Polemika z muzyką – Mysz o “The Sound of Music Live”

W tym roku ma premierę “The Sound of Music Live!”, czyli pierwsza odsłona przywróconej przez NBC tradycji “live television event”.

Jakby nie dość było nieszczęść, teraz Mysz jest chorość. Oczywiście nie porównuję swojej niemocy do niedawnej rodzinnej tragedii (dziękuję WSZYSTKIM za słowa wsparcia i otuchy, jesteście cudowni), ale gdy człowiek jest przygnębiony, a dodatkowo smarka i kicha co pięć minut, życie wydaje się wyjątkowo szare. Może właśnie dlatego seans The Sound of Music Live! przyniósł mi tyle radości. W tym zimnym, ciemnym, grudniowym miesiącu, pełnym łez i smutku, przypomnienie sobie jednego z mych ukochanych musicali – na dodatek tak pozytywnego w wydźwięku – było jak balsam na Mysią duszę.
Okazuje się jednak, że Mysz w swym zachwycie nad spektaklem jest dość odosobniona. Otóż Zwierz popkulturalny napisał dość ostrą krytykę TSoML!, z którą Mysz musi się poniekąd zgodzić, ale także wejść w polemikę. A biorąc pod uwagę miejską legendę, według której Mysz jest wytworem wyobraźni Zwierza, ten wpis można potraktować jako objaw schizofrenii blogera, gdzie dwie osobowości kłócą się ze sobą.
Tak zupełnie poważnie – podejrzewam i to dość mocno, że mój pozytywny odbiór TSoML! wziął się z dwóch czynników. Po pierwsze: choć ubóstwiam The Sound of Music i należy on do czołówki moich ulubionych musicali, nie mam do niego tak emocjonalnego stosunku, jak chociażby do Singin’ in the Rain. Zwierz na początku swojej notki wspomina o wielkiej miłości do filmu i może stąd w jego oczach TSoML! miał tyle wad i niedociągnięć. W wypadku Myszy, choć także zwróciła na owe wady uwagę, nie odebrały one jednak nic z przyjemności oglądania tak wyjątkowego, jedynego w swoim rodzaju spektaklu. Drugi czynnik to wspomniane już przygnębienie. Mam wrażenie, że radość i optymizm, jakie drzemią u podstaw dzieła Rodgersa, Hammersteina, Lindseya i Crouse’a, byłyby mnie w stanie podnieść na duchu, nawet gdyby “Dźwięki muzyki” wykonywała grupa fałszujących przedszkolaków.
Ponieważ Zwierz w swej notce omówił wiele aspektów spektaklu, Mysz prosi, byście w pierwszej kolejności zapoznali się z ową notką. Będę się do niej w punktach odnosić (mniejsza jest wtedy szansa, że się zakałapućkam w swych chaotycznych odczuciach). Nie śpieszcie się z czytaniem, Mysz poczeka.

– Porównywanie filmu i wersji scenicznej jest niesprawiedliwe.
… tak i nie. Z jednej strony wersje filmowa i sceniczna będą się, naturalnie, różnić. Wersja sceniczna będzie zawsze miała niedociągnięcia, fałsze lub błędy, których wersja filmowa uniknie, bo do filmu wybiera się najlepszą wersję danej sceny/piosenki, tworząc, suma sumarum, najlepszą możliwą wersję danego dzieła. To takie trochę “the best of“. Z drugiej strony w wersji filmowej brakuje czasem tej ‘iskry’, którą mają w sobie przedstawienia na żywo, a która bierze się z interakcji aktorów z publicznością.
Mysz nie twierdzi tutaj, że w The Sound of Music tej iskry zabrakło. Film Wise’a jest absolutnie cudowny i nic bym w nim nie zmieniła. Tkwi we mnie jednak myśl, że film, ze względu na swą formę, pozostaje niezmienny. Ma to zarówno pozytywne, jak i negatywne strony. Mysz już nie raz przyłapała się na tym, że znajomość jakiegoś filmu i sympatia do niego sprawiają, że na wszelkie zmiany – czy to remake’i czy przenosiny na deski sceniczne – reaguje agresją. “Bo to nie będzie jak w filmie!”. Since when is that a bad thing? Film sobie, scena sobie. Stąd zaczęłam się bardzo pilnować i staram się każdej wersji danego dzieła dawać równe szanse. Nie uprzedzać się, nie faworyzować, spojrzeć świeżym okiem. Nie zawsze mi się to udaje – czego dowodem moja recenzja “Deszczowej piosenki” w Teatrze Roma – ale staram się z całych sił.
Oczywiście, można argumentować, że porównanie spektaklu i filmu jest niesprawiedliwe, ale Mysz uważa, że jest ono także całkowicie zrozumiałe. Jeden widz będzie dokonywał porównań niemalże z automatu, drugi “odsunie się” od obu produkcji i spojrzy na nie jak na oddzielne twory. Żadne z tych podejść nie jest bardziej słuszne od drugiego. Ale myślę, że każde ma swoje racje.
 
