Pani Mysza była chora i siedziała przed laptopem, czyli co nowego w serialach?

Nie wiecie która z nowych telewizyjnych produkcji warta jest Waszej uwagi? Mysz wyciąga pomocną dłoń i podsumowuje/ocenia piloty najnowszych seriali. Nawet w czasie choroby :)

Mysz zna się na kilku zagadnieniach. Wie co-nie-co o popkulturze, liznęła studiów językowych, uczęszczała na kurs makijaż i charakteryzacji, mieszkała w Stanach i w Japonii… ale jeśli na czymś się rzeczywiście zna, to na chorowaniu. Nie twierdzę, że jestem jakimś ekspertem, albo że moja wiedza medyczna jest większa niż przeciętnego lekarza w przychodni (choć pod pewnymi względami jest). Po prostu od 11-stego roku życia choruję na tyle często i momentami na tyle poważnie, że nabrałam już pewnego doświadczenia.

Stąd właśnie chwilowy zastój na blogu w ostatnim tygodniu. Widzicie, Mysz jest znowu chora – niestety tak to jest, jak się ma osłabioną odporność, człowiek łapie każdą zarazę, która panoszy się po mieście – i ledwo ma siłę siedzieć prosto, a co dopiero pisać, nie ważne czy krótkie posty na fanpage’u, czy długie, wnikliwe analizy na bloga. Nie wiem, jak Wy, ale Mysz, gdy jest chora, ma duże trudności z sensownym myśleniem. Zamiast mózgu mam w głowie kłęby waty, z nosa cieknie, jest na zmianę to zimno, to gorąco, mięśnie bolą i człowiek najchętniej nic, tylko by spał w ciepłym łóżeczku, z kartonem chusteczek pod ręką. Ewentualnie jęczał jaki to jest biedny, chorutki i nieszczęśliwy.

W związku z tą ograniczoną zdolnością umysłową, czas choroby nie jest najlepszą porą na pisanie notek czy recenzji. Jest za to idealną porą by nadrobić wszelkie serialowe/filmowe/książkowe zaległości. Człowiek chory jest na zwolnieniu (zazwyczaj, bo nie wszyscy mogą sobie na to pozwolić; takim ludziom serdecznie współczujemy) ma więc dużo czasu, który może poświęcić na popkulturę. I tak raczej nie rusza się z domu/fotela/łóżka, więc równie dobrze może czymś zająć swój czas. A ponieważ pochłanianie popkultury wymaga mniejszego wysiłku umysłowego, niż jej omawianie, choroba jest idealnym momentem na maratony serialowe. Nie insynuuje tutaj, że oglądanie filmów w ogóle nie wymaga myślenia, bo nie o to chodzi. Mówię o tym, że łatwiej jest siedzieć przez dwie godziny i „wchłaniać” w siebie treść z ekranu lub kartki papieru, niż usiąść przed komputerem i w miarę sensownie wylać z siebie słowa na papier. Stąd też brak notek w ostatnich dniach.

Ale za to, spędziwszy ostatni tydzień przed komputerem, jestem wreszcie na bieżąco z zaległymi serialami. No i udało mi się wreszcie obejrzeć wszystkie piloty nowych seriali (bo we wrześniu 2013 roku Mysz obiecała sobie, że obejrzy każdego pilota nowego sezonu, by każdemu serialowi dać taką samą szansę; za wyjątkiem Brooklyn Nine-Nine bo wprost nie trawię Andy’ego Samberga).

Nie wiem, jak Wy, ale Mysz zazwyczaj w czasach choroby ogląda głównie stare, dobrze znane filmy. Dzięki temu, jeśli mój wypełniony watą mózg się na moment rozkojarzy, nic nie stracę. Nie będę się zastanawiać czemu główny bohater właśnie włamuje się do tego budynku, ani o czym tak zawzięcie peroruje okrutny złoczyńca. Oglądając znany film wiem, że mogę się w dowolnym momencie „wyłączyć”. Jest jednak małe „ale”. Bo choć film znajomy pozwala nam odpłynąć myślami, właśnie dlatego, że jest znajomy, częściej do tego skłania. Oglądając film, który znamy na pamięć często błądzimy myślami gdzie indziej, zaczynamy surfować po Internecie, przeglądać jakąś gazetę… jaki jest więc sens w ogóle taki film włączać. Stąd Mysz podczas obecnej „zarazy” postanowiła oglądać wyłącznie nowe produkcje. Dzięki temu miałam gwarancję, że a) nie znudzę się zbyt szybko i będę w miarę pilnie śledziła akcję serialu, b) zapewnię sobie umysłowe exercise, próbując rozwikłać intrygę, dzięki czemu mój mózg nie zgnuśnieje kompletnie, c) będę skutecznie odwracała swoją uwagę od tego, że boli mnie każdy skrawek ciała, a rdzeń kręgowy zdał się upłynnić i wypływać mi nosem.

