Zwierciadło natury – “Hamlet” NTLive

Nie ma to jak wybrać się na świetną inscenizację sztuki Barda. Tym bardziej jeśli wychodzimy z seansu z nowo-nabytą sympatią do do-tej-pory obojętnego nam aktora.

 
Chociaż Internet wydaje się często miejscem ogromnym i nieskończonym, nie zdziwcie się, jeśli dzisiaj wyda się cokolwiek mały i… powtarzalny. Niestety tak to jest, gdy blogerzy popkulturowi się przyjaźnią i chadzają na te same eventy związane z kulturą. Dzisiaj część Internetu będzie więc żyła “Hamletem” w inscenizacji National Theatre London, udostępnionej polskim widzom w ramach akcji NTLive, o której Mysz już pisała przy okazji m.in. Makbeta i Frankensteina.

Na przedstawienia NT można właściwie chodzić w ciemno. Nawet jeśli nie kojarzymy sztuki zbyt dobrze, nie przepadamy za nią, lub nie znamy jej wcale, zawsze znajdzie się w przedstawieniu coś, co złapie naszą uwagę i okaże się warte poświęconego czasu. Czy jest to znany aktor w tytułowej roli, czy wspaniałe aktorstwo, czy ciekawa inscenizacja – National Theatre za każdym razem dostarcza wspaniałych wrażeń. Wczorajszy seans “Hamleta” w warszawskim kinie Atlantic okazał się jedynie potwierdzeniem tej swoistej prawidłowości.

Zanim jednak przejdę do omówienia tej konkretnej inscenizacji, muszę się do czegoś przyznać. Otóż: Mysz nie pretenduje do tytułu Znawcy Teatru tudzież Znawcy Szekspira. Wiem, że niektórzy Czytelnicy bloga to ludzie wybitnie inteligentni, oczytani i zaznajomieni z Kulturą Wyższą, którym nie obce jest czytanie Szekspira w oryginale po kilka razy, a następnie przeczytanie trzech różnych polskich tłumaczeń, by dokonać analizy porównawczej. Wiem również, że trafiają się prawdziwi Znawcy Melpomene, którzy czerpiąc garściami ze swej wiedzy i pasji do teatru, mogą z pełną wagą autorytetu wygłaszać Ważne Opinie.

Mysz nie należy do żadnej z tych kategorii. Używając metafory, if I may, Mysz jest bardziej amatorem dobrej kuchni, niż jej prawdziwym koneserem. Lubię próbować nowych potraw, a także nowych wersji starych potraw; mam też swoich faworytów, których znam na wskroś i jestem z marszu w stanie podać skład danej potrawy, jej zalety, wady i metody właściwego przyrządzania. Z zasady jednak jestem laikiem. Laikiem obytym, wiele konsumującym, ale wygłaszającym opinie bazujące wyłącznie na swym mikrym doświadczeniu, a nie podstawach wiedzowych. Mogę więc “na smak” stwierdzić, że dana potrawa została doprawiona cynamonem, co dodaje jej oszukańczo słodkiego posmaku, i że była to słuszna decyzja kucharza. Mogę też zaryzykować teorię, że danie byłoby smaczniejsze, gdyby dodać do niego więcej curry i garść szczypiorku. Jednak bez potwierdzenia od Prawdziwego Konesera nie dowiem się, czy mam rację.

Na szczęście Mysz nigdy nie była zbytnio zainteresowana zdaniem Wielkich Znawców i lubi móc ocenić daną “potrawę” podług gustu własnego podniebienia. Jeśli to czytacie, sądzę że macie podobne podejście. Porzucając metaforę, powiem Wam tak: nie jestem znawcą Szekspira. Kocham oglądać inscenizacje i ekranizacje jego sztuk, większość z jego dzieł przeczytałam przynajmniej raz. Ale nie czuję potrzeby ponownej lektury (no, chyba że mówimy o mym ukochanym “Śnie nocy letniej”) i nie jestem w stanie sypać jak z rękawa cytatami, odniesieniami do konkretnych scen w sztuce, czy smaczkami “zza kulis”, które zwykle opierają się na dekonstrukcji tekstu przez Profesjonalnych Krytyków. Ich zdanie jest oczywiście ważne, ale mnie interesuje przede wszystkim to, jak ja daną sztukę odbieram. A “Hamleta” NT odbieram tak:

Jest to świetne, jeśli nie fantastyczne wystawienie. Inscenizacja jest prosta i intuicyjna, bez zbędnych, a tak często stosowanych w teatrze udziwnień (vide krytyczna recenzja Myszy tego, co z “Tytusem Andronikusem” zrobił polski reżyser Jan Klata). Owszem, realia są uwspółcześnione, ale na tyle subtelnie, że nawet fani “klasycznych” wystawień będą w stanie tę decyzję zaakceptować. Z kolei miłośnicy wszelkich zmian w inscenizacji, po raz kolejny będą mieli dowód na to, że tekst Szekspira jest uniwersalny i sprawdza się tak samo dobrze w czasach Elżbietańskich, jak i współczesnych. Omawiając inscenizację należy wspomnieć chociażby o tak prostych, a jednocześnie genialnych w swej prostocie rozwiązaniach, jak umieszczanie na scenie ekipy filmowej podczas niektórych przemówień. Dzięki temu te wielkie mowy Klaudiusza nie trafiają jedynie do widowni, ale także – poprzez potęgę telewizji – do wyimaginowanego narodu duńskiego.