Teraz malutka dygresja, która jest jednym z głównych powodów, dla których w ogóle piszę tę notkę: Mysz kocha teatr. Różne wystawienia tej samej sztuki; różnych aktorów, którzy wcielają się w tę samą rolę; różne scenografie, choreografie, instrumentalizacje, inscenizacje… to jak zabawa w “Znajdź 10 szczegółów, którymi różnią się obrazki” tylko w wersji na żywo. Więcej: czasem zdarza się, że nie porównujemy nawet dwóch różnych wystawień, a tę samą sztukę, w tej samej obsadzie, podczas trzech różnych wypraw do teatru (Mysz tak swego czasu porównywała “Sen nocy letniej” w Teatrze Narodowym – jeden sezon, trzy różne wizyty w teatrze, każda na swój sposób inna i wyjątkowa). Porównywanie, znajdowanie różnic czy podobieństw, wartościowanie jednego wystąpienia nad drugie… to wszystko jest jednym z Myszy ulubionych aspektów teatru. Ten dreszczyk podekscytowania, “co będzie inaczej? co zmienią? czy mi się spodoba bardziej czy mniej?”, to dla mnie połowa frajdy. Stąd uparte łażenie na różne inscenizacje “Snu nocy letniej” (Myszy ukochany Szekspira, ever), stąd Myszy z Lubym wyprawa na dwie różne wersje “Frankesteina” Danny’ego Boyle’a, stąd pełna obawy wyprawa na “Deszczową piosenką”. Stąd także, mimo wszystko, chęć i potrzeba porównywania remake’ów ulubionych filmów. Bo choć przy filmie, który przecież możemy oglądać w kółko, powstaje silniejsza więź przywiązania i sympatii niż w wypadku sztuki – która za każdym razem jest inna – czasem warto “spuścić ze smyczy” nasze utarte wyobrażenia i dać szansę czemuś nowemu.
To jedna dygresja. A teraz druga: znacie ten fenomen, że nawet gdybyście nie robili nic innego tylko czytali książki/oglądali filmy, nigdy nie będziecie w stanie przeczytać/obejrzeć nawet połowy tego co byście chcieli?… w wypadku spektakli jest to jeszcze bardziej niemożliwe. Jasne, są ludzie – nawet dobrze mi znani – którzy mają czas, fundusze i upór, by kilka razy w roku jeździć do Londynu lub Nowego Jorku i biegać po Broadwayu czy West Endzie z wywieszonym ozorem i chodzić na kolejne spektakle. Mysz, niestety, nie należy do tych ludzi. A chciałaby. Jest TYLE sztuk, spektakli i musicali, które chciałabym móc zobaczyć, że głowa mała! I czasem nie chodzi nawet o to, że na West Endzie grają “gwiazdy” – Tom Hiddleston, Kenneth Branagh, Benedict Cumberbatch czy Jonny Lee Miller. Chodzi o to, jakie sztuki są tam grane. I fakt, że są grane po angielsku. Czytelnicy pewnie już zdążyli zauważyć, że Mysz jest fanatycznym wyznawcą obcowania z (pop)kulturą “w oryginale”. Tak więc, choć wybranie się na “Deszczową piosenkę” po polsku jest ciekawym i wartościowym przeżyciem, nie jest dla Myszy tym samym, co zobaczenie “Singin’ in the Rain” na scenie po angielsku. Zwłaszcza, że nie zawsze tłumaczenia piosenek na polski są tak trafne i zgrabne, jak “Mojżesz, czy możesz?”, wspomniane w recenzji “Deszczowej piosenki”.
Wyobraźcie sobie teraz taką biedną Mysz, która nie może jeździć po świecie i oglądać upragnionych sztuk i tylko co roku, na ceremonii rozdania nagród Tony, dostaje drobny “smaczek” tego wszystkiego, czego doświadczyć sama nie może. A teraz wyobraźcie sobie Mysią radość na takie inicjatywy, jak National Theatre Live, czy Digital Theatre, czy w ogóle na fakt, że pewne spektakle są nagrywane i dystrybuowane do ludzi, którzy sami do teatru wybrać się nie mogą. I mówię tu o profesjonalnych nagraniach, a nie o tzw. bootleg videos, czyli filmikach nagranych z ręki, z ukrycia, gdzie dźwięk jest do kitu, nie słychać co aktorzy mówią na scenie, a jakość obrazu jest tak kiepska, że większość scenografii trzeba się domyślać. Myślicie sobie: “Kto by chciał oglądać taką kiepską wersję?”… otóż ten, kto wie, że inaczej nigdy spektaklu nie zobaczy. W wypadku nielegalnie nagrywanych w kinie filmów, mamy przynajmniej pewność (mniejszą lub większą), że film, prędzej czy później, pojawi się na legalnych nośnikach. W wypadku spektaklu nie ma ŻADNEJ TAKIEJ GWARANCJI. Inna ewentualność, która zmusza do aktu desperacji, jakim jest oglądanie bootlega: sztuka została nagrana w wersji HD… ale z inną obsadą. A nam, na przykład, zależy na tym konkretnym aktorze. I wtedy pozostaje nam usiąść przed komputerem, w jednym okienku mieć otwarty scenopis sztuki, w drugim nielegalne, kiepskiej jakości nagranie, oglądać i płakać nad smutnym losem, który sprawia, że nie możemy sobie pozwolić na doświadczenie sztuki w jej pełnej krasie.
Właśnie z tego względu – tej wszechogarniającej potrzeby doświadczania kultury (nie tylko wysokiej) – Mysz jest bardzo tolerancyjna w stosunku do nagrań z teatru. Widziałam już różne wersje tego zjawiska: kiepskiej jakości bootleg, który jest zaledwie namiastką teatru; drobiazgowo przemyślane nagrania NTLive, gdzie ma się wręcz wrażenie BYCIA na scenie wraz z aktorami; czy to co zrobiło np. MTV, stawiając kamerę i nagrywając całe “Legally Blonde: The Musical” (do obejrzenia na YT w całości; polecam gorąco!). Każda ma swoje wady – czasem wręcz ogromne – ale wszystkie mają jedną i tę samą zaletę: dają mi możliwość obcowania z teatrem, którego w innym wypadku mogłabym nie doświadczyć.
Z takim właśnie nastawieniem podchodziłam do The Sound of Music Live!: jak do innej od filmu i pełnej wad wersji scenicznej, która jednocześnie jest wyjątkowym, jedynym w swoim rodzaju doświadczeniem. Musicie bowiem wiedzieć, Drodzy Czytelnicy, że The Sound of Music Live! jest pierwszym tego typu transmitowanym na żywo spektaklem telewizyjnym od 1957 roku (!), gdy to w telewizji puszczono “Kopciuszka” – również musical Rodgersa i Hammersteina.
Dla Polaków, którzy są przyzwyczajeni do Teatru Telewizji, TSoML! nie musi się wydawać niczym dziwnym. Ale dla Amerykanów to przywrócenie do życia zapomnianego medium, gdzie cała rodzina siada przed telewizorem, by obejrzeć spektakl NA ŻYWO. O tym aspekcie bardzo łatwo zresztą zapomnieć. Właśnie dlatego, że nagrywanie spektakli staje się coraz popularniejsze, widzowie zaczęli je traktować jako rodzaj filmów – przecież są pocięte i wy-edytowane tak, by przy posiadanym materiale, osiągnąć jak najlepszy efekt. Zapomina się, że przy spektaklu puszczanym na żywo, wszystko co pójdzie nie tak, jest natychmiast transmitowane na cały świat. Tak więc presja dla twórców i aktorów jest, przynajmniej moim zdaniem, o niebo większa.
Zasadnicza różnica między spektaklem nagranym w teatrze, a spektaklem telewizyjnym transmitowanym na żywo, to obecność publiczności. Gdy nagrywamy w teatrze, słyszymy reakcje publiczności – czasem nawet je wręcz widzimy – i dla widza przed laptopem/telewizorem są one niejako wyznacznikiem jakości sztuki. Skoro im się podoba, to pewnie znaczy, że jest dobra. Oczywiście nie zawsze to działa, ale zasada jest podobna, jak przy śmiechu zza offu w sitcomach – niektórych to odstręcza, niektórym nie przeszkadza, a na niektórych bardzo mocno działa. W wypadku TSoML! brak publiczności zadziałał, mam wrażenie, na niekorzyść  twórców. Oczywiście rozumiem techniczne aspekty, które uniemożliwiły zaproszenie na plan publiczności – w ogromnym hangarze, który niegdyś należał do NASA, zbudowano wielkie dekoracje, a aktorzy, w trakcie przerw na reklamy, musieli się między nimi przemieszczać w sumie 25 razy; w tym czasie musieli także dokonywać tzw. quick changes, czyli w maksymalnie 45 sekund przebrać się z jednego kostiumu w drugi, wejść z powrotem na scenę i nie sprawiać wrażenia zdyszanego. Musieli pamiętać swoje teksty, wejścia w muzykę w odpowiednim momencie, nie pomylić rytmu, choreografii, przy okazji nie zafałszować ani się nie potknąć (bo przecież leci na żywo)… Ekipa na planie musiała uważać na wszelkie kable, ruchy kamery, timing ujęć, zmiany scenografii, muzykę, etc… lista technicznych szczegółów, które należało upilnować jest ogromna.
No dobrze, powiecie. Ale przecież w teatrze robi się dokładnie to samo. I to też jest “na żywo”, bo przecież co wieczór jest publiczność i co wieczór trzeba przez to wszystko przebrnąć. A, widzicie! Kluczowy zwrot to: CO WIECZÓR. W teatrze spektakl gra się wielokrotnie. Najpierw jest workshop, potem próby, potem wystawienia wyjazdowe, potem jest Broadway run i parędziesiąt wystawień, dzień po dniu… aktorzy i twórcy mają czas, by doprowadzić daną inscenizację do perfekcji. Jasne, trafiają się lepsze i gorsze dni, ale w pewnym momencie osiąga się “kwintesencję” tego, czym dany spektakl może być. W wypadku TSoML! coś takiego nie zachodzi. Owszem, były tygodnie prób przed nagraniem, ale samo nagranie odbywa się TYLKO RAZ. I idzie na żywo. Oznacza to, że twórcy i aktorzy nie mają tego luksusu, co ludzie w teatrze, którzy co wieczór, przed publicznością, “dopracowują” sztukę. TSoML! miało kilka tygodni prób “na sucho”, ale efekt ich pierwszego – i jedynego! – wystawienia “na mokro” widział każdy, kto obejrzał spektakl NBC. Dla Myszy to trochę tak, jakby przygotować spektakl i nagrać jego opening night na Broadway’u, a potem natychmiast zdjąć spektakl z afisza. One night only, i tym  podobne.
Having said all of that, rozumiem Zwierza obiekcje. Więcej – z wieloma się zgadzam. Ale ponieważ nie traktuję filmu The Sound of Music jako kanonu i uosobienia perfekcji, a na TSoML! patrzę z dużą dawką tolerancji – bo medium, do którego należy jest bardzo specyficzne – mnie się spektakl podobał. I to bardzo.
– Wystawienie sceniczne w telewizji robi mniejsze wrażenie niż robiłoby w teatrze; wszystko wygląda tandetnie
Mysz akurat była pod ogromnym wrażenie dekoracji i bardzo jej się podobały. Owszem, były bardzo “sceniczne”, ale moim zdaniem dokładnie o taki efekt chodziło – wszak twórcy nie robią remake’u filmu, tylko transmitują na żywo inscenizację sztuki.
Pamiętajcie jednak, że Mysz znowu bierze poprawkę specyficzność tego konkretnego medium. Owszem, biorąc pod uwagę jak wspaniale wyglądają niektóre współczesne seriale i jak wizualnie olśniewające potrafią być ich plany zdjęciowe, scenografia TSoML! może się wydawać kiczowata i tandetna. Ale mam wrażenie, że w teatrze taka scenografia robiłaby duże wrażenie, nie tylko ze względu na to jak została skonstruowana – duże przestrzenie, dwa poziomy, przejścia między sceneriami, itd. – ale także ze względu na jej koszty. Przy czym weźmy pod uwagę, że w teatrze taka scenografia byłaby wykorzystywana co wieczór – tu wykorzystano ją raz. TSoML! nie jest wielką produkcją kinową, która może sobie pozwolić na zbudowanie ogromnej dekoracji na parę minut zdjęć. To produkcja telewizyjna, na dodatek powrót do dawno nie prezentowanego medium, więc ryzyko klapy finansowej było całkiem prawdopodobne. Mysz osobiście pochwala odwagę i rozmach NBC.
 
