Nerd vs The World

Czasem zapominamy, że nie wszyscy doświadczają popkultury w ten sam sposób. Mysz zastanawia się dlaczego tak jest i co z tym zrobić.

Pomysł na ten wpis siedzi mi w głowie od Wigilii. Nie byłam do końca pewna, czemu chcę o tym napisać – po prawdzie, nadal tej pewności nie mam – ale ponieważ temat wciąż mi w głowie tkwi, chyba pora go z głębin Mysich zwojów mózgowych wyciągnąć.
Otóż w Wigilię Luby przyszedł do mnie z pytaniem “co chcesz do barszczu, jajko czy kartofle?”. Mysz najpierw nie rozumiała o co chodzi, ale szybko skonstatowała, że pytającym jest zapewne Mama Lubego, a chodzi o to, jaki dodatek chcę dostać do barszczu czerwonego, który będziemy jeść podczas Wigilii (pierwszej z rodziną Lubego, mind you). Moje zdziwienie trwało jednak nadal, bo jestem przyzwyczajona, że na Wigilię barszcz czerwony je się z uszkami z grzybami. Mysz co prawda zjada tylko jedno symboliczne uszko, bo nie lubi grzybów, ale z tradycją jest bardzo zaznajomiona, bo co roku pomaga rodzicom owe uszka lepić. Pytam Lubego, by się upewnić: “Ale jak to, jajko albo kartofle do barszczu?”, na co Matka Lubego, słowami swego syna, przekazuje mi pytanie “No a z czym wy jecie barszcz?”. Ta następują wyjaśnienia, że Mysia rodzina je uszka z grzybami, a Mysz pije sam barszcz z symbolicznym uszkiem. Po chaotycznej dyskusji i zabawie w głuchy telefon (na drodze Mysz-Luby-Mama Lubego) w końcu osiągnięto decyzję, że Mysz zje barszcz z jajkiem.
Jak się potem okazało, rodzina Lubego również jada uszka – tylko Mysz dostała specjalne traktowanie i dostała jajko, żeby barszczyk nie był saute – ale ta rozmowa kazała mi się zastanowić nad tym, co uznajemy za tradycyjne, “powszechne”. Temat ten zresztą powtarzał się w trakcie Świąt parokrotnie, gdy młodsze pokolenie (Mysz z Lubym, jej starsze rodzeństwo cioteczne) musiało coś tłumaczyć pokoleniom starszym (rodzice i dziadkowie). Co ciekawe, rozdźwięk pokoleniowy następował zazwyczaj w temacie popkultury.

Nie trzeba wiedzieć, kim jest każda z tych postaci,
by móc twierdzić, że wie się coś o popkulturze.
Wówczas Mysz w pełni zrozumiała pewien fenomen, z którym wielokrotnie w życiu musiała walczyć. Mianowicie, chodzi o to, że nie każdy wie to samo co my i nie każdy ma obowiązek znać te same rzeczy. Wielokrotnie spotykałam się z zarzutem – zwłaszcza od znajomych – że traktuję ich jak niedoinformowane ciemnoty, tłumacząc im np. kim jest Benedict Cumberbatch albo o czym opowiadają The Hunger Games. Dla nich jest oczywiste, że jako ludzie młodzi, obyci z Internetem, siedzący w popkulturze, znają “podstawowe” pojęcia. Wiedzą, jakie filmy są teraz popularne, co piszczy w serialach, o której książce się teraz rozmawia, jaka piosenka wywołała ostatnio lawinę memów…
Dla Myszy nie jest to, że mój rozmówca na 100% wie, o czym mówię już nie jest takie oczywiste. Może dlatego, że niejednokrotnie musiałam pewne najprostsze zwroty i odniesienia popkulturowe ludziom tłumaczyć. Podejrzewam, że wynika to z działalności blogowo-podcastowej – a także tendencji do wpychania popkultury w praktycznie każdą rozmowę – ale Mysz spotkała się z prośbą o tłumaczenie pewnych rzeczy na tyle często, że teraz robi to właściwie z automatu. Nie ma w tym żadnej insynuacji, że mój rozmówca/czytelnik jest niedoinformowany, czy nie inteligentny. Po prostu wolę napisać te parę słów więcej, by osoba nie znająca danego serialu/filmu/zwrotu miała chociaż minimalne pojęcie, o czym mówię. Staremu wyjadaczowi to nie zaszkodzi – najwyżej ten fragment ominie – a nowicjuszowi wiele to ułatwi. Oczywiście rozumiem, skąd u moich znajomych oburzenie, gdy tłumaczę im, co jeszcze nakręcił reżyser Django Unchained. Ale czy można mi się dziwić, skoro chwilę później mówię “Spike Jonze” i połowa osób wzrusza ramionami w kompletnej nieświadomości.