Poza zmianą realiów czasowych, treść “Hamleta” pozostała właściwie niezmieniona. Oczywiście, mówię to bazując wyłącznie na moim “podniebieniu” laika, ale poza kilkoma niewielkimi zmianami (o których za moment), tekst Wieszcza pozostał nienaruszony. Ot, tu i tam przetasowano kilka scen czy monologów, ale wszelkie zmiany są wyłącznie na lepsze. W jednej z pochlebnych recenzji, jakie o przedstawieniu krążą – a jest ich wiele i nie bez powodu – recenzent napisał, że inscenizacja NT to “Hamlet for the now“. I w tym chyba tkwi sedno. Że dzięki wprowadzeniu niewielkich, przemyślanych zmian, twórcy spektaklu byli w stanie sprawić, że jedna z najbardziej znanych – by nie powiedzieć ogranych – sztuk Szekspira stała się znów aktualna. I poruszająca.

Don’t get me wrong: pisząc, że “Hamlet” jest ograny, mam na myśli jedynie to, że przez lata mieliśmy już wiele wspaniałych wystawień tej sztuki. Kultowa wersja Kennetha Branagha to poprzeczka, do której każdy chyba próbuje doskoczyć. Jest też Zeffirelli reżyserujący Mela Gibsona, film z 2000 roku, gdzie w tytułową wciela się dość młody Ethan Hawke, a także bardzo chwalona inscenizacja z Davidem Tennantem, że tak wymienię kilka najbardziej znanych przykładów z popkultury. Mysz je wszystkie kojarzy – mniej lub bardziej dokładnie – ale musi przyznać, że dawno nie była tak tą sztuką zachwycona, jak po wczorajszym seansie z NT.


Podejrzewam, że główny trzon zachwytu wynika z mojej kompletnej nieświadomości, jak wspaniałym aktorem jest Rory Kinnear, który wciela się w księcia Hamleta. Większość kojarzy go pewnie jako Billa Tannera z filmów o Jamesie Bondzie (Quantum of Solace, Skyfall), z roli w Hollow Crown, lub jako “człowieka od świni” z dość niszowego serialu Black Mirror. Mysz co prawda kojarzyła “kto zacz Kinnear” i bardzo lubiła jego postać w Bondowskim uniwersum, ale do tej pory zawsze uważała, że jest to przede wszystkim aktor charakterystyczny drugiego planu. Och, jakże się myliłam, i jakie to jest wspaniałe, że ktoś mi tę pomyłkę wytknął. Kinnear jest, jak się okazuje, cudownym aktorem pierwszoplanowym i praktycznie idealnym Hamletem. Co prawda Mysz na początku miała swoje zastrzeżenia – pierwszy monolog (którego fragment widzimy w trailerze, a także tym klipie), jakoś mnie nie przekonał, a gra Kinneara wydawała się zbyt przestylizowana i teatralna. Mysz mimo miłości do V Muzy, jest przede wszystkim fanem naturalności na scenie, ale jak się okazuje, musiałam się po prostu przyzwyczaić do gry Kinneara, który wbrew pozorom gra naturalnie, a ostrożna, dokładna wymowa świadczy wyłącznie o dobrym teatralnym wyszkoleniu.

Od momentu gdy Hamlet widzi ducha swego ojca, starego Hamleta, i zaczyna popadać w udawane szaleństwo, Kinnear łapie widza za gardło i już go nie puszcza przez cały spektakl. Jest w jego grze szczerość i powaga, które sprawiają, że monologi Hamleta zyskują nagle świeżość. Ale jest także poruszająca głębia, która przez lata słuchania wciąż tych samych słów Wieszcza gdzieś się dla Myszy zagubiła. Jest w Kinnearze także ogromny talent komediowy, dzięki któremu sceny szaleństwa Hamleta, a także wszelkie prztyczki i szpile, które wbija swym przeciwnikom, stają się wreszcie zabawne i inteligentne, a nie brzmią wyłącznie jak uszczypliwości nadąsanego dziecka (co niestety ma miejsce w wykonaniu najmłodszego filmowego Hamleta, dwudziestodziewięcioletniego Ethana Hawke’a ). Poza tym widać, że Kinnear bawi się szaleństwem Hamleta, a jednocześnie sam Hamleta bawi się własnym szaleństwem. Jednocześnie nie traci nic ze swego ciętego cynizmu, który pokazuje, że gdzieś pod tym szaleństwem wciąż kryje się bystry, inteligentny umysł. Równowaga, którą Kinnear zapewnia swej postaci, równowaga między komedią a tragedią, ukształtowała idealnego Hamleta – na tyle szalonego, by wątpić w jego powagę, i na tyle poważnego, by wierzyć, że to co mówi nie jest kompletnym szaleństwem. Zresztą sam Poloniusz mówi przecież “Though this be madness, yet there is method in’t“. I w wykonaniu Kinneara widać to jak na dłoni.


