Oni, Ona i Dallas, czyli na pohybel polskim dystrybutorom.

Obrażona Mysz nie czeka na polskie premiery i recenzuje “August: Osage County”, “Her” oraz “Dallas Buyers Club”.

Podtytuł notki jest właściwie głównym powodem, dla którego ten wpis powstaje. Podejrzewam, że gdyby bardzo Wam zależało na poczytaniu opinii na temat August: Osage County, Her albo Dallas Buyers Club to już dawno sięgnęlibyście po źródła zagraniczne, albo inne blogi popkulturowe, gdzie takie recenzje już się pojawiły. Kto wie, może już jesteście po lekturze tych tekstów, a może nawet seansie powyższych filmów, i macie już całkiem wyrobione zdanie. W takim wypadku potraktujcie poniższy wpis przede wszystkim jako niewielki, nieskładny rant na polskich dystrybutorów.
Oczywiście tu podniosą się głosy sprzeciwu (you know who you are), że Polska wcale nie jest tak zacofana jak kiedyś; że sytuacja się ogromnie polepszyła; że już nie jesteśmy zaściankiem Europy, w którym filmy na DVD wychodzą 3 lata po premierze kinowej*. To wszystko prawda, co nie zmienia faktu, że nadal bywa nieciekawie. Przy okazji podsumowania roku 2013, wymieniłam listę świetnych filmów, których nie mieliśmy okazji zobaczyć, bo nie pojawiły się jeszcze w polskich kinach. Owszem, był w tym “przytyku” sporo jadu, ale przede wszystkim smutku… i to bynajmniej nie nieuzasadnionego. Nie chodzi już nawet o to, że jako bloger popkulturowy chciałabym móc oglądać i oceniać filmy, które w nadchodzącym czasie mogą wygrać jakąś nagrodę**. W tym momencie mówimy wyłącznie o moich – i mam wrażenie nie tylko moich – potrzebach jako widza. Czy to naprawdę takie straszne, że nie chcę czekać 2/3/5 miesięcy na premierę filmu, na który czekam właściwie od momentu, gdy o nim pierwszy raz usłyszałam… dwa lata wcześniej?

Są w blogosferze ludzie, którzy powiedzą Wam, że sytuacja w Polsce drastycznie się poprawiła. I Mysz się z nimi zgodzi… z jednym, bardzo istotnym “ale”. Owszem, w kwestii kina mainstreamowego (wielkich blockbusterów i “głośnych” filmów, o których mówi się w mediach) czy nawet artystycznego, ale nagradzanego na festiwalach kina niszowego, jest o wiele lepiej. Ale wciąż istnieją produkcje, która w Polsce przechodzą bez echa. Wręcz nie istnieją. Wątpię, bym kiedykolwiek trafiła na takie perełki, jak The Brass Teapot, Dirty Girl czy Violet & Daisy gdyby nie regularne sprawdzanie strony AOL DVD, która na bieżąco informuje o wszystkich najnowszych premierach na rynku amerykańskim. I nie mówię tu wyłącznie o “dużych” filmach, jak The Lone Ranger czy The Wolverine, ale właśnie niewielkich produkcjach, często niezależnych, o których się dyskutuje, pisze artykuły, o których się mówi… tylko nie u nas.
Podejrzewam, że gdybym miała czekać na premierę The Brass Teapot w Polsce, prędzej bym uświerkła. Zwłaszcza, że to film z 2012 roku (premiera we wrześniu na Toronto International Film Festival), a od kwietnia 2013 roku dostępny jest w szerokiej dystrybucji… a także usłudze video on demand. Rozumiem, że skoro istnieje możliwość obejrzenia filmu “na żądanie”, polskiemu dystrybutorowi nie musi się spieszyć z wydaniem filmu na DVD. Ale co w wypadku filmu Violet & Daisy, o którym wiadomo, że NIGDY nie zostanie wydany na polskim rynku? Skąd biorą się takie decyzje? Gdzie jest ta Wysoka Rada, która siedzi i wydaje wyroki na temat tego, co polski widz będzie mógł obejrzeć? Czy naprawdę musimy mieć na DVD trzecią część serii Universal Soldier, a nie możemy kilku perełek kina niezależnego?