Każdy ma “fisia” na punkcie czego innego.
Nielubienie/lubienie danej rzeczy ani nie zwiększa,
ani nie umniejsza naszej wartości.
Oczywiście trzeba wiedzieć, do kogo się zwracamy. Pisząc bloga mogę sobie pozwolić na pewne – czasem dość duże – skróty myślowe, bo wiem, że Mysi Czytelnicy należą do kategorii ludzi obytych z popkulturą. Oglądają podobne filmy i seriale, czytają podobne książki, “egzystują” w tych samych kręgach Internetu… A nawet, jeśli akurat czegoś nie wiedzą, szybko to sprawdzą w Google’u albo na Wikipedii. Są jednak inne grupy. Na przykład Mysi znajomi, którzy w składają się na grupę ponad-przeciętnie zaznajomionych z popkulturą osobników. Wiedzą kto to Quentin Tarantino, widzieli najnowszy odcinek Sherlocka, byli na Pacific Rim, ewentualnie nie widzieli go w kinie, ale czekają na DVD. Ale jeśli w rozmowie z nimi zacznę zbaczać na temat bardziej szczegółowe – teorii odnośnie fabuły, porównań z materiałem źródłowym, analiz na przykładzie innych dzieł tego samego twórcy, etc… tu już bywa gorzej. Nie na darmo Mysi znajomi z “prawdziwego życia” patrzą na mnie ze zdziwieniem, gdy na zawołanie mogę przywołać tytuł filmu tylko po np. opisie fabuły, albo aktorze grającym główną rolę. A to dlatego, że dla nich to nie są istotne informacje. Owszem, znają się na popkulturze, ale wyłącznie na poziomie okazjonalnego hobby, czy (tak zwanym, przez Mysz) poziomie “społecznym”, który umożliwia sprawne egzystowanie we współczesnym społeczeństwie, zwłaszcza na poziomie Internetu. Mowa tu właśnie o tych wszystkich memach i dyskusjach, które się wokół nas toczą: “Ty, a widziałeś nowy odcinek Gry o Tron?”, “Niezły był ten Hobbit, nie?”, “Ostatni książka Sapkowskiego była do kitu.” i tak dalej. Trudno obecnie spotkać przeciętnego Polaka w wieku 16-35 (liczby z głowy, zaznaczam!), z którym nie dałoby się pogadać o popkulturze.
Ten typ Mysz nazywa: in the know
Jest też inny poziom, bardziej zaawansowany. To ludzie, który oglądali Games of Thrones, ponieważ znali książkowy pierwowzór. Chodzą na filmy Marvela, bo od lat czytają komiksy. Podniecali się nowym Sherlockiem, bo dwa lata czekali na kolejny sezon świetnego serialu. Z taką osobą porozmawiasz na temat niuansów obsady, scenariusza i aktorstwa; wymienisz uwagi odnośnie adaptacji książki na ekran; podyskutujesz o słuszności zmian dokonanych przez reżysera, etc. Ale w wielu wypadkach, gdy zapytasz taką osobę, co sądzi o pairingu Tony Stark/Steve Rogers, spojrzy się na ciebie jak na tęczowego jednorożca. Bo dla niej “fanienie” danego dzieła popkultury zaczyna i kończy się na tzw. kanonie – tym co twórca dzieła napisał/nakręcił.
