“My Fair Lady” i jej myszy czyste*.

Czasem wypady do teatru kończą się zachwytem. Czasem, niestety, nie. Tym razem Mysz płacze nad zbezczeszczeniem jej ukochanego musicalu.

Mówi się, że droga do Piekła jest wybrukowana dobrymi chęciami. Mysz po kulturowej porażce jaką przeżyła we wtorek śmie twierdzić, że owszem, droga jest wybrukowana dobrymi chęciami, ale nie zmierza do Piekła, a do warszawskiej Sali Kongresowej.Ustalmy parę rzeczy: Sala Kongresowa jest, wbrew temu co twierdzą niektórzy, bardzo fajną miejscówką na wydarzenia kulturowe. W samym Centrum miasta, z dobrym dojazdem… a do tego marmury, skrzypiące fotele, wytarte aksamity i ciasnota, czyli wszystko to, co Myszy kojarzy się z Kulturą Wysoką. Nic zresztą dziwnego, bo wiele z jej dzieł poznała w dzieciństwie właśnie w Sali Kongresowej. Stąd wiem, że miejsce to wcale nie ma fatalnej akustyki i wystarczy odrobina chęci oraz świetny dźwiękowiec, by Kongresowa sprawdziła się wręcz koncertowo (ha!) jako miejsce obcowania z kulturą.

Mysz z Sali Kongresowej pamięta przede wszystkim pewien wieczór, gdy została wprowadzona na scenę, by z wypiekami na twarzy wręczyć bukiet kwiatów pani Grażynie Brodzińskiej – fantastycznej śpiewaczce znanej jako Pierwsza Dama Polskiej Operetki. Część czytelników może nie mieć pojęcia kto to jest, umówmy się więc, że to taka polska Maria Callas, tylko w operetce, a nie operze (choć operę też śpiewała i to przepięknie). Rozróżnienie między operą a operetką jest zresztą dla Myszy bardzo istotne, bo wtorkowego wieczoru dobitnie przekonała się, że dobry sopran operowy wcale nie mus się nadawać do musicalu – który wszak jest bliskim bratem operetki. Skoro jednak wspomniałam o pani Grażynie, muszę przyznać, że żal mi każdego, kto nie miał okazji widzieć jej na scenie. Istny wulkan energii, talentu i osobowości, żywa iskierka, kobieta-kameleon, która zależnie od wystawianego spektaklu była Księżniczką Czardasza, Adelą w „Zemście Nietoperza” czy cudowną Elizą Doolittle w polskiej wersji „My Fair Lady”. Nie na darmo wspominam właśnie o roli Elizy – we wtorek, po 15-stoletniej przerwie kultowy brytyjski musical powrócił do Warszawy. Chociaż może lepiej by było gdyby nigdy do nas nie wracał.

Sala ciasna, ale jaka stylowa.
Zacznijmy od tego, że Mysz kupiła bilety dość spontanicznie. Dawno „My Fair Lady” nie widziałam (ostatni raz pewnie właśnie 15ście lat temu), a na dodatek jest to jeden z niewielu musicali, które autentycznie lubię w polskiej wersji językowej, w czym ogromna zasługa pani Brodzińskiej – jej Eliza mocno utkwiła mi w głowie i w sercu. Ale za zasady Mysz to taka wstrętna purystka, co to niechętnie ogląda musical w bądź co bądź „obcym” języku, innym niż ten, w którym pisał twórca dzieła. Na szczęście tłumaczeniu spektaklu wystawionego w Kongresowej niewiele mogłam zarzucić. Głównie dlatego, że ledwo co było słuchać.
Poważnie. Nigdy w życiu nie byłam na tak fatalnie udźwiękowionym spektaklu. Sądząc po liczbie osób, które w trakcie przerwy podeszły do konsoli panów dźwiękowców (a wiem, bo siedzieliśmy tuż za nimi w pierwszym rzędzie amfiteatru), nie tylko my byliśmy zawiedzeni jakością dźwięku. Z dialogów słychać było przy dobrym układzie co trzecie słowo, z kolei śpiew był zbyt głośny lub przesterowany, tak że wysokie dźwięki nieprzyjemnie dzwoniły w uszach. Złe nagłośnienie sprawiało także, że każdy szybszy fragment tekstu, czy to śpiewany czy mówiony, zmieniał się w niezrozumiałe szelesty; za to oddychanie aktorów słychać było nader wyraźnie – momentami miało się wręcz wrażenie, że Eliza to Lord Vader w spódnicy. A czy wspominałam już, że chóru nie było słychać W OGÓLE? Chóru! GRUPY ŚPIEWAJĄCYCH LUDZI!… Dodajmy do tego także przesterowanie dźwięków orkiestry, prze co pierwsze skrzypce i wszystkie drewniane instrumenty dęte brzmiały jakby grały w innej tonacji niż reszta orkiestry. Co dodawało katastrofie, jaką była kwestia udźwiękowienia, wspaniałego „smrodku” kompletnej fuszerki. No bo kto to widział – czy raczej słyszał – żeby cała cholerna orkiestra brzmiała fałszywie?