Jasne, długie podwójne schody w posiadłości Von Trappów, fontanna na podwórzu z malowanymi górami w tle, spokojny kamienny klasztor… to wszystko wyglądało szalenie umownie, ale przy tym niezmiernie uroczo. Okej, przyznaję – scena śpiewania “The Sound of Music” na niewielkiej górce w otoczeniu sztucznych drzewek wypada trochę głupio, w porównaniu z rozmachem filmu, gdzie mamy to piękne, panoramiczne ujęcie z helikoptera. Ale rezydencja Von Trappów i klasztor, Myszy zdaniem, sprawdzają się całkiem nieźle.
Poza tym, jeśli mam być szczera, wszelkie zarzuty o kicz i tandetę mnie bawią. Z tego prostego względu, że teatr, sam w sobie, jest bardzo umowny i często korzysta z banału, kiczu, tandety i klisz by wywołać w widzu konkretne reakcje. Zwierz wspomina, że spodziewał się więcej; że twórcy będą starali się przemówić do pokolenia Glee, które na nowo odkrywa do musicali. Po pierwsze: skoro odkrywa miłość do musicali, należy im pokazać kiczowatość – niech się nauczą, że starsze musicale, te do których oglądania dopiero się zabiorą, mogą sprawiać wrażenie tandetnych, głupiutkich, przesłodzonych. A mimo to są wartościowe i należy je oglądać. Po drugie: mówimy o serialu, w którym w jednym odcinku pojawia się kwestia indywidualnej ekspresji i potrzeby tolerancji inności, ujęta w kontekście… twerkingu. I odcinek świąteczny o istocie religijności i świąt w którym są tańczące karły i półnagi Święty Mikołaj. Biorąc pod uwagę ten rodzaj kiczu, sądzę, że amerykańskim nastolatkom kicz w TSoML! nie przeszkadzał. Zwłaszcza, że jak Zwierz zauważył, Amerykanie żywią bardzo dużo pozytywnych uczuć do wersji filmowej, więc siłą rozpędu powinni też tolerować wszystko, co w swojej wersji pokaże im NBC.
– Carrie Underwood ma głos, ale nie umie grać.
Niestety święta prawda. Brak aktorskiego talentu u Underwood niezmiernie Mysz raził, zwłaszcza na początku spektaklu. Potem jakoś się przyzwyczaiłam, czy raczej skupiłam na śpiewie, a nie na aktorstwie. 
Oddajmy jednak cesarzowi co cesarskie – Underwood radzi sobie wokalnie i to całkiem nieźle. Co prawda Mysz jest bardzo przyzwyczajona do barwy głosu Julie Andrews, ale zatrudniona przez NBC piosenkarka country brzmiała bardzo przyjemnie. Były problemy – wszak lecimy na żywo! – ale ogólnie muszę Underwood przyklasnąć. Osobiście twierdzę, że jej potknięcia wynikały z próby przekrzyczenia muzyki, która momentami była o wiele za głośna, a także z specyficznej barwy głosu. Andrews mimo, że śpiewała dość wysoko, ma głos pełny, “okrągły”, pełen ciepła. Underwood choć ma niezłe płuco i dobrą technikę, nie ma tak wielu oktaw w głosie i momentami jej głos nie “dźwięczy” tak jak powinien i zamiast się nieść pełnymi dźwiękami, kłuje w ucho tzw. “szarzą”. Są to jednak rzadkie momenty, a Mysz jest przy tym pod ogromnym wrażeniem, że panna Underwood pozbyła się ze swego śpiewanego głosu tzw. country twang. Mysz nie słucha country regularnie, ale wie o nim na tyle dużo, by zdawać sobie sprawę, jak trudno jest się pozbyć tego charakterystycznego stylu śpiewania.
W sumie dla Myszy najbardziej przykry wokalnie był sam początek spektaklu, gdy Underwood była jeszcze nierozśpiewana. Jest to tyle przykre, że przecież zaczynamy od tytułowej piosenki, “The Sound of Music”, której siła polega na długich, czystych, pełnych dźwiękach, z którym Underwood sobie, mimo wszystko, nie poradziła. Chociaż muszę przyznać, że im dalej w spektakl, tym lepiej jej szło. Właściwie dotyczy to wszystkich aktorów. Myślę, że po prostu musieli się przyzwyczaić do świadomości, że grają “na żywo” przed kamerami. Nie zmienia to faktu, że tak niekorzystne otwarcie na pewno nie przyczyniło Carrie Underwood fanów. Mysz z pewnością nie będzie się mogła z czystym sercem do nich zaliczyć. Ale tu pora Mysie wyznanie: dla mnie istnieje tylko jedna osoba, która zaśpiewała “The Sound of Music” tak, jak powinno to być zaśpiewane. Ta osoba to Ewan McGregor w Moulin Rouge! *uchyla się przed ciężkimi przedmiotami, które lecą w jej stronę*
 
