Rosjanie też kochają swoje dzieci. Rzecz o “The Americans”.

Niespodziewanie dla samej siebie, Mysz zachwyca się serialem “The Americans”. Warto go oglądać, och tak bardzo warto!

 

Zacznijmy może od tego, że dla Myszy szpiedzy zawsze kojarzyli się przede wszystkim z Jamesem Bondem, ewentualnie Jasonem Bournem. Dużo akcji, strzelania, zdrady i intrygi, czasem także piękne kobiety, niebezpieczne podrywy, wymyślne gadżety, nowinki technologiczne i spiskowe teorie, gdzie nikt nie jest tym za kogo się podaje.
W porównaniu do tych szpiegów na których się wychowałam, serial The Americans wydawał się kompletnie nie trafiać w moje gusta. Po pierwsze dzieje się w latach 80-tych Zimnej Wojny. Mysz akurat bardzo lubi ten okres, ale bynajmniej nie ze względu na aspekty historyczno-polityczne, a bardziej te kulturowe. Po drugie: thrillery szpiegowskie kręcone na poważnie – bo jakby na to nie patrzeć Bondy są przede wszystkim filmami akcji, a thrillerami szpiegowskimi w drugiej kolejności – potrafią mieć dość wolne tempo i przygnębiający klimat. Przykładem niech będzie tu Tinker, Tailor, Soldier, Spy, który jest fantastycznym filmem, ale już po kostiumach postaci i kolorystyce ujęć wiemy, jaki film będziemy oglądać – wnikliwy, psychologiczny i depresyjny. Owszem, intrygujący, ale dla przeciętnego widza dość, mimo wszystko, nudny. Po trzecie: serial opowiada o rosyjskich szpiegach KGB, którzy od lat pozorują normalne życie jako przeciętna amerykańska rodzina. Rosjanie, niestety, często kreowani są w Amerykańskiej popkulturze na „tych złych”. Realia historyczne serialu tym bardziej skłaniają do takiego ujęcia tematu – w ówczesnych czasach Związek Radziecki był największym wrogiem USA. Poza tym, jak wiarygodny może być serial, gdzie Suburban!Dad i Soccer!Mom co noc wymykają się z domu, podczas gdy ich dzieci smacznie śpią, by wspólnie realizować tajne, radzieckie misje i uwodzić pracowników amerykańskiego wywiadu?… brzmi równie niepoważnie co fabuła Mr. & Mrs. Smith, prawda? A umówmy się – tamten film/serial raczej nie brał się na poważnie.

Te i wiele innych wątpliwości miała Mysz, gdy po raz pierwszy usłyszała o serialu The Americans.

Standardowy rodzinny obiadek  na amerykańskich przedmieściach.
Czy rzeczywiście?
Choć szczycę się tym, że oglądam naprawdę dużo seriali, nie oznacza to, że oglądam wszystko, co akurat leci na antenie. Pewne rzeczy mnie zwyczajnie nie interesują i omijam je celowo, inne po prostu przemykają pod moim radarem i musi minąć trochę czasu zanim o nich ponownie usłyszę. The Americans wpasowało się w oba te przypadki – gdy serial powstawał, powzięłam decyzję, że nie będę go oglądać. Rosyjscy szpiedzy w latach 80-tych? Zimna Wojna, polityka, poważny klimat, depresyjna aura… to nie dla mnie. Zapomniałam o serialu na prawie rok, a gdy już wpłynął z powrotem w mój zasięg, było to na fali szalenie pochlebnych komentarzy. I to komentarzy od osób, które tak jak Mysz nie przepadają za tego typu fabułami! Pochwałom wprost nie było końca, zarówno pod względem prezentowanych historii, aktorstwa, postaci, intrygi, jak i świetnie dobranej muzyki (uwaga, spoilery w artykule!).
Mysz jest niestety przekornym stworzeniem i reaguje niechęcią na takie „powszechne zachwyty”. Gdy jednak blogerka Noida zaczęła mnie do serialu zachęcać, pomyślałam „A co mi tam, obejrzę pilota. Najwyżej stracę 45 minut”. Jak się okazuje spędziłam przy The Americans o wiele więcej czasu. Ale w żadnym wypadku nie był to czas stracony.
Rozprawmy się najpierw z pierwszym z moich pierwotnych zarzutów: umieszczenie akcji w latach 80-tych Zimnej Wojny sprawia, że serial jest nudny; ewentualnie: trzeba dobrze orientować się w realiach historycznych, by zrozumieć akcję serialu.
 