 

Należałoby także wspomnieć, że jedna skrzypaczka SPÓŹNIŁA się
na początek drugiego aktu i dołączyła do orkiestry ze sporym poślizgiem.
Siedziałam za daleko, by mieć pewność, ale mam wrażenie, że mogły to być pierwsze skrzypce.

 

 

Ale dobrze. Przyjmijmy, że Kongresowa to stworzenie temperamentne i perfidnie zmienia swoją akustykę, gdy kogoś nie lubi. Ewentualnie, załóżmy scenariusz bardziej prawdopodobny – firma, która zajmowała się nagłośnieniem kompletnie nie zna się na swojej pracy. W tym miejscu nie byłby to ani pierwszy, ani ostatni raz *powiedziała Mysz, wspominając fatalnie nagłośniony koncert Diana Krall sprzed paru lat*. Ale niech im będzie – przyjmijmy, że kiepska akustyka nie była ich winą, że przy obsłudze Kongresowej potrzebny jest prawdziwy fachowiec, znawca nad znawcami, istny acoustic whisperer.
Ale takie wpadki jak: trzeszczące mikrofony, spięcia gdy dwoje solistów znajdzie się zbyt blisko siebie, zahaczające o wszystko kabelki od nadajnika (ukrytego w trzymanej w ręku torebce, zamiast przypiętego pod kostiumem), czy nie wyłączanie mikrofonu aktora, gdy ten schodzi ze sceny to już naprawdę podstawowe błędy! Myszy Luby – pieczołowicie nagrywający kolejne odcinki podcastu Myszmasz i mający styczność ze sprzętem dźwiękowym – łapał się wręcz za głowę! Mysz z kolei łapała za lornetkę, którą chciała rzucić w stronę głowy najbliższego dźwiękowca.
Naprawdę nie potrzeba dyplomu technika-dźwiękowca by wiedzieć, że szelesty przebierającej się obsady, czy pokrzykiwania stage managera to NIE JEST TO, co widz w teatrze chce słyszeć w trakcie wzruszającej pieśni. A już szczytem idiotyzmu była scena, w której Freddie Eynsford-Hill (dla niewtajemniczonych – absztyfikant głównej bohaterki) próbuje się „dodzwonić” do domu, w którym mieszka ukochana. Telefon odbiera gosposia, pani Pearce, która między jednym tekstem a drugim pogryza czekoladki. Problem polega na tym, że obie te postacie znajdują się w tym czasie na scenie, ale to Freddie – stojąc na zewnątrz domu Elizy – śpiewa w tym momencie swoją jedyną (!) w tym spektaklu pieśń. Przerasta moje pojęcie, że żaden z panów dźwiękowców nie wpadł na to, że ciamkającą panią Pearce należało (w momentach, w których akurat nie gada) po prostu WYCISZYĆ. A szkoda, bo Robert Szpręgiel – baryton, solista Warszawskiej Opery Kameralnej, związany niegdyś z Teatrem Muzycznym ROMA – bezbłędnie zaśpiewał „On the Street Where You Live” ( „Tę ulicę znam”).
Skoro już jestem przy śpiewie: wypada powiedzieć, że większość obsady to świetni śpiewacy… z tego co udało nam się usłyszeć, mimo usilnych utrudnień panów dźwiękowców. Niestety, komplement o śpiewie to chyba jedyna pozytywna rzecz, którą z czystym sercem mogę tu zapisać. Z drugiej strony, trudno żeby było inaczej, skoro bohaterów kultowego musicalu Lernera i Loewe’a gra śmietanka warszawskiej i śląskiej sceny muzycznej. W roli profesora Higginsa świetnie sprawdził się Dariusz Niebudek – był odpowiednio odpychający i szorstki, choć zabrakło w nim odrobiny więcej ciepła, która usprawiedliwiłoby, tak w gruncie rzeczy niedorzeczną, miłość Elizy. W pułkownika Pickeringa wcielił się Tomasz Domagała – nie dość, że reżyser „My Fair Lady” na deskach Opery Śląskiej to jeszcze, jeśli dobrze zrozumiałam, tłumacz odpowiedzialny za nowe libretto i rewizję niektórych tekstów piosenek. Jak pisałam wcześniej, tłumaczeniu niewiele mogę zarzucić, bo niewiele usłyszałam. Natomiast aktorsko Domagała nie wywarł na mnie zbyt pozytywnego wrażenia. Zabrakło w tej postaci autorytetu wojskowego pułkownika, a jednocześnie dobrego serca, które Pickering starał się okazywać Elizie. W wykonaniu Domagały Pickering to taka niezdarna „miękka klucha”. Zastanawiam się także, czy mój odbiór postaci Pickeringa jako homoseksuality wynikał ze świadomych decyzji Domagały jako aktora, czy z mojego „nadczytywania” jego egzaltowanej, dramatycznej gry. Bardzo jestem ciekawa, czy wcześniej już zdarzały się takie interpretacje postaci Pickeringa. Dodajmy do tego Tomasza Lorka w brawurowej roli Alfreda Doolittle, ojca Elizy, miejscowego pijusa i domorosłego filozofa. Zawsze uważałam, że rola Doolittle’a wymaga dużego talentu, by ukazać jak pocieszna, a jednocześnie sprytna, czy nawet oślizgła jest zarówno jego osobowość, jak i jego retoryka. Wspomniany wcześniej Robert Szpręgiel jako Freddie ma w spektaklu dość niewielką rolę, ale wywiązał się z niej śpiewająca (ha!).