Dlatego dzisiaj zaprezentuję Wam na poły spóźnione podsumowanie kolejnych serialowych premier (a’la poprzednie wpisy o pilotach). Część z nich z pewnością już widzieliście – pewnie nawet widzieliście więcej niż jeden odcinek – ale pomyślałam, że warto wszystkie te nowości zawrzeć w jednym wpisie. A nóż-widelec ktoś trafi na coś ciekawego, o czym wcześniej nie słyszał?… a przecież wiemy nie od dziś, że nie ma nic fajniejszego niż zarażanie innych. Oczywiście pasją do fajnych seriali ;)

FlemingFleming: The Man Who Would Be Bond
(trailer) – premiera: 30 stycznia 2014

Twórcy: Mat Whitecross – reżyser (głównie filmy dokumentalne); scenariusz – John Brownlow (Sylvia) oraz Don MacPherson (The Avengers 1998)
Kto gra: Dominic Copper (Mamma Mia), Lara Pulver (Sherlock BBC), Anna Chancellor (The Hour), Samuel West (Howard’s End)

O co chodzi: Serial o tym, jak to Fleming w młodości został agentem tajnego wywiadu marynarki wojennej, tym samym stając się pierwowzorem dla stworzonej przez siebie po latach postaci Tajnego Agenta Jej Królewskiej Mości.

Werdykt:
Mam cokolwiek mieszane uczucia. Z jednej strony mini-serii BBC America z pewnością warto dać szansę – biografia Iana Fleminga jest sama w sobie bardzo ciekawa i smaczków w niej zawartych z pewnością wystarczy na stworzenie ciekawego scenariusza. Poza tym Dominic Cooper ma w sobie sporo charyzmy i uroku, dzięki czemu postać Fleminga, w innym wypadku sprawiająca wrażenie dość obcesowej, zyskuje sympatię widza. Co prawda trudno Coopera ocenić pod względem umiejętności aktorskich tylko na podstawie pilota, ale skądinąd (czyt. z innych filmów z filmografii tegoż aktora) wiem, że siedzi w nim całkiem utalentowane ekranowe zwierze. Dodatkowo mamy Larę Pulver (fani kojarzą ją jako The Woman z Sherlocka stacji BBC), która bezbłędnie sprawdza się w roli znudzonej życiem Ann O’Neill, z którą Fleming nawiązuje namiętny flirt. A także Annę Chancellor (w roli ) i Samuela Westa jako dowodzącego Fleminga.

Z drugiej strony… mam wrażenie, że czegoś w mini-serii zabrakło. Nie wiem, czy to kwestia pilota (pierwsze odcinki nie zawsze świadczą o jakości całego serialu), czy moich oczekiwań, ale Fleming wydaje się odrobinę płaski. Realia są dobrze przedstawione (kostiumy, scenerie), fabuła potrafi wciągnąć, postacie są sprawnie zarysowane, ich relacje w miarę wiarygodne… ale jakoś tak pusto na tym ekranie. Niby Cooper jest czarujący, ale gdzie mu tam do „prawdziwego” Bonda. Niby Pulver jest pociągająca i tajemnicza, ale gdzie jej tam do dziewczyn Bonda. Niby mamy intrygę, wojnę i szpiegów, ale mało w tym wszystkim akcji, mało zaangażowania, mało tempa. Możliwe, że mój zawód częściowo wynika z tego, że słysząc nazwisko Fleming automatycznie myślę „James Bond”. I zasiadając do mini-serii o twórcy najsłynniejszego agenta spodziewam się… cóż, takiego poziomu wykonania i takiej frajdy, jaką mam gdy oglądam kolejny przygody 007. A w Fleming momentami jest tak bardzo szaro-buro i życiowo, że w mojej głowie odbieram to jako dysonans.

Nie oznacza to jednak, że mini-seria BBC jest zła. Po prostu trzeba do niej mieć właściwie nastawienie. Fakt, że Fleming był pod pewnymi względami pierwowzorem Bonda nie oznacza jeszcze, że wszystko w jego życiu było tak ekscytujące, jak chciałaby nam wmówić popkultura. Może właśnie dlatego takie spokojniejsze, bardziej realistyczne ujęcie jest dokładnie tym, czego widzowie potrzebują. A Mysz, zmieniwszy nastawienie, z przyjemnością zasiądzie do kolejnego odcinka. Chociażby dlatego, że dawna nie widziała tak ładnie, nienachalnie pokazanych scen około-erotycznych.

PS. Ciekawostka dla fanów Sherlocka: w mini-serii pojawiają się dwie Ireny Adler – zarówno Pulver jak i Chancellor swego czasu grały tę postać na ekranie.

Ocena: 3/5

Black Sails

Black Sails
(trailer) – premiera: 25 stycznia 2014

Twórcy: Jonathan E. Steinberg (Jericho); Michael Bay (Transformers) – producent
Kto gra: Toby Stephens (Die Another Day), Tom Hopper (Merlin BBC), Zach McGowan (Shameless), Jessica Parker Kennedy (The Secret Circle), Mark Ryan (Robin of Sherwood)

O co chodzi: Prequel „Wyspy skarbów” Roberta Louisa Stevensona, dziejący się w Zachodnich Indiach, w okolicy New Providence Island (czyli Nassau), gdzie poznajemy kapitana Flinta – kierującego statkiem pełnym kłótliwych, żądnych łupów piratów – oraz młodego Johna Silvera, który ukrywa tajemną tajemnicę.

