Brick by brick, czyli klocek do klocka – rzecz o “LEGO Movie”.

Dawno nie dostaliśmy tak na wskroś cudownej, sympatycznej, mądrej, sprawnie zrealizowanej animacji. Mysz aż podskakuje z zachwytu.

Czasem bywa tak w życiu blogera, że wraca z wyprawy do kina, siada przed komputerem, otwiera plik Worda… i nic. Cisza. Muzy poszły na kawę obgadać film, ale zapomniały zaprosić blogera i kulturalnie podpowiedzieć mu, co powinien napisać. Żeby było ładnie i składnie, i najlepiej jeszcze z sensem.
Tak się zdarzyło w przypadku LEGO Movie. Mysz z Lubym byli na filmie dzień przed premierą (podajże 6-stego lutego) i siedząc w mroku sali kinowej, pełnej rodzin z dziećmi i kompletu klas przynajmniej dwóch warszawskich przedszkoli wraz z rodzicami, bawili się zaprawdę przednio. Problem pojawił się, gdy przyszło Myszy napisać o filmie więcej niż: “Yyyy… było czadowo”.

Nie chodzi o to, że film był zły. Wręcz przeciwnie: dawno się tak przyjemnie nie bawiłam na filmie dla dzieci. Naturalnie wpłynął na to fakt, że obecna moda nakazuje, by film skierowany do dzieci miał elementy, które docenią także dorośli. A przynajmniej twierdzi się, że jest to „obecna moda”. Mysz raczej z tym polemizuje, bo wciąż pamięta jak za szczenięcych czasów oglądała np. The Hunchback of Notre Dame i śmiała się wyłącznie z gagów slapstickowych. Dopiero z wiekiem zauważyła, że film ten jest pełen bardziej wyrafinowanych żartów i odniesień, które prędzej zrozumieją dorośli niż dzieci. I to także raczej dorośli zauważą, że Dzwonnikjest jednym z bardziej mrocznych filmów Disneya – wystarczy wziąć pod uwagę piosenkę „Hellfire” śpiewaną przez sędziego Frollo, która opowiada o cielesnym pożądaniu cyganki Esmeraldy. Jasne, nawet młode dziecko zrozumie, że pełen żądzy Frollo jest upiorny, ale mam wrażenie, że tylko dorosły zrozumie -jak bardzo upiorny-.
W wypadku LEGO Movie odbiór filmu również zmienia się wraz z postępem wieku. Dla maluchów to po prostu fajna, kolorowa przygoda, gdzie zwykły, zupełnie przeciętny ludzik jest w stanie przyczynić się do uratowania świata. Dla dorosłego widza, LEGO Movie to coś więcej niż tylko sprawnie zrealizowany, ładny film dla dzieci. To przede wszystkim film mądry i to w sposób, który powinien trafić zarówno do tych starszych “dzieci”, jak i do tych najmłodszych.