Niestety najwięcej zastrzeżeń miałam do postaci kobiecych. Jolanta Mrotek w roli ciamkającej, zakochanej w Higginsie i niemalże histerycznej pani Pearce o tyle mnie zasmuciła, że pamiętam ją (jak przez mgłę, ale jednak) z ROMowego musicalu „Crazy For You” i wiem, że stać ją na więcej. Może problemem była interpretacja roli. To co natomiast zgrzyta najmocniej to osoba Urszuli Piwnickiej, która zarówno wcieliła się w rolę Elizy, jak i wyprodukowała i wyreżyserowała ten spektakl. Naprawdę przykro mi to pisać, bo Piwnicka jest przyzwoitą śpiewaczką operową… choć niekoniecznie najlepszą, jaką Mysz słyszała w życiu. Co więcej, Piwnicka nie po raz pierwszy wcieliła się w rolę Elizy. Domyślam się, że ten pierwszy od 15-stu lat spektakl „My Fair Lady” w Warszawie powstał z jej inicjatywy i zapewne ogromnej sympatii do oryginalnego dzieła. Problem polega na tym, że rola Elizy wymaga odpowiedniego podejścia. A gdy czytam wypowiedzi Piwnickiej:  

„”My Fair Lady” to nie tylko trzymająca w napięciu, zabawna i pełna zaskakujących zwrotów fabuła. To również piękna, ponadczasowa, muzyczna opowieść o tym, że marzenia się spełniają, że los każdego może się odmienić na lepsze” 

 …mam silne wrażenie, że reżyser rozminął się z przesłaniem swojego dzieła. I to drastycznie! Owszem, musical kończy się powrotem Elizy do Higginsa, ale nie należy zapominać jako kończyła się oryginalna sztuka George’a Bernarda Shawa, “Pygmalion” i co o emancypacji Elizy miał do powiedzenia sam autor: 

“When Eliza emancipates herself — when Galatea comes to life — she must not relapse. She must retain her pride and triumph to the end.” 

