The show that cried „feminist” – American Horror Story: Coven.

Esej zdenerwowanej Myszy na temat feminizmu, Ryana Murphy’ego i trzeciego sezonu „American Horror Story”

Disclaimer: wpis ma ponad 50 tysięcy znaków (17 stron w Wordzie). Czytasz na własną odpowiedzialność. Winą za ten wpis obarczam swój chory mózg oraz Jerry’ego z Jerry’s Tales, którego szacunek i opinia wiele dla mnie znaczą. This is all your fault!

Mysz ma teorię: można lubić jakiegoś twórcę, a jednocześnie bez oporów wytykać mu wszystkie błędy, które popełnia. W sumie chyba na tym opiera się bycie fanem. Każdy może lubić/kochać dane dzieło, ale żeby rozkładać je na czynniki pierwsze, analizować, interpretować na nowo… to chleb powszedni kogoś, kto żywi do danego dzieła pasję. Czasem, pasja ta jest większa niż nawet pasja samego twórcy. I chyba na tym, między innymi, polega bycie fanem.
Having said that, Mysz może powiedzieć, że jest fanką Ryana Murphy’ego, a konkretnej jego twórczości, zarówno serialowej, jak i reżyserskiej. Running With Scissors to cudowna ekranizacja Burroughsa, Eat, Pray, Love adekwatnie oddaje radosno-infantylny charakter książki Elizabeth Gilbert, a The Normal Heart jest jednym z Myszy najbardziej oczekiwanych filmów nadchodzącego roku. Serial Popularto niedoceniona perełka, Nip/Tucksłusznie wygrywał Złote Globy, Gleema swoje wady, ale także wiele zalet (w tym kilka muzycznych objawień), a The New Normal, mimo otaczających serial kontrowersji, zdołało zaskarbić sobie moją sympatię. I tu dochodzimy do, zdaniem Myszy, największego i najbardziej powszechnie niedocenianego dzieła Murphy’ego – serialu-antologii American Horror Story.

Niewtajemniczonym śpieszę wyjaśnić: AHS to, jak sama nazwa wskazuje, serial o tematyce horrorowej skupiający się na (przynajmniej jak na razie) realiach amerykańskich. Co go odróżnia od większości współczesnych seriali to element „antologii” – każdy sezon jest odrębną mini-serią, skupiającą się konkretnym pomyśle, tematyce i okresie historycznym, często z elementami flashback i flashforward. Cechą charakterystyczną serialu jest także obsada – większość aktorów powraca co roku na plan, by w każdym sezonie odgrywać zupełnie inne postacie.
Do tej pory mieliśmy trzy sezony, każdy o własnym podtytule:
1. AHS: Murder House – o nawiedzionym domu. Motywem przewodnim jest niewierność.
2. AHS: Asylum – o nawiedzonym zakładzie dla psychicznie chorych. Motywem przewodnim jest ludzka psychika.
3. AHS: Coven – o szkole dla młodych czarownic w Nowym Orleanie. Motywem przewodnim jest dyskryminacja i opresja mniejszości.
Mysz, będąc widzem naiwnym i bardzo strachliwym, w normalnej sytuacji trzymałaby się od takiej produkcji z daleka. Zresztą oglądanie pierwszego sezonu, Murder House (który nie na darmo uznawany jest za, do tej pory, najlepszy) było dla mnie wyjątkowym przeżyciem; słodką torturą, podczas której byłam jednocześnie zachwycona i przerażona*. Ponieważ jednak człowiek jest się w stanie do wszystkiego przyzwyczaić, a oglądanie dobrej telewizji jest potrzebą, która czasem przewyższa nawet sen, Mysz w efekcie stała się zagorzałą fanką AHS.
Mogłabym, z ogromną przyjemnością, rozpisywać się na temat wad i zalet wszystkich sezonów, oraz serialu jako takiego, a także na temat moich z nim związanych przemyśleń. Ale w związku z niedawnym finałem trzeciego sezonu (Coven), a także moją obietnicą, by tenże sezon dogłębnie omówić, pozwólcie że dzisiaj skupię się przede wszystkim na nim. I choć to o Coven będę mówić najwięcej, będę także – w miarę ogólnie, coby nie zanudzić – rozpatrywać fenomen samego serialu, jego karygodne niedocenianie przez ogół publiczności, oraz zdecydowaną przewagę, jaką dwa pierwszy sezony miały nad swą „najmłodszą siostrzyczką”.