Also: Zwierz wspomina o źle zagranej scenie tańca Marii i Kapitana. Tu akurat nie obwiniałabym braku talentu aktorskiego u Underwood, co trudności w jednoczesnym pozostaniu w roli i bezbłędnym odtańczeniu kroków. Pamiętajmy: lecimy na żywo, a pomyłka jednego aktora wybija z rytmu drugiego, a wtedy wszystko się sypie.
– Stephen Moyer zdaje się grać w zupełnie innym spektaklu.
Niestety znowu prawda. Wadą Moyera w TSoML! nie jest to, że źle gra lub śpiewa – obie też rzeczy robi bardzo przywoicie. Problem polega na tym, że choć gra nieźle, gra kompletnie nie to co trzeba. Możliwe, że zbyt przyzwyczaił się do roli wiecznie skrzywionego, niezadowolonego Billa Comptona w True Blood, ale dość powiedzieć, że Mysz nawet w najgorszych koszmarach nie wyobrażała sobie Kapitana Von Trappa jako aż tak sztywnego bubka.
Zwierz wspomina w swej notce, jak nieszczęśliwy był Christopher Plummer podczas kręcenia The Sound of Music. Bardzo możliwe, ale dzięki temu jego Von Trapp był bardziej wiarygodny – surowy, przeżywający wciąż żałobę po żonie, oddalony od dzieci, etc. Moyer swą grą przekroczył niestety istotną granicę, przez co jego Von Trapp wydaje się jako ten młody Werter, co to nic tylko Weltschmerz i Weltschmerz. Co jest o tyle dziwne, że we wszelkich klipach behind the scenes, Moyer jest klasycznyie sympatycznym, ciepłym, miłym w obejściu Anglikiem. Widać więc, że albo z własnej winy, albo z winy reżysera, mocno przeszarżował “poważność” Von Trappa, nie tylko w kwestii jego relacji z dziećmi, ale także pod względem antypatii jaką żywi do Niemców. Słowo daję: gdyby mógł, to by się chyba z tego niezadowolenia powiesił.
 
