Live While We’re Young, czyli o ekscesach młodych celebrytów.

Mysz rozmawia ze swoją wewnętrzną nastolatką i snuje rozważania na temat dorastania w showbiznesie.

Parę dni temu na fanpage’u Mysza Movie pojawił się post podsumowujący pewną popkulturowo-społeczno-fanowską ciekawostkę. Niektórzy Czytelnicy przyjęli tę informację z humorem, niektórzy z politowaniem, a jeszcze inni z dość mieszanymi uczuciami. Ponieważ najnowsze ekscesy imć Biebera nie są jedynym, co ostatnio Myszy uparcie chodzi po głowie, postanowiłam poruszyć dość trudny temat, jakim jest fenomen “child / teenage celebrities“, a szczególnie Mrocznych Stron tegoż zjawiska. Ale po kolei.

Na fanpage’u pojawił się komentarz podkreślający, że Justin Bieber pada ofiarą pewnego znanego nam wszystkim mechanizmu, który już niejedną dziecięcą gwiazdę doprowadził do upadku. Trudno tej argumentacji zaprzeczyć, ale Mysz nie zgadza się, by ten mechanizm był “go-to” wymówką i usprawiedliwieniem dla złych zachowań młodych gwiazd. Moim zdaniem świadomość istnienia tego mechanizmu nie oznacza jeszcze, że powinniśmy w ogóle nie piętnować karygodnych zachowań Młodych Gwiazd. No bo, czy bycie biednym, skrzywdzonym przez karierę celebrytą pozwala nam robić co chcemy, bez baczenia na otaczających nas ludzi?…  yeah, I don’t think so.


Jeśli macie wrażenie, że przemawia przeze mnie odrobina jadu, nie mylicie się. Bieber może być sobie ofiarą wielkiej machiny Hollywood, ale nie należy tego traktować jako usprawiedliwienia jego zachowań. Tym bardziej, że Bieber nie “szaleje” tylko na gruncie prywatnym (narkotyki, alkohol, nielegalne wyścigi), ale także publicznym, czego przykładem są wielokrotnie zanotowane pogardliwie zachowania i wypowiedzi w stosunku do jego fanów. Możliwe, że Bieber jest skrajnym przypadkiem Młodej Gwiazdy, która wybitnie sobie ze sobą nie radzi. Ale nie on pierwszy i nie on ostatni podąża tą drogą. I tak samo, jak wszyscy wiemy, że droga kariery jest wyboista, wiemy też, że można z niej dobrowolnie skręcić. Można też z niej zejść, czasem bardzo dosłownie. Ale można też stawić czoła przeszkodom i dalej podążać drogą kariery z podniesionym czołem. Wybaczcie więc, jeśli trudno będzie mi znaleźć w sobie odrobinę współczucia dla Justina Biebera.
Gdzie się podziały czasy niewiniątka z grzywką?


Robiąc research do tej notki trafiłam na wiele różnych artykułów tłumaczących skąd biorą się destruktywne zachowania wśród tzw. celebrities. Jak się jednak okazuje istnieje bardzo niewiele autentycznych badań naukowych dotyczących gwiazd w wieku dziecięcym i nastoletnim. Nie chodzi o to, że nikt nie wpadł na to, jak niekorzystny wpływ ma Sława na młodych ludzi i że przydałoby się to zjawisko gruntownie przebadać. Po prostu jeszcze nikt nigdy nie zebrał odpowiednio dużej grupy Młodych Gwiazd w jednym pomieszczeniu, by takowe badanie na nich przeprowadzić. Biorąc jednak pod uwagę, jak ogromnym obciążeniem potrafi być Sława nawet dla dorosłych celebrytów, nic dziwnego, że sławne dzieci i nastolatkowie – o tyle bardziej podatni na stres, wszelkie naciski i zgubne wpływy –  mają w życiu tyle różnych problemów.

