Rzecz o zniewoleniu i ratowaniu #1 (12 Years A Slave)

Mysz przedpremierowo o wychwalanym pod niebiosa “12 Years a Slave”.

Mysz raz na jakiś czas dostaje telefon, ten z gatunku ‘dziwnych i niespodziewanych’. Dzwonią ludzie różni – od najbliższych przyjaciół, przez znajomych z gimnazjum, po poznanych kiedyś w przelocie dalekich kuzynów i pociotków. Ludzie są różni, ale pytanie zawsze takie samo: „Co warto zobaczyć?”. Czasem chodzi o nowość kinową, czasem o polecankę z klasyki kina, czasem o konkretny film na bardzo konkretny nastrój… dość powiedzieć, że Mysz się już do tego pytania przyzwyczaiła. Nie zawsze udaje jej się utrafić w gust dzwoniącego, ale statystycznie rzecz biorąc, w 7 przypadkach na 10, polecanka okazuje się spełniać oczekiwania.

A skoro nadarzyła się okazja, bym mogła opowiedzieć Wam trochę o dwóch filmach, które do kin wejdą dopiero za 2 miesiące, pomyślałam „Biorę pod pachę Lubego i idziemy do kina”.

Dzięki kinu Atlantic – oraz festiwalowi CAMERIMAGE w Bydgoszczy – warszawscy widzowie mogli zobaczyć kilka filmów w ramach pokazów „Camerimage: Winners Show” w ten listopadowo/grudniowy weekend. Wśród wyświetlanych filmów znalazły się dwa o których za oceanem było już głośno. Mowa o 12 Years A Slave (Zniewolony) oraz Saving Mr Banks (Ratując pana Banksa). Dwóch bardziej odległych do siebie filmów chyba nie mogłam wybrać, ale tak się składa, że obu tych pozycji byłam bardzo ciekawa. Luby, jak na mężczyznę idealnego przystało, mimo deszczu i chłodu na zewnątrz, oraz duchoty i niewygodnych foteli wewnątrz, dzielnie wytrwał przy moim boku.

Oto, co Mysz donosi z linii frontu (bez spoilerów, bo choć filmy nie zawierają wielkich twistów, przez 2 miesiące raczej ich nie zobaczycie i nie chcę psuć Wam frajdy)


 
Oparty na autobiograficznej książce Solomona Northupa, „Zniewolony” opowiada o wolnym, wykształconym, czarnoskórym obywatelu Saratogi, który zostaje podstępem sprzedany w niewolę, w której następnie spędza tytułowe 12 lat.
 
First things first: reżyserem filmu jest Steve McQueen – twórca Hunger i Shame (oba z Michaelem Fassbenderem) – i to widać w niemalże każdym kadrze. McQueen lubi długie, artystyczne ujęcia, które są zarówno wysmakowane, jak i znaczące – każdy kadr stara się coś powiedzieć lub coś przekazać. Pod tym względem styl McQueena bardzo się Myszy kojarzy z nurtem indie, gdzie tego typu stylistyka jest bardzo często wykorzystywana. Ten artystyczny styl ma jednak swoje uzasadnienie: choć tematyka filmu do łatwych nie należy, piękno tych strasznych scen, które oglądamy ma nas zmusić do patrzenia; na zasadzie „zobacz – ZOBACZ jak to wygląda”. Mysz osobiście przyklaskuje takim kontrastom. Klaskałam także w duchu na widok paru znajomych budynków, które się w filmie pojawiają. Fani filmów dziejących się w Luizjanie z pewnością zauważą parę powszechnie używanych lokacji.

  
Rzecz którą należy podkreślić: 12 Years A Slave nie jest filmem łatwym. Już pojawiają się porównania do Schindler’s List czy The Last Temptation of Christ i nie bez powodu – McQueen kręcąc film o niewolnictwie na południu Stanów Zjednoczonych poruszył dość drażliwy temat. Przykład amerykańskiej drażliwości na tym punkcie mieliśmy w mediach nie tak dawno, gdy Quentin Tarantino musiał tłumaczyć się z użycia słowa nigger w swym filmie Django Unchained. Mysz nie rozumiała tych protestów: owszem, jest to słowo szalenie obraźliwe i nie należy go używać w stosunku do kogokolwiek… ale współcześnie. W czasach niewolnictwa było to słowo używane nagminnie i twórcy muszą mieć możliwość realistycznego przedstawienia epoki. To tak jakby zabronić używania w filmach brytyjskich słowa fag, bo obecnie jest ono obraźliwym określeniem na homoseksualistę. Ideologicznie jest to dla mnie ostra przesada. Ale nie będę się o to wykłócać, bo w kwestiach rasowych, jako osoba biała, zawsze jestem na z góry przegranej pozycji.
  