Czyżby tango z nożem?…
Pan i Pani Smith byliby dumni.
… I tak i nie. The Americans w żadnym wypadku nie jest serialem nudnym. Owszem, realia historyczno-polityczne w nim są dość istotne, ale nie są najważniejszym aspektem. Zamiast tego uwaga widza – a także jego emocjonalne przywiązanie – skupia się na głównych bohaterach serialu, małżeństwie Jennigsów. Elizabeth i Philip to zupełnie normalna para: mają dwójkę dzieci, wspólnie prowadzą biuro turystyczne, jedzą obiad, odbierają dzieci ze szkoły, grają w squasha… ale pod tą fasadą przeciętnego małżeństwa kryje się para wyszkolonych rosyjskich oficerów wywiadu, którzy paręnaście lat wcześniej zostali razem „zeswatani” i przemyceni do USA, by tam, na tyłach wroga, siać zamęt na rozkaz KGB.
Twórcy serialu wykazali się niesamowitym sprytem i wyczuciem umieszczając w centrum akcji parę rosyjskich szpiegów, którzy udają małżeństwo. Dzięki temu udało im się zahaczyć o trzy bardzo istotne kwestie, która sprawiają, że The Americans przez 13-ście odcinków bez problemu jest w stanie utrzymać uwagę i zaangażowanie widza. Mamy więc same aspekty szpiegowskie – zaszyfrowane wiadomości, przebrania, uwodzenie, przekabacanie agentów, skrytobójcze misje, podsłuchiwanie, etc.

Te elementy nie byłyby jednak nie takie intrygujące, gdyby nie konflikt emocjonalny między Philipem i Eilzabeth. Z jednej strony to profesjonaliści, którzy spędzili ostatnie 13-ście lat udając rodzinę. Z drugiej strony, to wciąż para w gruncie rzeczy zupełnie sobie obcych ludzi, którzy w sytuacjach zagrożeniach życia – i bezpieczeństwa narodowego – muszą sobie w pełni zaufać. A przecież na linii jest nie tylko ich życie, czy życie ludzi w ich ojczyźnie, ale także życie ich dzieci, które – choć urodziły się w USA – mogą zostać deportowane, jeśli wyjdzie na jaw prawda o prawdziwej tożsamości ich rodziców.

Wszelkie uczuciowe przepychanki, które w normalnych warunkach mają miejsce między dwójką ludzi przeciwnej płci, są w The Americans dodatkowo podkręcone przez fakt, że nasi bohaterowie są małżeństwem. Może nie na papierze – bo w istocie nigdy nie wzięli ze sobą ślubu – ale pod względem stricte życiowym, Jennigsowie muszą sobie radzić z takimi samymi problemami, jak każde inne małżeństwo. Tylko u nich jest jeszcze ciekawiej, bo na dodatek są szpiegami. I to takimi szpiegami, którzy czasem… sypiają z innymi ludźmi. Albo ich zabijają. Ich związek to przedziwna i fascynująca walka z drugim człowiekiem, ale także z samym sobą. Uczuciowy push-pull, w którym ludzie świadomie się odpychają, by następnie podświadomie dążyć do ponownego połączenia się. Wzajemne eskalowanie konfliktów – na linii małżeństwo-szpiegostwo i odwrotnie – sprawia, że The Americans świetnie utrzymuje stały poziom napięcie. W efekcie widz, którego znużą aspekty stricte szpiegowskie, będzie mógł skupić swoją uwagę na kontekście uczuciowym. Zakładając, oczywiście, że interesują go relacje międzyludzkie.