Nie zrozumcie mnie źle: absolutnie nie neguję tego, że Młode Gwiazdy mają ciężko. Życie w świetle reflektorów jest już jako idea wystarczająco dziwne i nietypowe, i nawet najnormalniejsze, najbardziej rozsądne osoby mają prawo w takich warunkach zwariować. Trudno wszak zarzekać się, że “nam by sodówka na pewno nie uderzyła do głowy”, bo w istocie nie mamy pojęcia jak my byśmy w takich okolicznościach się zachowali. Potem dochodzi jeszcze kwestia zmian hormonalnych, młodzieńczego buntu i wszelkich “ekscesów” związanych z dorastaniem, które już same w sobie są trudne, nawet bez świadomości, że jesteśmy na każdym kroku obserwowani przez media. Gdy dodamy do tego wszelkiej maści problemy życiowe czy psychologiczne – zarówno przeszłe, jak i następujące w wyniku nieradzenia sobie ze sławą lub jej brakiem (hedoniczna adaptacja, kompleks achievement by proxy, znęcanie się w rodzinie, molestowanie, narkotyki, alkoholizm, złe towarzystwo, itp.) – trudno się dziwić, że co i raz słyszy się o kolejnych odwykach, aresztowaniach za narkotyki czy wypadkach po pijanemu.

Zainteresowanych aspektami psychologicznymi odsyłam do bardzo ciekawego artykułu autorstwa Mary Wilson. Nazwisko może nie być Wam znane, ale osobę z pewnością kojarzycie – panna Wilson swego czasu zagrała w paru kultowych filmach (m.in. Matilda), więc gdy opisuje, dlaczego Młode Gwiazdy dostają czasem “fisia”, wie o czym mówi. Choć Wilson dość szybko wycofała się z kariery aktorskiej, na własnej skórze doświadczyła przedziwnych przeżyć związanych z byciem “sławnym”. I choć byłej aktorce – obecnie pisarce – udało się uniknąć wielu życiowych błędów, których ofiarami padają Młode Gwiazdy, warto się zapoznać z jej tekstem. Jest w nim mądrość płynąca z doświadczenia. Wszak kogo lepiej zapytać o ciemne strony sławy, niż kogoś, kto przeżył ten kociokwik i wyszedł z niego bez szwanku?

Mara Wilson czyli “ta, która wyszła bez szwanku”.
No właśnie, “bez szwanku”. Choć media najchętniej serwują nam soczyste doniesienia o kolejnej Młodej Gwieździe, która została aresztowana z jazdę pod wpływem, albo “nieopatrznie” zrobiła sobie nagie fotki, należy pamiętać, że Sława nie zawsze kończy się źle. Po prostu o tych Gwiazdach, które żyją w miarę normalnie niewiele się w mediach mówi. Skandal zawsze sprzeda się lepiej niż ciepłe, domowe kapcie.
Powtarzam: broń Boże nie umniejszam tutaj ogromnego, często negatywnego wpływu, jaki bycie celebrity potrafi mieć na młodych ludzi. Chciałabym jednak byśmy pamiętali, że choć istnieje w miarę jednakowy “mechanizm”, w którego tryby wpadają Młode Gwiazdy, nie każdy daje się w ten mechanizm wciągnąć i nie każdy tak samo na niego reaguje. Tak jak są ludzie, którzy łatwo ulegają nałogom, a są tacy, których wołami nie zaciągniesz do złego, tak samo są młodzi ludzie, dla których Sława nie kończy się więzieniem, odwykiem czy – nie daj Boże – śmiercią. Są Młode Gwiazdy, które dzięki wsparciu rodziny, sprzyjającym okolicznościom, czy po prostu wrodzonej inteligencji, zdołały nie poddać się różnym zgubnym mechanizmom. Pamiętajmy, że celebryci to przede wszystkim, w pierwszej kolejności, ludzie – tacy jak ja czy Ty. Każdy jest inny, każdy jest wyjątkowy. Oczywiście “machina Hollywood” potrafi być ogromnym ciężarem, którego wiele osób – nie ważne jak “indywidualnych” i różnych – nie jest w stanie udźwignąć. Są jednak jednostki, które się temu wpływowi nie poddają. Ewentualnie są w stanie, prędzej czy później, wyjść z tego starcia obronną ręką.