I tu dochodzimy do 12 Years A Slave. Niby McQueen chciał nakręcić film o niewolnictwie, ale mam wrażenie, że przez przypadek wyszedł mu film, przede wszystkim, o południowych Stanach. Okolice Nowego Orleanu, które posłużyły za scenerię do zdjęć, są jednym z najważniejszych elementów filmu i to nie tylko wizualnie – McQueen zatrudnił przy filmie świetnego dźwiękowca, dzięki czemu nie tylko widzimy południowe plantacje, ale także je słyszymy. Momentami wręcz czuć gorąco i wilgoć bagiennego klimatu. (ewentualnie to wina klimatyzacji w kinie, która przy pełnej sali lekko nie wyrabiała).
  

Fakt, że Mysz trochę mocniej skupiała się na postaciach białych właścicieli, zamiast na samych niewolnikach, wynika moim zdaniem z postaci głównego bohatera. Choć Chiwetel Ejiofor (Kinky Boots, Children of Men) zagrał fenomenalnie, jego bohater pochodzi z gatunku „strong, silent type”. W związku z tym gra Ejiofora opiera się na niuansach, długich spojrzeniach, zmarszczeniu brwi, przyspieszonym oddechu. Przy tym gra takiego Fassbendera – który wciela się w naczelnego złego filmu, niejakiego Eppsa – wydaje się szalenie egzaltowana i agresywna, ale to także wynika z charakteru postaci. Epps to najokrutniejszy plantator, jakiego w filmie poznajemy i gołym okiem widać, że Fassbender włożył w tę postać wszystko. Mysz węszy nominację do Oscara, bo choć już wcześniej wiedzieliśmy do czego Fassbender jest zdolny, w tym filmie przeszedł jakąś niezauważalną granicę. Tak przerażającej, żałosnej, a jednocześnie złamanej psychicznie postaci dawno w kinie nie widziałam i obserwowanie jej było zaiste fascynujące. Oczywiście widzę głęboki sens w spokoju i wewnętrznej sile, jaką przejawia postać Solomona, ale przy okrucieństwach, które dzieją się na ekranie, wydaje się on niemalże niemym, nieruchomym widzem, który ma być naszymi uszami i oczami w świecie, do którego nie mamy (już na szczęście) dostępu.
  
Wspomniałam o okrucieństwie – w filmie go nie brakuje. I choć jest wiele scen, gdy jest to okrucieństwo fizyczne, to co naprawdę widza rozbraja to uczucie psychologicznego napięcia, które nam przez cały film towarzyszy. Niewolnictwo to trudny temat nie tylko dla Amerykanów, ale także, mam wrażenie, dla wszystkich ludzi, bez względu na wiek, narodowość czy kolor skóry. Gdy więc przychodzi nam oglądać na ekranie wydarzenia, których każdy myślący, inteligentny człowiek zwyczajnie i po ludzku się wstydzi, nic dziwnego, że wychodzimy z kina czując się odrobinę nieswojo.

 
Ejiofor i Fassbender to nie jedynie aktorzy, o których warto wspomnieć przy okazji 12 Years A Slave. W roli okrutnej Mary Epps, żony plantatora, występuje znana z American Horror Story Sarah Paulson. Mysz co prawda od kilku dobrych lat twierdzi, że Paulson za jej genialne aktorstwo należą się wszystkie możliwe nagrody, ale cieszę się, że teraz także widownia kinowa będzie mogła się przekonać o jej talencie. Paulson w swej roli jest przerażającą mieszanką wyrachowania, zazdrości i okrucieństwa, i momentami bywa nawet bardziej upiorna niż jej filmowy mąż, Fassbender.

