“That is the purpose of life” – The Secret Life of Walter Mitty

Mysz czasem zapomina, że poza komediowymi rolami, Ben Stiller jest też bardzo przyzwoitym reżyserem. Jego najnowszy film po raz kolejny to potwierdza.

Zacznijmy od tego, że powodem powstania tej notki jest wspaniała uprzejmość Izy z Popkultulove, która wczoraj spontanicznie uczyniła ze mnie swoje “plus one” i zabrała do kina na przedpremierowy pokaz The Secret Life of Walter Mitty. Mysz od tygodni przebierała łapkami, by pójść na ten film (od czasu gdy zobaczyłam cudowny trailer) i jestem niezmiernie Izie wdzięczna, że o mnie pomyślała. Zanim się oburzycie: owszem, polska blogosfera popkulturowa to jedno wielkie kółko wzajemnej mniej-lub-bardziej adoracji. Ale akurat Mysz bardzo się cieszy, że w Internecie można sobie umościć wygodne miejsce – uwić takie cudownie przyjazne, mądre, wygadane i ciepłe gniazdko, gdzie pisklątka-myśli mogą bezpiecznie wyrastać w pełnoprawne notki, które o własnych siłach wylecą z gniazda i poszybują w szeroki świat.
…skąd taka górnolotna* metafora, zapytacie? Cóż, okazuje się, że The Secret Life of Walter Mitty jest jednym z tych okropnych, strasznych filmów, o których trudno jest pisać inaczej niż kulawymi, pretensjonalnymi metaforami i wytartymi frazesami. To ten najgorszy rodzaj absolutnie zachwycającego filmu, który podoba się recenzentowi tak całkowicie i kompletnie, że aż żal go rozkładać na czynniki pierwsze, bo a nóż-widelec odnajdzie się w nim coś, co wcale wspaniałe nie jest. Ale zacznijmy od początku.