Ktoś jeszcze pamięta czasy LiLo z The Parent Trap?
Przykładów są setki. Nie będę przytaczać wszystkich, bo nie chodzi o kompilowanie danych statystycznych. Bardziej o ukazanie, że choć o nieszczęśliwych przypadkach jest w mediach najgłośniej, są też Młode Gwiazdy, które potrafią sobie ze sławą poradzić. Na każdą upadłą Lindsay Lohan przypada zupełnie normalna Hilary Duff. Na każdą zbuntowaną, gniewną Miley Cyrus znajdzie się spokojna, wyważona Selena Gomez. Choć media chciałyby nas przekonać, że każda młody celebryta to ćpun i rozrabiaka, są też wśród Młodych Gwiazd jednostki w miarę rozsądne, dla których kariera w showbiznesie to tylko dodatek do normalnego życia, a nie istota ich egzystencji.
Część z Was pewnie patrzy na wymienione powyżej imiona i zastanawia się “…ale że kto?”. Każde pokolenie, każda dekada ma swoich Młodych Gniewnych. Pojęcie child star funkcjonuje w popkulturze i showbiznesie od dawna – jego korzenie można prześledzić wstecz aż do lat 30-stych i takich nazwisk jak Shirley Temple czy Jackie Coogan. Również idole nastolatków, tacy jak wymieniony wcześniej Justin Bieber, nie są nowym wymysłem – mianem “teen idol” ochrzczono przez lata Elvisa Presleya, Jamesa Deana, Beatlesów, The Monkees (“I’m a Believer”), The Jackson Five, tzw. The Brat Pack, obsadę Beverly Hills 90210, gwiazdki filmów i seriali ze stajni Disneya, czy aktorów z popularnych ostatnio serii książkowo-filmowych, takich jak Harry Potter czy Twilight, że o brytyjskim zespole One Direction nie wspomnę.
 

Droga była ciężka, ale Drew wyszła na ludzi.

Starsi wiekiem mogą pamiętać czasy, gdy w gazetach pisało się problemach życiowych Drew Barrymore, która w zbyt młodym wieku stała się Gwiazdą dzięki roli w E.T. Spielberga. Barrymore jest jednym z koronnych przykładów na to, że można przejść przez przemiał Hollywood i wyjść z tego obronną ręką – choć nie miała łatwej młodości, teraz jest szanowaną aktorką, reżyserką i producentką. Z drugiej strony mamy Claire Danes, która w młodym wieku występowała w kultowym serialu My So-Called Life, potem pamiętnie zagrała Julię naprzeciw Leonarda DiCaprio (kolejna Młoda Gwiazda), a teraz zgarnia kolejne Złote Globy za rolę w Homeland. Danes udało się dokonać tego wszystkiego bez zbaczania na Ciemną Stronę.
Wśród panów za przykład możemy wziąć Elijah Wooda, który zaczynał jako wielkookie dziecko w filmie The Good Son, a w naszej świadomości na zawsze pozostanie Frodem z trylogii The Lord of the Rings Po drugiej stronie tego spektrum stoi Macaulay Culkin, który po dziś dzień walczy z wizerunkiem “Kevina samego w domu” i uzależnieniem od narkotyków. Culkin jest zresztą wyjątkowych przypadkiem młodego celebryty, bo jego dwaj bracia również robili karierę w Hollywood. Jednak ich role nigdy nie stały się tak popularne, jak Macaulaya. Możliwe, że właśnie dlatego ominęły ich także mroczniejsze aspekty filmowej kariery.