Trzeba jednak przyznać, że wokalnie Moyer mnie mocno zaskoczył i to pozytywnie – pod względem techniki jest na o wiele wyższym poziomie niż mogłabym podejrzewać, a i jego głos ma ładną, choć wysoką barwę. Sądzę, że wszelkie niedociągnięcia wynikały z braku doświadczenia i tremy, ewentualnie nie wpasowania się w tonację. Śpiewanie na żywo to jednak trochę co innego niż śpiewanie na próbie.
– Twórcy zrobili głównym aktorom niedźwiedzią przysługę, obsadzając Broadwayowskich weteranów w rolach drugoplanowych.
Niby racja, ale kurczę – skoro Underwood i Moyer momentami się nie wyrabiają, dobrze chociaż, że mamy w spektaklu profesjonalistów, którzy w razie czego uratują sytuację jedną czystą nutą lub dobrze zagraną sceną. Bo umówmy się: Audra McDonald, Laura Benanti i Christian Borle są fenomenalni.
Ale z drugiej strony czego się spodziewać? McDonald ma nagród Tony na pęczki i Myszy zdaniem, z tym swoim pełnym vibrato i płucami jak miechy, wprost urodziła się, żeby śpiewać Gershwina, albo właśnie utwory, takie jak “Climb Ev’ry Mountain”.
  