Scenariusz do TSLoWM (długi tytuł musi mieć skrót) Stevena Conrada zaadaptował z krótkiego opowiadania Jamesa Thurbera – dość znanego amerykańskiego autora short stories (Czytelnicy mogli słyszeć o np. “The Unicorn in the Garden“). Conrada możecie z kolei kojarzyć, jako autora całkiem udanych scenariuszy do The Weather Man i The Pursuit of Happyness – filmów, które Myszy zdaniem nieźle utrzymają równowagę między gorzkimi aspektami życia codziennego, a jego sporadyczną nieznośną słodyczą. Co prawda adaptacja pióra Conrada mocno odbiega od oryginalnego dzieła Thurbera, ale sądzę, że ostatecznie wychodzi to filmowi na dobre. Pierwsza ekranizacja dzieła (pod tym samym tytułem, z 1947 roku) weszła co prawda na różne listy “filmów wszechczasów”, ale była szeroko krytykowana przez Thurbera za “zbytnią efektowność”. Mysz myśli, że Thurber byłby zadowolony z tego, co Conrad stworzył w swoim scenariuszu – historię prostą, bardzo klasyczną w swym wydźwięku, ale jednocześnie pełną ciepła i cichej, spokojnej siły, która niektórych widzów z pewnością poruszy. Scenariuszowi nie brak także wyważonej dawki mądrego humoru.
Sama fabuła nie należy do oryginalnych: oto nijaki szaraczek, tytułowy Walter Mitty, pracujący w archiwum negatywów w biurze magazynu “Life”, gubi Bardzo Ważne Zdjęcie, które ma się znaleźć na ostatniej wydanej drukiem okładce pisma. Fakt, że magazyn “Life” (czyli “życie”) przechodzi w filmie zmianę z formatu papierowego na Internetowy zdaje się być mało subtelną alegorią dla zmian, jak muszą zajść w życiu Waltera. Ten odpływający w marzenia everyman, skrycie zakochany w koleżance z pracy, musi odnaleźć w sobie odwagę, by wyrwać się spod wpływu własnej wyobraźni i zacząć żyć pełnią życia. Life ensues.
Gdyby ta opowieść – dość, przyznajmy, sztampowa w swym zamyśle – trafiła w nieodpowiednie ręce, powstałby mdły gniot, jakich obecnie coraz trudniej uniknąć, zwłaszcza w gatunku szeroko rozumianym jako “film obyczajowy” (z nutką zakochania). Zresztą droga, jaką przeszedł scenariusz TSLoWM oraz cała historia doprowadzenia do powstania filmu świadczą, że od początku nie był to łatwy projekt. Od prawie 10 lat wiązano z nim różne nazwiska – Jima Careya, Owena Wilsona, Willa Ferrell, Sachy Barona Cohena albo Mike’a Myersa w roli głównej, Gore’a Verbinsky’ego, Rona Howarda, Marka Watersa czy Stevena Spielberga jako reżysera, Richarda LaGravenese jako scenarzystę… ostatecznie to Steven Conrad i Ben Stiller stali się siłą napędową filmu, ten ostatni zarówno w roli reżyser, producenta, jak i głównej gwiazdy.
Jeśli ktoś do tej pory miał wątpliwości, czy Ben Stiller umie reżyserować, odsyłam do jego filmografii. Może i Zoolander nie jest wybitnym kawałkiem kina (choć momentami wciąż bawi), ale już Reality Bites czy Tropic Thunder stanowią swoiste perełki. Zwłaszcza Tropic Thunder wymyka się definicji – z jednej strony momentami aż boleśnie durny, z drugiej przewrotnie inteligentny, wyśmiewający się ze stereotypów i konwencji. W TSLoWM Stiller nie popisuje się swoją inteligencją, jak genialny uczniak, a raczej roztacza piękną, dopracowaną wizję statecznego wykładowcy. Owszem, w filmie pojawia się kilka komediowych scen (jedna mocno przeszarżowana, Myszy zdaniem), ale zazwyczaj występuję one naturalnie i wynikają z autentycznego rozbawienia czy uczucia sympatii do bohatera, a nie tak powszechnego obecnie w komediach uczucia zażenowania. Może to ocena zbyt na wyrost – Mysz już jest ciekawa przyszłych filmów Stillera – ale mam usilne wrażenie, że Stiller dorósł.