 Mysz już kiedyś przyznała, że gdy za młodu oglądała My Fair Lady z Hepburn i Harrisonem, myślała “Ojejku, jakie to romantyczne, że ona jednak do niego wróciła i że on ją przyjął z powrotem”. Jednak po kilku latach zrozumiałam, że “My Fair Lady” nie jest, jak chciałby wmówić nam program spektaklu:

“wyśpiewaną, roztańczoną, na wskroś nowoczesną opowieścią o tym, jak to patriarchalne ciągotki dominujących mężczyzn kończą się fiaskiem w zderzeniu z indywidualnością i nieprzewidywalnością damskiej natury, która przekracza wszelkie granice: statusu, wykształcenia i przynależności klasowej”.

 

Zabawą wieczoru było wypatrywanie błędów w programie:
– słowo “fair” w tytule nie ma nic wspólnego z “graniem fair”,
– 6 tygodni (w rzeczywistości 6 miesięcy),
– mężczyźni wcale nie zostają pokonani przez kobietę,
– Eliza z pewnością nie wymyka się swojemu mistrzowi,
zależnie kogo zapytamy mit o Pigmalionie trochę inaczej się rozgrywa, etc. etc.

 
Czy naprawdę muszę pokazać palcem ostatnią w sztuce linijkę tekstu, która brzmi ni-mniej ni-więcej: „Eliza, where the devil are my slippers?”. Eliza, raz wyzwolona spod wpływu Higginsa, tyrana i despoty, wraca do niego z podkulonym ogonem, a jego powitaniem jest pretensja i poniżenie. To nie jest obalanie patriarchatu – to jego pieśń pochwalna. I sądzę, że Piwnicka, jako reżyser spektaklu oraz odtwórczyni głównej roli, powinna o tym wiedzieć lepiej niż ktokolwiek inny.

Co do samego śpiewu… sądzę, że jest to kwestia osobistych preferencji. Nie przeszkadza mi głębszy, bardziej operowy sopran, którym operuje Piwnicka. Jedno z moich ulubionych wykonań Elizy śpiewa Kiri Te Kanawa – wybitna sopranistka operowa, zresztą w cudownym duecie z Jeremym Ironesem w roli Higginsa. Mysz swego czasu zajeździła płytę z tym duetem, a teraz namiętnie ogląda to wykonanie na YouTubie. Przyznaję jednak, że wolę wykonanie Marni Nixon, która zdubbingowała śpiew Hepburn w filmie (a także partie wokalne Natalie Wood w West Side Story), czysty, dźwięczny sopran, którym włada Grażyna Brodzińska. Ale tak naprawdę tylko Julie Andrews brzmi tak, jak Mysz sobie zawsze głos Elizy (dziewczyny dwudziestojednoletniej!) wyobrażała. Piwnicka śpiewała poprawnie, ale fatalne nagłośnienie nie było jej przyjacielem i sprawiało, że momentami jej głos zupełnie się gubił, by z kolei przy wyciąganiu nut drażnić swym natężeniem. Piwnicka podjęła także kilka zastanawiających decyzji pod względem interpretacji piosenek – zwłaszcza dziwnie rzewnego i “Show Me”, które przecież powinno buzować buntowniczą energią.

Ogólnie starałam się kwestię aktorstwa rozpatrywać zupełnie osobno od śpiewu. Głównie dlatego, że mam wrażenie iż aktorstwo m.in. Piwnickiej położyła nieumiejętna reżyseria. Pierwszy akt sztuki jest u swych podstaw bardziej energiczny i radosny, podczas gdy drugi skupia się na melancholii. Zadaniem reżysera jest tak opracować spektakl by wyważyć poziom energii i dramatyzmu w obu aktach. W przeciwnym wypadku otrzymujemy taką huśtawkę, jak u Piwnickiej, gdzie pierwszy akt jest niemalże wodewilowy, a drugi przypomina przerywany piosenkami dramat Artura Millera. Również występ Piwnickiej w roli Elizy wydaje się odzwierciedlać brak równowagi – w pierwszym akcie była zbyt egzaltowana i przerysowana, by w drugim przeobrazić się w niemalże szekspirowską Wielką Aktorkę. Oczywiście „kwiaciarskie” wcielenie Elizy trzeba grać z werwą i dystansem, bo to przecież dziewczyna wychowana na ulicach Londynu, w oryginale mówiąca z cudownym cockney accent. Z kolei wcieleniu „damy” trzeba nadać rys dystyngowania i opanowania. Ale to nie dwie różne strony Elizy są w sztuce najważniejsze, a wiarygodne ukazanie przejścia, „drogi” między nimi. Ważne jest, by widz uwierzył, że zmiana która zaszła w Elizie nie jest jedynie powierzchowna, że nie są to jedynie małpie sztuczki, jak wmawia Elizie profesor Higgins. Niestety prawdziwej przemiany charakteru – a także żywiołowości i charakterności Elizy, tak wspaniale niegdyś ukazanej przez Brodzińską – Piwnickiej się nie udało pokazać.