Pewnie zaraz zostanę zakrzyczana, że to jest co innego, bo to są filmy amerykańskie, więc to oczywiste, że w Stanach są wydawane, a u nas nie. Ale sytuacja ma się identycznie w wypadku filmów hinduskich, skandynawskich, australijskich, z południowej ameryki… lista jest długa. Dlaczego Polak ma mieć ograniczony dostęp do popkultury? Tym bardziej, że w Stanach te mało znane filmy z całego świata także bywają dostępne wcześniej niż u nas.
Oczywiście pojawią się argumenty, że przecież teraz, w dobie Internetu, wszystko można zdobyć, dostać, sprowadzić, kupić za granicą. Owszem i Mysz bez bicia przyznaję, że zdarza jej się to robić. Ale czy to źle, że chciałabym móc wejść do polskiego sklepu (Internetowego bądź nie) i znaleźć na półce ten cudowny film niezależny, na który czekałam od wielu miesięcy? Czy nie byłoby wspaniale móc pójść do kina na nominowany do Oscara film ZANIM dane dzieło tę nagrodę wygra?… zdaję sobie sprawę, że moje narzekania i argumenty są nieskładne i chaotyczne. Tak po prawdzie, na temat zawiłości polskich decyzji dystrybucyjnych powinno się popełnić długą, rzetelną notkę, do której ja się nie poczuwam. Czemu?… Bo  nie mam siły. Bo mnie przerasta to mój Mysi rozumek. I bo mimo najszczerszych chęci chyba nigdy nie zrozumiem, dlaczego mimo rozwoju, Polska wciąż jest momentami tak zacofana. I to często przede wszystkim w mentalności.
Pozostaje cieszyć się, że dzięki magii technologii można polskim dystrybutorom pokazać metaforyczny gest Kozakiewicza i obejrzeć dane filmy innymi drogami. Na przykład kupując film przez Internet, dając tym samym zarobić dystrybutorom zagranicznym. Może gdyby wszyscy konsumenci popkultury zaczęli tak robić, ci w Polsce zorientowaliby się, ile mogą na takim zaściankowym myśleniu stracić. Może to wreszcie wywołałoby jakieś zmiany!… A może nie. Najłatwiej i tak jest narzekać, co zresztą jak widać Mysz ochoczo czyni. Czego, mam nadzieję,  nie macie mi za złe. Wszelkie pretensje jakie mam wynikają wyłącznie z ogromnej, nieokiełznanej pasji do kina i popkultury, która każe mi pochłaniać wszystko TERAZ-ZARAZ. I która chciałaby, żeby wszyscy inni też mogli jest teraz-zaraz mieć i docenić. W sumie, to taka dość poważna choroba *mruga porozumiewawczo*
Na szczęście w ostatnich dniach Bogowie popkultury się do nas uśmiechnęli. Stąd Mysz wreszcie miała okazję nadgonić filmy, na które ostrzyła sobie zęby od dobrych paru miesięcy. Większość z nich wyszła w Stanach pod koniec minionego roku, a w Polsce wyjdą (w większości) akurat na tyle wcześnie, by Polscy widzowie mieli okazję je obejrzeć przed tegorocznym rozdaniem Oscarów (2 marca). Jak widać polscy dystrybutorzy uczą się na błędach i tym razem próbują nie zostawać zbytnio w tyle. Chociaż Dallas Buyers Club i tak wchodzi dopiero 14-stego marca.
Dość już jednak tego chaotycznego narzekania, które było całkowicie nie zamierzone i totalnie mi się wypsnęło. Może poniższe bezspoilerowe omówienia będą Wam to w stanie wynagrodzić. Na co po kryjomu bardzo liczę.

“Oni”, czyli rodzina, ach rodzina!

