; odpłacić się pięknym za nadobne, nieważne jakim kosztem. Ich relacja to ciągła walka o kontrolę, o udowodnienie swojej wyższości. W tym kontekście, moment gdy Victor BC odzyskuje przytomność i każe Stworzeniu ruszać dalej, pokazuje – ponownie – jak ważna dla Victora jest kontrola nad jego tworem. Victor musi go zabić sam, na swoich warunkach i w ten sposób ostatecznie udowodnić, kto jest panem życia i śmierci.
W wersji BC-Stworzenie/JLM-Victor scena  ta nabiera innego, moim zdaniem o wiele bardziej tragicznego znaczenia. Jak wspominałam, BC jako Stworzenie jest w Mysich oczach istotą trochę bezmyślną, ale wciąż w gruncie rzeczy dobrą, więc jego rozpacz na myśl o śmierci Frankensteina jest autentyczna – ta myśl o utracie “rodzica” jest obezwładniająca i ogłupiająca. Mysz wierzy, że Stworzenie BC naprawdę byłoby w stanie, z czystej miłości(!) położyć się obok swego stwórcy i umrzeć razem z nim. Gdy Victor JLM odpycha Stworzenie i podejmuje za nim pościg, to także jest, w mniemaniu Myszy, zachowanie świadczące o miłości. Victor wie, że powinien zabić swoje “dziecko”, ale zamiast tego decyduje się na upartą, niekończącą się pogoń. Dlaczego? Bo w ten sposób daje Stworzeniu szansę, daje mu życie. Ostatecznie miłość, której szukało zarówno Stworzenie, jak i Victor, te dwie istoty znajdują w sobie nawzajem.

Jeśli pogubiliście się w tym wszystkim, to polecam przeczytać recenzję obu wersji autorstwa Ninedin: BC-Stworzenie/JLM-Victor oraz JLM-Stworzenie/BC-Victor. Zgadzam się ze wszystkim, co Nin napisała, z jednym ale: tam gdzie dla niej JLM jako Victor jest mimo wszystko oziębły, dla Myszy – zwłaszcza w porównaiu z BC -wypada o wiele sympatyczniej.
Podsumowując te domorosłe psychologiczne dywagacje: obie wersje sztuki są równie wspaniałe i wszelkie osoby, które twierdzą, że którykolwiek aktor jest „gorszy” w któreś roli, mogą się wypchać. Obaj panowie błyszczą z jednakową siłą, tworząc wyjątkowe, diametralnie różne, choć równie interesujące kreacje..
Śmieszy mnie natomiast, że Luby podsumował naszą drugą przygodę z „Frankensteinem” słowami, które i Myszy cały seans chodziły po głowie: „Wiesz, co ja bym najchętniej zobaczył? Wersję Jonny Lee Miller kontra… Jonny Lee Miller”. I coś w tym jest. Bo choć Cumberbatch obie role zagrał fenomenalnie, w wykonaniu Millera obie postacie – Stworzenia i Frankensteina – bardziej do mnie przemawiają.
Chociaż, jak się nad tym zastanowić, wersję Cumberbatch vs Cumberbatch też bym chętnie zobaczyła. Taki miks różnych interpretacji postaci byłby, w obu wypadkach, wyjątkowo ciekawy.
Źródło

*Mysz będzie używała skrótów na obu aktorów – Jonny Lee Miller to JLM, Benedict Cumberbatch to BC (duh)


Źródło nieopisanych gifów.