Werdykt:
Mysz, będąc wielką fanką (by nie powiedzieć szaloną fanką) serialu Spartacus stacji STARZ była bardzo ciekawa, jak w ich wydaniu wypadnie temat piratów. Po trylogii/tetralogii (jeśli ktoś uznaje czwórkę) Pirates of the Caribbean wydawało się, że piraci umarli śmiercią naturalną. A tu nagle mamy Black Sails, chodzą też plotki o serialu Crossbones z Johnem Malkovichem, mamy grę z serii „Assasin’s Creed” o piratach… widać, że morscy korsarze wbrew pozorom wciąż mają się dobrze.

Zasiadając do seansu stacji STARZ trzeba pamiętać o czterech rzeczach: krew, brutalność, golizna, seks. Jak na stację kablową przystało, STARZ nie cackają się z widzem i w ramach wywierania mocnego wrażenia nie wzbraniają się przed wykorzystywaniem dużej ilości brutalnych walk, gołych kobiecych piersi (a czasem także organów męskich), seksu i hektolitrów krwi. Tu jednak trzeba zaznaczyć, że fani tego typu produkcji mogą się na Black Sails poniekąd zawieść. Już w pierwszym odcinku widać, że STARZ próbuje stopniowo odchodzić od swojej renomy „krew, cycki i flaki” w stronę poważniejszego podejścia do tematu. Nie, że Spartacus nie był poważny, ale umówmy się – na pierwszy rzut oka był to film 300 w odcinkach, tylko że w scenerii starożytnej Italii.

W Black Sails wciąż mamy krew i goliznę, ale jest ich jakby mniej; momenty gdy owe się pojawiają są także lepiej przemyślane i wyważone. Co nie zmienia faktu, że obowiązkowo musiały się pojawić piratki-lesbijki (Mysz bywa bardzo płytkim gryzoniem i liczyła na to, że w serialu pojawi się ten wytarty stereotyp – przyznaję, że gdy go zobaczyłam, wyrzuciłam w górę pięść w geście zwycięstwa).

W pierwszym odcinku mamy jednak przede wszystkim intrygi, tajemnicę, budowania realiów przedstawionego świata oraz interakcji między poszczególnymi postaciami. Te zresztą wypadają najciekawiej, bo choć STARZ lubi zatrudniać mniej znane twarze (akurat fani seriali sporo osób rozpoznają) pilnują też, by zatrudnieni aktorzy mieli talent i pasowali do granych roli. Stąd jedną z największych zalet serialu jest obsada, w tym Toby Stephens w roli jednego z naszych głównych bohaterów, kapitana Flinta. Chociaż tu Mysz musi się przyznać, że mimo tajemnicy otaczającej postać Johna Silvera, jemu kibicuję jakby bardziej.

Jeśli kogoś kręcą okręty (he he) to z pewnością będzie zachwycony – serial dostarcza wszystkiego, czego powinien dostarczyć serial o piratach. Natomiast widzom, u których piraci nie wywołują nagłego przebierania nogami, Black Sails może się wydać trochę… rozwlekłe. Na podstawie samego pilota nie można stwierdzić, czy serial w pełni rozwinie żagle. Jak na razie zamiast emocjonującego ujeżdżania sztormu, mamy powolne zmierzanie do portu. Rejs nie zapowiada się na totalnie nudny, ale warto mieć pod ręką talię kart, gdyby morska podróż nie była w stanie na dłuższą metę utrzymać naszego zainteresowania. A teraz idę skoczyć za burtę, w ramach kary za te wszystkie „morskie” metafory ;)

Ocena: 4/5

Rake

Rake
(trailer) – premiera: 23 stycznia 2014

Twórcy: Peter Duncan (Children of the Revolution) – twórca oryginalnego serialu
Kto gra: Greg Kinnear (As Good As It Gets), Miranda Otto (The Lord of the Rings), John Ortiz (Fast & Furious), Tara Summers (Bostol Legal)

O co chodzi: Remake australijskiego serialu pod tym samym tytułem, a zadufanym w sobie, destrukcyjnym prawniku, którego klienci prawie zawsze są winni.

Werdykt:
… meh. *wzrusza ramionami*

Szczerze mówiąc, mam już trochę dosyć tak ostatnio popularnego schematu budowania postaci, który opiera się na tym, że mamy poczuć sympatię do nadętego, w gruncie rzeczy totalnie niesympatycznego buca. Dr. House, dwóch Sherlocków, Don Draper, Dexter… takich postaci jest ostatnio w telewizji na pęczki! Kolejny dodatek do tej długiej litanii, w postaci białego prawnika, który nie widzi nic zdrożnego w bronieniu (właściwie wyłącznie) winnych klientów, to chyba nie jest to, czego Mysz w tym momencie potrzebuje. Tak po prawdzie to wątpię, by ktokolwiek takiego serialu w tej chwili potrzebował.

Rake zebrał na razie umiarkowanie dobre recenzje (główną zasługę przypisuję tu Kinnearowi, który jest po prostu dobrym aktorem), ale Mysz skłaniałaby się raczej ku obejrzeniu oryginalnego australijskiego serialu, gdzie główną rolę gra fenomenalny Richard Roxburgh (Van Helsing, Moulin Rouge!). Ewentualnie, jeśli ktoś naprawdę chce oglądać komediowy serial o prawniku/ach, prędzej polecałabym Suits. Albo Myszy ukochane Franklin & Bash. Więcej humoru, mniej buconerii – basically, win-win. Na Rake chyba nie warto tracić czas.