Przebrania, które przywdziewają Jennigsowie
to jeden z fajniejszych elementów wizualnych serialu.
Mamy więc aspekty szpiegowskie i emocjonalne. Dodajmy jeszcze do tego aspekt edukacyjny. Dla Polaków, którzy na sytuację między Rosją a USA mieli zupełnie inny “punkt widzenia”, serial może być ciekawym doświadczeniem – pozwala spojrzeć na konflikt “od wewnątrz”, ale także “z zewnątrz”, odseparowując nas od naszego historycznego, patriotycznego bagażu. Sądzę jednak, że The Americans największe wrażenie wywrze nie na Polakach, a na samych Amerykanach. Tak jak kiedyś Rosjanie byli indoktrynowani w nienawiści do USA, tak w Stanach wciąż istnieją pozostałości przeświadczenia, że wszystko co złe na tym świecie, to wina Rosjan. Puszczanie w amerykańskiej telewizji serialu, który pokazuje Rosjan jako… w gruncie rzeczy Amerykanów, takich samych jak przeciętny John czy Jane, jest genialnym w swej prostocie rozwiązaniem. Dzięki temu Amerykanie mają okazję nie tylko przekonać się, jak konflikt Zimnowojenny wyglądał od strony rosyjskich agentów mieszkających w Stanach, ale także zrozumieć, że byli to ludzie, tacy jak my. Owszem, szpiedzy, ale przede wszystkim ludzie mający własne życie, własne problemy: dzieci, pracę, czy kłótnie o niewyrzucone śmieci.
Dla nas ten aspekt może się wydawać nieistotny, ale dla Amerykanów tzw. illegals (Rosyjscy agenci, którzy udają Amerykanów) to wciąż aktualny problem. Nie tak dawno jak w 2010 roku, FBI odkryło 10-ciu rosyjskich agentów operujących na terenie Stanów Zjednoczonych. Dla przeciętnego Amerykanina było to nie do pomyślenia: Rosjanie? Tutaj?! Ale jak to?… serial The Americans ma szansę chociaż w pewnym stopniu uświadomić im, jak wygląda życie takich agentów. I, co ważniejsze, w jakim celu oni tu właściwie przyjeżdżają.
Nie ma to jak subtelny komunizm,
jako tło namiętnego pocałunku.
Tu wracamy do wcześniejszego zarzutu: że trzeba znać historię, by w pełni docenić i zrozumieć fabułę The Americans.

Otóż nie. Owszem, znajomość historii – przede wszystkim tego jak wyglądał konflikt amerykańsko-rosyjski – może nam wiele ułatwić, poszerzyć obraz sytuacji. Ale nie jest to konieczne. Poprzez skupienie akcji przede wszystkim na codziennym życiu i wewnętrznych przeżyciach bohaterów – nie tylko naszej głównej pary szpiegów, ale także polujących na nich agentów FBI – kontekst historyczny schodzi na dalszy plan. Poza tym The Americans bardzo stara się najważniejsze punkty tłumaczyć, czy to przez dialogi, urywki wiadomości z telewizora w tle, czy poprzez inną formę ekspozycji. Innymi słowy nawet taki historyczny dyletant jak Mysz będzie w stanie się połapać w tym: co, kto i dlaczego.