Z kolei Laura Benanti ma niesamowite wyczucie komediowe (o czym wie każdy, kto oglądał Go On), nagrodę Tony na koncie, a także doświadczenie z The Sound of Music, bo swego czasu, w 1998 roku, grała Marię na Broadwayu. Co zresztą momentami słychać, bo Benanti ma bardzo czysty, perlisty głos, dość podobny do Julie Andrews, choć nie tak ciepły.
Także Christian Borle ma na koncie statuetkę Tony, a Mysz – która chorobliwie się w nim kocha – z czystym sercem poleca wszystko, co ten aktor zrobił, włącznie z wspomnianym wyżej “Legally Blonde: The Musical” czy serialem Smash. A skoro jestem przy Smash, należałoby wspomnieć, że producentami TSoML! są twórcy tegoż serialu – Craig Zadan i Neil Meron, panowie odpowiedzialni m.in.za filmowe Chicago i Hairspray.
Tak więc akurat Mysz się cieszy, że obsadę TSoML! dopełniają weterani Broadwayu. Dzięki temu przynajmniej część piosenek jest zagrana i zaśpiewana bezbłędnie, w tym dwa utwory – oba w wykonaniu baronowej Elsy i Detweilera (Benanti i Borle) – których nie ma w filmie. Dla kogoś, kto nie miał nigdy okazji zobaczyć wersji scenicznej, jest to nie lada gratka, bo utwory “How Can Love Survive?” i “No Way To Stop It” mają w sobie tyle samo uroku, co inne, dobrze nam znane utwory Rodgersa i Hammersteina. Mają też dodatkową zaletę – sprawiają, że postacie Detweilera i Elsy nareszcie mają co robić. W filmie Elsa jest czymś, co Mysz nazywa place holder – “trzyma” miejsce przy boku Von Trappa, do momentu aż nie pojawia się Maria. Z kolei Detweiler ma w filmie spełniać funkcję komediową, ale ograniczenie jego wypowiedzi wyłącznie do tekstu szalenie, moim zdaniem, uszczupliło jego charakter. Tak więc piosenki, które Benanti i Borle wykonują w TSoML! nie dość, że są świetnie wykonane i są sprawnie odegranymi momentami komediowymi, pozwalają nam także lepiej poznać postacie, które w filmie były ledwo zarysowane. Jak dla Myszy jest to ogromna zaleta.
Zresztą podobne odczucia mam odnośnie tego która piosenka jest kiedy śpiewana w filmie, a w wersji scenicznej (np. “My Favorite Things” w wersji scenicznej Maria śpiewa z Matką Przełożoną, a w scenie burzy śpiewa z dziećmi “Lonely Goatherd”). Każda różnica między jednym a drugim medium jest po prostu kolejną ciekawostką, która sprawia, że zarówno film, jak i wersja sceniczna są wyjątkowe.
 
– dziecięcy aktorzy są nijacy
Tu Mysz podniesie krzyk oburzenia. Ponieważ siódemka Von Trappów jest dość kluczowym elementem filmu, Mysz była bardzo ciekawa, jak młodzi aktorzy poradzą sobie ze swymi rolami (tym bardziej, że po latach wciąż ma czasem zarzuty do aktorstwa filmowych Von Trappów). Owszem, zdarzały się momenty “aktorskiej ciszy”, gdy dzieci zapominały, że w wersji na żywo trzeba grać bez przerwy – także, czy może przede wszystkim twarzą. Mysz jednak od lat tresuje się we wczesnym wypatrywaniu utalentowanych młodych aktorów (nie mam może stuprocentowej “skuteczności”, ale i tak bywam zaskakująco trafna) i może z przekonaniem wskazać palcem które dzieci się w TSoML! wykazały.
A więc: znośna była Ariane Rinehart jako Liesl, najstarsza Von Trappówna. W spektaklu widać jej szkolenie baletowe, głos ma ładny i czysty, aktorsko jest bez zarzutu, choć także bez fanfarów. Ale nie ma sprawy, bo niedługo będzie można ją zobaczyć w Noah Aronofsky’ego, to sobie porównamy.
Fatalni byli Michael Nigro jako Fredrich (drugi w kolejności starszeństwa) i Peyton Ella jako Gretl (najmłodsza). Nigro w ogóle nie pamiętał o graniu i był szalenie sztywny, z kolei Gretl wypadał naturalnie w scenach mówionych, ale głos ma tak głęboki jak na swój wiek i była tak stremowana, że w śpiewie wypadła tragicznie.
Grace Rundhaug jako Marta (przedostatnia najmłodsza) i Ella Watts-Gorman jako Louisa (trzecia w starszeństwie) były wybitnie nijakie. Co jest o tyle dziwne, że jeśli dobrze pamiętam, w wersji filmowej Louisa była jedną z najfajniejszych postaci wśród dzieci.
Świetna, zwłaszcza aktorsko, była Sophia Caruso, która swego czasu miała malutką rólkę w Smash. Fenomenalny (Myszy absolutnie ulubiony) był Joe West jako Kurt – naturalny, bezpretensjonalny, ciepły, otwarty, zabawny i, co najważniejsze, utalentowany wokalnie tak, że w scenie z wysokim “goodbye” w “So Long, Farewell” Myszy autentycznie opadła szczęka.
 