Fabuła filmu jest prosta, jak konstrukcja cepa: dysfunkcyjna rodzina spotyka się w nieprzyjemnych okolicznościach. Więcej mówić nie muszę, bo po pierwsze część Czytelników może być zaznajomiona z oryginalną sztuką Tracy’ego Lettsa, na której podstawie powstał film; a po drugie, ponieważ o filmie nie trzeba wiedzieć nic więcej, by w pełni się nim cieszyć. A:OC wszystko nam tłumaczy: kto jest kim w rodzinie, jakie są między nimi związki i relacje… ale nie robi tego w łopatologiczny sposób. Wszystko wychodzi raczej “organicznie”, w swoim naturalnym tempie. Cały film zresztą sprawia wrażenie szalenie naturalistycznego: to jak funkcjonuje rodzina Westonów, to w jaki sposób i jakimi słowy odbywają się ich rozmowy i kłótnie… wszystko wydaje się szalenie realne i prawdziwe. Mysz co prawda ma nadzieję, że większość Czytelników nie posiada takiej rodziny, jak ta pokazana w filmie, ale sądzę, że w ich interakcjach każdy może odnaleźć pewne aspekty siebie i swoich bliskich. Chociaż prędzej te gorsze, niż te lepsze
Tu właśnie widać siłę sztuki Lettsa i filmu Johna Wellsa – A:OC nie lubuje się w pokazywaniu nam dysfunkcyjnych, momentami wręcz agresywnych relacji Westonów. On je po prostu pokazuje takimi, jakie są, Nie ma w tym oceny, przygany, szafowania wyrokami. Nikt ostatecznie nie jest tym złym, każdy ma szansę pokazać swój punk widzenia, wytłumaczyć się. To od widza zależy po czyjej stanie stronie, komu będzie współczuł i czy w ogóle będzie się emocjonalnie angażował w perypetie uczuciowe bohaterów.
Nie miałam przyjemności oglądać sztuki na żywo (choć zainteresowani mogą się wybrać w tym kwartale do Teatru Studio na polską wersję sztuki – “Sierpień”) więc nie wypowiadam się na temat trafności jej adaptacji. Chociaż można zaryzykować stwierdzenie, że zatrudnienie Lettsa także jako scenarzysty filmu oznacza, że na ekranie kinowym również będziemy mogli podziwiać jego bezbłędne wyczucie dramaturgii i wnikliwą analizę psychologiczną amerykańskiego społeczeństwa i amerykańskiej rodziny, które dotąd prezentowano na deskach sceny.
W ekranizacji sztuki Mysz widzi przede wszystkim wkład Johna Wellsa i jego talent do pokazywania rodzin w taki sposób, że mimo ich problemów, jesteśmy w stanie ich pokochać, zrozumieć i z nimi sympatyzować. Wells odpowiedzialny jest za amerykańską wersję brytyjskiego serialu Shameless, jednego z Myszy obecnie ulubionych seriali w telewizji. Choć pojawiająca się tam rodzina Gallagherów jest jeszcze bardziej skrzywdzona przez życie (i siebie) niż klan Westonów, widać podobieństwa w tym, jak Wells ich ukazuje. Dla widza, który zna Shameless, A:OC wydaje się szalenie podobne – zawiłe relacje rodzinne, kłótnie, alkohol, narkotyki, seks, uczucia, bariera intelektualna i finansowa, znęcanie się fizyczne i werbalne… to wszystko wyłożone jest jak kawa na ławę, bez zbędnego cackania się z widzem i krygowania, że “o takich rzeczach nie wypada rozmawiać”. Co więcej, oba te dzieła w fascynujący sposób pokazują nie tylko, jak zawiłe i skomplikowane są relacje międzyludzkie, ale jak łatwo jest nam, ludziom, obwiniać innych o nasze krzywdy; wynajdywać zewnętrzne źródła zmartwień, zamiast szukać winy w sobie. A jednak, mimo braku zrozumienia dla pewnych mechanizmów rządzących rodziną Gallagherów czy klanem Westonów, trudno nie przeżywać ich emocji, uniesień, porażek i sukcesów. Nie wiem, ile z tego wynika z potęgi ludzkiej empatii, a ile z umiejętności scenariuszowych i reżyserskich Johna Wellsa, ale dość powiedzieć, że fani Shameless z pewnością odnajdą w filmie znajome motywy.
Należy też podkreślić, że moc filmu tkwi w jego obsadzie. Fakt, że praktycznie każdy z członków rodziny Westonów dostaje swoje 5 minut by “zaprezentować” nam siebie i swój punkt widzenia byłby nieistotny, gdyby nie to, że w każdej z ról obsadzono utalentowanego aktora. Jako patriarchę klanu mamy więc Sama Sheparda, który króciutkiej scenie prezentuje nam ogrom wewnętrznego spokoju, jaki drzemie w Beverlym Westonie, otwarcie przyznającym się do alkoholizmu pisarzu. Jego uzależnioną od leków, okropną, rozchwianą psychicznie żonę fenomenalnie gra Meryl Streep. Mysz od ręki dałaby jej Oscara, nie dlatego, że to Meryl, tylko za to, jak zagrała tę rolę. Po prostu, od ręki i bez głosowania, należałoby pani Streep tego Oscara wepchnąć do torebki i mieć to z głowy. Bo to jedyna słuszna decyzja.