Widać to także w jego grze aktorskiej – subtelnej, operującej niewielkimi, ale skutecznymi środkami. Oczywiście wynika to z charakteru bohatera, którego gra, ale osobiście cieszę się, że Stiller nie “szarżuje”, jak to do tej pory miewał w zwyczaju. Co prawda bywają sceny, gdy z Waltera wychodzi “pazur”, ale także w nich Stiller bezbłędnie balansuje na granicy humoru – z jednej strony mruga do widza, z drugiej udatnie oddaje wybujałą wyobraźnię swego bohatera. Naturalnie, im dalej w film, tym charakter Waltera coraz bardziej “krzepnie”, a jego dotychczasowa szaraczkowatość zanika. Przestaje być niewidzialnym, wyśmiewanym popychadłem, a staje się his own man, panem swego losu, choć wciąż odrobinę nieśmiałym i oszołomionym.
To z resztą jeden z ciekawszych aspektów postaci. Walter, który do tej pory dawał się ponieść swoim fantazjom, również podążając ścieżką przygody jest bardziej jak kawałek drewna, który dryfuje, gdzie mu prąd karze. Jedzie na Grenlandię w poszukiwaniu Bardzo Ważnego Zdjęcia (a właściwie Bardzo Tajemniczego Fotografa, który je zrobił), bo tak poradziła mu kobieta, w której skrycie się kocha. Postać Cheryl jest zresztą do pewnego momentu głównym katalizatorem zmian w życiu Waltera. Do czasu, gdy zaczyna on przejmować stery życia, stając się panem własnego losu**. To właśnie od tego momentu – chwili gdy Walter zaczyna podejmować świadome decyzje, a nie jedynie płynąć z nurtem – film uderza w poważniejszy ton. Wciąż jest to film w swym zamierzeniu lekki, ale odnoszę wrażenie, że Stillerowi – zarówno pod względem aktorstwa, jak i reżyserii – zależało na próbie przekazania czegoś widzom. Czegoś ważniejszego niż kilka pustych chichotów.
Choć w filmie pojawia się kilka znanych twarzy i nazwisk, m.in. Kristen Wiig w roli Cheryl, Shirley McLane jako matka Waltera, czy Sean Pean w malutkiej roli Bardzo Tajemniczego Fotografa, TSLoWM jest filmem jednego aktora. I choć mogę w tej opinii odosobniona, niezmiernie mnie cieszy, że ze Stillera na starsze lata wychodzi takie utalentowane, aktorskie zwierze. Owszem, mówi się, że umiejętność bycia śmiesznym jest trudniejsza niż bycie poważnym. Ale dla Myszy to właśnie aktorzy komediowi, którzy z sukcesem przechodzą do dramatycznego materiału są warci szacunku. Bo dość łatwo jest utknąć w roli wioskowej głupka, a o wiele trudnej z niej wyjść. Przykładem niech będzie chociażby Jim Carey, którego Myszy ojciec wciąż uważa za pajaca o gumowej twarzy, a Mysz od lat twierdzi, że aktorowi należy się owacja na stojąco za popis w The Truman Show. Podobnie ma się sytuacja ze Stillerem. Mysz widziała przez lata wiele jego filmów, ale jednym z tych, które wspominam najlepiej jest nakręcony przez Edwarda Nortona, Keeping The Faith, w którym Stiller pokazuje, że wie, jak wyważyć powagę i komedię. Dobrze, że lekcję tę zapamiętał i tak ładnie wykorzystał w TSLoWM.
 