UWAGA: wpis zawiera spoilery do pierwszego i drugiego sezonu American Horror Story – czyli Murder Housei Asylum – oraz szczegółowe spoilery do trzeciego sezonu, Coven.

First things first: fakt, że AHSjest jednym z najbardziej niedocenianych seriali w telewizji jest dla Myszy równie bolesny i przykry, co… bo ja wiem, skasowanie Firefly. Podobnie zresztą jak serial Whedona, AHS wymyka się niejako ramom gatunkowym. Na pierwszy rzut oka, to czysty horror – z duchami, ociekającymi krwią zwłokami, seryjnymi zabójcami, i wszystkim innym that goes „bump” in the night. Aspekt horroru jest jednak wyłącznie swoistym lakierem, który powleka prawdziwą istotę serialu, którą jest zarówno swoisty komentarz społeczny (jeden z ulubionych motywów u Murphy’ego), jak i analiza ludzkiej psychiki i relacji międzyludzkich.
Tu mogłabym długo rozwlekać się nad tym, dlaczego aspekt horroru jest największą wadą i zaletą serialu, ale zamiast tego odeślę do ciekawego artykułu, który tłumaczy dlaczego mimo obrzydzenia – zwłaszcza na motyw tzw. monstrous feminine, którego symbolem są niejako czarownice – tak bardzo fascynują nas horrory i czemu tak chętnie je oglądamy. A także czym AHS różni się od klasycznych przedstawicieli gatunku pod względem ujęcia tematu.
Mój argument, jakoby AHS był niedocenianym seriale może zdziwić. Owszem, serial zebrał kilka zasłużonych nagród – w tym dosłownie parę za aktorstwo – ale jak na dzieło, które porusza ważne tematy w tak nietypowy, ciekawy, wstrząsający sposób, i w którym gra jedna z najbardziej wszechstronnych, utalentowanych obsad w historii współczesnej telewizji, naprawdę powinno być tego uznania więcej. Tym bardziej, że mimo entuzjastycznie pochlebnych opinii, dobrej oglądalności i uwielbienia fanów, wciąż jest to serial, o którym bardzo niewiele się słyszy, zarówno w popularnych mediach, jak i w towarzyskich rozmowach. Podejrzewam, nie bez powodu, że to aspekt horroru tak wszystkich odstrasza i konfunduje. Z drugiej strony, Murphy tworząc serial wykazał się niesamowitą inteligencją – ludzkie dramaty zawsze wypadają ciekawiej ujęte w ramy strachu, szaleństwa i śmierci. Nie na darmo starożytni Rzymianie szukali rozrywki w brutalnych, zabójczych walkach na arenie. Blood sells.