Ciekawie też wypada aspekt technologiczny. Bond ma o tyle łatwiej, że z biegiem lat – i kolejnych wcieleń – udało mu się dotrwać do epoki, w której szpiegowanie jest jednocześnie prostsze i o wiele trudniejsze. Jednak dopiero seans The Americans może widzowi uświadomić jak trudnym zadaniem był zagraniczny espionage, w czasach gdy nie było telefonów komórkowych, Internetu, czy nawet porządnego sprzętu do nagrywania. Mysz z ogromną przyjemnością obserwowała rozmowy odbywające się z budek telefonicznych, czy nieporęczne, cegłowate dyktafony, na które nasi szpiedzy nagrywają tajne informacje. Strona wizualna to zresztą kolejny ciekawy aspekt serialu: stroje, mieszkania, samochody, sprzęty użytkowe… wszystkie te elementy są wybierane z niesamowitą dbałością o detale. Dzięki temu widz może tym głębiej zanurzyć się w świat serialu.
“Tyle razy ci mówiłam, żebyś nie kupował tej tandetnej tapety!”
Drugim Myszy zarzutem względem The Americans było wolne tempo i brak akcji. Rzeczywiście, tempo serialu nie należy do karkołomnych, ale fabuła nie nuży. Twórcy zadbali o odpowiednie rozmieszczenie emocjonujących momentów i twistów fabularnych, a pojawiające się raz na jakiś czas sceny ucieczek, pościgów czy bójek są dodatkową iskrą. Należy jednak mieć na uwadze, że nie jest to serial z gatunku „zabili go i uciekł”. Tu nie są ważne wybuchy i strzelaniny, a kuluary szpiegostwa – sekretne spotkania, tajne rozmowy, zaszyfrowane misje. Jeśli ktoś szuka w serialu akcji, lepiej sobie The Americans odpuścić. Ale jeśli chce czuć stałe, niesłabnące napięcie, z pewnością jest to serial, któremu powinien dać szansę.
Żeby nie było, The Americans nie jest pozbawione pewnych minimalnych wad czy przekłamań. Choć serial został wymyślony przez byłego agenta CIA i każdy scenariusz jest konsultowany z odpowiednimi agencjami, trzeba pamiętać, że w istocie życie szpiega jest bardzo nudne. To głównie czekanie na rozkazy, przeglądanie papierów, wysyłanie w teren agentów… Twórcy zdają sobie z tego sprawę i dlatego pozwoli sobie na drobne „podkoloryzowanie” realiów. W istocie illegals tacy jak serialowi Jennigsowie raczej rzadko wykonywali karkołomne misje z narażaniem życia. Rzadko szpiegują, podsłuchują czy podkładają bomby. Od tego są agenci, dla których illegals są swoistymi opiekunami, kontrolerami. Gdyby The Americans chciało w 100% oddać realia życia takiego ukrytego, “uśpionego” szpiega, byłby to niesamowicie nudny serial. Poprzez przeniesienie na Jennigsów zadań, które w normalnych warunkach wykonywałby kto inny, twórcy zapewnili sobie wiele ciekawych, emocjonujących ścieżek, którymi mogą poprowadzić akcję.
…wcale nie gapię się na jego muskuły. WCALE.
Także wyszkolenie w sztukach walki jest odrobinę naciągane. Illegalsbyli zazwyczaj zwykłymi ludźmi, zwerbowanymi przez KGB. Nie mieli specjalnego szkolenia w użyciu broni czy technikach obronnych. Podobnie wygląda kwestia języka. W serialu, para głównych bohaterów mówi z perfekcyjnym amerykańskim akcentem. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że jest to fizycznie niemożliwe, biorąc pod uwagę, że uczyli się tego języka zaledwie 13-ście lat wcześniej (będąc w wieku mocno nastoletnim, czy wręcz studenckim). Istnieją wiarygodne badania, według których nauczenie się obcego języka, tak by całkowicie wyzbyć się naleciałości języka ojczystego, jest możliwe najdalej do 11-stego roku życia. Mysz, która mając lat 5 spędziła dwa lata w Stanach jest na to dowodem – mówi po angielsku z amerykańskim, nie polskim akcentem. Późniejsze 20+ lat spędzonych w Polsce trochę ten akcent spłyciło, ale w chwilach zdenerwowania wciąż gadam jak dzieciak z USA. Stąd perfekcyjne amerykańskie akcenty naszych bohaterów są jednym z najbardziej nieprawdopodobnych elementów serialu. Tym bardziej, że prawdziwi agenci KGB zazwyczaj miewali obce akcenty, a ich fałszywe tożsamości w jakiś sposób to uwzględniały. Łatwo jednak zrozumieć, czemu twórcy zdecydowali się na pure American akcent. Dzięki temu łatwiej uwierzyć w asymilację naszych bohaterów, a z kolei widzom Amerykańskim łatwiej się z nimi utożsamiać.
Język jest zresztą jednym z Myszy ulubionych aspektów tego serialu. Ponieważ obserwujemy akcję nie tylko z punktu widzenia Jennigsów, czy polujących na „Ruskich” agentów FBI, ale także Rezydentury KGB, w serialu pojawia się sporo dialogów w języku rosyjskim. Twórcom bardzo się chwali wybranie do ról Rosjan aktorów, którzy bez problemu posługują się tym językiem. Co jest o tyle ciekawe, że w serialu pojawia się także motyw polski w postaci Andrzeja Bielawskiego – polskiego działacza, który ma przemawiać przed Zgromadzeniem Narodów Zjednoczonych i planuje udać się do Paryża, by tam ustanowić polski rząd na wygnaniu, w opozycji do komunizmu i rządów Rosji. Twórcy nie mieli problemu ze znalezienie aktora, który mówi po angielsku z polskim akcentem (Andrzej Krukowski) i na dodatek zna rosyjski. Z kolei rosyjskiego generała – mówiącego zarówno po angielsku jak i po rosyjsku z rosyjskim akcentem – gra jeden z Myszy ulubionych polskich aktorów w USA, Olek Krupa. Wydawałoby się więc, że skoro w amerykańskim serialu można zatrudnić ludzi, którzy będą w miarę sprawnie przeskakiwać z jednego języka na drugi (i zachowywać przy tym odpowiedni akcent), nie powinny pojawić się żadne zgrzyty.