Równowaga między tragedią, a aspektami komicznymi przeplata się zresztą przez całą inscenizację. Mam wrażenie, że wielu reżyserów zapomina, że Szekspir był bardzo bystrym, ciętym pisarzem i nawet w swych bardziej przygnębiających sztukach dawał popis dowcipnego kunsztu. Widać to najlepiej w postaci Poloniusza, który w wykonaniu Davida Caldera (czyli, jak go zna Mysz, króla Uriensa z The Mists of Avalon) jest jowialnym, dobrodusznym staruszkiem, ale tylko z pozoru. I tak jak zazwyczaj postać ta była dla mnie najbardziej godna politowania, tak tutaj muszę przyznać, że nareszcie zaczęłam żywić do Poloniusza coś na kształt sympatii. Do tej pory, jego ciągnące się w nieskończoność analogie, nieświadomość otaczającej go intrygi czy ogólne roztrzepanie, były u Myszy głównie powodem frustracji i zniecierpliwienia. W inscenizacji NT jest to po prostu nieskomplikowany, kochający człowiek, który choć prawi swoim dzieciom zawiłe, pełne sprzeczności kazania, tak naprawdę chce je jedynie przygotować na trudy życia. Jestem wdzięczna Calderowi, że nareszcie widzę w Poloniuszu człowieka z krwi i kości, a nie wypchanego trocinami pajaca. Tym bardziej, że w niektórych scenach wychodzi z Calderowego Poloniusza zadziwiająco obyte z intrygami, wcale inteligentne zwierzę salonowe.


Zastanawia mnie, czy obsadzenie w roli dzieci Poloniusza – Laertesa i Ofelii – aktorów o ciemniejszej karnacji było świadomą decyzją reżysera. Akurat brytyjski teatr wyznaje ogólną zasadę, że na scenie nie istnieje coś takiego jak kolor skóry. Przykładem tego chociażby inscenizacja “Makbeta” NT z Branaghem, gdzie część szkockich wojów grana jest przez czarnoskórych aktorów. Akceptuję, że w wypadku “Hamleta” kolor skóry Laertesa i Ofelii nie musi czegokolwiek oznaczać. Ale w momencie, gdy Poloniusz wspomina swoją młodość i jak to targały nim namiętności, niektórzy widzowie mogą się zacząć zastanawiać, czy to co ma na myśli Poloniusz, to pełen pasji romans z jakąś czarnoskórą pięknością?…. Naturally, I jest, ale musicie przyznać, że jest to ciekawa teoria.

Wracając jednak do samych postaci: Laertesa świetnie gra Alex Lanipekun (The Borgias). Co prawda Myszy ulubionym Laertesem na zawsze pozostanie Liev Schreiber, ale Lanipekun jest tuż-zaraz na drugim miejscu. Laertes to, moim zdaniem, dość trudna do zagrania postać. Z jednej strony mamy beztroskiego mężczyznę, który radośnie przekomarza się ze swoją siostrą, jednocześnie ostrzegając ją przed niecnymi namiętnościami mężczyzn takich jak Hamlet. Z drugiej, już na dalszym etapie tragedii, to postać, na której barkach spiętrza się najwięcej nieszczęść. Najpierw zabijają mu ojca, potem ginie siostra, zostaje wplątany w spisek Klaudiusza przeciwko Hamletowi, a na koniec musi się jeszcze z tym Hamletem skonfrontować, co więcej – wybaczyć mu wszystkie nieszczęścia, których ten stał się przyczyną. Mysz właśnie dlatego lubi występ Schreibera i Lanipekuna – w ich wykonaniu łatwo jest uwierzyć, że w głębi duszy Laertes jest dobrym człowiekiem, a chęć zemsty na Hamlecie nie wynika ostatecznie z gniewu, a autentycznej potrzeby zmazania plamy na honorze. Jednak to, że łatwo jest w to uwierzyć, nie oznacza wcale, że łatwo jest to zagrać. Mimo wszystko, Hamlet jest przyczyną śmierci zarówno Poloniusza, jak i Ofelii, więc Laertes ma pełne prawo go nienawidzić i pragnąc jego śmierci. Uczynienie jednak z ich końcowego pojedynku walki przede wszystkim o honor, a nie o krwawą zemstę, sprawia, że jest to scena o wiele bardziej tragiczna. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę jej ostateczne rozwiązanie i śmierć zarówno Laertesa – który to tym razem prosi Hamleta o wybaczenie – jak i Hamleta.


