Rzecz o zniewoleniu i ratowaniu #2 (Saving Mr. Banks)

Przedpremierowa recenzja “Saving Mr. Banks” czyli filmu o tym, jak Disney kręcił ekranizację “Mary Poppins”.

Mysz od wtorku jest w paskudnym, zimowo-pluchowym nastroju. Za oknami szaro i zimno, z pracy zawsze wracam po ciemku, nawet jak idę tylko na kilka godzin, a na dodatek jest grudzień, ie. miesiąc gdy zawsze zostaję bez pieniędzy, bo wypadałoby jednak pod choinką umieścić jakieś prezenty. Co prawda wspaniali Mysi czytelnicy przesłali mi na Facebooku wirtualne uściski, herbatę i ciastka (a także przystojnych mężczyzn), ale mimo ich przemiłych – i bardzo docenianych – starań, zły nastrój trzyma się mocno. Dmący znad Norwegii orkan, pierwsze w tym roku opady śniegu i ogólny spadek nastroju wśród społeczeństwa też się, poniekąd, przyczyniają do Mysiego przygnębienia. Nawet stworzenie na telefonie playlisty “Top 90’s Hits” nie poskutkowało, choć wśród utworów znalazły się zarówno “Good Vibrations” Marky Mark & the Funky Bunch (pozdrowienia dla Popkultulove), jak i “MMMBop” Hansonów.
Jest na to tylko jedna rada: zrecenzować Saving Mr. Banks – ciepły i przytulny film, który wprost idealnie nadaje się na ten przedświąteczny czas. Pewnie dlatego polski dystrybutor rzuci go do kin… 24 stycznia *facepalm*.
Jak pisałam przy okazji 12 Years A Slave, Saving Mr. Banks był idealną odtrutką na dramat o niewolnictwie na Południu Stanów Zjednocznych. Dlaczego? Otóż – spieszę wyjaśnić dla tych, którzy nie wiedzą, o czym film opowiada – nic tak nie podnosi na duchu jak film ze studia Disneya, w którym tegoż twórcę najwspanialszych animacji z naszego dzieciństwa gra Tom Hanks. Tak, dobrze czytacie: Tom Hanks gra Walta Disneya. Jakby tego było mało w filmie gra również wspaniała brytyjska aktorka, Emma Thomspon (kto nie zna choć jednego dzieła z jej filmografii powinien się  wstydzić!), a także Bradley Whitford (The West Wing, Studio 60 on the Sunset Strip), Jason Schwartzman (Rushmore, Scott Pilgrim vs The World), B.J. Novak (The Office), Paul Giamatti (Lady in the Water) i niespodziewany Colin Farrell (In Bruges).

Wpis zawiera niewielkie spoilery odnośnie wyjaśnienia tytułu filmu

No dobrze, ale o czym konkretnie jest film? Saving Mr. Banks oparty jest na prawdziwych wydarzeniach, gdy to P.L. Travers – brytyjska pisarka (australijskiego pochodzenia), autorka słynnej serii książek o Mary Poppins – na dwa tygodnie przyjechała do Kalifornii, by razem z ekipą Disneya pracować nad filmem ekranizacją swych książek. Sytuacja była o tyle ciekawa i napięta, że Travers od 20-stu (!) lat, rok w rok odmawiała Disneyowi praw do zekranizowania książki, a Walt przez te 20-ścia lat, rok w rok się o te prawa zażarcie upominał. I, co zaskakujące, robił to nie tylko z powodu intuicji i żyłki do interesów, ale także z miłości. Disney bowiem, swego czasu, obiecał córkom, że zekranizuje ich ukochaną książkę i słowa postanowił dotrzymać. Emma Thompson brawurowo wciela się w P.L. Travers, a panowie Whitford, Schwartzman i Novak grają, kolejno, Dona DaGradi i braci Shermanów, czyli ekipę, która napisała scenariusz i piosenki do słynnego filmu z Julie Andrews i Dickiem Van Dyke’iem. Wątek pracy nad Mary Poppins nie jest jedynym, który się w filmie pojawia – mamy także drugi wątek, w którym widzimy złudnie idylliczne dzieciństwo dziewczynki imieniem Helen. To właśnie jej ojca, skorego do zabaw i wymyślania niestworzonych historyjek, bardzo sprawnie gra Colin Farrell.
Colin Farrell wyjątkowo w tym filmie nie drażni.
Może powinien częściej grać z dziećmi?