Wspominałam, że film ma cokolwiek prostą historię, ale na szczęście  twórcy nie próbowali jej sztucznie “nadmuchać” zbytnim natłokiem Walterowych fantazji. Umiejętnie mieszając dość nieprawdopodobne sceny rodzące się w wyobraźni bohatera z tym, co sam ostatecznie przeżywa, twórcy osiągnęli bardzo kruche zawieszenie niewiary. Z jednej strony mamy trudności z uwierzeniem, że Walter był w stanie dokonać tych wszystkich rzeczy ot-tak, z marszu, a z drugiej przez cały film modlimy się, by ostatecznym rozwiązaniem filmu nie było odkrycie, że wszystko – cała jego podróż, fizyczna jak i wewnętrzna – była tylko kolejnym marzeniem. Nie zdradzę, jak film w istocie się kończy. Ostatecznie nie jest to wcale takie ważne, podobnie jak Bardzo Ważne Zdjęcie okazuje się być pretekstem dla całej fabuły. Co prawda Mysz nie miała problemów z przewidzeniem co owo zdjęcie – określane w filmie “the quintesence of life” – przedstawia, ale warto się nad tą kwestią pochylić. Tym bardziej, że zdjęcia w filmie rzeczywiście są piękne.
 
Tu dochodzimy do największych zalet filmu – kinematografii i muzyki. Jeśli zostsaniemy przy teorii, że Stiller na star(sz)e lata wreszcie “wydoroślał” jako twórca, zauważymy, że w TSLoWM dokonał bardzo sprytnego zabiegu. W istocie, Myszy zdaniem, jest to zabieg bardzo odważny, bo przywołujący echa filmów indie i etiud studenckich. Mianowicie Stiller pozwolił by film wiele powiedział samym obrazem i dźwiękiem. Nie fabułą, nie słowami wypowiadanymi przez bohaterów, a pięknymi widokami i nienachalną muzyką. Od strony graficznej trudno spodziewać się czegokolwiek innego – wszak to film, który poniekąd rozgrywa się w czyjejś wyobraźni. Jednak to właśnie realne momenty, te gdy Walter wyrusza w swoją podróż (zarówno duchową, jak i życiową), wywierają największe wrażenie. Mysz od zawsze twierdzi, że jedną z największych zalet trylogii The Lord of the Rings jest Nowa Zelandia. Peter Jackson ukazał ją w taki sposób, że nawet po odjęciu Tolkienowskich dekoracji, pozostaje ona przepięknym, zachwycającym krajem. Według Myszy Stiller zrobił to samo co Jackson, ale dla Islandii. Nie dość, że zaprezentował nam całe surowe piękno tej krainy, to jeszcze wykorzystał w filmie (i jego materiałach promocyjnych) muzykę islandzkiego zespołu Of Monsters And Men (konkretnie utwór “Dirty Paws”). Zasługi za stronę wizualną należy także przypisać Stuartowi Dryburghowi, który w filmach takich jak The Piano czy The Painted Veil pokazał, że potrafi kręcić piękne widoki.
Długie ujęcia piękna przyrody to jedno, ale jest jeszcze muzyka. Tu Mysz przyznaje, że może być mocno subiektywna***. Widzicie, miewam tak, że jedna scena z dobrze dobraną piosenką potrafi dla mnie “zrobić” cały film. Może nie wyniesie go na wyżyny geniuszu, zwłaszcza jeśli film w zasadzie był kiepski, ale sprawi, że będę go wspominać z większą dozą sympatii, niż mógłby na to zasługiwać. Tak mam z głupiutką komedią Out Cold, która już zawsze będzie mi się kojarzyć z “Here You Me” Jimmy Eat World czy “She Is Beautiful” Andrew W. K. Podobnie w wypadku TSLoWM – jest w filmie jedna scena, która dzięki dobranej ścieżce filmowej całkowicie mnie “kupiła”. Nie jest to ani scena wybitna, ot zlepek scen z podróży Waltera, ale przy akompaniamencie cudownie pozytywnych, przywracających chęć życia dźwięków “Lake Michigan” Rogue Wave, film Stillera wskoczył o jedno oczko wyżej na mojej osobistej skali. Co więcej, nie jest to jedyny trafny wybór muzyki w tym filmie – w TSLoWM pobrzmiewa także charakterystyczny głos Jose Gonzaleza (Czytelnicy mogą kojarzyć jego “Heartbeats”), które wraz ze stonowanymi kompozycjami Theodore’a Shapiro przydają filmowi wspaniałego klimatu. Co jest o tyle ciekawe, że Shapiro zazwyczaj tworzy raczej ścieżki do bardziej zwariowanych komedii (m.in. Tropic Thunder).

 

 
Film Stiller określany jest na IMDb jako miks action, drama, comedy, fantasy. Rzeczywiście z łatwością można odnaleźć w TSLoWM elementy każdego z tych gatunków. Fajne jednak w filmie jest to, że żaden z tych aspektów tak naprawdę nie przeważa. Jest i humor, i odrobina fantastycznych wizji bohatera, i trochę dramatów osobisto-rodzinnych, i sceny akcji podczas podróży Waltera, ale wszystko to splata się w spokojną, sunącą swoim tempem całość. Będą widzowie, których film może momentami nużyć, ale wówczas naprawdę polecam zachwycanie się widokami. Choć jest dopiero styczeń mogę z ręką na sercu powiedzieć, że TSLoWM będzie jednym z najpiękniejszych wizualnie filmów tego roku. I to nie tylko pod względem piękna krajobrazów, ale nawet tak wydawałoby się błahych, często zapomnianych aspektów filmu, jak czołówka, czy ciekawe wykorzystanie liternictwa. Fani kreatywnego wykorzystani typografii będą mieli niezłą radochę z tego filmu.
Dla Myszy, wielkiej fanki udatnie nakręconych, porząddnie przemyślanych filmów “subtelnych”, takich o silnych echach kina indie, The Secret Life of Walter Mitty było przemiłym, wizualnie olśniewającym sposobem na spędzenie półtorej godziny. Rzadko trafia się na tak przyjemne, proste filmy, które nie starają się być czymś więcej, niż w istocie są. Oczywiście niektórym widzom może zabraknąć w filmie satyry oryginalnego tekstu Thurbera; z kolei innym film wyda się pełen wielkich zamysłów, którym zabrakło podparcia w postaci wciągającej fabuły. Jeszcze dla trzecich dzieło Stiller okaże się równie górnolotne, a w istocie puste, jak filmowe motto magazynu “Life”:

“To see the world, things dangerous to come to, to see behind walls, draw closer,to find each other and to feel. That is the purpose of life.”

Ale dla Myszy The Secret Life of Walter Mitty pozostanie jednym z najprzyjemniejszych kinowych doświadczeń tego roku. I naprawdę zdaję sobie sprawę, że jest dopiero styczeń ;)

* See what I did there? :)
** Mówiłam, że bez frazesów nie dam rady?
*** Zazwyczaj i tak jestem subiektywna, ale tym razem wyjatkowo