Ocena: 2/5

looking

Looking
(trailer) – premiera: 19 stycznia 2014

Twórcy: Michael Lannan (w oparciu o krótkometrażówkę Lorimer); Andrew Haigh (Weekend 2011) – scenariusz
Kto gra: Jonathan Groff (Glee), Raul Castillo (Bless Me, Ultima), O.T. Fagbenle (I Could Never Be Your Woman), Murray  Bartlett (Girl Most Likely), Russell Tovey (Being Human UK)

O co chodzi: Codzienne życie grupki przyjaciół gejów we współczesnym San Francisco.

Werdykt:
Lata 90-te miały Queer As Folk. Wiek XXI też potrzebuje swojego serialu o homoseksualistach. Nie wiem co prawda, czy Looking ma szansę kiedykolwiek uzyskać status tak kultowego jak QAF (wątpliwe, ale nie ze względu na jakość, tylko zmiany kulturowe, które zaszły między latami 90-tymi a chwilą obecną), ale warto serial oglądać.

Looking to chyba jedna z Myszy ulubionych ostatnimi czasy produkcji HBO. Jedni lubią bitwy o władzę i ziejące ogniem smoki, inni prawdziwych detektywów, a jeszcze inni smutne życie współczesnych dziewczyn. A Mysz lubi na ekranie pooglądać sympatyczne perypetie z życia gejów. Fakt, że przy okazji mogę sobie popatrzeć na zadbane, przystojne męskie ciała też pewnie ma tu coś do rzeczy.

Żarty żartami, ale Looking to naprawdę kawał porządnej telewizji. Serial jest zabawny, bez szpanowania nadmierną „ynteligencją”, oraz życiowo prawdziwy, bez zbaczania w stronę depresyjnych klimatów (jak chociażby serial Girls). Wzięte z życia, autentyczne sytuacje przedstawione w serialu, a także świetnie odgrywani bohaterowie sprawiają, że serial zyskuje zadziwiającą uniwersalność. Widać też, że twórcy mają rozsądne podejście do tematu i nie starają się epatować erotyzmem, górnolotnymi przesłaniami, czy propagandą. Po prostu pokazują, jak mniej-więcej wygląda życie współczesnych gejów.

Oczywiście nie namawiam nikogo, komu nie po drodze z tematyką LGBT, ale jeśli ktoś lubi takie produkcje, albo chce serialowi dać szansę – gorąco zachęcam. Mysz już obejrzała trzy odcinki i z radością czeka na kolejne. Zwłaszcza, że podobno w serialu ma się ponownie pojawić Tanner Cohen, w którym Mysz nieszczęśliwie się kocha od czasu Were The World Mine.

Ocena: 4/5

The Musketeers

The Musketeers
(trailer) – premiera: 19 stycznia 2014

Twórcy: Adrian Hodge (Primeval); śmietanka brytyjskich reżyserów telewizyjnych
Kto gra: Tom Burke (Third Star), Santiago Cabrera (Merlin BBC), Peter Capaldi (Doctor Who), Luke Pasqualino (Skins)

O co chodzi: Kolejna odsłona – i powtórka z rozrywki – trzech (a właściwie czterech) dzielnych muszkieterów, znanych z prozy Aleksandra Dumas.

Werdykt:
Przyznam się do czegoś strasznego – istnieje dla mnie tylko jedna słuszna wersja Muszkieterów i jest to wersja Disneya (mowa o cudownie obsadzonym The Three Musketeers z 1993 roku, w którym występują Kiefer Sutherland, Charlie Sheen, Oliver Platt, Chris O’Donnell, Tim Curry i Rebecca De Mornay). Oczywiście każdy ma prawo do swojego gustu – niektórzy lubią, tak jak Mysz, wersję Disneya; inni wolą klasykę z Michaelem Yorkiem; niektórzy wolą swych muszkieterów w kwiecie wieku (The Man in the Iron Mask), a jeszcze inni lubią ich wywijających idiotyczne salta (D’Artagnan) lub kompletnie zagubionych w świecie steampunku (najnowszy The Three Musketeers, gdzie Orlando Bloom grał księcia Buckingham, for some reason). Zdaniem Myszy idealna ekranizacja Muszkieterów powinna zawierać w sobie: kupę uroku i wdzięku w wykonaniu tytułowych Muszkieterów (Portos musi być rubaszny i lojalny, Aramis szarmancki i tajemniczy, Atos osowiały i wisielczo-humorzasty, a D’Artagnan zapalczywy i pełen młodzieńczej werwy); ogromne poczucie humoru (nie lubię Muszkieterów na poważnie); ładnie opracowane walki; pociągającą Milady de Winter; knującego niecnie Richelieu; piękne stroje; ładne, epokowe widoczki; króla, którego warto bronić.