Gdy ludzie pytają się mnie, dlaczego jestem niska…
  
Chyba właśnie to ograne, ale uroczo i sprytne ukazane przesłanie – że „nigdy nie jest się zbyt dużym na zabawę klockami LEGO” – tak bardzo mnie w filmie ujęło. Jest coś odświeżającego w takim totalnie pozbawionym „dorosłego” cynizmu podejściu. Nie bez powodu wspomniałam wcześniej o filmach Disneya – Mysz jest orędowniczką teorii, że nigdy nie jest się „za starym” na filmy Disneya, czy ogólnie baśnie, magiczne historie i puszczanie luzom wodzów wyobraźni. I nie chodzi tu o pozostanie za wszelką cenę „wiecznym dzieckiem” – nieodpowiedzialnym, samolubnym i krnąbrnym. Chodzi o utrzymywanie w sobie tej małej „iskierki”, która pozwala nam cieszyć się zarówno popkulturą, jak i życiem codziennym. I nie ważne, czy jest to iskierka wyobraźni, niewinności czy naiwności. Ważne, że mimo bycia dorosłymi (czy też po prostu osiągnięcia pewnej odpowiedzialności), jesteśmy w stanie nie brać życia na poważnie. Że jesteśmy w stanie śpiewać w deszczu, podskakiwać w drodze powrotnej z pracy, zajadać się żelkami w ilościach zagrażających cukrzycą, albo być dumnym z pluszowego misia, który towarzyszy nam, gdy wieczorem przykładamy głowę do poduszki. Trzeba umieć cieszyć się życiem. A nie wiem, czy zauważyliście, ale dzieci uśmiechają się o wiele częściej niż dorośli. Oczywiście, wynika to stąd, że mają mniej zmartwień i odpowiedzialności. Ale ważnym czynnikiem jest także umiejętność czerpania radości z małych rzeczy – udanego fikołka, kanapki z dżemem, kolorowego liścia, odwołanej lekcji. Brzmi to jak wytarty frazes, ale Mysz stara się w sobie tę radość życia utrzymywać, mimo postępu lat i gromadzenia przykrych życiowych doświadczeń. I sądzę, że LEGO Movie swym przesłaniem bardzo zgrabnie się w to motto wpasowuje.
Ważne, by mieć w życiu jakiś cel.
 Filmowi dodaje uroku stuprocentowo szczerza radość, jaka wyziera z każdego kadru LEGO Movie. Widać, że zarówno ekipa Animal Logic, studia które zajmowało się stworzeniem animacji, jak i scenarzyści filmu, darzą klocki LEGO ogromną sympatią i wiedzą, jak wiele magii tkwi w tych kolorowych cegiełkach. I nie chodzi tylko o magię wyobraźni, która pozwala zobaczyć na ekranie cudownie obmyślone, kompletnie zwariowane, przepiękne zanimowane pejzaże, scenografie i efekty specjalne, ale także o magię wspomnień. Większość z nas pamięta zabawę klockami LEGO – a jeśli nie, to pamięta obserwowanie, jak bawią się nimi dzieci, siostrzeńcy, czy wnuki – i jest w stanie bez większego trudu przywołać frajdę, jaką sprawia układanie cegiełek. Właśnie tę frajdę z układania klocków widać w każdym kadrze LEGO Movie. Widać też spryt twórców i animatorów, bo zgodnie z obietnicą cały film skonstruowany jest z elementów dostępnych w ofercie LEGO: od zwykłych kwadratowych i prostokątnych cegiełek do budowania domków, po maluteńkie okrągłe „monetki” (tak je nazywała Mała Mysz), których niezliczona ilość tworzy błękitny przestwór morza, czy plastikowe pół-przezroczyste płomienie, które udają – jakżeby inaczej! – wybuchy ognia i eksplozje. Inwencja ekipy LEGO Movie, objawiająca się w wykorzystaniu praktycznie całego asortymentu dostępnych klocków, jest naprawdę imponująca. Chociażby dla samych walorów wizualnych warto ten film obejrzeć. I to najlepiej więcej niż raz, bo film ma fajne, szybkie tempo (żeby nie znudzić dzieciaków, które potrafią mieć krótki okres skupienia uwagi) i nie zawsze ma się czas by zauważyć i w pełni docenić wszystkie niuanse animacji.
Wendy Darling co prawda odszczekała swoje słowa,
ale Mysz nadal uparcie twierdzi, że nie chce dorosnąć.