Wróćmy może jednak do Coven, bo Mysz i tak pewnie się nie powstrzyma i jeszcze parokrotnie wtrąci do notki swoje przemyślenia na temat ogólnej koncepcji serialu.
Zbierając materiały do tej notki (imię ich: Legion!) odnalazłam w czeluściach bloga krótką recenzję premiery trzeciego sezonu. Mogę więc ze stuprocentową pewnością powiedzieć, że od początku nie byłam zadowolona z kierunku, w którym podążał ten sezon. Pozwólcie, że zacytuję samą siebie**
American Horror Story: Coven:
First things first: Mysz była zachwycona gdy usłyszała, że Murphy bierze się z wiedźmy.
Po drugie: AHS to, moim zdaniem, jeden z najbardziej niedocenianych seriali ostatnich paru lat. Głównie ze względu na swój gatunek (ie. horror). A szkoda, bo jeśli ktoś, tak jak Mysz, jest w stanie przemóc swój strach i dać serialowi szansę, od razu byłby w stanie zobaczyć jak niesamowitą, choć pokręconą, wyobraźnię ma Ryan Murphy.
Po trzecie: poprzednie dwa sezony były świetne i przerażające i Mysz je absolutnie ubóstwia.
Po czwarte: premiera nowego sezonu… wcale mi się tak nie podobała.
Jest wiele wspaniałych elementów: rola Kathy Bates (Misery, anyone?), Jessica Lange i Sarah Paulson jako duet matka-córka, arcy-intrygujące pomysły względem aspektów magii i backgroundu niektórych postaci (human voodoo doll, no padłam normalnie), niesamowita muzyka, świetne efekty specjalne, wyraźnie zarysowane wątki (które znając Murphy’ego wkrótce odwrócą się o 180 stopni, w kompletnie niespodziewaną stronę), wiele pytań bez odpowiedzi, cudowne flashbacki do przeszłości (w tym starego Nowego Orleanu i palenia wiedźm w Salem)… lista jest długa i mogłaby tak kilka akapitów wymieniać.
Problem w tym, że dla mnie zabrakło tam… magii. Wszystkie elementy są, ale tak jak premierowe odcinki pierwszy dwóch sezonów totalnie wbijały widza w fotel (zarówno pozytywnie, jak i pod względem przestraszenia), tak Coven jest… trochę nijakie. Wiem, że to zamierzony efekt – Murphy chciał tym razem zrobić coś lżejszego, „z humorem”, bo miał dość narzekań ludzi na to, że AHS bywa „ciężkostrawne”. Ja twierdzę, że trzeba się było trzymać szokującej formuły, ale ufam Murphy’emu na tyle, by chwilowo zawiesić swój osąd.
Powiedzieć na pewno trzeba, że aktorsko jest – jak zwykle – bezbłędnie. Obsada jest świetnie dobrana, a panie Jessica Lange, Sarah Paulson, Kathy Bates i Angela Bassett dają nadzieję na naprawdę zwariowane, cudownie utalentowane występy. Także młodsza część obsady (w tym mój ulubieniec, Evan Peters, a także dołączająca w tym sezonie Gabourey Sidibe), choć na razie mająca niewiele do grania, zapowiada się nieźle.
A teraz najważniejsze: Mysz twierdzi, że premiera trzeciego sezonu AHS była słaba. Nie jakoś wyjątkowo, ale na pewno słabsza niż dwa poprzednie sezony. Ale, przeczytawszy przed sekundą dość duże – choć ogólne – spoilery do reszty sezonu mogę powiedzieć ze 100% pewnością, że Murphy naprawdę widzów nie zawiedzie. Owszem, Coven może być lżejszy i weselszy niż pierwsze AHS czy Asylum, ale w ciągu najbliższych tygodni z pewnością czeka nas ZAJEBISTA przejażdżka. Każdego który ma na nią odwagę, serdecznie zapraszam
Jak widać, Mysz często podkreśla swój zachwyt nad AHS, a także jego niedoceniony potencjał. Widać także, że już pierwszy odcinek trzeciego sezonu był w moim odczuciu znacznie słabszy niż premiery poprzednich serii. Po obejrzeniu całego Coven muszę przyznać, że moja wiara w Murphy’ego i początkowe nadzieje w nim pokładanie okazały się, niestety, płonne.

Trzeci sezon AHS zapowiadał się jako skrzyżowanie The Craft i Mean Girls, z dodatkiem nieodzownego u Murphy’ego komentarza społecznego. Szkoła magii dla nastoletnich dziewcząt?… przecież to wprost idealna sceneria dla lekkiego, zabawnego klimatu, mnogości dowcipnych popkulturowych nawiązań, trafnej krytyki współczesnego społeczeństwa, rozpatrywania kwestii dorastania, odnajdywania wewnętrznej siły, istoty naszej indywidualnej „magii”, potęgi kobiecej przyjaźni, blah, blah, blah. Brzmi pięknie, prawda?
Niestety, w ciągu minionych kilkunastu tygodni Coven w pełni ukazał nam wszystkie swoje błędy i niedociągnięcia. Przy czym pośpieszny, usilnie propagandowy finał serialu nijak nie był w stanie wynagrodzić widzom jego wielu wad. Poniżej starałam się w miarę sensownie – i po kolei – omówić poszczególne zarzuty pod adresem twórców***. Najogólniej, porażkę Coven można podsumować tym, że nie spełnił żadnego z swych trzech zamiarów: nie był ani straszny (w przeciwieństwie do dwóch poprzednich sezonów), ani zabawny, ani lekki. Jakimś cudem twórcom udało rozminąć się z każdym punktem. Chyba, że ktoś boi się nastoletnich hormonów, bawią go cat fights między kobietami, a przez słowo „lekkość” rozumie porzucanie wątków w pół drogi, oraz rozluźnienie fabuły do momentu, w którym zaczyna być nudna. But I’m getting ahead of myself. Przejdźmy do konkretów.