Brad Pitt, który w filmie mówi z najbardziej niewiarygodnym kanadyjskim akcentem, jaki w życiu słyszałam, raczej niezbyt ma cokolwiek do zagrania. Jego postać, Samuel Bass, to stoik-stolarz z filozoficzno-dyskusyjnym zacięciem i sercem ze złota. Niby nic, ale jako jedna z niewielu autentycznie pozytywnych postaci w całym filmie, Pitt wprowadza nader potrzebny dla widza oddech ulgi. A Mysz pragnie jeszcze nadmienić, że Pitt z wiekiem przeistacza się z uroczego chłopaczka/przystojnego mężczyznę w aktora charakterystycznego – to co się dzieje z jego twarzą jest absolutnie fascynujące.

 
Wiem, że na film wybierze się wiele fanek Benedicta Cumberbatcha, ale pragnę Was ostrzec – Waszego idola jest w filmie na tyle mało, że technicznie rzecz biorąc w ogóle Wam się to nie opłaca. Then again, when has that stopped you before? A tak na poważnie: Cumberbatch gra absolutnie poprawnie, ale mam wrażenie, że został specjalnie wybrany do grania tak… nijakiej postaci. Plantator William Ford nie jest może najokrutniejszym z właścicieli niewolników, jakich przyjdzie nam w filmie poznać, ale mimo bywa postacią ciekawą. Niby spokojny, stateczny, starający się traktować niewolników jak ludzi… a jednak uznający ich za swoją własność. Ford jest przy tym zagorzałym katolikiem (podobnie zresztą jak Epps), który wykorzystuje religię by usprawiedliwić niewolnictwo. Fakt, że nasz bohater, Solomon – również człowiek religijny – usprawiedliwia działania Williama Forda, stwarza ciekawą relację. Z jednej strony biały, wierzący mężczyzna, który choć jest człowiekiem moralnym i prawym, nie widzi nic złego w posiadaniu niewolników. Z drugiej strony, czarnoskóry, wierzący mężczyzna, sprzedany w niewolę, pracujący na plantacji tegoż białego mężczyzny, traktowany przez niego jak własność, a mimo to go usprawiedliwiający. No bo takie były okoliczności,  to nie była jego wina, itd. Mysz akurat bardzo sceptycznie podchodzi do założenia, że to okoliczności zaślepiły Forda i sprawiły, że nie widział jak w istocie niemoralne jest zjawisko niewolnictwa. Tym bardziej, że tego typu podejście do niewolnictwa – ludzkie, ale wciąż niemoralne – było w ówczesnych czasach bardzo częste. Możliwe więc, że William Ford został przez Solomona trochę… “wybielony”.

 
Warta uwagi jest też debiutancka rola Lupity Nyong’o w roli Patsey, faworyty okrutnego plantatora Eppsa. Mysz była pod ogromnym wrażeniem jej kreacji aktorskiej, tym bardziej, że był to jej debiut, a rola wymagała bardzo intensywnego szkolenia wymowy i dykcji. Trzeba Nyong’o mieć na oku, bo już teraz chodzą szepty, że jej talent wkrótce zaprowadzi ją na czerwony dywan przed Oscarową galą. Mysz w każdym razie kibicuje jej z całego serca i zamierza wyglądać Non-Stop, gdzie aktorka pojawi się wraz z Liamem Neesonem. 
  
Ciekawą, choć niewielką rolę w 12 Years A Slave ma Paul Giamatti, który Myszy zawsze kojarzy się z rolami dobrotliwych szaraków (jak w Lady in the Water). U McQueena mógł pokazać bardziej mroczną stronę i zrobił to nizwykle umiejętnie. W filmie pojawia się też na moment Garrett Dillahunt, którego Mysz od lat wychwala za jego komediowy talent w Raising Hope. Co prawda w 12 Years A Slave jest aktora na tyle mało, że trudno ocenić jego umiejętności dramatyczne, ale dobrze, że na dużym ekranie też ma szansę się wykazać. Na koniec tej aktorskiej wyliczanki muszę jeszcze wspomnieć, że na osobisty Mysi ukłon zasłużył Paul Dano (Czytelnik może go kojarzyć z Little Miss Sunshine) – jego rola, choć niewielka, wyjątkowo silnie zapadła mi w pamięć. Wszystko za sprawą piosenki, którą Tibeats (postać Dano) w pewnym momencie śpiewa, stojąc przed grupą niewolników. Nie byłoby w tym może nic pamiętnego, ale istotny jest kontekst: Tibeats śpiewa niewolniczą piosenkę folkową – o dość, jak na współczesne standardy, kontrowersyjnym tekście – w ten sposób przedrzeźniając zgromadzonych wokół niego mężczyzn. Jeśli będziecie się na film wybierać, koniecznie zwróćcie na nią uwagę – Mysz wciąż ma ją przed oczami. I uszami.