Ten typ to: standard fan
Nie musisz znać wszystkich postaci z komiksów,
by cieszyć się filmami Marvela.
Istnieje jednak kolejna, jeszcze bardziej wyspecjalizowana grupa ludzi, którzy nie dość, że posiadają równie szerokie zainteresowania, co poprzednia grupa, ale także fandom knowledge. Takie osobniki wiedzą, o czym mówią w Internecie fani serialu, które postaci najchętniej widzieliby razem, jakie żarty krążą po fandomie, fanarty którego artysty są powszechnie uznawane za najładniejsze, itd. Bardzo często posiadają oni także bardziej wyspecjalizowaną wiedzę popkulturową niż przeciętny człowiek. Oni nie tylko czytali wszystkie tomy “Pieśni Lodu i Ognia”, ale potrafią wyrysować drzewa genealogiczne większości Westerosowych rodów. Znają na wyrywki odcinki Supernatural i są w stanie powiedzieć, w którym odcinku, którego sezonu leciał “Renegade” Styx. Mają szafę pełną koszulek z niszowym brytyjskim podcastem radiowym i na widok mijającego ich żółtego samochodu radośnie krzyczą “Yellow car!“. Rozmowy wśród takich osób często przypominają zaszyfrowany kod tajnych szpiegów. Słowa-klucze i zwroty znane tylko fanom konkretnych seriali latają na prawo i lewo, a spośród pisków i chichotów trudno wyłuskać motyw przewodni rozmowy, bo ten zmienia się mniej-więcej co 3 minuty.
Ten typ to fangirl/fanboy.
Mysz lubi dołączać do nowych fandomów.
Od zawsze twierdziła, że im więcej, tym weselej :)
Cofnijmy się jednak na moment, bo podział ten nie obejmuje wyłącznie ludzi zorientowanych w popkulturze. To, o czym my – ludzie młodzi, ludzie Internetu, ludzie popkultury – często zapominamy to to, że nie wszyscy doświadczają życia tak samo jak my. To, że w naszym najbliższym, a nawet ciut dalszym otoczeniu zawsze natrafimy na kogoś, kto wie czym jest Battlestar Galactica albo phaser, nie oznacza, że taką wiedzę posiada każdy człowiek. Wbrew pozorom jest raczej odwrotnie – większość zaczepionych na ulicy ludzi nie będzie miała pojęcia kim jest Buffy, postrach wampirów. A Petera Jacksona skojarzą jedynie jako reżysera trylogii Lord of the Rings. Nie oznacza to jednak, że są kompletnie nieświadomi. Wiedzą o Harrym Potterze, słyszeli o Avengers, może nawet widzieli w telewizji odcinek Mad Men; może nawet oglądają ich regularnie. Ale nie zdają sobie sprawy z istnienia całego świata “obok” popkultury, a jej dzieła – książki, seriale, filmy – pochłaniają niejako mimochodem, w ramach odskoczni od normalnego życia. W wielu wypadkach do tej kategorii przynależą nasi rodzice (no chyba, że są to rodzice wyjątkowo popkulturowo-świadomi), czasem także dziadkowie, jeśli akurat posiadamy dziadków, którzy interesują się współczesną popkulturą. I nie zrozumcie mnie źle – w przynależeniu do tego typu nie ma nic złego. Więcej: jest to dominujący typ osób. Zapominamy o nich jednak, bo mamy z nimi rzadką styczność. Zwłaszcza w obecnych czasach, bo zazwyczaj otaczamy się ludźmi, którzy mają podobne do nas zainteresowania. Mysz jednak spotykała takie osobniki nader często, gdy swego czasu pracowała w kinie. Zdziwilibyście się, ile z uczęszczających do kina widzów nie ma pojęcia na co idzie. Przykładowa rozmowa z taką osobą mogłaby wyglądać tak:
Widz: A o czym jest ten “Zniewolony” (12 Years a Slave)
Mysz: O czarnoskórym wolnym człowieku, który zostaje podstępem sprzedany do niewoli i spędza w niej 12 lat.