 
Do tego mamy Myszy ukochaną Margo Martindale w roli Mattie Fae, jowialnej ale wrednej siostry Violet, oraz spokojnego jak bassett Chrisa Coopera w roli jej męża, Charlesa. Cooper i Martindale to moim zdaniem najbardziej aktorsko niedoceniona para, bo konflikt ich postaci nie jest głośny, jak innych Westonów, a bardziej subtelny, prywatny. Do tego dochodzi Benedict Cumberbatch jako tzw. Little Charles, syn Mattie Fae i Charlesa – nieudacznik i czarna owca rodziny, z którego własna matka wyśmiewa się na każdym kroku. Z punktu widzenia Myszy była to jedna z ciekawszych ról, bo Cumberbatch do tej pory (zwłaszcza w kinie mainstreamowym) grywał raczej silnie psychicznie postacie. Miło zobaczyć go w roli, która wymagała zupełnie innych środków aktorskich, w tym silnego amerykańskiego akcentu, który zupełnie zmieniał tembr jego głosu. Dodam też, w ramach prywaty, że fanki Benedicta powinny ten film koniecznie obejrzeć, ze względu na jedną bardzo uroczą scenę.
Są też trzy córki Violet i Beverly’ego: najmłodsza Karen (Juliette Lewis), trajkocząca, naiwna podfruwajka, która żyje złudnym marzeniami o idealnym mężu (w roli narzeczonego Dermot Mulroney); cicha i spokojna Ivy (Julianne Nicholson), która do tej pory pozostawała najbliżej domu, a teraz, zainspirowana nowym, sekretnym uczuciem, chce się wyrwać spod toksycznych skrzydeł matki; oraz najstarsza i najsilniejsza charakterem, Barbara (Julia Roberts), która uciekła od matki najdalej jak się dało, i teraz z wielką niechęcią powraca na rodzinne pielesze. Trudno jej się zresztą dziwić, bo relacje z Billem (Ewan McGregor), jej mężem, są mocno napięte, a nastoletnia córka, Jean (Abigail Breslin) przechodzi okres młodzieńczego buntu.
Nie twierdzę, że w A:OC każdy z powyższych aktorów daje występ swojego życia; że każdy powinien za rolę w tym filmie dostać nagrodę. Ale nawet gdybym tak twierdziła, nie byłoby w tym wiele przesady. Połączenie świetnie napisanego scenariusza, reżysera z wyczuciem i utalentowanych aktorów sprawia, że każdy z tych elementów błyszczy na ekranie wyjątkowo silnym światłem. I właśnie dla tego bezbłędnego połączenia warto film obejrzeć. Nawet jeśli, trochę na bakier z zakończeniem sztuki, film ma cokolwiek niedopowiedziane zakończenie.

“Ona”, czyli miłość w czasach AI.

Z trzech omówionych tutaj filmów, dzieło Spike’a Jonze z pewnością wygrywa w prywatnym Mysim rankingu.
Jonze to ciekawa pokulturowa postać. Reżyser wielu świetnych teledysków (m.in. do “Weapon of Choice” Fat Boy Slima) ma na koncie zaledwie kilka pełnometrażowych filmów, ale każdy z nich jest wyjątkowy. Czy to Being John Malkovich, które Myszy do dziś czasem śni się po nocach; czy meta-film Adaptation; czy cudowna ekranizacja Where The Wild Things Are, która była efektem prawie 10-cioletniej współpracy z autorem Mauricem Sendakiem, i wciąż pozostaje jednym z najlepszych filmów roku 2009, jeśli nie ostatniego dziesięciolecia. Ci, którzy znają filmy Jonze z pewnością zauważą, że jego twórczość jest dość… specyficzna. Pełna zaskakującej wyobraźni, nietypowego podejścia do opowiadania historii, operowania subtelnościami i uczuciami z podziwu godną maestrią… w Her jest to wszystko i, jak to mówią Amerykanie, and then some!