 
Dobra, mamy fajne przesłanie i ładną animację. Ale to nie wszystko. Jest jeszcze świetnie napisany scenariusz. Sprawne wplecenie mądrego przesłania to sztuka sama w sobie, ale byłoby dobrze, gdyby poza tym film miał jakąś treść. I gdyby ta treść była ciekawa, angażująca i zabawna. Na szczęście także tutaj LEGO Movie nie zawodzi. Mysz nigdy wcześniej nie miała styczności z LEGO w innych mediach – chyba przez nostalgię wciąż trzymam się strictezabawy klockami – aż do pamiętnego wieczoru z LEGO Marvel Super Heroes, parę miesięcy temu. Było to zaledwie kilka godzin drużynowej gry z Lubym na dwa pady, ale dawno się tak świetnie nie bawiłam. Połączenie klocków i ludków LEGO ze światem Marvela oraz fajnymi, zabawnymi dialogami oraz prostym, instynktownym gameplay’em sprawiło, że gra zyskała ogromne grono nie tylko młodszych, ale i dorosłych fanów, w tym imć Myszę. Wybaczcie moje nieprzystojne zdziwienie, ale jest ono uzasadnione: Mysz mimo propagowania „wewnętrznego dziecka” zakodowała sobie, że klocki LEGO to jednak coś przede wszystkim dla dzieciaków, ewentualnie zagorzałych kolekcjonerów. Stąd zdziwiło mnie, jak fajnie gra się w tę grę również dorosłym. Na szczęście jest to dowód, iż Korporacja LEGO posługuje się w swoich produktach (grach, filmach, etc.) sprytnie przemyślaną taktyką – taką, która raz po raz, na każdym kroku, przypomina nam, że LEGO jest dla wszystkich, bez względu na wiek. I jasne, może się to wydawać tanim chwytem marketingowym, ale w wypadku LEGO Movie (a także LEGO Marvel Super Heroes) widać, że sami twórcy także w to wierzą: klocki LEGO są dla każdego. I Mysz jest im za to przypomnienie niesamowicie wdzięczna.
Kto z nas nie chciał parę razy strzelić takiego focha na świat?
 
Te dowcipne dialogi, o których wspomniałam przy okazji LEGO Marvel Super Heroes, były także obecne w LEGO Movie. Oczywiście nie udało się uniknąć paru żartów wyraźnie skierowanych do poczucia humoru pięciolatka (słowo „pupa” nie śmieszy Myszy od jakichś piętnastu lat), ale poza tym żarty pojawiające w filmie są naprawdę śmieszne. I mówimy to zarówno o żartach sytuacyjnych, jak i grach słownych. Tu należałoby oddać cesarzowi co cesarskie i pokłonić się polskiemu dystrybutorowi, który zadbał o dobre, dowcipne tłumaczenie i świetny dubbing. Mysz, wstrętna purystka, żałuje co prawda, że nie mogła sobie posłuchać oryginalnej obsady głosowej (m.in. Chris Pratt, Will Ferrell, Elizabeth Banks, Will Arnett, Nick Offerman, Alison Brie, Charlie Day, Liam Neeson, Morgan Freeman, Billy Dee Williams, Dave Franco, Keegan-Michael Key czy Will Forte), ale nic straconego – po prostu kupię film na DVD. Ale warto to podkreślić: mimo mojej niechęci do oglądania polskiego dubbingu*, na LEGO Movie bawiłam się świetnie. Było wręcz parę momentów, gdzie tłumacz popisał się tak pięknym tekstem, że aż płakałam ze śmiechu.