A jednak znalezienie aktorki, która mówiłaby w bezbłędnym angielskim, polskim i rosyjskim (każde z odpowiednim akcentem) już przerosło możliwości The Americans. Pojawiające się w serialu 2-3 linijki polskiego – które mówi rosyjska agentka urodzona w Polsce, ale udająca amerykankę – są tak fatalne, że gdyby nie angielskie napisy, Mysz by ich z pewnością nie zrozumiała. Dla lingwisty jest to tym smutniejsze, że po raz kolejny zwraca naszą uwagę na to, jak mało wiarygodny (pod względem realizmu) jest czysty amerykański akcent naszych głównych bohaterów. Ale możliwe, że przemawia przeze mnie zawodowe skrzywienie i dla przeciętnego widza nie jest to istotne. Podejrzewam, że 75% Amerykańskich widzów i tak nie odróżniłoby polskiego od rosyjskiego. Nawet gdyby ów język wyskoczył z krzaków, kopnął ich w tyłek i zamachał przed oczami odpowiednią flagą.

Gdyby Jennigsowie wiedzieli, jak bardzo technologia szpiegowska
pójdzie naprzód w ciągu następnych dziesięcioleci…
Trzeci mój zarzut dotyczył realizmu serialu. Jego ramy fabularne – rosyjscy szpiedzy od lat mieszkający w USA i udający Amerykanów – wydaje się pomysłem mocno naciąganym. Tu jednak Mysz zaczęła się zastanawiać: dlaczego? Przecież wiemy z historii, także współczesnej, że tego typu manewry wywiadowcze rzeczywiście miały miejsce. Wspominałam, że nie dalej jak w 2010 roku, FBI wykryło 10-ciu rosyjskich agentów, którzy żyli na terenie USA „w uśpieniu”. Doszłam wreszcie do wniosku, że to wszystko wina popkultury. Ile razy oglądaliśmy przesadzone, przekoloryzowane filmy – tak, piję tu też trochę do Bondów – które choć opowiadały w miarę prawdziwe historie (lub oparte na takowych) wydawały się szalenie nierealistyczne?… Popkultura tak nas przyzwyczaiła, że każda intryga ma drugie dno, nikt nie jest tym za kogo się podaje, a spiskowe teorie dziejów czyhają na każdym kroku, że w pewnym momencie zaczynamy fakty historyczne i rzeczywiste wydarzenia traktować jako rodzaj miejskiej legendy. Możliwe, że tylko Mysz tak ma. Ale kto z Was, słysząc „uśpieni Rosyjscy agenci”, nie myśli w pierwszej kolejność: „Aha, jasne. A tu mi kaktus wyrośnie”.
Ta nieprawdopodobność – to, że na myśl o tajnych szpiegach człowiek w pierwszej kolejności reaguje cynicznym śmiechem – jest zresztą w serialu ciekawie wykorzystana. Wspominałam, że w The Americans obserwujemy wydarzenia nie tylko z punktu widzenia Jennigsów, ale także agentów FBI, którzy mają za zadanie ścigać (czy też raczej odnajdywać) mieszkających w USA illegals. Co więcej, na ekranie obserwujemy nie tylko przepychanki między FBI, KGB a naszymi bohaterami. Oprócz “wielkich” konfliktów, oglądamy także batalie nieco mniejszego kalibru m.in. pełną napięcia relację Jennigsów z ich sąsiadem „zza płota”, który – jak się okazuje – jest agentem FBI. I to agentem, który nie ma pojęcia kim są jego sąsiedzi. Oczywiście dla wtajemniczonego widza wydaje się to nieprawdopodobne: „Stary, jak możesz nie widzieć, że twoi sąsiedzi to szpiedzy?! Przecież jesteś agentem FBI!”. Ale właśnie ten aspekt serialu pokazuje, jak przedziwnym konceptem, nawet w czasach Zimnej Wojny, byli llegals.