Z kolei, gdybym miała wybierać, która postać w tej konkretnej inscenizacji podobała mi się najmniej, wybór musiałby niestety paść na Ofelię i grającą ją Ruth Negga (Raina z Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D.). Tak jak w wypadku Kinneara początek szaleństwa jest momentem, w którym aktor zaczyna naprawdę błyszczeć, tak w wypadku Neggi miałam wrażenie, że jej do tej pory udana interpretacja postaci nagle się kompletnie rozsypuje. I to nie w ten dobry sposób, który tylko jeszcze bardziej utwierdza nas w prawdziwym szaleństwie Ofelii (w przeciwieństwie do udawanego szaleństwa Hamleta). Nie wiem, czy to decyzja by Ofelia biegała po scenie pół-nago, czy zbytnia chaotyczność w łączeniu tekstu mówionego i śpiewanych fragmentów piosenek, ale Ofelia w tej inscenizacji wywarła na mnie dość… nijakie wrażenie.

Jednak nawet tutaj znajdziemy pozytywy. W scenach z Kinnearem, Negga jest świetną aktorską partnerką i wiarygodną Ofelią. Z jej postacią związana jest zresztą jedna z najciekawszym decyzji reżyserskich w całej inscenizacji: w przeciwieństwie do innych wystawień, gdzie śmierć Ofelii jest opisywana jako wypadek lub samobójstwo, w wersji NT mamy dosłownie kilkusekundową scenę, która sugeruje, że Ofelia zostaje podstępnie zamordowana przez ludzi Klaudiusza, a jej “niefortunna” śmierć upozorowana jest na o wiele niewinniejszą, niż w istocie była. Im dłużej się nad tą decyzją zastanawiam, tym bardziej jestem nią zachwycona. Wiem, że w tragediach samobójstwo z miłości (*ekhm*Romeo i Julia*ekhm*) to często wykorzystywany motyw, który ma przekonać widza o sile tejże miłości, ale Mysz nigdy nie była jego fanką. Dla mnie taka śmierć to zawsze ogromne marnotrawstwo. A dzięki inscenizacji NT mam wreszcie ciekawe, nietypowe wytłumaczenie dla śmierci Ofelii, które czyni z niej bardziej tragiczną postać, niż gdyby sama sobie to życie odebrała.


Wspomnieć też trzeba o rodzinie Hamleta, czyli matce, Gertrudzie, i sprawcy całej nieszczęsnej tragedii, wuju Klaudiuszu. W rolę Gertrudy wciela się Claire Higgins, którą Mysz do tej pory widziała chyba wyłącznie w The Golden Compass, w niewielkiej roli Mamy Costy. Teraz będę musiała nadrobić parę innych filmów z jej dorobku, bo Higgins w roli Gertrudy była świetna. Nie wiem dlaczego, ale kobiety u Szekspira – zwłaszcza postacie matek-królowych – zawsze wydają mi się szalenie zimne i wyrachowane. W sumie to chyba wina Jessici Lange, która jako Tamora w Titus stała się dla mnie epitomą niesamowitej Szekspirowskiej roli kobiecej. W jakiś sposób występ Lange musi na mnie oddziaływać bardziej niż sobie z tego zdaję sprawę, bo jeszcze wczoraj byłam święcie przekonana, że Lange kiedyś grała Gertrudę w którejś wersji “Hamleta”. A tu głupi psikus – nic takiego nie było i nie ma! Stąd wniosek, że Lange i postać Gertrudy zlały mi się w jedno i zaczęłam, kompletnie niesłusznie, utożsamiać tę postać z cechami charakteru, których ta postać wcale nie powinna posiadać. Tak więc w wykonaniu Higgins Gertruda wreszcie stała się dla mnie tym, co “autor miał na myśli” – matką i królową, która w głębi ducha chce dobrze, a dokonuje złych wyborów wyłącznie przez nieświadomość. Jest w Gertrudzie ogrom matczynego, autentycznego ciepła dla Hamleta; to prawdziwa miłość matki i syna… a nie, tak jak chcieliby niektórzy inscenizatorzy, miłość kazirodcza (oh yes, they went there!). Dzięki udanej kreacji Higgins nareszcie widzę, że Gertruda rzeczywiście zaczyna żałować swego szybkiego zamążpójścia, na dodatek za zabójce starego Hamleta. Ciekawi mnie natomiast moment, gdy inscenizacja NT sugeruje nam, że Gertruda także widzi – lub chociaż przez moment widziała – ducha starego Hamleta (którego z pewności widzi młody Hamlet). Nie pamiętam, czy w innych adaptacjach i wystawieniach sztuki też pada taka sugestia, ale uważam ją za bardzo ciekawą.