Warto poczytać bloga Wheatona by poznać jego perspektywę
Podobnych skrajnych przykładów jest więcej. Ich przedziwne nagromadzenie można zaobserwować zwłaszcza w trzech filmach z lat 80-tych: Stand By Me, The Goonies i The Lost Boys. W Stand By Me grali zarówno ś.p. River Phoenix (jeden z czołowych przykładów na zgubny wpływ Hollywood na młodych ludzi), jak i Wil Wheaton, który mimo życiowych problemów wyszedł na prostą i teraz na swoim blogu w szczery, poruszający sposób opisuje, jak wyglądało życie z perspektywy Młodej Gwiazdy. W The Goonies mieliśmy zarówno Seana Astina, którego kariera potoczyła się w godny pozazdroszczenia sposób, jaki i Coreya Feldmana, którego obecna filmografia składa się głównie z filmów klasy B. Ostatni wymieniony film – The Lost Boys – to dość ważny punkt w tej smutnej wyliczance. To właśnie tam spotkało się “dwóch Corey’ów”, czyli Corey Feldman i Corey Haim. Ich życie i kariery to idealny, ale szalenie przygnębiający przykład na to, że choć machina Hollywood w wielu wypadkach działa podobnie, nie zawsze ma takie same efekty.
Tyle się teraz słyszy o wybrykach młodych celebrytów, a zapominamy często, że wiele starszych Gwiazd, do których obecności na ekranie jesteśmy teraz tak przyzwyczajeni, zaczynało w młodym wieku. Jodie Foster, Michael J. Fox, Helen Hunt, Natalie Portman, Christina Ricci, Ryan Reynolds, Jake Gyllenhall, Neil Patrick Harris, Christian Slater, Joseph Gordon-Levitt, Jared Leto, Ryan Gosling, Leonardo DiCaprio, Jason Bateman, Christina Applegate… lista ciągnie się bez końca. Część z nich radzi sobie lepiej lub gorzej, część przeszła po drodze kilka trudnych życiowych etapów. Ale udało im się przetrwać. Także wśród młodszego, bardziej “aktualnego” pokolenia Młodych Gwiazd można znaleźć jednostki, którym w miarę bezboleśnie udaje się przejść drogę kariery od “tego uroczego dzieciaka” do “tego fajnego aktora”. Wystarczy podać takie nazwiska jak Josh Hutcherson, Logan Lerman, Emma Roberts, Abigail Breslin, Chloe Grace Moretz, Jena Malone, Ellen Page, siostry Dakota i Elle Fanning, Nicholas Hoult… dodajmy do tego większość obsady filmów o Harrym Potterze, oraz – zadziwiająco – sporo Młodych Gwiazd ze stajni Disneya.

Kiedyś – uroczy urwis; teraz – nominowany do Oscara aktor.
Są też przykłady Młodych Gwiazd, które kompletnie wycofały się z showbiznesu, lub z centrum sceny przeszły do jej kuluarów. Fred Savage (The Princess Bride) zajmuje się teraz głównie reżyserią, siostry Olsen odnoszą sukcesy jako designerki mody i bizneswomen, Jonathan Lipnicki (Jerry Maguire) poza okazjonalnymi występami na ekranie ćwiczy sztuki walki, Haley Joel Osment (The Sixth Sense) głównie użycza swego głosu w różnych animacjach i grach komputerowych, a Jake Lloyd (Anakin w Star Wars: The Phantom Menace) nie chce mieć nic wspólnego z Hollywood. A Lech i Jarosław Kaczyńscy poszli w politykę.

Każdy z tych przykładów jest inny i indywidualny. I jak widać, nie każde z wymienionych tu nazwisk natychmiast kojarzy się z młodzieńczymi wybrykami. Nie oznacza to jednak, że takowych wybryków w ogóle nie było. Wbrew pozorom, gdyby się bliżej przyjrzeć, okazałoby się, że nawet wśród “pozytywnych przykładów” bywały trudne okresy i burzliwe momenty. Mam jednak wrażenie, że efekt machiny Hollywood nie jest tego jedyny powodem. Pamiętajmy: celebryta też człowiek. Każdy z nas przechodził kiedyś okres młodzieńczego buntu, trudne chwile i momenty, w których ledwo mogliśmy sobie spojrzeć w twarz. A teraz wyobraźcie sobie, że w owej sytuacji o waszych problemach wie cały świat; że na każdym kroku są one komentowane i rozkładane na czynniki pierwsze… nie brzmi fajnie, prawda?