W: A kto tam gra.
M: Na przykład Chiwetel Ejiofor, Benedict Cumberbatch, Paul Giamatti…
W: *nierozumiejące, puste spojrzenie*
M: *zrezygnowana*… Brad Pitt.
W: O, lubię go! A czyj to film.
M: Steve’a McQueena.
W: … tego aktora? To on jest reżyserem?
M: Nie. Steve McQueen to tylko reżyser, zupełnie niezwiązany z -tym- aktorem.
W: A co jeszcze nakręcił?
M: Na przykład “Głód” (Hunger), bardzo dobry film. Wygrał Baftę i Camera d’Or w Cannes.
W: Nie znam. A co jeszcze nakręcił.
M: Chociażby “Wstyd” (Shame).
W: O, czy to nie ten film, gdzie… ten, no… jak-mu-tam pokazuje penisa?
M: *zrezygnowana*… Fassbender.
W: … na zdrowie.
Nie każdy fan jest wyznawcą tej zasady,
ale wielu miewa w życiu podobne momenty.
Oczywiście dramatyzuję, ale podobne konwersacje podczas pracy w kinie (i w wypożyczalni DVD) zdarzały mi się nagminnie. Jasne, w obecnych czasach coraz więcej słyszy się o popularności seriali, fanach konkretnych filmów, groupies zespołów (vide Justin Biber czy One Direction). Ale dla przeciętnego wyjadacza chleba jest to temat równie odległy co przyszłoroczny śnieg. Prawda jest taka, że większość społeczeństwa – nie tylko Polski – nie ma pojęcia o popkulturze i co więcej mieć go nie chce. Dla nich telewizja to coś, co ogląda się z doskoku, “bo akurat coś leci”. Nie polują na konkretne filmy, nie jeżdżą za granicę na koncerty, nie wydadzą połowy pensji na boxset serialu. I nie ma w tym nic złego. Należy jednak o tych ludziach pamiętać, gdy mówimy o filmach. Bo nie każdy musi, tak jak Mysz, znać cytaty z Interview with the Vampire i wykłócać się przez godzinę o to, co na sobie miał wiedźmin Geralt w pierwszym tomie opowiadań Sapkowskiego.
Ten typ ludzi, którzy nie interesują się popkulturą, nazywamy common folk.
Są też, naturalnie, typy pośrednie. Chociażby rodzice Myszy – nie wiedzą, kto to Benedict Cumberbatch i pewnie nie słyszeli o serialu BBC Sherlock, ale wiedzą kim jest Kenneth Branagh czy Tom Cruise. Czytają książki, także popularne (Tata jest wielkim fanem Harry’ego Pottera); chodzą do kina, choć ostatnio rzadko; jeżdżą do teatru i opery, często za granicą. Z pewnością są to ludzie, którzy to i owo o kulturze (także tej “pop”) wiedzą. Ale podejrzewam, że dobre 85% moich zainteresowań wydałoby im się dziwne. Co więcej wiem nawet, że tak jest.
Dla wielu osób istnienie czegoś takiego,
jak “fandom” na zawsze pozostanie tajemnicą.
Wyobraźcie sobie ten rozstrzał: rodzice to jedna podgrupa, dziadkowie i dalsza rodzina jeszcze inna, no chyba że mówimy o “młodszej” rodzinie, w moim wieku. Do tego dochodzą znajomi, którzy “mają życie poza filmami”, i ci, którzy go (teoretycznie) nie mają. Potem są znajomi z Internetu, którzy wiedzą tyle co ja, lub więcej. Jest jeszcze Luby, który jest przypadkiem wyjątkowym, z którym pogadam o niuansach Władcy Pierścieni, ale który do zeszłego roku nigdy nie widział Pretty Woman… co z resztą prawie wywołało u mnie atak hiperwentylacji.