Nie będzie chyba wielkim spoilerem, gdy napiszę, że wątki te są ze sobą nierozerwalnie związane i to w dość oczywisty sposób. Nie trzeba być geniuszem, by domyślić się, że malutka Helen Goff to w istocie młodziutka P.L. Travers (która jako pisarka przyjęła dość specyficzny nom de plume, co zresztą film ładnie wyjaśnia). Choć wykorzystanie przeszłości Travers by wytłumaczyć jej trudny, oschły charakter wydaje mi się mocno naciągane – każdy brzydki rys w czyimś charakterze łatwo wytłumaczyć skomplikowanym dzieciństwem – ładnie wpasowuje się w tytuł filmu i wyjaśnienie, co zainspirowało słynna pisarkę do stworzenia postaci niani, która zjawia się znikąd i ratuje… no właśnie, kogo?
Te stroje, te wzory, te kolory. To muszą być lata 60-te!
 
Większość czytelników zakłada, że Mary Poppins pojawia się u rodziny Banksów by uratować dzieci – zostawione same sobie, poniekąd porzucone przez rodziców. Jednak Saving Mr. Banks, a także wiele teorii literackich, dowodzi, że w istocie to nie dzieci Banksów potrzebują ratunku, a ich ojciec, pan Banks. Jest to o tyle ciekawe, że Mysz swego czasu czytała wszystkie książki o Mary Poppins i dopiero w któreś z kolei zorientowała się, że choć to dzieci są głównymi bohaterami książek, postać niani nie pojawia się, wbrew pozorom, wyłącznie dla ich dobra. Czytając książki Travers można odnieść dość słuszne (Myszy zdaniem) wrażenie, że Mary Poppins ma, przede wszystkim, odciążyć rodziców. Ojciec pracuje w banku i ma bardzo stresującą pracę, zaś matka – w książce wcale nie będąca sufrażystką, w przeciwieństwie do filmu – jest zmęczona opieką nad dwójką dzieci, które nieustannie domagają się jej uwagi. Mysz zawsze zastanawiało, dlaczego filmowa pani Banks została sufrażystką. Saving Mr. Banks porusza ten temat, sugerując, że pani Banks musi mieć frapujące zajęcie, by wytłumaczyć, czemu sama nie może zająć się dziećmi i potrzebuje do pomocy niani. Na takie insynuacje, filmowa P.L. Travers reaguje dość agresywnie, tłumacząc, że opieka nad dziećmi to męczące zajęcie i każdy ma prawo potrzebować w tym zakresie pomocy. Ta konkretna scena uderzyła mnie w filmie chyba najmocniej, bo uświadamia widzowi dwie rzeczy: po pierwsze, choć większość filmu sugeruje, że Helen/Travers była córeczką tatusia i uważała swoją matkę za postać o wiele mniej pozytywną, widzimy w jej argumentacji chęć usprawiedliwienia matki, jej chłodu i wycofania. Po drugie jest to kolejny dowód na to, że Travers traktowała bohaterów swej książki – w tym nie tylko Mary Poppins, ale także postacie Banksów – bardzo osobiście. W filmie pada nawet zdanie “Banksowie to moja rodzina”. Warto o tym pamiętać, zarówno podczas oglądania filmu, jak i lektury książek o Mary Poppins.
I had fun in Disneyland once.
It was awful
.”
 
Saving Mr. Banks dość długo oscyluje wokół wyjaśnienia swego tytułu, tym bardziej, że po drodze twórcy zdają się podrzucać widzom mylne tropy. Przez pewien czas sugerują wręcz, że to Walt Disney jest tytułowym panem Banksem, wymagającym uratowania. Nic zresztą dziwnego – wszak niejeden widz zauważył pewnie, że aktor grający Banksa w Mary Poppins jest do Walta podobny; zwłaszcza z tym cienkim, charakterystycznym wąsikiem. Jednak nie dajcie się zmylić – tak jak przeszłość P.L. Travers jest w filmie istotnym czynnikiem, tak przeszłość Disneya też odgrywa znaczną rolę. Moment gdy wszystko się wyjaśnia – w trakcie dość intymnej rozmowy między Disneyem a Travers – jest chyba najsilniejszym w filmie. I to z bardzo prostego powodu: w tej właśnie scenie, Mysz po raz pierwszy miała wrażenie, że ogląda nie Hanksa i Thompson, a znanego producenta i słynną pisarkę.
Walt Disney na premierze Mary Poppins
w towarzystwie Julie Andrews i P. L. Travers
Walka tytanów, czyli aktorskie talenty
Emmy Thompson i Toma Hanksa idą łeb w łeb.