Her to twór bardzo specyficzny i wyjątkowy, lepiej niż inne filmy pokazujący geniusze Jonze’a. Jego dwa najwcześniejsze filmy były świetne, owszem, ale zasługi te przypisuje się także Charliemu Kaufmanowi, który odpowiadał za scenariusz. Z kolei Where The Wild Things Are to piękny film, ale przede wszystkim udana adaptacja kultowego dzieła Sendaka. Her to pierwszy przypadek, gdy możemy zaobserwować Jonze’a zarówno w roli reżysera, jak i scenarzysty (choć akurat Myszy zdaniem w jego debiucie widać spory wpływ Kaufmana). A efekty tego są absolutnie olśniewające.
Film, który jest wyjątkowo rzadkim miszmaszem gatunków (science fiction dramedy romance), opowiada o spokojnym, utalentowanym, cichym odludku Theodorze (Joaquin Phoenix). Jego samotność nie wynika jednak z charakteru, a raczej z życiowych komplikacji – nasz bohater właśnie przeżywa ważną życiową przemianę, leczy złamane serce. Pomaga mu w tym nowy system operacyjny, który instaluje na swoim telefonie, komputerze, etc. Ten pierwszy obdarzony sztuczną inteligencją system operacyjny ma ułatwić Theodorowi życie – przeglądać maile, informować o spotkaniach, sprawdzać teksty, wybierać restauracje, itd. W skrócie robi to wszystko, w czym już obecnie pomagają nam np. aplikacje na telefon. Myk polega na tym, że Samantha – jak każe się nazywa system – jest sztuczną inteligencją (w jej głos wciela się Scarlett Johansson). Uczy się, rozwija, ma emocje, myśli, uczucia, pytania… Jej otwartość na świat i nietypowy sposób myślenia sprawiają, że Theodore zaczyna powoli wychodzić ze swojej skorupy.
Oto fabułą w telegraficznym skrócie. Oczywiście sytuacja nie jest tak prosta, jak Mysz ją zaprezentowała. Relacja Theodora i Samanthy się rozwija, zmienia i przeistacza. Her to bez wątpienia opowieść o miłości, związkach, tolerancji, akceptacji; o tym jak się zmieniamy, jak zmieniają się ludzie wokół nas, jak na to reagujemy; to pytanie, czy związki mają sens, skoro z jednej strony sami się zmieniamy, a z drugiej pragniemy by nasz partner pozostał taki sam; to próba zrozumienia, jak i dlaczego rozpadają się związki…
Te konkretne aspekty relacji międzyludzkich – a także wiele, wiele innych, bardziej zawiłych i subtelnych relacji, niż byłam w stanie wychwycić podczas pierwszego seansu – widzimy nie tylko w kontekście Theodore’a i Samanthy, ale poniekąd wszystkich postaci w filmie Jonze’a. Choć kamera skupia się głównie na twarzy Phoenixa i obserwuje przede wszystkim jego bohatera podczas rozmów z Samanthą, uważny widz zauważy, że świat wykreowany przez Jonze’a pełen jest ludzi takich jak Theodore.
Właśnie ten bardziej ogólny aspekt dzieła Jonze’a mnie tak ujął. Opowiedzenie wiarygodnej historii miłosnej między dwójką ludzi to sztuka sama w sobie. Ale stworzenie realistycznie wyglądającego, futurystycznego świata, który na dodatek jest wspaniałym wcale-nie-tak hipotetycznym komentarzem do współczesnego społeczeństwa?… to dopiero artyzm i prawdziwy geniusz. Widać to już w scenie otwierającej film, gdy dowiadujemy się, jaki zawód wykonuje Theodore (Mysz nie napisze o co chodzi, bo scena była tak cudowna, że nie chcę Wam jej zepsuć).