Tu dochodzimy właściwie do istoty tego problemu. Wbrew pozorom to nie nadmiernie tłumaczenie wszystkiego jest problemem. Wszak to tylko profilaktyczne działanie, mające na uwadze tych, którzy nie żyją popkulturą na co dzień, tak jak my. Problemem jest, gdy nasze obycie z popkulturą “zaćmiewa” nam umysł i każe spodziewać się, że każdy dany film/serial/książkę zna. “No jak możesz tego nie znać, przecież wypada to znać, przecież to teraz modne i popularne, wszyscy o tym mówią”… i tym podobne. Ile razy w życiu zdarzyło się Wam spojrzeć na kogoś ze zdziwieniem (by nie powiedzieć z lekkim politowaniem), gdy przyznaje, że nie widział/czytał dzieła X?… kilka razy? Wiele razy?…. No właśnie. Nawet Myszy, która ideologicznie potępia takie zachowania, zdarzyło się takie zdziwienie okazać. Co więcej zdarza mi się to nagminnie. Właśnie dlatego, że zdarza mi się zapominać, iż nie wszyscy MUSZĄ wiedzieć, to co ja. Nie każdy musi spędzać tyle czasu na czytaniu, oglądaniu i pochłanianiu popkultury. Czemu więc tak reaguję?… Może właśnie dlatego, że ostatnimi czasy obcowanie z popkulturą w coraz większym stopniu staje się bardziej popularne. Właśnie dlatego, że jest Nas tutaj (w blogosferze) tak dużo i jesteśmy tak obyci i “wykształceni” popkulturowo, gdy trafiam na kogoś kto np. nie widział Jumanji albo nigdy nie czytał Ursuli Le Guin jestem w ciężkim szoku. Bo choć zdajemy sobie sprawy z dzielących nas różnic, są pewne rzeczy, które spodziewamy się, że każdy będzie znał. I kwestie tego co jest “kanonem” kultury i co wypada znać nie mają tu nic do rzeczy. Mysz na przykład nie wymaga by każdy znał na wyrywki “Mistrza i Małgorzatę”, ale Sagę Sapkowskiego już tak. Każdy ma w głowie taki osobisty kanon, do którego porównuje wiedzę innych ludzi. Zauważyliście, że często nasi znajomi lubią te same książki i filmy, co my?… często jest tak, bo dzieła te krążyły w danej grupie przyjaciół, jak chociażby swego czasu właśnie Sapkowski, czy Dogma lub The Boondock Saints wśród Mysich znajomych. Oznacza to jednak, ni mniej ni więcej, że otaczamy się ludźmi, którzy cenią podobne dzieła; mają podobny do nas “kanon”.
Każdy fandom ma własne żarty i odniesienia.
Niektórzy ludzie nie złapią żadnego, niektórzy tylko jedno.
A są też tacy, którzy złapią wszystkie.
Mysz wie najlepiej na własnym przykładzie, że trudno się tej słynnej, “jak mogłeś tego nie widzieć?!” reakcji wyzbyć. Ale należy próbować. Bo zarówno na sobie, jak i od innych wiem, że trudno być po drugiej stronie takiego stwierdzenia. Może ono być wyrazem autentycznego zdziwienia, a i tak często odbierane jest jako przytyk do naszej wiedzy, inteligencji, oczytania… A nie ma sensu tak alienować ludzi. Wyrzuty sumienia rzadko są dobrą motywacją by sięgnąć po jakiś film lub serial. O wiele lepszą metodą niż wpędzanie kogoś w poczucie winy, że czegoś nie widział, jest przekaz pozytywny. Zamiast oburzać się, że ktoś jeszcze nie ogląda Almost Human, powiedzmy takiej osobie: “Nie znasz tego? Słuchaj, musisz to obejrzeć! To jest taki genialny serial, nie, gdzie taki twardy glina musi współpracować z takim fajnym androidem, no i oni się tak fajnie zaprzyjaźniają, no i… “. Prawda, że lepiej brzmi?