Bo widzicie, Mysz ma z Saving Mr. Banks ogromny problem i bynajmniej nie jest nim mało subtelne “lukrowanie” realiów tego, jak w rzeczywistości napięte stosunki panowały między producentem a pisarką. Myszy problemem jest… obsada. Don’t get me wrong: Hanks i Thompson to dwójka fenomenalnych aktorów, którzy byliby w stanie zagrać, kolejno, drzewo i krzesło i zrobić to tak, że nagrody posypałyby się na prawo i lewo. Niestety dla Myszy zarówno Tom Hanks, jak i Emma Thompson są na tyle charakterystycznymi aktorami, że choć ich grze aktorskiej nie mam nic do zarzucenia, gdy patrzę na nich na ekranie, nie widzę Walta Disneya i P.L. Travers, a jedynie grających ich aktorów. Nie jest to nijak ich wina – Mysz po prostu widziała na tyle dużo klipów Walta i tyle się o nim naczytała, że ma w głowie konkretny obraz tego człowieka. Hanks, niestety, średnio się w niego wpasowuje. Fakt, że patrząc na niego, widzę Forresta Gumpa, a słuchając go, słyszę Woody’ego z Toy Story też mu nie pomaga. Z kolei Emma zawsze będzie dla mnie Beatrice z Much Ado About Nothing i głosem kapitan Amelii z Treasure Planet. Powtarzam: to wyłącznie wina Myszy (która zbyt wiele filmów widziała) że przy tak ikonicznej postaci jak Walt Disney nie była w stanie zapomnieć, że ten pan na ekranie to przecież nie jest ON. Oglądając Saving Mr. Banks, cały czas miałam świadomość, że oglądam film – przez kogoś wymyślony, napisany, zagrany i nakręcony. Jedynie we wspomnianej wyżej scenie – która następuje pod koniec filmu – udało mi się “przeskoczyć” nad tą przeszkodą. Ale niech świadczy to o tym, jak silna i poruszająca jest to scena.
Wiemy, że Travers dała się namówić na ekranizację Mary Poppins.
Ale jak Walt Disney zdołał ją do tego namówić?
Umówmy się: Saving Mr. Banks nie jest ani filmem wybitnym, ani odkrywczym – to ciepła, urocza bajka, podobna do tego, do czego studio Disneya przyzwyczaiło nas przez lata swej działalności. Scenariusz Kelly Marcel (Terra Nova) pozostawia wiele do zarzucenia pod względem oryginalności, ale jest dobrze napisany i sprawnie łączy amerykańską bezpośredniość z brytyjskim poczuciem humoru (w czym, mam wrażenie, pomógł wielce wkład BBC Films). Pod względem reżyserii niewiele mam do powiedzenia: John Lee Hancock (The Blind Side) sprawdził się dobrze, choć nie spodziewałam się po nim tak… spokojnego filmu. Z drugiej strony The Blind Side było, jak na tematykę, stonowanym filmem, o bardzo ładnie rozłożonych akcentach i dobrym tempie. Saving Mr. Banks wykazuje podobne cechy, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę kwestię umiejętnego połączenia – i wyważenia – dwóch wątków, które się w filmie pojawiają (lata 60-te, oraz dzieciństwo Travers).
Do pozytywów filmu należy z pewnością zaliczyć soundtrack Thomasa Newmana. Ponieważ fabuła dotyczy powstawania Mary Poppins, w Saving Mr. Banks pojawia się kilka z dobrze nam znanych piosenek. Niewątpliwą zaletą soundtracku Newmana jest to, jak wprawnie wplata on motywy skomponowane przez braci Shermanów we własną muzykę.
Po lewej i prawej: bracia Sherman, w towarzystwie
Julie Andrews i Dicka Van Dyke’a na planie Mary Poppins.
B. J. Novak i Jason Schwartzman wcielający się
w braci Roberta i Richarda Shermanów.
Bracia Richard i Robert Sherman (grani przez Schwartzmana i Novaka) to zresztą niedocenieni bohaterzy Saving Mr. Banks, podobnie jak grany przez Whitforda Don DaGradi. To właśnie ekipa twórców stojąca za Mary Poppins, a znajdująca się między młotem Travers a kowadłem Disneya, była dla Myszy najciekawszym elementem filmu. Może wynika to z mojej ogromnej fascynacji i sympatii do ludzi, którzy piszą – i pisali – muzykę do filmów Disneya. Przecież każdy fan animacji spod znaku Myszki Miki wie, że piosenki, ich teksty i muzyka, to ponad połowa frajdy, jaką się z tych filmów wynosi. Czasem nawet więcej. Tak więc dla Myszy obserwowanie duet Sherman&Sherman przy pracy było ogromną przyjemnością. Tym bardziej, że Schwarztman i Novak mieli możliwość spotkania z jednym z braci Shermanów, Richardem, który stwierdził, iż obaj panowie idealnie nadają się do grania tych ról. Mysz zgadza się z tym całym sercem. Oczywiście biorę pod uwagę, że moja sympatia do kompozytorów – którzy napisali takie przeboje jak “Chim Chim Cher-ee” czy “Supercalifragilisticexpialidocious” – mogła rzutować na film, ale warto oglądając Saving Mr. Banks zwrócić uwagę, oprócz popisów aktorskich Hanksa i Thompson, właśnie na role drugoplanowe. Również Bradley Whitford – którego Mysz kocha niezmiennie od czasu Studio 60 on the Sunset Strip i The West Wing – oraz Paul Giamatti, choć mają ciut mniej do zagrania, tworzą kreacje warte uwagi. To między innymi dzięki nim film ma w sobie, tak potrzebną przy oschłej postaci Travers, dawkę humoru i ciepła.