Tym bardziej, że Kinnear momentami jest tak wiarygodnym szaleńcem, że trudno nie zastanawiać się, ile z wariactw Hamleta to udawanie, a ile autentyczny psychiczny upadek. Chęć zemsty za śmierć ojca to jeszcze nie powód do obaw o stan zdrowia psychicznego. Ale misterny i w gruncie rzeczy szalony plan, by “wystraszyć” Klaudiusza inscenizacją sceny morderstwa?… to już każe się zastanowić, czy w szaleństwie Hamleta jest metoda inteligentnej, ale zdrowej osoby, czy natchnionego, ale jednak szalonego geniuszu? A morderstwo Poloniusza?… takie gwałtowne, nieprzemyślane działanie wręcz wskazuje na to, że w Hamlecie tkwi cząstka prawdziwego szaleństwa. W trakcie występu Kinneara były momenty, gdy Mysz autentycznie wątpiła, że Hamlet “gra”. Przyczyniał się do tego także fakt, że przez część przedstawienia Hamlet nosi na sobie t-shirt z uśmiechniętą buźką i napisem “villain” (złoczyńca, łotr). Oczywiście odnosi się to do fragmentu tekstu, w którym rozgoryczony Hamlet nazywa Klaudiusza “uśmiechniętym łotrem”, ale im dłużej nasz bohater paraduje w tej koszulce, tym dłużej Mysz się zastanawia:… a co jeśli to, wbrew pozorom, Hamlet jest złoczyńcą tej sztuki? Co jeśli jego chęć zemsty nie jest w istocie szlachetnym dążeniem, zesłanym przez ducha ojca, ale chorymi rojeniami szalonego umysłu?… co jeśli bohater, któremu mamy współczuć i  kibicować w jego zemście – tym bardziej, że Klaudiusz wcale nie jest postacią, z którą można by sympatyzować – jest w rzeczywistości chorym, godnym pożałowania człowiekiem? Złoczyńcą własnej tragedii, powodem wszystkich swoich nieszczęść?… oczywiście może to być błędna i kompletnie niesłuszna interpretacja. Ale cieszę się, że jednak pojawiła się w mojej głowie. Bo nawet jeśli była błędna, sprawiła, że przynajmniej dla mnie kreacja Kinneara zyskała kolejne wspaniałe warstwy interpretacyjne.

Prawdziwy łotr sztuki i sprawca wszystkich nieszczęść, Klaudiusz, grany przez Patricka Malahide’a (głowa rodu Greyjoyów w Game of Thrones) jest cudownie oślizgłą postacią. Duża w tym zasługa samego aktora, który swą aparycją i odrobinę syczącym głosem, jest Myszy idealnym wyobrażeniem Lorda Voldemorta. Nie mam nic do Ralpha Fiennesa, ale gdy czytałam książki J.K. Rowling zawsze wyobrażałam sobie Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać w bardzo konkretny sposób. Jak się okazało podczas seansu “Hamleta”, Malahide jest właśnie tym -moim- Voldemortem. Pewnie dlatego jego Klaudiusz wydawał mi się tak cudownie zdradliwy i śliski. Jak wąż.


Reszta obsady sprawdziła się bardzo dobrze, choć nie wybitnie. Ale z drugiej strony nikt już nigdy nie dorówna Timowi Rothowi i Gary’emu Oldmanowi w roli Rosenkranca i Gildensterna, więc panowie Ferdinand Kingsley i Prasanna Puwanarajah mieli – w Myszy pojmowaniu – mocno utrudnione zadanie. I tak, wiem że Oldman i Roth nie powinni się tutaj liczyć, bo nie grali w samym “Hamlecie” tylko w Rosenkrantz & Guildenstern Are Dead Stopparda, ale co ja poradzę, że po ich występach nikt mi w tej roli już nie pasuje. No, chyba że Benedict Cumberbatch.

Wśród tych bardzo udanych występów aktorskich był jednak jeden wyjątek. Jake Fairbrother w roli Fortynbrasa był tak drewniany i niepotrzebny, że równie dobrze można było tę postać całkowiciewyciąć ze sztuki. Wiem, że istnieją inscenizacje “Hamleta”, które dokładnie tak robią. Sądzę, że wcale by to wersji NT jakoś bardzo nie zaszkodziło, a zaoszczędziłoby widzom kilka cennych minut.


Pisząc o tej inscenizacji, muszę także wspomnieć o oprawie muzycznej. Nie rozpoznałam co prawda wszystkich utworów, które Alex Baranowski (kompozytor) wykorzystał w sztuce, ale użycie “Islands” zespołu The XX wywołało uśmiech na Mysim pyszczku.


Wreszcie, ostatnie brawa należą się Nicholasowi Hytnerowi. Nie wiem, jakim cudem nie zauważyłam idąc na “Hamleta”, że to właśnie Hytner jest jego reżyserem, ale teraz, z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że wcale nie dziwi mnie fenomenalna jakość tej inscenizacji. Bo widzicie, Hytner jest także reżyserem genialnej sztuki The History Boys oraz filmowej adaptacji tego dzieła, które Mysz zalicza do swego kanonu najlepszych, najmądrzejszych, najfajniejszych dzieł w popkulturze. Oczywiście ta lista jest długa i bogata, i w życiu nie byłabym w stanie jej przywołać z pamięci, ale wiem mniej-więcej jakie dzieła się na niej znajdują. The History Boys z pewnością gdzieś się tam czają, więc tym bardziej się cieszę, że Hytner w “Hamlecie” po raz kolejny pokazał swój reżyserski talent i wyczucie. Właściwie jedyny zarzut, jaki mogłabym “Hamletowi” NT postawić to to, że podział spektaklu na dwie części sprawia, że pierwsza część wypada o wiele bardziej angażująco. Wiem naturalnie, że ponad trzy godziny sztuki bez przerwy wydaje się torturą, ale mam wrażenie, że druga połowa spektaklu bardzo na tym podziale traci. Gdyby nie dawać tej dwudziestominutowej przerwy między “częściami”, otrzymalibyśmy może i długą sztuką, ale także dość istotną ciągłość tempa. A tak druga połowa niestety momentami trochę się wlecze.