Myszy ulubione zdjęcie :D
Growing-up… you’re doing it right, Jonathan Lipnicki!
… no dobra. Więc może jest we mnie jednak odrobina współczucia dla Justina Biebera. Jest w sytuacji nie do pozazdroszczenia i trudno mi, tak naprawdę, wyobrazić sobie przez co on musi przechodzić i jaki to ma wpływ na jego psychikę. Ale to jeszcze nie daje mu prawa wyżywać się na swoich fanach – ludziach, którzy potrafią go wspierać w nawet najgorszych, wydawałoby się absolutnie karygodnych momentach. To chyba właśnie ten brak szacunku dla fanów mnie tak denerwuje. Nie dlatego, że sama jestem fanką Biebera i czuję się urażona. Po prostu, tak jak jestem w stanie zrozumieć autodestruktywne zachowania w stylu zażywania narkotyków czy nadużywania alkoholu, tak lżenie Bogu ducha winnych ludzi wydaje mi się zwyczajnie nie na miejscu. Rozumiem, że w oczach Biebera jego fani są częścią problemu i wyżywając się na nich może odczuwać pewien poziom satysfakcji, ale spójrzmy prawdzie w oczy – wszyscy wiemy, że jest to nieodpowiednie zachowanie, które należy tępić. Są inne metody, by dać ujście uczuciom gniewu, frustracji czy niezadowolenia. Znęcanie się nad innymi jest niewłaściwe i jako takie powinno być piętnowane. Nie ważne kogo dotyczy.

Innym aspektem całej ostatniej afery związanej z Bieberem, z opisanej przeze mnie na fanpage’u, jest kwestia tego, jak wszelką krytykę swojego idola odbierają fani Biebera. Można się śmiać z ich wybuchowego temperamentu i skłonności do przesady (w stylu organizowania bojkotu), ale trzeba też okazać zrozumienie. Fanki Biebera czy One Direction, lub dowolnego innego “fenomenu” popkultury, mogą się nam wydawać śmieszne lub godne politowania, ale pamiętajmy, że nie jest to pierwszy ani ostatni raz, kiedy mamy styczność z tego typu zjawiskiem. Wymieniłam wcześniej Beatlesów, jako przykład teen idol, ale do tej listy można dopisać także takie zespoły jak New Kids From The Block, Backstreet Boys, N’Syns czy Spice Girls (tak żeby dodać trochę estrogenu do tej wyliczanki testosteronu). Pamiętajmy, że każdy z tych zespołów miał swego czasu swoich zażartych – żeby nie powiedzieć wściekłych – fanów. Pamiętajmy mdlejące i piszczące fanki Beatlesów i porównajmy je do piszczących i mdlejących fanek One Direction. Różnica kilku dziesięcioleci, a przecież to dokładnie ten sam fenomen. Dla nas to nie musi być zrozumiałe – możemy wręcz uważać wymienianie One Direction i Beatlesów jednym tchem za absolutną profanację. Ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – nie mówimy tu o jakości ich muzyki, ale o ogólnoświatowym fenomenie fanowskim. Tym silniejszym współcześnie, że zachodzącym nie tylko w świecie rzeczywistym, ale także – czy może przede wszystkim – w świecie wirtualnym.

Mysz ma trudności z uwierzeniem w tę skruszoną minę.