W sumie największym zgrzytem aktorskim był dla Myszy Michael Campayno jako Rolf, ukochany Liesl. Tanecznie i wokalnie był bardzo dobry, ale był przy tym o wiele za stary jak na rolę 17-stoletniego chłopca. Do tego stopnia, że gdy zobaczyłam go w lederhosen, zaczęłam się histerycznie śmiać. Chyba nie o taką reakcję twórcom chodziło.
– sztywna gra aktorska, sztuczność.
Będę to uparcie powtarzała: To jest na żywo, na żywo, na żywo! Mysz, pamiętającym o tym drobnym fakcie, jest w stanie przymknąć oko na pewną sztuczność. Zwłaszcza że, jak pisałam wyżej, Broadwayowscy weterani i ogólna dobra jakość śpiewu w zupełności mi to wynagradzają. Jeśli będę chciała doświadczyć “perfekcji”, obejrzę wersję filmową. Scena to scena, film to film, a telewizja na żywo to telewizja na żywo. I ma swoje prawa.
– dlaczego nie zatrudniono do głównej roli kogoś, kto potrafi jednocześnie grać i śpiewać?
Odpowiedzi można by długo szukać, ale wszystko sprowadza się do jednego – NBC musiało mieć gwarancję zwrotu kosztów, zwłaszcza przy tak specyficznej, nietypowej produkcji, która na dodatek kosztowała na 9 milionów dolarów. Nazwisko Carrie Underwood było takową gwarancją (a przynajmniej próbą jej posiadania).
Zwierz pisze, że Julie Andrews nie była “wielkim nazwiskiem” gdy zaczynała karierę w scenicznej My Fair Lady, a potem grała u Disneya w Mary Poppins, gdzie zobaczył ją ówczesny reżyser The Sound of Music. Prawda, ale zauważmy, że był to rok ’65. W latach 60-tych powstało najwięcej kultowych filmowych musicali: Hello Dolly, Gypsy, Mary Poppins, Sweet Charity, Funny Girl, Oliver!, Bye Bye Birdie, My Fair Lady, West Side Story, How To Succeed in Business Without Really Trying… Twórcy The Sound of Music mogliby zatrudnić kompletnie nieznaną aktorkę/śpiewaczkę (co poniekąd zrobili), a film i tak by się sprzedał. Po prostu: w ówczesnych czasach był popyt na tego typu filmy.
Za to współcześnie, choć obserwuje się wzrost zainteresowania musicalami (Glee, Smash, wszelkiego rodzaju revivale sceniczne), wciąż jest to dość ryzykowne przedsięwzięcie. A gdy jeszcze wziąć pod uwagę, że NBC mierzy się z popularnością filmowego The Sound of Music, nic dziwnego, że postanowili zainwestować “w nazwisko”, by sprzedać swój produkt. Jasne, mogli wybrać lepiej, ale ostatecznie naprawdę nie wypadło tak źle. Przynajmniej Myszy zdaniem.
 
– po co było kręcić wersję sceniczną The Sound of Music – filmu który wszyscy znają i kochają – i ryzykować krytykę i porównania, skoro można było nakręcić Broadwayowski spektakl – np. “Wicked” – na podstawie którego nie ma jeszcze filmu (ie. nie ma go z czym porównać)?
Again: kasa. Kręcąc remake znanego i kochanego filmu, NBC miało pewność, że przed telewizorami zasiądzie tłum ludzi. I to zarówno ci, którzy po prostu chcą zobaczyć nową wersję i mieć frajdę, jak i ci, którzy ostateczne stwierdzą, że to była porażka i będą przedsięwzięcie głośno krytykować. Może i recenzje nie były jednogłośnie pozytywne, ale nie zmienia to faktu, że spektakl na żywo obejrzało ponad 18 milionów widzów – to najwyższy wynik NBC od czasu finału E.R. w 2009 roku. Wyniki i zyski był na tyle wysokie, że szefowie NBC już zapowiedzieli kolejną transmisję spektaklu na żywo na rok 2014.
  
Tu dygresja: szefowie NBC co prawda oświadczyli, że chodzi im głównie o family friendly musicals – bo wtedy można natrzaskać więcej widzów/kasy – ale w Internecie pojawiły się “listy życzeń” tego kogo i w jakiej roli chcielibyśmy zobaczyć. Mysz chciałabym Wam kilka przytoczyć bo brzmią super! Na przykład:
Guys and Dolls – Joseph Gordon-Levitt i Channing Tatum jako Nathan i Sky, plus Anna Kendrick i Lea Michele jako Adelaide i Sarah (zresztą dwaj aktorzy kiedyś wspominali o chęci nakręcenia wersji filmowej tego musicalu)
Oliver – Steve Buscemi jako Fagin, Adele jako Nancy i chłopaki z One Direction jako ekipa złodziejaszków. Konkurs siłowania na ręce by podjąć decyzję, który zagra Dodgera.
The Wiz – Jennifer hudson jako Dorothy, Beyonce jako Glinda, Taye Diggs jako Czarnoksiężnik i Ru Paul jako Tchórliwy Lew.
My Fair Lady – Lea Michelle jako Eliza, Hugh Jackman jako Henry Higgins
West Side Story – Naya Riviera jako Maria, Jensen Ackles jako Tony (różnica wieku duża, ale Mysz zrobi wszystko, by usłyszeć jak Ackles śpiewa ^^)
The Producers – Nathan Lane (no ba!) jako Max, Jim Parsons jako Leopold, Katy Perry jako Ulla
Mame – Bette Middler jako Mame, Ru Paul jako Vera, Zachary Levi jako Patrick, Zooey Deschanel jako Agnes
Cabaret – Anna Kendrick jako Sally Bowles, Adam Lambert jako Emcee *delfini pisk Myszy, bo to w sumie chciałaby zobaczyć najbardziej, bo Lambert IDEALNIE nadaje się do tej roli*
La Cage aux Folles – David Hyde Pierce jako Georges, Alan Cumming jako Albin, Jonathan Groff jako Jean-Michel *kolejny pisk*
Widzicie, drogie Robaczki? Możliwości i pomysłów jest wiele.
Podsumowując: możecie, jak Mysz, mieć entuzjastyczne podejście do TSoML! i podobnych mu telewizyjnych przedsięwzięć, lub z góry zastrzec sobie prawo do krytyki. Ale musicie przyznać, że nagranie kolejnych musicali to arcy-ciekawa perspektywa. Mysz jej z całego serca kibicuje i już czeka na przyszłoroczny okres świąteczny i kolejny musical pod banerem NBC.
A The Sound of Music i tak każdy będzie sobie oglądał w takiej wersji, jak mu najbardziej podpasuje. I Mysie czy Zwierzowe przemyślenia nie mają nic do tego ^__^
  • Po recenzji Zwierza uznałam, że szkoda tracić na TSOML! czas, a teraz aż muszę obejrzeć, żeby wyrobić sobie zdanie na temat przestawienia:).
    A, i jeszcze jedno – ja też uwielbiam interpretację “The Sound of Music” McGregora! Choć dla mnie, on mógłby odśpiewać książkę telefoniczną, a ja i tak byłabym zachwycona!