Skoro mamy już z głowy te wszystkie recenzenckie punkt obowiązkowe (reżyser, oprawa, aktorzy), skupmy się przez chwilę na Mysiej interpretacji sztuki, a przede wszystkim fantastycznej – nigdy mi się nie znudzi powtarzanie tego – kreacji Kinneara. Zacznijmy od tego, że bardzo mnie cieszy, iż w tej wersji sztuki Hamlet właściwie nie ma wątpliwości, czy posłuchać ducha swego ojca. Owszem, pojawiają się pytania o naturę zjawy – czy jest to zjawa “słuszna” i niebiańska, czy niecne podszepty piekielnego “zła” – ale w interpretacji Hytnera i Kinneara, Hamlet właściwie od początku bierze słowa ducha na wiarę. Nie oznacza to jednak, że w ogóle nie ma wątpliwości, czy zdoła swej zemsty dokonać. Należy tu wspomnieć zwłaszcza a scenie, gdy Hamlet ujrzawszy wojska Fortynbrasa, podążające na podbój nic nieznaczącego spłachetka polskiej ziemi *kwik*, zaczyna zastanawiać się nad kwestią honorowego zachowania. Przede wszystkim, Hamlet sam sobie zadaje pytanie, czy ma dostatecznie dużo honoru – a w Mysim domyśle także odwagi – by dokonać zemsty na Klaudiuszu. W kontekście tysięcy żołnierzy, którzy pod wodzą Fortynbrasa idą na wojnę właściwie “po nic”, rozterki Hamleta wydają mu się błahe i nic nie znaczące. Co jest o tyle ciekawe, że dla widza, mam wrażenie, jest wręcz odwrotnie. To Fortynbras i jego wojska, walczące dla głupiego skrawka ziemi, wydają się małe i… cóż, bezsensowne. Dylemat Hamleta w tym kontekście jest widzowi o wiele bliższy, bo jest osobisty. Nie dotyczy “honorowej” walki o ziemię (war for the sake of war), ale o coś głębszego – o chęć osobistej zemsty, wyrównania rachunków, uhonorowania niesłusznie zamordowanego ojca. Mysz bardzo się cieszy, że wątpliwości Hamleta zostały ukazane nie w zakresie tego, czy zaufać słowom ducha, lecz tego czy Hamlet ma w sobie dość siły charakteru, by dokonać zemsty. Tym bardziej, że przecież Hamlet ma sam o sobie dość niskie mniemanie.

W tym kontekście ciekawy jest też słynny monolog “to be or not to be“. Mysz dzięki występowi Kinneara odkryła na nowo ten monolog, tym razem wyjątkowo silnie na niego reagując w warstwie emocjonalnej. Zazwyczaj interpretowałam (w swoim małym, Mysim móżdżku) monolog Hamleta jako ogólno-filozoficzne dywagacje nad naturą życia i śmierci. Dopiero wsłuchanie się w występ Kinneara, w jego intonację oraz szczerość dźwięczącą w słowach, sprawiło że tekst ten nabrał bardziej osobistego znaczenia. Widzicie, nie jest mi obcy lęk przed śmiercią, ale do niedawna podchodziłam do tego tematu dość… infantylnie.

W tekście monologu pojawia się linijka “for in that sleep of death, what dreams may come“. Kiedyś, “za młodu”, ratowałam się myślami właśnie o tych “snach”, które śnimy po śmierci. Moja miłość do filmu What Dreams May Come, która cudownie wykorzystuje i rozwija ten motyw ze sztuki Szekspira, też przyłożyła do tego rękę. Dopiero wczoraj, słuchając Kinneara, podeszłam do tematu bardziej intelektualnie i nareszcie zrozumiałam, jak wiele w tym monologu jest autentycznego, obezwładniającego lęku przed śmiercią. Kiedyś brałam Hamleta za tchórza, który boi się zaryzykować własnego życia, by doprowadzić swą zemstę do końca. Teraz jednak widzę w Hamlecie wiele z własnych lęków i przemyśleń… i nagle nie są one wcale tak trywialne i banalne. Nagle istotną monologu nie jest słynne “to be…“, ale właśnie to niejasne, tajemnicze, przerażające “what dreams may come“. I tak bardzo, jak Mysz nie lubi myśli samobójczych – bo ideologicznie jestem przeciwna takiemu rozwiązaniu – wolę interpretację “Hamleta”, w której owe myśli wynikają z autentycznej rozpaczy postaci, a nie jego udawanego szaleństwa. Nie wiem, czy pamiętacie, ale podczas monologu, Poloniusz i Klaudiusz ukrywają się w tym samym pomieszczeniu, by przekonać się, czy szaleństwo Hamleta wynika z miłości do Ofelii (która pod koniec monologu wchodzi na scenę). Według niektórych teorii, cały monolog jest udawanym szaleństwem Hamleta, który wie o tym, że Poloniusz, Klaudiusz (i być może Ofelia) go podsłuchują. Ma to sens, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że całe państwo duńskie, opisane przez Szekspira, jest w istocie państwem inwigilacji, spisków i szpiegostwa. Hamlet, jako człowiek inteligentny, zdający sobie sprawę z istnienie siatki “podsłuchiwaczy” i sługusów (jego świadomość, że Rosenkranc i Gildenstern są w istocie wysłannikami Klaudiusza to potwierdza), powinien także wiedzieć, że jest praktycznie non-stop podsłuchiwany. Choć mówi w sztuce “I am alone“, tak naprawdę nigdy nie jest sam.