 
Zresztą świat wirtualny – m.in. portale informacyjne, social media – wpływa na nasze postrzeganie celebrities w o wiele większy sposób, niż nam się wydaje. Kiedyś gwiazdorskie ploteczki można było przeczytać tylko w jakiejś głupiutkiej gazecie u fryzjera, a potem omówić je z psiapsiółką podczas przerwy w pracy. Teraz w każdej chwili mamy dostęp nie dość, że do siedemnastu wersji tej samej informacji – często z różnych źródeł, także od osób postronnych – to jeszcze możemy przeczytać ponad trzysta komentarzy od ludzi, którzy poczuli potrzebę wypowiedzenia się na temat tego, że aktorka X miała czelność zmienić fryzurę i jeżu, jak ona fatalnie wygląda. Popularność plotkarskich serwisów jak Pudelek czy inny Kozaczek, a także wszelkich portali satyrycznych sprawiła, że doniesień o celebrytach nie traktujemy już jak niewinnych “kąsków”, ale jak ochłapy mięsa rzucane bandzie hien. I to my jesteśmy tymi hienami, bo reagujemy agresją nawet na najniklejszy zapach krwi. I często nie obchodzi nas, czy ów “zapaszek” nie został przez kogoś sztucznie rozdmuchany, czy nie został wykreowany właśnie po to, by wywołać w nas chęć metaforycznego “mordu”. Możemy nie chcieć się do tego przyznawać, ale czytanie tej drapieżnej, chciwej medialnej nagonki na pewne konkretne Gwiazdy (m.in. Biebera) wywołuje w nas często przyjemne, choć niemniej oślizgłe uczucie Schadenfreude. No bo bądźmy poważni – ile z nas może powiedzieć, że autentycznie nienawidzi Justina Biebera?… tak prawdziwie, -fizycznie- go nienawidzi, taką nienawiścią jaką odczuwaliśmy do tego chłopaka, który nas pobił w szkole, albo tej dziewczyny, która nazwała nas “tłustą krową”?… ilu z nas ma autentycznie powody by nienawidzić Biebera?… ilu z nas jest w stanie wymienić chociaż parę gówniarskich zachowań tego celebryty i powiedzieć z pełnym przekonaniem, że właśnie dlatego go nie lubi?… podejrzewam, że takich osób jest niewiele. Większość z nas nie lubi go “bo tak” – bo media kreują go na obiekt naszej chętnej-niechęci. Lubimy go nienawidzić bo to jest teraz modne, bo tak wypada. Zresztą takich przykładów jest więcej – wspomniane One Direction, Lindsay Lohan, Britney Spears… każda o nich wzmianka, nieważne czy pozytywna czy negatywna, wywołuje w Internecie niemalże bezwarunkową falę agresji. Pomijając bezmyślnych hejterów, którzy po prostu lubią nienawidzić, większość negatywnych komentarzy, których setki można znaleźć pod dowolnym artykułem w Internecie czy klipem na YouTubie, pochodzi od ludzi, którzy dali się wciągnąć medialnej machinie nienawiści. Podejrzewam, że gdyby zapytać taką osobę: “Słuchaj, a właściwie dlaczego to tej osoby/zespołu nie lubisz?”, musiałaby się dłuższą chwilę zastanowić nad odpowiedzią. I bardzo możliwe, że wcale by jej nie znalazła.

Trzeba też wspomnieć, że jednym z powodów, dla których nastoletni idole są często wyśmiewani, potępiani lub krytykowani, są ich fani. Piszczenie i omdlewanie to wbrew pozorom te mniej denerwujące reakcje. Nasze dla nich politowanie (by nie wspominać o silniejszych emocjach) wywołuje przede wszystkim ich  agresja – reagowanie stekiem wyzwisk, a czasem i pogróżek, na każde nawet najmniejsze słowo krytyki wobec ich idola. Zapominał wół jak cielęciem był – mówi Mysz. Przypomnijcie sobie czasy, gdy byliście w stanie zagrozić własnej matce krwawą śmiercią, bo nie chciała Wam kupić tej sukienki/czapki/samochodziku/lalki/batonika. W obu wypadkach pojawiają się te same, silne emocje. Tylko katalizator jest inny. A przecież nikt z nas nie zabił swojej mamy za taką głupotę, prawda?… Zmądrzeliśmy. Przeszło nam. Znaleźliśmy sobie inny obiekt pragnień.

Czy rzeczywiście sytuacja wygląda tak jednowymiarowo? Czy rzeczywiście możemy bezkarnie psioczyć na “tę dzisiejszą młodzież” i to, jakich idoli sobie wybiera?