 Jonze umieszczając film w (niedalekiej) przyszłości wykazał się niesamowitą inteligencją i wyczuciem. Z jednej strony, bardzo prostym zagraniem zapewnił sobie ramy fabularne, by móc zaprezentować historię relacji Sztucznej Inteligencji i Człowieka bez zbytniego skupiania się na aspekcie technologicznym. Wszystkie pokazane w filmie udogodnienia i technologiczne gadżety wcale nie są tak od nas odległe. Przy obecnym rozwoju technologii, kto wie? Może wystarczy 10 lat, może 20, a osiągniemy poziom zaprezentowany przez Jonze’a. I wcale nie chodzi o jakieś wybitnie futurystyczne rozwiązania, rodem z Matrixa, a zupełnie normalne, logiczne osiągnięcia, do których wynalezienia ludzki umysł i tak dąży. Zawiłe?… let me explain: niedawno Mysz wrzuciła na fanpage trailer do Transendence z Johnnym Deppem. Film prezentuje dość wysoki poziom rozwoju technologii, który według teorii naukowych wcale nie jest tak od nas odległy. Co więcej dotyka bardzo ważnej kwestii tzw. technological singularity (polecam poczytać). Jonze swoim filmem również porusza ten temat, ale od zupełnie innej, mniej futurystycznej, a bardziej ludzkiej strony. Co jeśli sztuczne inteligencje wcale nie okażą się morderczymi Terminatorami? Co jeśli ich relacje z ludźmi spowodują w nich zmianę, której nawet one same nie były w stanie przewidzieć?… Jonze prezentuje koncepcję Sztucznej Inteligencji w tak prosty, przystępny sposób, że w przeciągu 15-stu sekund od naszego pierwszego poznania Samanthy orientujemy się, jak cudowną, i jednocześnie przerażającą ideą jest Sztuczna Inteligencja. A to naprawdę duże osiągnięcie, zwłaszcza jak na twórcę debiutującego w roli scenarzysty. Widać, że Jonze pod kuratelą Kaufmana nauczył się tego i owego.
Ta “niedaleka przyszłość”, w której dzieje się fabuła filmu daje Jonze’owi okazję do pokazania rozwoju nie tylko technologii, tego jak zmieni się nasze życie pod względem różnych udogodnień, ale także jak zmieni się społeczeństwo. Z jednej strony w Her mamy wrażenie, że wszyscy są wobec siebie bardziej otwarci i szczerzy. Panuje powszechna bezpośredniość – nie ma tematów taboo, rozmawia się o wszystkim w sposób zupełnie wyluzowany, z pełną akceptację i tolerancją. Mysz ma teorię, że gdyby usunąć z współczesnej społeczności Internetowej wszelki hejt, a pozostawić jedynie otwartość i akceptację, dokładnie tak wyglądałoby “futurystyczne” społeczeństwo Jonze’a. Ale króluje w tym świecie jeszcze jedna cecha, o której słyszy się w kontekście Internetu: złudne poczucie wspólnoty. Choć ludzie w Her nie stronią od siebie, są dla siebie mili, przyjaźnią się, odczuwa się w nich ogromne pokłady samotności i wyalienowania; czuć w nich jakichś brak. Ale jednocześnie, poprzez ciągłe podkreślanie prawdziwości relacji Theodore’a i Samanthy, Jonze zdaje się polemizować z powszechną, krzywdzącą opinią, że Internet, czy w ogóle współczesny człowiek, jest bardzo samotny. Te kontrasty – samotności, a otwartości; prywatności, a braku barier – świetnie Jonze’owi wychodzą nie tylko w warstwie fabularnej, ale także bardziej ogólnej. Sam film sprawia wrażenie jednego wielkiego kontrastu między tym, co twórca nam mówi w kwestii relacji między bohaterami, a tym co nam pokazuje w warstwie metaforycznej, bardziej ogólnoludzkiej. Metafor jest zresztą u Jonze’a od groma, chociażby w postaci gier, w które gra jego bohater (syzyfowa wspinaczka pod górę, szukanie wyjścia z jaskini).
Ciekawe prezentuje się też kwestia tego, jak relacja naszych bohaterów jest akceptowana przez społeczeństwo. U Jonze’a to, co zachodzi między Theodorem i Samanthą nie jest niczym dziwnym, a raczej powszechnym. Nikt nie reaguje zgorszeniem czy zdziwieniem na bliskość Theodore’a ze Sztuczną Inteligencją. Nie wiem, czy Jonze próbował tu zawrzeć swoistą metaforę tego, do czego – miejmy nadzieję – dąży nasze społeczeństwo, ale fajnie pomarzyć. Taka wszechobecna tolerancja byłabym ogromnym krokiem naprzód.