Konflikt FBI i KGB nie był schludną i zwinną zabawą w kotka i myszkę, a raczej w podwójną ciuciubabkę. Ewentualnie, rozgrywkę w szachy, gdzie obaj gracze mają zakryte oczy – niby poruszają swoje figury po planszy, ale tak naprawdę nie wiedzą ani jakiego kształtu i rozmiaru jest plansza, ani gdzie są figury przeciwnika. Dzięki temu powszechnemu poczuciu niewiedzy i dezinformacji, serialowe napięcie – już i tak sprawnie podkręcone – zostaje mocniej podśrubowane. Pierwszy sezon The Americans zdaje się niewidzialną pułapką, która powoli zacieśnia się wokół widza, by w finale niespodzianie złapać za gardło. Jedyne, na co człowiek ma siłę w takiej chwili, to zakrzyknąć: “Drugi sezonie, gdzie jesteś?”.

Ciężkie jest życie alfonsaszpiega…
Jednak wszystkie te aspekty – kontekst historyczny, zawiła intryga, wciągająca fabuła, emocjonalne rozterki – byłyby niczym, gdyby nie wspaniali aktorzy, którzy z wyczuciem i talentem grają swoje role. Najgłośniejsze pochwały zbiera walijski aktor Matthew Rhys (znany widzom Brothers & Sisters czy ostatnio Death Comes To Pemberley) w roli Philipa Jennigsa. Philip to Myszy ulubiona postać, łącząca w sobie cechy dobrego ojca, bystrego agenta i przykładnego męża. Oczywiście każda z tych cech zawiera w sobie jakieś „ale”. Jako ojciec, Philip ukrywa przed dziećmi swą prawdziwą tożsamość, a także wszelkie „służbowe” konflikty, w jakie wchodzi z Elizabeth. Jako agent rosyjskiego wywiadu jest obowiązkowy, ale momentami ma się wrażenie, że trochę mu za wygodnie w tych “udawanych” amerykańskich pieleszach. A co do bycia przykładnym mężem… jak wywiązać się z tego zobowiązania, gdy żona, z którą spędziliśmy ostatnie 13-ście lat życia, jest nam kompletnie obcą osobą? Jak okazywać sobie uczucia – czy w ogóle je okazywać? – gdy na każdym kroku zastanawiamy się, czy to co nas łączy to profesjonalna troska o drugiego agenta, czy może coś więcej? Jak pogodzić chęć wykonania zadania z możliwością, że nasza żona, matka naszych dzieci, może w każdej chwili zginąć?… Rhys świetnie odnajduje się w graniu tych i wielu innych „twarzy” Philipa.
Mysz nigdy nie była fanką Russell.
Po tym serialu zmieniłam zdanie.
Z kolei znana z Felicity Keri Russell gra Elizabeth Jennings – z początku chłodną i opanowaną agentkę, która z biegiem czasu, piętrzącymi się służbowymi komplikacjami i rozwojem jej relacji z Philipem zaczyna się coraz bardziej miotać. Mysz była mile zdziwiona, że to właśnie Elizabeth jest tą bardziej lojalną, patriotyczną postacią. Podczas gdy Philip miewa wątpliwości na temat słuszności ich misji, Elizabeth zawsze stawia interes „mateczki Rosji” ponad własny. Nie oznacza to, że jest maszyną do zabijania bez serca – twórcy zadbali, by Elizabeth była postacią z którą widz może sympatyzować. Jej chaotyczna relacja z Philipem jest jednym z najciekawszych elementów serialu, ale Elizabeth to, przede wszystkim, niesamowicie skomplikowana i intrygująca postać kobieca. Niby twarda, bezkompromisowa agentka, ale także niechętna żona i oschła matka, która desperacko pragnie kochać swoją rodzinę tak bardzo, jak na to zasługują. We współczesnej telewizji jest ostatnio coraz więcej dobrze napisanych postaci kobiecych, ale miło zobaczyć, że w tak fantastycznym serialu kobieta nie wyłącznie uzupełnieniem dla mężczyzny, ale wartościową bohaterką sama w sobie.
Postać Elizabeth nie jest zresztą jedyną ciekawą postacią kobiecą. Myszy ulubienicą szybko stała się Nina (grana przez wspaniałą, zupełnie mi wcześniej nieznaną aktorkę, Annet Mahendru) – pracownica Rezydentury KGB, którą FBI przymusza do zostania podwójną agentką. To postać, która w ciągu całego serialu przechodzi najciekawszą drogę, a także największy stres, bo w przeciwieństwie do agentów FBI czy małżeństwa Jennigsów, została do szpiegostwa zmuszona.
Pracownica KGB, Nina i jej handler, agent FBI, Stan Beeman.
Z tego nie może wyniknąć nic dobrego.
Ponieważ The Americans to, wbrew szpiegowskiej otoczce, przede wszystkim serial o relacjach małżeńskich i międzyludzkich, jednym z bohaterów jest także agent FBI, Stan Beeman (Noah Emmerich, The Truman Show). Ten wydawałoby się inteligentny, pogodzony sam ze sobą człowiek z biegiem serialu okazuje się być jedną z najbardziej wewnętrznie skłóconych postaci. Fakt, że mieszka naprzeciwko Jennigsów, nie mając zielonego pojęcia, że jego sąsiedzi to szpiedzy, to tylko wierzchołek góry lodowej. Stan nie ma także pojęcia, jak rozmawiać z własną żoną, która ma dosyć jego ciągłych nieobecności, nocy spędzanych w biurze czy pościgów za szpiegami. Pod tym względem małżeństwa Jennigsów i Beemanów to dwa spojrzenia na właściwie ten sam problem: co brak zaufania i nieszczerość potrafią zrobić z związkiem?
Mysz musi też wspomnieć o Margo Martindale (która pojawia się w serialu ok. 3-ciego odcinka), bo nie wspomnienie o tej cudownej aktorce było świętokradztwem. W The Americans Martindale po raz kolejny udowadnia swój niesamowity talent i fenomenalne wyczucie aktorskie. Nie jest to co prawda tak wspaniała rola, jak ta w Justified za którą Margo dostała nagrodę Emmy, ale postać Claudii – agentki nadzorującej poczynania Jennigsów – z pewnością należy do najbardziej tajemniczych. A tajemniczość to coś, co Martindale gra wprost koncertowo!
 