Rozjechana interpunkcja,
literówki (“ciszących” zamiast “cieszących”,
“te ulice” zamiast “tę ulicę”), fakt że “Edukacja Rity”
nie jest adaptacją musicalu, tylko wątku z dzieła Shawa…
*PORAŻKA.*
Za nieudaną należy także uznać reżyserię i produkcję tego spektaklu. Wspomniane problemy z nagłośnieniem oraz brak wyważenia między aktami sztuki to tylko dwa z wielu błędów, jakie moim zdaniem popełniono przy tym wystawieniu. Decyzja by umieścić akcję sztuki w Warszawie, a także dopasować pod tym kątem część dialogów wydaje mi się idiotyczna. Dlaczego zmieniać Selsey na Wołomin, ale zostawić Pałac Buckingham? Czemu zamiast Szekspira i Milton jest Słowacki i Mickiewicz? Czemu zamiast do Scotland Yardu Pickering dzwoni do CBŚ? Owszem, żart ten może wywołać uśmiech na kilku twarzach, ale przede wszystkim wywołuje dysonans w sztuce. W tym wypadku o wiele mądrzejsza wydaje mi się decyzja Domagały, który reżyserował „My Fair Lady” w Operze Śląskiej. Tam Eliza mówiła śląską gwarą, ale był to jedyny polski element w sztuce – poza tym realia, miejsca, ani osoby się nie zmieniają. Więcej: Domagała poprzez scenografię i kostiumy jeszcze bardziej podkreśla brytyjskość sztuki (o czym pisała swego czasu Rusty).

Te dziwne narodowościowo-geograficzne zmiany byłyby jednak do przyjęcia, gdyby nie cała reszta wystawienia, która woła o pomstę do nieba. Scenografia przez cały spektakl pozostaje ta sama – scena jest podzielona na dwie połowy: gabinet Higginsa, i „zewnętrze”, które odgrywa zarówno londyńsko-warszawsko-niewiadomo-gdzie ulicę, jak i wyścigi w Ascott, czy bal w pałacu. Nie od dziś wiadomo, że w teatrze wiele rzeczy jest umownych, a potęga wyobraźni często „dorabia” to, czego reżyser na scenie nie był w stanie umieścić. Ale w takim razie wypadałoby, żeby spektakl był przynajmniej ciekawie zainscenizowany, by nadrobić braki w scenografii. A gdzie tam! To Luby zwrócił moją uwagę na to, jak bardzo statyczni są aktorzy, jak niewiele się ruszają i przemieszczają po scenie. Rozumiem, nieznany teren, nieznajoma scena, ale po to właśnie są próby, by móc się z “nowymi okolicznościami przyrody” oswoić. Że nie wspomnę o tym, iż próby są także momentem, w którym rozwiązuje się wszelkie istotne problemy technicznie np. nagłośnienie.

Dodajmy do tego wzięte z sufitu nowoczesne kostiumy – część z nich wydaje się wypożyczona z inscenizacji Opera Śląskiej (np. strój Alfreda Doolittle, włącznie z czapką-uszanką) – oraz niemrawy, kompletnie pozbawiony wyobraźni balet, a otrzymamy kompletną katastrofę, której nawet najlepszy śpiew nie byłby w stanie uratować. W scenie pałacowego balu doszło wręcz do tego, że zastanawiałam się kiedy na scenę wparuje morderca z siekierą by porąbać te wszystkie tańczące pary, które wyglądają jak młodzież na kiczowatej studniówce. A, jak czytamy w programie, Piwnicka była także odpowiedzialna za scenografię i kostiumy do spektaklu.