O “kompletności” filmu jako jednolitego dzieła, świadczy także oprawa artystyczna. Film wizualnie przypomina futurystyczne dziecko Wesa Andersona i Sofii Coppoli (co nie jest dziwne, bo Jonze i Coppola byli swego czasu małżeństwem). Wszystko w nim jest pudrowe, kolorowe i rozmyte, a wizualny design przypomina architekturę lat 60-tych. Oglądając film, można odnieść wrażenie, że futurystyczny świat będzie na każdym kroku dążył do ułatwienia ludziom życia – ubrania będą przede wszystkim wygodne i funkcjonalne (brak niewygodnego high fashion, za to dużo inspiracji latami dwudziestymi); gry komputerowe będą proste, ale wciągające; technologia będzie jeszcze bardziej intuicyjna w użyciu, operowana przede wszystkim głosem; itd. Ta wszechobecna prostota zaprezentowanego świata ma jednak na celu coś więcej, niż tylko ukazanie nam (wcale prawdopodobnej) wizji Jonze’owego społeczeństwa przyszłości. To sprytny zabieg, który sprawia, że tym mocniej skupiamy się na bohaterach. Gdy wokół mamy same proste, rozmyte formy, tym wyraźniej widzimy emocje bohaterów. Czy może raczej je słyszymy, bo w wypadku Samanthy, znamy jedynie jej głos. Tu zresztą ogromne brawa dla Scarlet Johansson, której charakterystyczna barwa głosu – z ciepłą, miękką chrypką – nadaje postaci Samanthy nawet nie tyle charakteru, co CIAŁA. Mysz jest co prawda ciekawa, jak pierwotnie w tej roli wypadła aktorka Samantha Morton, ale tego nigdy się nie dowiemy. Według słów Jonze’a jego praca z Morton ostatecznie nie spełniła oczekiwań, jakie miał w stosunku do skończonego materiału filmowego.
Myszy zdaniem, aktorski popis Scarlett (gdzie jej nagroda?!) nieco przyćmiewa fakt, że nasza uwaga skupia się głównie na tym bohaterze, którego widzimy. Don’t get me wrong – Joaquin Phoenix jest w swej roli fenomenalny i gdybym mogła jemu też bym od ręki dała Oscara. Jest w Theodorze i urok, i dowcip, i niepokój, i niesamowita wrażliwość, a to wszystko zdaje się być swoistą metaforą dla całego współczesnego mu społeczeństwa. W Myszy odczuciu Theodore poniekąd reprezentuje cały pokazany przez Jonze’a świat – jego wątpliwości, zmartwienia, problemy, rozterki. Tym samym jego relacja z Samanthą staje się cudowną, skomplikowaną, niejednoznaczną analogią ludzkich związków jako takich. Rzeczywiście jest to futurystyczna “dramedia” romantyczna. Bardziej indie filmu mainstreamowego nawet chyba Kaufman by nie wymyślił.
Na koniec tej litanii pochwał jedno malutkie “ale”: widzom, których nużą filmy “artystyczne”, niszowe lub niezależne, film ten może się wydawać momentami za długi, zbyt rozwlekły i nudny. Nawet Mysz, wyjątkowo tolerancyjna pod tym względem, znalazłaby w filmie sceny, która możnaby bez utraty dla fabuły z filmu wyciąć. Ale sądzę, że wtedy straciłby on część swojego wyjątkowego, niepowtarzalnego klimatu. A tego byśmy z pewnością nie chcieli.
Jako ciekawostkę dodam, że w filmie pojawiają się także Chris Pratt, Amy Adams, Tim DeKay, Olivia Wilde i Rooney Mara i choć ich role są niewielkie, każdy z nich pokazuje się od jak najlepszej strony. Widać, że Jonze świetnie nimi pokierował, dzięki czemu ich występy tylko zwiększyły wagę filmu i ulepszyły jego i tak niesamowitą jakość. Do wspaniałego, lekko sennego klimatu filmu przyczyniła się także piękna muzyka skomponowana przez Arcade Fire i Olivera Palletta.