Serial BBC ma, na szczęście, wszystkie te cechy. Mamy ładne widoczki czeskiej Pragi, przepiękne stroje (Mysz ślini się na tłoczony w piękne wzory naramiennik Aramisa). Tom Burke jest wspaniale mrukliwym Atosem, którego Mysz ma ogromną ochotę przytulić i pogłaskać po smutnym pysiu. Santiago Cabrera to wymarzony Aramis – uwodzicielski, dowcipny, a przy tym troszkę tajemniczy (przez co jeszcze bardziej seksowny). Howardowi Charlesowi świetnie wychodzi granie Portosa, o ognistym temperamencie i krótkiej cierpliwości, a Luke Pasqualino jako D’Artagnan jest wprost uroczo wielkooki i niewinny. Do tego dochodzi Maimie McCoy w świetnie zagranej roli Milady de Winter (którą do tej pory, ze względu na Rebeccę De Mornay, zawsze wyobrażałam sobie jako blondynkę) oraz Peter Capaldi jako kardynał Richelieu. Chociaż w sumie do Capaldiego miałabym najwięcej pretensji, bo jego Richelieu jest jakiś taki… mało przerażający. Gdzie mu tam do Tima Curry’ego. Ciekawe za to wypada postać króla Ludwika XIII, który w tej wersji wydaje się o wiele bardziej skomplikowaną postacią, niż w innych ekranizacjach (gdzie zazwyczaj sprowadza się go do roli podnóżka królowej Anny i marionetki w rękach kardynała). Tutaj król to postać z krwi i kości, tchórzliwa, a jednocześnie odważna, inteligentna, a jednak trochę zadufana w sobie. W sumie Ludwik jest dla Myszy w serialu największym zaskoczeniem. To, i – jak na razie – brak mojego ukochanego Rocheforta („isn’t that a smelly type of cheese?”).

Poza tym serial nie zaskakuje, zwłaszcza w pilocie – dostajemy tu historię dobrze znaną wszystkim fanom „Trzech Muszkieterów”, choć nieco zmienioną. To co, Myszy zdaniem, odróżnia serial BBC od innych produkcji o muszkieterach to mocniejsze podkreślanie aspektów detektywistycznych. Do tej pory ekranowi Muszkieterowie głównie polowali na szpiegów. Przyjemnie więc było w pilocie zobaczyć ich umiejętności dedukcyjne (swoją drogą wcale niezłe). Z ciekawością czekam na to, co twórcy jeszcze nam pokażą – jakie wątki od imć Dumasa wsadzą do serialu, jakie pozmieniają, a jakie dodadzą od siebie. Takie wypatrywanie podobieństw/różnic to jedna z największych przyjemności fana popkultury.

Na razie wygląda na to, że The Musketeers będą się trzymali klasycznego, sprawdzonego przepisu na dobrą produkcję o muszkieterach. W sumie, po głupotce jaką byli Muszkieterowie z roku 2011, pozostaje tylko się cieszyć i zacierać łapki.

Ocena: 4/5

True Detective

True Detective
(trailer) – premiera: 12 stycznia 2014

Twórcy: Nic Pizzolatto; Cary Joji Fukunaga (Jane Eyre 2011) – reżyser
Kto gra: Matthew McConaghuey (Dallas Buyers Club), Woody Harrelson (The Hunger Games), Michelle Monaghan (Eagle Eye).

O co chodzi: Rozgrywająca się na przestrzeni kilkunastu lat (z przeskokami czasowymi w przód i w tył) historia dwójki detektywów z Louisany, którzy ścigają seryjnego mordercę.

Werdykt:
Okej, Mysz musi przyznać bez bicia, że bardzo nie chciała zasiadać do seansu True Detective. Wiedziałam z góry, że będzie to świetny serial dramatyczny, z wybitnymi rolami Woody’ego Harrelsona i Matthew McConaghueya; z mrocznym, gotyckim klimatem; z zawiłą, skomplikowaną, niejednoznaczną intrygą; z fascynującym seryjnym mordercą; ze scenami zbrodni, których nie powstydziłby się Hannibal; z upalnym, przytłaczającym klimatem zapyziałej Louisiany; z cudownymi widokami, tak wysmakowanymi, że sceneria jest praktycznie trzecim bohaterem serialu; z przeskokami czasowymi, które z jednej strony pozwalają nam poznać bohaterów na różnych etapach ich życia i relacji, ale także dodają pewnej tajemniczości, zagęszczają intrygę; z intensywnymi spojrzeniami, wymienianymi między dwójką bohaterów, którzy jak na milczących twardzieli z zapomnianej przez świat mieściny prowadzą zadziwiająco głębokie rozmowy o naturze człowieka, życiu i śmierci; ze świetnie napisanymi dialogami, ale także wybrzmiewającą ciszą, która czasem jest w stanie powiedzieć więcej niż tysiąc słów; z tak przygnębiającą aurą, że nawet szczeniaczek golden retrievera poczułby się przygnębiony…

To wszystko było dla mnie oczywiste, gdy zasiadałam do pilota True Detective. Na temat zalet serialu zdążyło się już zresztą wypowiedzieć wiele mądrzejszych ode mnie głów (w tym tych blogerskich), więc nikogo nie trzeba chyba przekonywać o tym, jak dobry, przemyślany i wysmakowany jest to serial.

Ale wszyscy Bogowie, duzi i mali, jaki on jest przygnębiający! Serio, Mysz dawno nie miała ochoty tak nikogo przytulić, jak postaci granej przez McConaghueya. To, jak ten facet wygląda i to o czym mówi sprawia wrażenie, że jego bohater dosłownie stoi nad grobem i wcale-a-wcale nie obchodzi go, że zaraz do mnie wpadnie. Hm, trochę jak Constantine, tylko z o wiele mniejszą dawką ironii.