Podobnie w sytuacji, gdy ktoś – nawet ktoś, kogo podejrzewaliśmy o większą wiedzę popkulturową – pyta nas o coś, nie oburzajmy się, nie naśmiewajmy, nie dopytujmy czy był w kosmosie lub schował się na ostatni rok pod kamieniem. Spokojnie wytłumaczmy o co chodzi, najlepiej dodając dlaczego dana rzecz jest – naszym zdaniem – taka fajna. Kto wie, może dzięki temu zachęcimy kogoś do sięgnięcia po “Kwiaty dla Algernona”. Albo nowy sezon The Good Wife. Albo ostatni film Charliego Chaplina.
W dobie Internetu o wiele łatwiej znaleźć ludzi o podobnych zainteresowaniach.
Ale nie zapominajmy także o bliskich, którzy nie siedzą obiema nogami w popkulturze.
Oczywiście Mysz Was do niczego nie może zmusić. Wiem, że każdy z nas miewa pewne przyzwyczajenia, który trudno się wyzbyć; pewne procesy myślowe i reakcje, które są tak automatyczne, że nawet nie zdajemy sobie z nich sprawy. Ale warto starać się być pozytywnym, zwłaszcza jeśli chodzi o popkulturę. Przecież więcej będzie ludzi poinformowanych, im więcej ludzi będzie oglądać filmy, czytać książki, chodzić do teatru, tym łatwiej będzie nam się porozumieć. Wspólnego “kanonu” nie można przecenić. On naprawdę wiele ułatwia w komunikacji… co wie każdy, kto kiedykolwiek był na jakimkolwiek zjeździe nerdów/geeków/entuzjastów popkultury.
Niestety, jeśli chodzi o nasze zaangażowanie w ową popkulturę jest jeszcze jeden, niepozytywny czynnik, o którym chciałabym dziś wspomnieć. Mowa o… zaangażowaniu. Okej, już słyszę te protesty, że przecież to właśnie zaangażowanie w dany aspekt popkultury jest tym, co nas wyróżnia od “reszty” zwykłych fanów. Owszem, zgadzam się – istotą “fanienia” czegoś, nie ważne na jakim poziomie, jest zaangażowanie. Jest jednak różnica między silnym zaangażowaniem, a uznawanie ludzi mniej zaangażowanych za gorszych od nas. Do tego zjawisko dochodzi niestety bardzo często w szeroko pojętym środowisku nerdów. Całe to zamieszanie z “tru nerd” vs “fake nerd” (czy cała afera wokół “fake geek girl“), wszelkie przejawy elitaryzmu są z Mysiego punktu widzenia absolutnie nie do pomyślenia. Przecież jeśli coś jest fajne, to chcę, by jak najwięcej osób się o tym przekonało.
Dla normalnego człowieka byłby to przykład specyficznego masochizmu.
Dla fana takie zachowanie to chleb powszedni.
Często jednak mam wrażenie, że jestem w tym podejściu osamotniona. Wielokrotnie widziałam w Internecie kłótnie między ludźmi, którzy lubią jakiś serial (ale nie fanatycznie), a jego zagorzałymi, die-hard wielbicielami, którzy złego słowa o swoim “ukochaniu” nie dadzą powiedzieć. I dotyczy to nie tylko seriali –  bywa tak w wypadku filmów, książek, pisarzy, aktorów… ogólnie twórców maści wszelkie. Przyznaję, że momentami jestem w stanie takie zachowania zrozumieć – każdy ma jakieś popkulturowe dzieło (a nawet kilka), które traktuję… może nie jak święta relikwię, ale coś bardzo zbliżonego. Wszelką krytykę w stosunku do takiego ukochanego dzieła zawsze będzie przyjmować ze skrzywieniem pyska i próbowali się spierać o jej słuszność. Pół biedy, jeśli kłócimy się z takim jak my znawcą tematu (np. fanem The Vampire Diaries, któremu akurat nie podobał się ostatni sezon, a my go uważamy za genialny). Gdy jednak dyskutujemy z kimś, kto wyraźnie nie jest tak zaangażowany w sprawę jak my, często pada argument “Ty się nie znasz, bo nie wiedziałaś o X, a to znaczy, że nie jesteś prawdziwym fanem!”.