Jak już wspomniałam na początku, w prywatnym rankingu Myszy, Her ląduje na pierwszym miejscu. I gdybyście z polecanych tu przeze mnie filmów mieli sięgnąć tylko po jeden, niech to będzie ten. Bo jest absurdalnie uroczy, piękne zrealizowany i zadziwiająco poruszający. To coś więcej niż tylko dziwny film – to DZIEŁO.

“Dallas”, czyli dawno temu w Texasie.

O filmie tym jest ostatnio coraz głośniej i słusznie. Mysz uważa, że o tematyce AIDS, homofobii czy walki z głupotą systemu administracyjnego powinno się kręcić dobre filmy. Tym bardziej, że DBO to prawdziwy popis aktorski Matthew McConaugheya, który (nie po raz pierwszy) zaskakuje nas swym talentem i pokazuje, że jest czymś więcej niż opalonym, umięśnionym facetem bez koszulki. DBO jest także kolejnym dowodem na to, że jeśli aktor schudnie 23kg do roli, natychmiast posypią się nagrody. I mówię to bez żadnej złośliwości, bo przemiana fizyczna McConaugheya jest w filmie niesamowita. Zresztą Jareda Leto też, ale o tym za moment.
Tak się składa, że choć DBO jest filmem powszechnie chwalonym, w moim odczuciu niestety nijak nie jest filmem wybitnym. Poza świetnym aktorstwem i poruszającą, prawdziwą historią, nie ma tu wcale tak wiele. Widzieliśmy już w kinematografii podobne filmy – o walce z AIDS, o walce z niesprawiedliwym systemem, o rezolutnych kowbojach, o gejach, o homofobii, o ostracyzmie społecznym chorych… Owszem, wszystko to jest bardzo sprawnie zrealizowane, ale niczego innego po Jean-Marcu Vallee się nie spodziewałam (Mysz poleca jego fantastyczny film C.R.A.Z.Y., ewentualnie Young Victoria).
 
Liczyłam na autentyczne wzruszenia, a otrzymałam film… po prostu poprawny. Jest Wielkie Aktorstwo na pierwszym planie, Powszechnie Chwalona Rola na drugim planie (Jared Leto), Historia Oparta na Prawdziwych Wydarzeniach, Walka z Okrutną Biurokracją… oglądając film miałam wrażenie, że scenarzysta rozpisał sobie listę wszystkich kinowych klisz, które w takich filmach powinny się pojawić, a potem tylko wyłącznie je odfajkowywał. Oczywiście z historią Woodroofa warto się zapoznać, a jego zmagania z amerykańską FDA (Food and Drug Administration) w latach 80-tych, przywołują echa idiotyzmów panujących w obecnej służbie zdrowia, i to nie tylko tej amerykańskiej. Ale dwa świetne występy aktorskie i historią ciągnąca za sznurki emocji, jak sprytnie przemyślana marionetka, to za mało, bym mogła filmowi wystawić równie pozytywną ocenę, co poprzednim Tym bardziej, że DBO – naśladując najbardziej sztampowe filmy biograficzne – właściwie nie ma zakończenia.
Tak, rola McConaugheya jest jedną z najlepszych w jego karierze. Tak, Jared Leto jako transgenderowa kobieta po raz kolejny pokazał swój talent. Ale to naprawdę za mało. Może Mysz widziała już zbyt dużo w tym temacie, by dać się porwać tak prostej historii; może potrzebuję trochę innych rozwiązań scenariuszowych, by wczuwać się w przeżycia postaci.
Dość powiedzieć, że jeśli zamiast przeżywać emocje bohaterów, na każdym kroku oceniam, czy Leto wiarygodnie wczuwa się w kobietę transgender (a moim zdaniem wcale tak nie jest, ale nie będę się wdawać w temat, bo jeszcze się okaże, że się nie znam)… albo zastanawiam, czy McConaughey nie złamie się pod ciężarem własnego kręgosłupa, to gdzieś coś poszło nie tak. Mysz czeka na Wasze opinie – może ktoś mi uświadomi, czy to rzeczywiście kwestia filmu, czy tylko mojego podejścia.
A następne na tapecie oglądania będzie Frozen. Zobaczymy wreszcie o co cały ten hałas ^__^


*Pracowałam w wypożyczalni DVD, I’ve seen this happen!
**Bodajże w zeszłym roku dwie-trzecie filmów nominowanych do Oscarów wyszło w Polsce już po rozdaniu nagród.