Don DeGradi (Bradley Whitford) wita P. L. Travers
na terenie Disney Studios.
Swoją drogą, postać samej P. L. Travers była w rzeczywistości o wiele ciekawsza, niż film nam pokazuje. Choć jej przeszłość i powody dla których stworzyła Mary Poppins są interesujące, inne elementy z życia pisarki wydają się jeszcze ciekawsze. Czy widzieliście na przykład, że Travers była biseksualistką? Albo, że “Mary Poppins” była inspirowana “Piotrusiem Panem” J.M. Barriego, a pierwszym wydawcą książki Travers był Peter Llewelyn Davies, adoptowany syn Barriego, uznawany za pierwowzór postaci Piotrusia? Albo że Travers swego czasu była całkiem niezła aktorką Szekspirowską? Albo że była bardzo zainteresowana mistycyzmem i folkolorem, i spędziła sporo czasu mieszkając wśród Indian Navajo? Lub że adoptowała syna, jednego chłopca z pary bliźniaków, ale odmówiła adoptowania drugiego i że jej syn dowiedział się o istnieniu brata dopiero 17-ście lat później, gdy ten niespodziewanie pojawił się na progu domu Traversów?… a to i tak tylko co lepsze kąski z biografii pani Travers. Nie wiem, jak Czytelnicy, ale Mysz by chętnie zobaczyła film, który bardziej wnikliwie zagłębia się w życie pisarki.
Ale dlaczego w ogóle wspominam o samej P.L. Travers, zamiast dalej omawiać film?… kurczę, może dlatego, że Saving Mr. Banks, choć jest przemiłym dziełem, zapewniającym  na parędziesiąt minut uroczą rozrywkę, jest też trochę… pusty. Smaczny i ciepły, jak francuski rogalik, ale taki… mało sycący. Winę ponosi samo studia Disneya, które mocno wygładziło prawdziwe zdarzenia po to, by w lepszym świetle pokazać zarówno siebie, jak i swego założyciela. Oczywiście trudno pozostać obojętnym, gdy film tłumaczy nam, jak krowie na miedzy, skąd wziął się konflikt między Disneyem i Travers i sprytnie sugeruje na jaki polu mogło ostatecznie dojść między nimi do porozumienia. Ale skoczne piosenki, dobre aktorstwo, dawka inteligentnego humoru i łyżka lukru to za mało. Powstały w wyniku tego kąsek jest słodki, ale mało treściwy.
Chyba każdy chciałby choć raz ujrzeć taki widok
na żywo: Walt Disney wita nas w Disneylandzie.
Nie mam wątpliwości, że warto pójść na Saving Mr. Banks do kina, chociażby po to, by w tę paskudną, zimową pogodę, poczuć ciepło na sercu. Zwłaszcza jeśli ktoś, tak jak Mysz, jest fanem Disneya i wszystkiego co się z nim wiąże (samo ujrzenie Disneylandu stylizowanego na lata 60-te wywołało uśmiech na Mysim pyszczku). Jednak, choć w filmie jest parę cudownych scen – oprócz już wymienionych, m.in.: premiera Mary Poppins, gdy Travers wchodzi do kina w towarzystwie niespodziewanego gościa; czy bardzo ładna klamra narracyjna, która spina początek i koniec filmu cytatem z “Chim Chim Cher-ee” – i ogólnie wyniosłam z seansu pozytywne wrażenie, chyba pozostanę przy animacjach. Tam przynajmniej nikt nie próbuje zatopić prawdy pod warstwą lukru. A nawet jeśli akurat to robi, jakoś mniej mi to przeszkadza.
PS. Przypominam o wypełnieniu ankiety odnośnie top trzech filmów Disneya. Wspomóżcie Mysi research – będzie z tego świetna notka! A przynajmniej taką mam nadzieję *niezręcznie przestępuje ze nogi na nogę*
Ankieta pozostanie otwarta do 19 grudnia, tak bym przed Świętami miała czas przysiąść nad wynikami i wyciągnąć z danych statystycznych jakieś sensowne wnioski. A jeśli Wy już wypełniliście ankietę, roześlijcie ją do rodziny, krewnych i znajomych (Królika lub nie tylko). Im Was więcej, tym lepsza będzie statystyka! ^__^