Tak po prawdzie, to pilot True Detective był jednym z najdziwniejszych serialowych doświadczeń w życiu Myszy. Zazwyczaj mam tak, że albo pilot nie spodoba mi się wcale, stopniowo mnie do siebie przekona, albo od początku go pokocham. Pomijam, że i tak staram się serialowi dać więcej niż jeden odcinek (po tym, jak zakochanie się w Supernatural zajęło mi 12 odcinków, trudno się dziwić). Jednak z True Detective było zupełnie inaczej. Pierwsze pół godziny wynudziło mnie i przygnębiło tak straszliwie, że stwierdziłam „chrzanić to. Nie obchodzi mnie, że to świetny serial, nie zamierzam tracić na niego czasu”. A potem…nagle, jakby ktoś zapalił żarówkę, coś mi się odmieniło. Nie wiem, czy to dzięki postaci granej przez Michelle Monaghan (która wydaje się jedynym promykiem światełka, ciepła i normalności w tym całym gotyckim smęcie) czy dzięki – nareszcie! – zawiązaniu akcji i intrygi, ale kończąc pilotażowy odcinek zostałam z konkluzją „hm… kurczę. To może być zaskakująco ciekawy i dobry serial”.

Tak więc na pewno warto dać serialowi szansę. Kto wie, może ktoś dozna olśnienia, tak jak ja. A może nie – może odcinek zbytnio widza przygnębi. Najlepiej sprawdzić i przekonać się samemu.

Ocena: 4/5

Bitten

Bitten
(trailer) – premiera: 11 stycznia 2014

Twórcy: Grant Rosenberg (Masters of Horror) – producent; serial powstał w oparciu o książkę „Bitten” Kelley Armstrong (pierwszą z serii „Women of the Otherworld”
Kto gra: Laura Vandervoort (Smallville), Greg Bryk (Saw 3D), Paul Greene (The Newsroom), mnóstwo Kanadyjskich aktorów, o których nikt nie słyszał.

O co chodzi: Elena, jedyna na świecie kobieta-wilkołak, musi powrócić do rodzinnej posiadłości by razem z resztą swojej Sfory zapolować na Kundla (nielegalnego wilkołaka), który sieje w okolicy śmierć i zniszczenie

Werdykt:
Och, cóż to za przepyszny trainwreck, jak to mówią Amerykanie.

Umówmy się: od początku było wiadomo, że Bitten nie będzie zbyt dobrym serialem. Z całym szacunkiem dla Kanadyjczyków, ale ich produkcje telewizyjne – choć miewają cudowne poczucie humoru, fajne scenariusze i sympatyczne postacie (mówię na przykładzie uroczo kiczowatego, ale świetnego serialu Lost Girl) – są raczej średniej jakości. Kiepskie efekty specjalne, pewna sztywność, sztampowość, melodramatyczność… kanadyjskie seriale przypominają czasem kiepską literaturę pulp fiction przeniesioną na ekran. Bitten pod tym względem dodatkowo przypomina fatalnej jakości harlequinowo-paranormalny romans. I to z tego najgorszego gatunku, pseudo-Zmierzchowego, pseudo-„50 twarzy Greya”.

Mysz miała nieprzyjemność czytać książkę „Ugryziona” Kelley Armstrong i musi stwierdzić, że dawno nie czytałam czegoś tak niechlujnie napisanego i… bezcelowego. Jest wiele książek, które nie musiały powstać (w sensie bez nich świat by wiele nie stracił), ale „Ugryziona” jest tego koronnym przykładem. Książka jest płaska, postacie niesympatyczne, ich dylematy i rozterki zupełnie czytelnikowi obojętne, a wrzucane raz na jakiś czas sceny około-erotyczne są raczej żenująco śmieszne, niż podniecające.

Serial pod tym względem wychodzi trochę na plus, bo grający w nim aktorzy są zgrabnie zbudowani i oglądanie ich nago/półnago jest raczej doświadczeniem przyjemnym, ale nie zmienia to faktu, że dawno nie było na ekranach telewizyjnych tak niezręcznie zagranego, drewnianego, nudnego serialu.

Mysz ogląda go właściwie z trzech powodów: masochizm popkulturowy, miłość do wilkołaków i docenianie męskiej, przyjemnej dla oka formy. Ale tak naprawdę równie dobrze mogłabym oglądać ten serial na mute. Wartość byłaby taka sama, a przynajmniej nie musiałabym słuchać tych ciężkich, topornych dialogów.

Zdecydowanie nie polecam, chociaż z drugiej strony wcale nie jest tak, że aktywnie go odradzam. Kto wie, może są tu jacyś inni, wilkołaczy masochiści?

Ocena: 2/5

Enlisted

Enlisted
(trailer) – premiera: 10 stycznia 2014

Twórcy: Kevin Biegel (Cougar Town)
Kto gra: Geoff Stults (The Finder), Chris Lowell (Veronica Mars), Parker Young (Suburgatory), Keith David (The Thing)

O co chodzi: Trójka braci, dla których wojsko jest całym życiem, ląduje w jednym oddziale, tzw. „Rear D” (rear detachment – oddział żołnierzy, którzy zostaje „na tyłach” – zazwyczaj w ojczyźnie – by zajmować się bazą wojskową, rodzinami żołnierzy wysłanych na misje, itp.)