 
Zresztą cała muzyka w 12 Years A Slave jest wspaniała. Hans Zimmer od lat już chyba nie napisał tak pięknie brzmiącej muzyki; takiej, która tak cudownie koresponduje z tym, co widzimy na ekranie. Mysie ukłony również dla montażysty dźwięku, który m.in. nałożył takty muzyki Zimmera na szum i klekot obracającego się koła napędowego statku parowego – w innym wypadku brzmiałoby to jak kakofonia, tu dodaje niepowtarzalnego klimatu. Muszę także, jak na muzykofila przystało, wspomnieć o innej bardzo ważnej scenie w filmie, która skupia się na muzyce. Nie będę zdradzała o co chodzi, ale nadstawiajcie uszu na piosenkę „Roll Jordan Roll”. Zdaniem Myszy to jeden z najbardziej poruszających, a jednocześnie najbardziej subtelnych momentów w filmie.
Właściwie mam tylko dwa zarzuty do filmu. Pierwszy to dziwnie chaotyczny początek, który skacze od teraźniejszości do przeszłości bez żadnego ładu ni składu i bez konkretnego powodu. Wątpię by opowiedzenie historii linearnie, tak jak Bór Liściasty przykazał, w jakikolwiek sposób umniejszyłoby wartość artystyczną 12 Years A Slave. Taki chaos chronologiczny byłby jeszcze do przyjęcia, gdyby kontynuowano go przez resztę filmu, a nie wciskano jedynie na początek. Lekko mi to wonieje pretensjonalnością, ale może po prostu jestem uprzedzona do tego typu formuły. Drugi problem jaki mam z filmem McQueena to upływ czasu. Mimo najszczerszych chęci nie byłam w stanie zauważyć upływu tych 12-stu lat. Owszem, Solomon Northup pod koniec swej niewoli wygląda odrobin starzej i ma trochę siwizny we włosach, ale widz -nie czuje- że ta katorga trwała 12-ście lat. Film jest tak zmontowany, że równie dobrze niewola Northupa mogła trwać dwa lata, albo pięć, ba! nawet dziesięć. Jednak oprócz tytułu filmu, nic nam nie daje odczuć, że w istocie minęła ponad dekada. A to, moim zdaniem, dość istotny aspekt fabuły.
  
12 Years A Slave nie jest z pewnością filmem dla każdego – jednym może się nie spodobać artystyczne ujęcie tematu, innym częste dłużyzny, a trzecim ilość pokazanego w filmie okrucieństwa. Mysz jednak uważa, że warto dzieło McQueena choć raz obejrzeć. David Simon, twórca serialu The Wire, świetnie to ujął, gdy powiedział: „To chyba pierwszy raz w historii naszego przemysłu rozrywkowego, (…) gdy udało nam się spojrzeć niewolnictwu prosto w twarz i nie spuścić wzroku”. Mysz uważa, że to idealne podsumowanie 12 Years A Slave. Polecam byście choć raz spróbowali zmierzyć się ze smutną, upiorną i prawdziwą historią Solomona Northupa. Sprawdźcie, czy gdy Chiwetel Ejiofor spojrzy na Was z ekranu, będziecie w stanie odwzajemnić to spojrzenie bez poczucia wstydu za przeszłe pokolenie. Mysz miała trudności. Ale to chyba dobrze.

 

——————————————————————————–


Kurczę, trochę się rozpisałam. Co by Wam oszczędzić tak długich tekstów jak ostatnio *hem hem* kolejna część – o Saving Mr. Banks – będzie jutro.

To co, ktoś się na 12 Years A Slave wybierze?