Moje ulubione błędy:
– Dolittle przez jedno “o”
– brakujące “s” w “pani Eynsford-Hill”
– oraz grająca panią Eynsford-Hill…
…Agnieszka (the artist formerly known as)
*PRZECIEŻ TO JAKAŚ FARSA.*
To na co ta produkcja z pewnością wydała pieniądze, to niezły PR. O „My Fair Lady” było całkiem głośno w mediach – plakaty porozwieszane na słupach, newsy, informacje. A wszystko to dzięki firmie kioskPR, która jest na tyle profesjonalna, że popełniła serię błędów, literówek i przekłamań właściwie we wszystkich wyprodukowanych materiałach, włącznie z programem, którego zdjęcia zamieszczam ku waszej uciesze, a mojemu zgrzytaniu zębami.

Ale PR zrobili sztuce naprawdę niezły, biorąc pod uwagę, jak bardzo podkreślano gościnny występ Izabeli Trojanowskiej w roli matki profesora, pani Higgins. Co więcej w niektórych materiałach pojawiło się także zdanie:

„mało kto wie, że nasz piękna gwiazda estrady i filmu posiada profesjonalne przygotowanie wokalne w tym właśnie gatunku”. 

  „W tym”, czyli musicalowym. Mysz co prawda ma na karku tylko ćwierć wieku i nie lubi polskiej muzyki, ale nie raz i nie dwa słyszała „Wszystko czego dziś chcę” śpiewaną przez panią Trojanowską. To co jest najciekawsze w powyższym zdaniu, to sugestia, jakoby aktorka miała w ramach swojego gościnnego występu także zaśpiewać. A nie wiem, jak dla Was, ale mnie rola pani Higgins była zawsze raczej pozbawiona śpiewu. Czyżby więc zwykła pomyłka, jakich w tej inscenizacji pełno… czy perfidne zagranie marketingowe?

Od kiedy przesłaniem “My Fair Lady” jest, że “warto marzyć?
W programie jest “Te ulice znam”… a tutaj “Tę uliczkę znam”.
Aktorka w roli trzecioplanowej wymieniana jako pierwsza?… makes sense.
Cud pański! Walentynkowa magia 11-stego lutego zamiast 14-stego!!!
*ZABIJCIE MNIE. ZABIJCE MNIE TERAZ*
Doceniam starania Piwnickiej, obsady i wszystkich, którzy maczali palce w tej inscenizacji „My Fair Lady”. Podziwiam ich poświęcenie, zaangażowanie i sympatię dla dzieła Lernera i Loewe’a, a także chęć ponownego sprowadzenia tego musicalu do Warszawy. Jednak fakt, że było to „wyjątkowe, jednorazowe” przedstawienie nie usprawiedliwia tak fatalnego wystawienia. Jeśli twórcom rzeczywiście zależało na odkurzeniu „My Fair Lady” z piętnastoletniego kurzu, trzeba było się zdecydować na porządne wystawienie – w teatrze z odpowiednim zapleczem, udźwiękowieniem, scenografią, kostiumami, z przemyślaną, sensowną reżyserią. Czemu Opera Śląska może mieć musical na dziesięć fajerek, a Warszawa nie może dostać tego samego? Myślałby kto, że 15-ście lat to odpowiednio długi okres czasu, by stara sztuka ponownie stała się warta wystawiania. Skoro to taki kultowy musical to czemu nie przywrócić go na afisz?

Ta inscenizacja „My Fair Lady” dobitnie udowodniła, że w wypadku teatralnych spektakli pełne, wielomiesięczne wystawienia, z tygodniami prób i przygotowań, są jedyną słuszną drogą. Wówczas można metodą prób i błędów dość do wyniku, który ostatecznie usatysfakcjonuje publiczność. A w momencie, gdy nie mamy takiej możliwości, należy pamiętać, że skoro już robimy “raz” to róbmy “ale dobrze”.

W wypadku jednorazowego występu nie będzie szansy na poprawę. A zawód pozostanie na zawsze. 