Werdykt:
Mysz ogromnie kibicowała tej komedii, bo trzon aktorski tworzy trójka szalenie lubianych przeze mnie aktorów. Geoff Stults swego czasu grał w spin-offie serialu Bones pt. The Finder, a facecie który był w stanie odnaleźć dowolną rzecz. Serial niestety nie zdobył widowni i szybko spadł z anteny, ale Stults wpadł mi w oko jako bardzo sprawny aktor komediowy. Parker Young znany jest z kolei fanom Suburgatory jako Ryan – szkolny osiłek-idiota o szczerym sercu i uśmiechu szczeniaczka, którego ktoś pogłaskał po brzuszku. Young jak nikt inny gra prostoduszne, prostolinijne postacie – momentami tak proste, że aż skrajnie głupie – których wprost nie da się nie polubić. Z kolei Chris Lowell znany jest aż nazbyt dobrze fanom serialu Veronica Mars (i nachodzącego filmu *skacze z radości*) jako Stash „Piz” Piznarski – ukochany Veronici, który walczył o jej względy z tak lubianym przez fanów Loganem. Mysz kochała Logana, ale kochała również Piza (taka jestem kochliwa, no!) i od tego czasu darzy Lowella ogromną sympatią.

Fakt, że ci wszyscy panowie spotkali się w komedii Kevin Biegela, twórcy Cougar Town (jeden z Myszy ulubionych seriali komediowych, bo jest ciepły, milusi i nie nigdy nie traktuje się zbyt serio) cieszy mnie tym bardziej. Zwłaszcza, że nikt nie wróżył serialowi wielkiego sukcesu.

Ale o dziwo, mimo kiepskiej oglądalności, serial zbiera bardzo pochlebne recenzje. Jednak najciekawsze jest to, że nikt właściwie nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego Enlisted jest takie przyjemne. Niby to kolejny schematyczny, prosty jak cep sitcom, na dodatek o amerykańskim wojsku, z którego z jednej strony nabijać się jest aż za łatwo, a z drugiej strony trochę nie wypada. Może to braterskie przekomarzanki między trójką bohaterów, może uzupełnienie oddziału braćmi zupełnie nietypowymi żołnierzami (kilka postaci jest przecudownych). A może zadziałała magia ekranu, która połączyła kilka przeciętnych składników, w ponad przeciętny serial.

Nie jest to może arcydzieło komedii, ale jeśli poświęcicie 20 minut na odcinek Enlisted, Mysz śmie twierdzić, że nie będzie to czas stracony.

Ocena: 3/5

Helix

Helix
(trailer) – premiera: 10 stycznia 2014

Twórcy: Cameron Porsandeh (nowicjusz w branży); przy scenariuszu pomagali m.in. Ronald D. Moore (Battlestar Galactica) oraz Steven Maeda (The X Files, Lie to Me).
Kto gra: Billy Campbell (The Killing), Hiroyuki Sanada (Sunshine), Neil Napier (300).

O co chodzi: Grupa lekarzy-naukowców z CDC (Centre for Dissease Control – Centrum Kontroli Chorób) zostaje wysłanych do Arktycznej jednostki naukowej, by powstrzymać potencjalny wybuch epidemii tajemniczego wirusa. Muszą się spieszyć, bo jednym z zarażonych jest brat głównego bohatera.

Werdykt:
Helix jest typem serialu po który Mysz,  w normalnych warunkach, nigdy by nie sięgnęła. Klimaty stricte horrorowe, czy mocno thrillerowe, na dodatek z klimatem bardzo przypominając The Thing Carpentera to wybitnie nie jest to, co Myszy lubią. Mysz jest łatwo strachliwa, boi się ciemnych, zimnych miejsc, nie lubi zombie (oglądanie pierwszych dwóch sezonów The Walking Dead to była dla mnie tortura; przyjemna, ale tortura), a na dodatek Mysz pracuje w Instytucie naukowym, i wie jak beztrosko czasem w takich jednostkach laboranci obchodzą się z próbkami. Oczywiście nie bada się tam niczego super-niebezpiecznego, ale raz na jakiś czas trafi się jakieś E.coli albo inna zaraza. Nie sugeruję, że Mysz pracuje w miejscu groźnym, ale z jakiegoś powodu temat „nagle wybuchającej zarazy” mało ją bawi, a bardzo, BARDZO przeraża. Jak to mówią, the subject hits a bit too close to home.

Biorąc to pod uwagę, myślę że należy mi się jakiś wielki kubek gorącej białej(!) czekolady za to, że udało mi się przetrwać dwa pierwsze odcinki Helix. Serial nie jest wcale tak straszne jak się bałam, ale nie jest to też przechadzka w parku. Pierwszy odcinek dość szybko i sprawnie przedstawia nam zalążek intrygi – wirus nieznanego pochodzenia, szybko mutujący, przejmujący kontrolę nad ludźmi, dążący do jakiegoś sobie tylko znanego celu. Do tego naukowcy wielkiej firmy farmaceutycznej, którzy sprawiają wrażenie bardziej pomocnych, niż są w rzeczywistości. Oraz malutka ekipa lekarzy z CDC, którzy próbują powstrzymać zarazę i może, przy okazji, nie dać się zabić.

Budowanie napięcia jest w serialu świetnie rozegrane, choć niektóre twist fabuły stosunkowo łatwo przewidzieć. Aktorstwo – w wykonaniu aktorów, których w większości pierwszy raz widziałam na oczy – momentami bywa drewniane, ale ponieważ postacie muszą głównie skupiać się na warstwie naukowej i rozwikłaniu zagadki wirusa, widz nie musi znosić zbyt wielu ckliwych, emocjonalnych momentów.