… że co? Że jak? Okej, Mysz zgadza się, że nie znając wszystkich trzech sezonów Teen Wolf, nie należy oceniać serialu (zwłaszcza, że akurat w jego wypadku często czyni się to pochopnie). Ale czy uznam, że ktoś nie jest “tru fanem” bo nie widział wszystkich sezonów?… NIE. Bo nie ma takiego obowiązku. Tak samo, jeśli ktoś tylko lubi piosenki One Direction, a nie kocha się na zabój w którymś z chłopaków – i nie ma już trzech tatuaży z ich imionami gdzieś na ciele – nie oznacza to od razu, że nie jest “prawdziwym fanem”. Każdy ma prawo lubić dane dzieło popkultury w taki sposób, w jaki jej/jemu odpowiada. W żaden, powtarzam, W ŻADEN sposób nie umniejsza to jego sympatii dla tego dzieła, czy prawa do wypowiadania się na jego temat.
Wszyscy mamy swoje pasje, czasem większe, czasem mniejsze.
Dajmy sobie prawo do przeżywania ich tak, jak nam to odpowiada.
Wśród nerdów, a w szczególności w różnych fandomach (filmów, seriali, whatever) widać często, jak fani z dłuższym stażem “fanienia” patrzą z góry na tych, którzy dopiero zaczynają się w dane dzieło wkręcać. Takie hipsterskie podejście, pt. “lubiłam ten serial, zanim wszyscy się na niego rzucili” nie jest Myszy obce. Przyznaję wręcz bez bicia, że jestem takiego zachowania winna, m.in. właśnie w wypadku serialu Teen Wolf. Jest jednak różnica, między świadomością, że lubiło się coś, zanim ta rzecz stała się popularna, a wykorzystywaniem tego na każdym kroku jako argumentu, i metody wywyższania się ponad innych. Jasne, Mysz jest poniekąd dumna z tego, że zobaczyła w Teen Wolfie potencjał przed rzeszą fanów, która początkowo się z serialu naśmiewała. Głównie dlatego, że gdy Mysz się serialem zainteresowała i zaczynała go chwalić, ludzie parskali na nią śmiechem. A teraz sami oglądają serial i zachwycają się nim publicznie. Stąd we mnie ciche, radosne przeświadczenie “a nie mówiłam, że to jest fajny serial?”. Ale nie uważam się za lepszą od tych, którzy dopiero odkrywają serial; ani od tych, który się z niego niegdyś naśmiewali. Wiedziałam, że serial jest dobry i byłam przekonana, że prędzej czy później ludzie się w tym połapią. Teraz po prostu się cieszę, że coraz więcej osób widzi wartość serialu. Bo dzięki temu mam z kim rozmawiać, z kim się radować z nadchodzących odcinków, z kim snuć spiskowe teorie dziejów. A to jest większa przyjemność, niż siedzieć w kącie, jak Gollum z Pierścieniem i zazdrośnie szeptać “my precious“.
 
Pamiętaj o tym, drogi Czytelniku, gdy następnym razem poznasz kogoś kto dopiero zaczyna poznawać filmy Marvela. Nie fukaj na niego, bo nie czytał wcześniej komiksów. Jak zapyta się Ciebie o to, kim jest Nick Fury, wytłumacz mu spokojnie (w miarę unikając spoilerów). I ciesz się, gdy za kilka dni zadzwoni do Ciebie i z podekscytowaniem zacznie dopytywać kiedy wychodzi kolejny film i czy możecie na niego iść razem do kina.
Pamiętaj proszę, że warto szerzyć popkulturę – warto ją tłumaczyć, warto polecać. Warto też być uprzejmym, wyrozumiałym i cierpliwym. Ciebie to nic nie będzie kosztować, ewentualnie będzie kosztować niewiele, a komuś możecie zmienić życie.
Brzmi jak wyolbrzymienie?… wcale nie! Gdyby nie moja ciocia, która wieki temu poleciła mi Sapkowskiego, prawdopodobnie wcale by mnie tu nie było. Więc wierzcie mi – wiem co mówię ^__^