Dowcipne dialogi, będące zadziwiająco trafną satyrą wielkich korporacji (co jest o tyle cudownie ironiczne, że LEGO, mimo bycia od pokoleń własnością wciąż tej samej rodziny, jest już międzynarodową korporacją) to jednak nie wszystko. To co wywołało w mnie największy podziw to jak sprytnie został skonstruowany scenariusz filmu. Wydawałoby się, że to historia stara jak świat – stereotypowy, kompletnie nieuświadomiony, sztywno trzymający się zasad ludek LEGO, klockowy Everyman, okazuje się być „Wybrańcem”, który uratuje świat. Po drodze poznaje dziwną zbieraninę ludzi, którzy będą mu służyć za drużynę. Jest tam niezależna dziewczyna, w której nasz bohater się kocha. Jest jej facet, mroczny badboy. Jest Stary Mędrzec, który wygłasza Wielkie Prawdy Życiowe. Jest urocza, słodka, niewinna, różowa kruszynka. Jest comic relief. I tak dalej. Wszystkie te postacie muszą wspólnie przeżyć serię nieprawdopodobnych przygód w przedziwnych krainach, by ostatecznie stanąć twarzą w twarz z Tym Złym. Brzmi jak klisza na wytartej kliszy. Ale ekipa LEGO Movie i tutaj wykazała się niesamowitą inteligencją. Dzięki uniwersalności klocków LEGO i nieokiełznanej wyobraźni, twórcy mogli wysłać swoich bohaterów wszędzie: od Dzikiego Zachodu po magiczne krainy, przez głębie morza po mroki kosmosu. Z kolei to umożliwiło im zabawę praktycznie nieskończoną liczbą popkulturowych nawiązań i wrzucenie do filmu subtelnych parodii i twórczych dekonstrukcji wielu filmowych gatunków. Właśnie ten udany pastisz „współczesnego blockbustera” – który musi mieć i romans i humor i pościgi i wybuchy i dramat i łzy i Wielkie Zło i mądre przesłanie i świetne efekty i tak dalej i tak dalej i jeszcze to wszystko złożyć tak by miało sens – spodobał mi się w filmie najbardziej. To chyba właśnie ten aspekt sprawił, że zapragnęłam kupić LEGO Movie na własność – by móc bez przeszkód oglądać film tyle razy, ile tylko dusza zapragnie. Dawno nie byłam tak podekscytowana wizją rozłożenia filmu na czynniki pierwsze, by móc wyłapać jak najwięcej z jego twistów, tricków i odniesień.
Na szczęście w filmie nie pojawiają się tak drastyczne sceny ;)
(copyright)
 
A na koniec… dygresja.
Wiem, że są ludzie, którzy nieufnie podchodzą do filmów, które tak jak LEGO Movie mają powszechnie dobrą, by nie powiedzieć wręcz „fantastyczną” opinię (200 milionów $ zarobionych na świecie). Opanowuje ich wtedy jakaś taka niechęć do podążania za „owczym pędem”. Nie chcemy iść na chwalony film i wyjść z niego zachwyceni, tak samo jak wszyscy inni. Chcemy być oryginalni, chcemy być „wbrew”, chcemy płynąć pod prąd i nie dać się porwać „fali dobrego marketingu”. Mysz mówimy „my”, bo sama cierpi na tę wstrętną chorobę. Są takie filmy, których aktywnie unikam, bo słyszałam o nich zbyt wiele dobrego. Koronnym przykładem od lat jest Avatar, powszechnie chwalony za olśniewające efekty wizualne. Nic mnie nie obchodzi, że poza tym film ma niewiele do zaoferowania i że ma powtarzalną fabułę zerżniętą z Pocahontas. Powszechny „orgazm”, który przeżyło społeczeństwo po premierze Avatara odrzucił mnie tak silnie, że do dziś filmu nie obejrzałam.
Zresztą zjawisko to ma miejsce także wtedy, gdy ktoś mi usilnie dany film poleca. „Myszu, obejrzyj film XY, to totalnie twój film, zakochasz się”. „No dawaj, obejrzyj go, spodoba ci się”. Nie wiem dlaczego, ale przy zbytnim nagromadzeniu takich uwag względem konkretnego filmu, budzi się we mnie Wbrew-Mysz, która wbrew polecankom, wbrew pochwałom, wbrew intuicji (która podpowiada, że pewnie wszyscy mają rację i film mi się rzeczywiście spodoba), mówi: „NIE. NIE OBEJRZĘ”. Takie już ze mnie wredne stworzenie.