Do tego dodajmy kwestię ograniczonej przestrzeni (odizolowana Arktyczna baza naukowa), która tylko dodaje serialowi napięcia, oraz fantastycznie creepy aktorstwo w wykonaniu Neila Napiera, czyli naszego głównego zainfekowanego. Dawno tak upiornie nie bałam się czyjejś twarzy, jak w Helix.

Z pewnością nie jest to serial dla tych o „wątłych duszach”, ale jeśli kogoś kręcą tematy zmutowanych wirusów a’la I Am Legend pomieszanych z The Thing oraz odrobinką klimatu pierwszego Resident Evil, może dać Helix szansę. Ale jeśli będziecie mieć potem problemy z zaśnięciem, pamiętajcie – ja tu tylko sprzątam.

Ocena: 3/5

Intelligence

Intelligence
(trailer) – premiera: 7 stycznia 2014

Twórcy: Michael Seitzman (North Country)
Kto gra: Jose Holloway (LOST), Meghan Ory (Once Upon a Time), Marg Helgenberger (CSI), Michael Rady (The Sisterhood of the Travelling Pants), John Billingsley (Star Trek: Enterprise), P. J. Byrne (The Game)

O co chodzi: Agent wywiadu zostaje wyposażony w super-tajny mikrochip, który wszczepiony do mózgu umożliwia mu bezpośrednie połączenie się z globalną siecią informacji (telekomunikacja, Internet, satelity, etc.).

Werdykt:
Obok The Blacklist jedno z największych zaskoczeń sezonu. Mysz nie przepada za Joshem Hollowayem (co jest tym dziwniejsze, że zazwyczaj jak go już oglądam to wcale mi nie przeszkadza), a i opis serialu wydawał się zbyt zbliżony do serialu Chuck, by Mysz zainteresować. Tym bardziej, że akurat w Chuck najbardziej lubiłam ukłony w stronę nerdów i komediowy charakter serialu. Z kolei Intelligence zapowiadało się na poważny, kryminalno-thrillerowy serial szpiegowsko-polityczny. Nawet obecność lubianej przeze mnie Meghan Ory nie była w stanie przekonać mnie do obejrzenia pilota. Ale postanowiłam sobie wyzwanie, że obejrzę wszystkie piloty, więc muszę obejrzeć wszystkie.

Jakie było moje przemiłe zdziwienie, gdy okazało się, że serial nie dość, że ma sympatycznych bohaterów, ciekawe historie oraz przyzwoite efekty specjalne, wcale nie traktuje się tak serio, jak by to wynikało z opisu. Jak na serial o dość, mimo wszystko, poważnych zagadnieniach natury politycznej, jest w nim miejsce na dość luźne, ale nie infantylne poczucie humoru, oraz całkiem sporo nerdowskich odniesień.

Oczywiście nie zabraknie nam tu wątku tragicznej szpiegowskiej miłości – włącznie z wątkiem (domniemanej) zdrady narodu – a także will-they-won’t-they relacji łączącej parę naszych głównych bohaterów, ale nawet te ościste kęsy można z łatwością przełknąć. Duża zasługa w tym charyzmy Hollowaya i naturalnego uroku Ory. Brawa także dla Helgenberger, która w roli szefowej głównego bohatera pokazuje – tak rzadko widywaną w telewizji – postać kobiety-szefa, która potrafi być twarda, a jednocześnie, pod twardą powłoką, ukrywać ogromne serce.

Mysz z ogromną przyjemnością obejrzała wszystkie wypuszczone do tej pory odcinki i nie może się doczekać na więcej. Takie nietypowe połączenie powagi i humoru – jakby połączyć pomysł z Chucka z klimatem Homeland – okazało się być idealnym przepisem na fajny, sympatyczny serial.

Miejmy nadzieję, że w następnym sezonie nie będzie już żadnych szpiegowskich seriali. Biorąc pod uwagę, jak ogromnie mi się spodobało The Blacklist i Intelligence, chyba już wiem co, oprócz „wątków paranormalnych” mogę dopisać na swoją listę ulubionych serialowych tematów.

Ocena: 4/5

Z pozostałych, w miarę nowych seriali, na obejrzenie wciąż czekają Once Upon a Time in Wonderland oraz Atlantis. Z kolei Almost Human Mysz pokrótce zrecenzowała na fanpage’u (a nie chcę się powtarzać), a Ground Floor to taka prosta, nieskomplikowana, nie wybijająca się ponad przeciętność komedyjka, że właściwie nie ma czego i komu polecać. No chyba, że ktoś tak jak Mysz jest fanem Skylara Astina.

A tak poza tym to Mysz jest po finale trzeciego sezonu American Horror Story i ma z Ryanem Murphym na pieńku. Ostatnio też – w ramach poszerzania miłości do seriali szpiegowskich – urządza sobie maraton pierwszego sezonu The Americans i jest tak okropecznie zachwycona, że właściwie to słów jej brak. Jak je odzyska, może będzie z tego notka.

A na koniec zimowy jeleń.

Bo teraz czekamy na premierę drugiego sezonu Hannibala!!!!

Deer