  • po za tematem to zadaje sobie pytanie czy mysz jest wytworem wyobraźni zwierza czy może zwierz myszy :D
    a w temacie TSoM miało zachęcić widownie do oglądania musicali live w Tv i to zadanie skutecznie wypełniło skutkiem czego NBC już podjęła decyzje o następnej emisji nie wiem czy padł już tytuł drugiego musicalu ale typowałbym jakiegoś pewniaka jak my fair lady czy marry popkins

  • Zapłaciłabym, by zobaczyć Katy Perry jako Ullę.

  • No patrz, po przeczytaniu recenzji Zwierza stwierdziłam, że zgadzam się z jej zastrzeżeniami, ale nic nie poradzę na to, że oglądając telewizyjną wersję The Sound of Music świetnie się bawiłam. Wprowadziła mnie w tak dobry nastrój, że przez kilka następnych dni słuchałam tylko piosenek z tego musicalu. Przyznaję, że zupełnie nie znam się na musicalach. Mój słuch jest kiepski i zazwyczaj mogę powiedzieć tylko, czy mi się podobało to jak śpiewali czy nie. O oktawach i tym podobnych nie mam zielonego pojęcia. Musicale przyjmuję więc trochę na wyczucie. Ich zadanie w moim odczuciu polega na porwaniu mnie piosenkami, muzyką i tańcem do innego świata, sprawienie, że będę miała ochotę zerwać się z kanapy i tańczyć po pokoju a potem długo będę nucić ulubione utwory. I musical NBC tak właśnie na mnie zadziałał.
    A i jeszcze muszę przyznać, że marzę o zobaczeniu Jensena Akclesa w musicalu. Jeśli chodzi o jego śpiew to zawsze przypomina mi się ten filmik: http://www.youtube.com/watch?v=vnqiVrK_kUo
    Kuruj się Mysza, bo coś z formy wychodzisz. Tylko 10 stron? ;)

  • Ja też, ale pod warunkiem, że zrobi to nago ;)

  • Popieram obie przedmówczynie – Ewan mógłby nawet stać i się bez słowa na mnie gapić, a Mysz byłaby kontenta :)

  • Ja już wiem, że obejrzę dowolny musical, który NBC postanowi wyprodukować. Chociaż jeśli wezmą się za My Fair Lady, będę bardzo dużą uwagę zwracała na właściwe akcenty :)

  • Ja bym zapłaciła za Lamberta jako Emcee.

  • Wiesz, można być bardzo krytycznym do filmu i nie być zadowolonym z seansu, a można mieć zastrzeżenia a przy tym ogromną frajdę z oglądania. Mysz miała tak np. w wypadku pierwszego Hobbita – jasne, film miał wady, ale w kinie siedziałam jak urzeczona. Z The Sound of Music Live miałam podobnie.
    Każdemu ma się prawo podobać to, co jemu/jej się podoba i żadne oktawy i barwy nie mają tu nic do rzeczy. Oczywiście można obiektywnie stwierdzić, że piosenkarka A śpiewa dobrze, a aktorka B źle, ale każdy indywidualnie może stwierdzić, czy jemu się to podobało czy nie. I w tej kwestii wiedza muzyczna czy “ucho” na nic się nie przydają :)
    Mmm, Ackles ^^
    Dobrze, że i te 10 stron wyszło, bo mózg miałam zapchany kłębami waty z gorączki i kataru :P

  • Heh, mi jest ciężko wymęczyć 4 strony i to bez gorączki i kataru :)

  • Wiesz, to co ja mam to rodzaj choroby. Słowotok się nazywa ;)

  • Jak łatwo zauważyć słowotok jest chorobą, na którą zapadam niezwykle rzadko :)

  • Boś nieśmiała i cię wszyscy zakrzykują, mam wrażenie :)