Jak można nie lubić takich radosnych pyszczków? ;)

Widzicie, do powstania tej notki przyczyniły się dwie rzeczy. Jedna to afera między fanami Biebera a fandomem serialu Supernatural, o której wspominałam na fanpage’u. Druga “afera” związana jest z wypowiedzią jednego z członków brytyjskiego boysbandu One Direction. Otóż ów młodzieniec wysłał na Twitterze wiadomość do Phila Robertsona (z reality show Duck Dynasty), o którym ostatnio było głośno w mediach w związku z jego homofobicznymi wypowiedziami. Wokalista One Direction w swej jak najbardziej publicznej wiadomości napisał (parafrazując): “Ukłony i wyrazy szacunku oraz uznania dla Ciebie i Twojej rodziny, za to, że szanujecie jedyne -prawdziwie rodzinne- wartości”. Ta wiadomość została dość powszechnie uznana za wyraz poparcia dla homofobii. Co jest o tyle niemądrym “strzałem w stopę”, że do fanów boysbandu zaliczają się, owszem, przede wszystkim młode dziewczęta, ale także młodzi homoseksualiści. Myszy nowo-narodzona sympatia do muzyki tegoż zespołu (która jest prosta, radosna i nieskomplikowana i niezmiennie wywołuje we mnie uśmiech) sprawiła, że zaczęłam mieć większą styczność z jego fanami. Co prawda trzymam się na bezpieczną odległość, bo poziom pisków i zachwytów mnie przerasta, a z kolei wiek większości fanów jest dla mnie ciut za niski. Wyobraźcie więc sobie, jakież było moje pozytywne zaskoczenie, gdy zaobserwowałam falę krytyki jaka wobec wokalisty One Direction przetoczyła się przez Internet. I to nie krytyki zewnętrznej, ale właśnie od fanów zespołu. Co więcej młodzi fani nie zarzekali się, że przestaną słuchać zespołu – wszak oceniać całą grupę po wypowiedzi jednego członka byłoby zbyt dramatyczną decyzją – ale deklarowali, że stracili do nich serce; że bardzo się na swoim idolu zawiedli.

Świadomość, że młodzi ludzi przejmują się poprawnością polityczną i tolerancją LGBT niezmiernie Mysz raduje. Fakt, że wykazują się także rozsądkiem w obliczu głupstw, które popełniają ich idole – a których podobno tak bezkrytycznie, bezapelacyjnie kochają, z całym durnym “dobrodziejstwem inwentarza” – cieszy mnie jeszcze bardziej. Bo pokazuje, że bycie fanem nie polega wyłącznie na fanatycznej, ślepej miłości. Że można kogoś lubić, lubić jego twórczość i śledzić jego karierę, wybaczać co mniejsze grzeszki, ale także tupnąć nogą, gdy mocno przesadzi. Warto pamiętać, że na grupę fanów Biebera bezsensownie bojkotujących serial, mamy grupę fanów One Direction, którzy głośno potępiają wypowiedzi popierające homofobię. Wychodzi na to, że fan też człowiek i każdy jest inny. I  tak jak są Gwiazdy, które mają różne problemy, ale także te, które jakoś sobie z nimi radzą, tak są fani zaślepieni miłością i ci, którym rozsądek pozwala czasem przejrzeć na oczy.
 
Gdy więc następnym razem trafimy na zjadliwy news o fryzurze Lindsay Lohan, albo krytykę młodocianych fanów takiego czy innego zespołu, zastanówmy się: czy naprawdę warto ich krytykować? Czy warto tracić czas na nienawiść?… czy może lepiej uśmiechnąć się z pobłażaniem, pomyśleć “wszyscy byliśmy kiedyś młodzi” i mieć nadzieję, że te mądrzejsze jednostki nie zgubią się na swej wyboistej życiowej drodze.


I tak im dopomóż, Wielki Przedwieczny. Howgh!

Elvis. To dopiero był idol!

PS. Co nie zmienia faktu, że młodość młodością, wyrozumiałość wyrozumiałością, ale durne zachowania – nie ważne czy fanów czy celebrytów – należy piętnować. Bo inaczej się nie nauczą.

PS2. Ta notka powstawała w wielkich bólach, podczas walki z kłębami waty w mózgu (choróbsko, bleh!) oraz własną głupotą, przez którą pół notki poszło się paść w czeluściach wieszającej się przeglądarki. Wybaczcie więc chaotyczność. Oraz to, że na wszelkie durne komentarze w stylu “A kto to Bieber?” albo “One Direction do piachu!” będę reagowała agresją. Bo też jestem młoda. Duchem. I mi wolno. O!