Jednak w inscenizacji NT wygląda to trochę inaczej – Hamlet wyraźnie wygłasza monolog sam do siebie. Nie wiem, czy na moment zapomniał o byciu podsłuchiwanym, czy po prostu go to nie obchodzi. Jednak słuchając Kinneara odnosi się silne wrażenie, że to nie jest żadne udawanie ze strony Hamleta – to jego autentyczne przemyślenia, mroczne i niepokojące. W ogóle wszystkie monologi Hamleta, gdy zwraca się on do widowni, to momenty prywatne, w których Hamlet próbuje się przed nami otworzyć. Myślenie o tych momentach, jako o punktach w sztuce gdy Hamlet jest rzeczywiście z nami szczery jest tym znaczniejsze, gdy przypomnimy sobie, w jakim środowisku żyje na co dzień Hamlet. Będąc pod ciągłą obserwacją, zdradzony przez swych najbliższych, Hamlet musi się przed kimś otworzyć. Taką już ma osobowość – samo-analizującą, wiecznie szukającą prawdziwego siebie. Mysz właśnie dlatego preferuje interpretację, gdzie monolog Hamleta nie jest aktorską sztuczką, mającą na celu oszukanie podsłuchiwaczy, przekonanie ich o szaleństwie Hamleta czy nawet jego chęci popełnienia samobójstwa. Mysz lubi myśleć, że Hamlet naprawdę mówi nam, co myśli i czuję. Jak człowiek człowiekowi. I że dopiero przyjście Ofelii – która w wersji NT niesie ze sobą Biblię, a w niej ukryty nadajnik, który pozwala Klaudiuszowi i Poloniuszowi podsłuchiwać rozmowę – sprawia, iż Hamlet “włącza” swoje szaleństwo. Dopiero wówczas jest to gra “pod publikę”.

Ile zresztą z zachowania Hamleta wobec Ofelii to rzeczywiście szaleństwo? Pomijając niechęć do interpretowania relacji Hamleta i jego matki jako kazirodczych (dzięki ci, Freudzie, za twe hojne dary), uważam, że Hamlet ma pełne prawo gardzić swoją matką za to, jak prędko wskoczyła do łoża Klaudiusza. Mając to na uwadze, nic dziwnego, że jego opinia o Ofelii staje się tak niska. Wszak jego słowa “get thee to a nunnery” można interpretować dwojako, gdyż słowo nunnery oznacza zarówno klasztor, jak i burdel. Tak więc narzekania Hamleta na zmienność i niewierność kobiet, ich mizdrzenie się i “tapetowanie” makijażem, można odczytać jako ogólną pretensję do płci niewieściej, która wynika przede wszystkim z zawodu, jaki Hamletowi sprawiła jego matka. Ciekawie wypada ta kwestia w kontekście tej konkretnej inscenizacji, ponieważ agresja i poczucie zdrady, które Hamlet odczuwa względem Ofelii (i całego “gatunku kobiecego”) wzrastają jeszcze bardziej, gdy odkrywa on ukryty w Biblii nadajnik. Tak więc pod koniec sceny kłótni między Hamletem i Ofelią, jego agresja i niechęć jest w dwójnasób usprawiedliwiona poczuciem zdrady. Oczywiście nie tłumaczę i nie usprawiedliwiam tego, jak w gruncie rzeczy okrutnie Hamlet potraktował Ofelię. Mówię tylko, że z jego punktu widzenia miał swoje powody. Tym większe, jeśli weźmiemy pod uwagę potrzebę autentyczności, szczerości, która tkwi głęboko w Hamlecie. Gdy jest on kolejno zdradzany przez wuja, matkę, przyjaciół (Rosenkranc&Gildenstern), a wreszcie Ofelię, nic dziwnego, że jego zachowanie staje się agresywne i godne potępienia. To, jak silnie Hamlet odczuwa poczucie zdrady wynika wyłącznie z jego obezwładniającej potrzeby by wszyscy wokół byli autentyczni, byli jak najbardziej sobą. Takie poszukiwanie cząstki prawdy w każdym napotkanym człowieku jest w sumie dążeniem słusznym, ważnym i godnym szacunku. Tak więc ostatecznie nawet niegodziwe działania Hamleta jesteśmy w stanie usprawiedliwić dobrymi, szlachetnymi chęciami.