PS. Na deser – piece de resistance:
15 minut wybierałam nam miejsca, tak by Luby – człowiek wysoki – nikomu nie zasłaniał, a jednocześnie tak byśmy mieli dobry widok na scenę. No i żebyśmy nie zapłacili jakiś straszliwych pieniędzy, coby w tym miesiącu jeszcze na serek dla Myszy wystarczyło. Wybrałam miejsca w pierwszym rzędzie amfiteatru, na samym środku. Miejsca IDEALNE. Oto jaki widok nas przywitał po przyjściu:

 
To widok z mojego miejsca, ciut z lewej.
Luby widział tylko plecy pana kamerzysty.
… ręce opadają. Nikt nas nie uprzedził o ekipie filmowej, ani nie zaznaczył, że z tych miejsce widok może być ograniczony. Jestem w trakcie pisania reklamacji do organizatora imprezy. There will be blood. 

* “myszy czyste” to fragment polskiego tekstu ze sceny, gdy Eliza uczy się wymawiać frazę “W Hiszpanii mży, gdy dżdżyste przyjdą dni” (The rain in Spain stays mainly in the plain), ale z jej akcentem “mży” brzmi jak “mszy”, a “dżdżyste” jak “tczyste”. W efekcie “mży, dżdżyste” zmieniło się w “myszy, czyste”. I to był chyba najzabawniejszy żart z całego spektaklu.

 

  • Musicalu nie widziałam, natomiast to, co piszesz i o dźwiękowcach, i o reklamie, to chyba już zmora naszych czasów. Z jednej strony wszyscy chcą otrzymać jak najtaniej usługi, z drugiej zapominają o jakości, która jest ważna dla odbiorcy… I tak jak jeszcze mogę zrozumieć kiepskie nagłośnienie na darmowej, miejskiej imprezie odbywającej się na zewnątrz, nie mogę pojąć, jak można, nie dość, że zbezcześcić znany musical, to jeszcze kazać za to płacić. Nie wiem, ile zapłacono za te usługi, ale mam nadzieję, że robienie pewnych rzeczy po kosztach pójdzie wreszcie do lamusa

    P.S Mam nadzieję, że reklamacja zostanie przyjęta! :)

  • To mnie boli najbardziej – kompletny brak szacunku dla wystawianego dzieła. Bo mimo obecnego “rozpadu obyczajów” i robienia wszystkiego jak najmniejszych nakładem sił i środków, wydawałoby się, że teatr to jednak medium, gdzie większość rzeczy robi się z pasji do sztuki. Fakt, że tak zbezczeszczono kultowy musical autentycznie sprawia, że chcę wyjść na ulicę, łapać ludzi za fraki i pytać się “dlaczego?!”

    Pozostaje cieszyć się, że nie tylko ja uważam takie “lecenie po kosztach” za zmorę naszych czasów :)

  • Nie dziwię się Twoim odczuciom. Sama potrząsnęłabym kilkoma :)

    Ja też zawsze uważałam, że jeszcze teart i opera bronią się przed całkowitą komercjalizacją, a tym samym obniżaniem jakości. Bo nie ma w tym nic złego, że szuka się oszczędności, ale z drugiej strony powinno się zachować w pewnych kwestiach co najmniej przyzwoity poziom. A błędy merytoryczne czy, a może przede wszystkim słabe nagłośnienie, powinno być wyeliminowane przez zlecających. Tym bardziej, że widz nie wydaje małych sum na wizytę w teatrze – a takie przykre niespodzianki mogą zniechęcić wiele osób, które zdecydowało się wybrać na sztukę (jeszcze na znany musical!)

  • Też uważam, że opera i teatr – ogólnie “kultura wysoka” – powinny się bronić przez zbytnią komercjalizacją. Wydawałoby się, że słowo “wysoka” wręcz stoi w sprzeczności z takim pojęciem ;)
    I tak jak jestem w stanie wybaczyć błędy w programie (bo nikt nie wymaga by w PR pracowali ludzie inteligentni i oczytani) czy nudną scenografię i inscenizację, tak złego nagłośnienia wybaczyć nie mogę. Bo musical czy opera polegają przede wszystkim na głosach aktorów i to właśnie dla tego aspektu przychodzi widz (a przynajmniej ja oceniam takie dzieło na podstawie jakości śpiewu). A w momencie gdy przez fatalne nagłośnienie nie mogę nic usłyszeć, to jaki jest tego sens?!