Słodka staruszka, czy okrutna agentka KGB?
… w tym serialu nigdy nie wiadomo.

… hmmm. Tak czytam to, co napisałam i mam nieodparte wrażenie, że strasznie przynudzam. Mam nadzieję, że to tylko moje subiektywne odczucia, bo jeśli jest coś, co bardzo chciałabym w tej notce przekazać to to, jak NIE NUDNE jest The Americans. Tak to jest, jak jakiś serial się Myszy za bardzo podoba – zaczyna uderzać w pompatyczne tony i zamiast zachęcić, uzyskuje efekt wręcz odwrotny. Moving on

W przypadku The Americans grunt to nie dać się zniechęcić szpiegowskim klimatom. Ten element to tylko sprytna zmyłka ze strony twórców; konfabulacja, ukrywająca całą masę silnych, niewypowiedzianych emocji, które stopniowo budowane przez cały sezon, w ostatnim odcinku wybuchają w przepysznym finiszu. 

Powtarzam raz jeszcze: nawet jeśli nie jest się fanem szpiegowskich klimatów, należy serialowi dać szansę. Zróbcie więc Myszy ogromną przyjemność i obejrzyjcie chociaż pilota. Kto wie – może i wy się zakochacie w Amerykanach?… Ja w każdym razie już przebieram łapkami na drugi sezon. Long live Russia! ;)

 

PS. Drugi sezon serialu ma jeden z fajnieszych teaser-trailerów jaki widziałam ostatnimi czasy. Na dodatek wykorzystują jedną z najsmutniejszych, a jednocześnie najrzadziej puszczanych piosenek Stinga, “Russians”. Z której zresztą pochodzi tytuł notki :)