Na koniec – bo i tak już za długo nurzam się w niuansach sztuki, której wbrew pozorom wcale aż tak bardzo nie lubię – chciałabym wspomnieć o aspekcie, który sprawia, że mimo wszystko cenię “Hamleta” ponad inne sztuki Szekspira (jako chociażby “Makbeta”). Mowa o tzw. play within a play, jednym z ulubionych Szekspirowskich “tricków”, który polega na wpisaniu sztuki… w treść sztuki. Tak jest w Myszy ukochanym “Śnie nocy letniej”, gdzie grupa rzemieślników przygotowuje wystawienie “Pyram i Tysbe”. Tak jest również w “Hamlecie”, gdzie żądny zemsty książę postanawia przy pomocy naprędce skleconej sztuki (zatytułowanej “The Mousetrap“, jakże adekwatnie) wystraszyć swego wuja i tym samym udowodnić jego winę. Sama fabuła “The Mousetrap” nie jest istotna. Istotne jest to, jakie porady Hamlet daje trupie aktorskiej, która ma ową sztukę przed Klaudiuszem i Gertrudą odgrywać.

Perform the speech just as I taught you, musically and smoothly. If you exaggerate the words the way some actors do, I might as well have some newscaster read the lines. Don’t use too many hand gestures; just do a few, gently, like this. When you get into a whirlwind of passion on stage, remember to keep the emotion moderate and smooth. I hate it when I hear a blustery actor in a wig tear a passion to shreds, bursting everyone’s eardrums so as to impress the audience on the lower levels of the playhouse, who for the most part can only appreciate loud noises and pantomime shows. I would whip a guy for making a tyrant sound too tyrannical. That’s as bad as those old plays in which King Herod ranted. Please avoid doing that (…)
But don’t be too tame, either—let your good sense guide you. Fit the action to the word and the word to the action. Act natural at all costs. Exaggeration has no place in the theater, where the purpose is to represent reality, holding a mirror up to virtue, to vice, and to the spirit of the times. If you handle this badly, it just makes ignorant people laugh while regular theater-goers are miserable—and they’re the ones you should be keeping happy.

[po angielsku, bo Szekspira akceptuję tylko w tym języku; no i w modern english, co by Wam ułatwić]


Bardzo mi się ten fragment spodobał w kontekście inscenizacji NT, bo jest idealnym przykładem na inter- i meta-tekstualność dzieła Szekspira. Z jednej strony mamy play within a play, gdzie Szekspir, ustami napisanej przez siebie postaci (Hamleta), wyraża swoje zdanie na temat gry aktorskiej, tego jak powinno się grać sztuki na scenie. Z drugiej strony, dla uważnego i inteligentnego reżysera, jest to też rodzaj instrukcji – swoiste didaskalia, które nadają kierunek inscenizacji. Jak słusznie podkreśla Hytner, jednym z kluczowych aspektów “Hamleta” jest kwestia własnej tożsamości; tego czy w ogóle jesteśmy w stanie w pełni poznać nie tylko siebie, ale także drugą osobę. Hamlet wciąż zastanawia się nad sobą, nad prawdziwością otaczającego go życia. Tak więc zachowanie w inscenizacji jak największego realizmu sprawia, że nie tylko jesteśmy wierni Szekspirowi, ale także postaci Hamleta, która całym sobą dąży do jak najlepszego poznania siebie, do jak największej autentyczności.

Cieszę się, że Hytner i obsada zdecydowali się zastosować do rad Hamleta (Szekspira) i odegrać sztukę w sposób realistyczny i prawdziwy, czyli w gruncie rzeczy mało teatralny. Dzięki temu ta znana i ograna sztuka stała się znowu aktualna. Stała się znowu tym, czym w zamyśle zawsze być miała – zwierciadłem natury. Bo choć w powyższym, współczesnym tekście widzimy “holding a mirror up to virtue“, w oryginalnym tekście stoi jak byk: “was and is to hold, as ’twere, the mirror up to nature“. A Szekspir “naturalny” to to, co Tygryski – i Myszy – lubią najbardziej.

I choć pisałam, że Kinnear jest prawie idealnym Hamletem, pozwólcie, że wysnuję inną teorię: Kinnear JEST idealnym Hamletem. Ideal for the now.


PS1. A tak w ogóle, w ramach zachwytów totalnie prywatnych – ojejku, jak Rory Kinnear fajnie się bił na szpady w scenie pojedynku! Jaką miał ładną postawę, jaką formę!

PS2. W tekście sztuki (a przynajmniej w polskim tłumaczeniu) “mysz” pojawiła się dwukrotnie. Nie powiem, miałam z tego niezłą uciechę :)

PS2. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, kino Atlantic powinno w przeciągu paru miesięcy wyświetlić także spektakl NTLive “Othello”, gdzie Rory Kinnear gra postać Jago. Mysz wprost wibruje z niecierpliwej ekscytacji w oczekiwaniu na ten dzień :)

EDIT: Eh, tak to jest jak Mysz nie próbuje być autorytetem na temat Szekspira – dokonuje 9-ciostronicowej analizy “Hamleta”. Where did I go wrong?