Możliwe, że jestem w tej specyficznej „chorobie” odosobniona; że tylko ja cierpię na taki wybiórczy popkulturowy snobizm. Ale na szczęście z biegiem lat nauczyłam się go tłamsić. Siłą i sposobem wytresowałam w sobie nawyk oglądania nawet tych Powszechnie Chwalonych Filmów, chociażby po to, by móc wyrobić sobie o nich własną opinię… nawet jeśli będzie ona zgodna z ogółem i równie pełna zachwytu. Po prostu staram się każdemu filmowi dać tzw. fair chance. Dodatkowym elementem tresury, która ma we mnie zabić snobizm, stało się ostatnio chadzanie na filmy, które z góry skreśliłam. Nie dlatego, że są „zbyt powszechnie chwalone”, ale dlatego, że kompletnie nie podpadają pod zakres moich zainteresowań. Tak było z Pacific Rim, które wydawałoby mi się idiotycznym badziewiem (wielkie roboty i ogromne potwory? Serio?), a okazało się nie tylko filmem 2013 roku, ale jednym z najprzyjemniejszych filmowych doświadczeń, jakie w życiu przeżyłam. Podobnie było LEGO Movie – mimo mojej ogromnej sympatii do tych klocków, nie zamierzałam iść do kina na animowany film dla dzieci z polskim dubbingiem. Ale poszłam. I wyszłam z kina ubawiona i zachwycona.
Dlatego polecam Wam LEGO Movie. Bo to nie tylko mądry, sprawnie zrealizowany, ładny film, ale bo warto być czasem ślepo otwartym na to, co oferuje nam świat. Warto czasem być dzieckiem :)
 
* Wyjaśniam, żeby na mnie nie krzyczeli co po niektórzy: Mysz nie jest przeciwna polskiemu dubbingowi jako idei. Filmy -dla dzieci- należy dubbingować i dlatego np. nie mam NAJMNIEJSZYCH pretensji o to, że LEGO Movie jest w kinach wyłącznie w wersji polskiej. Mimo tego, wolę najpierw oglądać bajki w oryginalnym języku. Stąd od lat nie byłam w kinie na animacji Disneya, bo wolę poczekać aż wyjdzie DVD i najpierw obejrzeć film w języku angielskim. Ot, takie mam zboczenie.
Inna sprawa to dubbingowanie filmów, które nie są skierowane wyłącznie do dzieci np. filmy z serii The Chronicles of Narnia. Okej, może nie każdy dorosły będzie chciał, tak jak Mysz, wybrać się do kina na film o Narnii. Ale byłoby miło, gdyby widz miał wybór między wersją z napisami, a z dubbingiem. Ale nauczyłam się z tym żyć. Po prostu zagryzam zęby i czekam na DVD.
Trzecim przypadkiem są filmy, które są dubbingowane wyłącznie w celu zwiększania profitu, np. wszelkie Hobbity (jego „odpowiedniość” dla dzieci jest moim zdaniem dyskusyjna, zwłaszcza drugiego filmu z trylogii) czy inne Iron Many. Rozumiem chęć zysku i rozszerzenia „puli publiczności” o młodszą widownię – która nie umie szybko czytać napisów – ale w tym wypadku wymagam, by w kinach pojawiały się zarówno wersje dubbingowanie, jak i te z napisami. W ostatnich latach sytuacja ta się mocno poprawiła – Hobbita do kin weszło w sumie chyba osiem różnych wersji – ale Mysz pamięta jeszcze czasy, gdy w całej Warszawie był w danym tygodniu tylko JEDEN seans danego filmu z napisami. A czasem nie było go w ogóle.
Tak więc nie mam nic przeciwko idei dubbingu, zwłaszcza jak jest dobrze przetłumaczony i wykonany. Ale tak jak w wypadku innych kwestii dotyczących filmów, które mają coraz więcej wspólnego z marketingiem, a coraz mniej z ułatwianiem życia widzowi, upraszam głośno: „znaj proporcjum, mocium dystrybutorze!”