First, there was Chaos…

AHSjest najbardziej chaotycznym i „przesadzonym”, by nie powiedzieć campowym serialem Murphy’ego. Owszem, fani Glee mogą myśleć, że to ich serial zasługuje na to zaszczytne miano, ale gdzie tam serialowi o śpiewających nastolatkach do przepysznego, szokującego chaosu, jaki Murphy w AHS specjalnie nam prezentuje? Miłośnicy serialu z pewnością pamiętają nagromadzenie wątków i postać w sezonie pierwszym (Murder House), oraz ich wręcz zatrważający natłok w sezonie drugim (Asylum). Trzeba jednak oddać cesarzowi co cesarskie: mimo chaotyczności i eksploatowania shock value for shock’s sake, dwa pierwsze sezonu AHS były spójne. Obie te serie miały jakiś finał, do którego poprzez meandry i zakręty w miarę sensownie dążyły. Coven niestety jest tego pozbawiony. Jego fabuła w najlepszym wypadku, jest źle zaplanowana, a w najgorszym – bezsensownie poszarpana. Pozbawiając widza jednej centralnej historii, wokół której pozostałe wątki mogłyby krążyć (rodzina Harmonów w Murder House; połączona historia relacji siostry Jude, dziennikarki Lany Winters i niesłusznie uwięzionego Kita Walkera w Asylum), Murphy zaprzepaścił ogromny potencjał, jaki tkwił w podstawowym założeniu Coven:  the power of sisterhood (bo „potęga siostrzeństwa” brzmi dziwnie).
Tu istotne wyjaśnienie: robiąc reserach do tej notki Mysz przeczytała wiele ciekawych artykułów odnośnie interpretacji Coven. Z niektórymi się zgadzam, z innymi nie, ale w argumentach obu „obozów” widzę często pewną słuszność. Stąd proszę o wybaczenie, jeśli uznacie, że poniższy wpis jest zbyt niezdecydowany. Starałam się po prostu rozpatrzyć więcej niż jedną możliwość – niczym ta żaba z dowcipu, co to nie wie, czy jest piękniejsza czy mądrzejsza – bo uważam, że każde dzieło ma więcej niż jedną interpretację. Wyobraźcie sobie po prostu, że odgrywam w tej notce rolę Adwokata Diabła.
Jedną z teorii odnośnie tego, co jest wiodącym motywem w Coven, jest zagadnienie Alienacja vs. Emancypacja. I rzeczywiście jest to motyw, który pojawia się już w pierwszym odcinku serialu: Cordelia (Sarah Paulson), która prowadzi szkołę dla młodych czarownic, najchętniej zaszyłaby się ze swoimi podopiecznymi w cichym kącie, nauczyła je panowania nad magią, wzajemnego wsparcia i obrony przed zakusami „the big bad world out there”. Z kolei jej matka, Fiona (Jessica Lange), rzeczywista przewodnicząca wiedźmiego sabatu, to kobieta-taran – niezależna, niezwiązana, nieokiełznana i w swoim mniemaniu niezastąpiona. Jej pragnieniem jest, by czarownice zrzuciły okowy opresji i z dumnie podniesionym czołem – by nie w powiedzieć dumnym gestem Kozakiewicza – pokazały się całemu światu. Mój problem z tą interpretacją polega na tym, że jak na sezon o pewnym konflikcie (nasz świat vs świat zewnętrzny), bardzo niewiele jest w nim tej „drugiej” strony. Po pierwszym odcinku aspekt świata zewnętrznego i tego, jak nasze bohaterki się w niego wpasowują właściwie znika. Cała fabuła zaczyna skupiać się na wewnętrznych konfliktach w szkole i między jej mieszkankami. Wątek świata zewnętrznego zostaje na tyle silnie zepchnięty na bok, że gdy w finale czarownice rzeczywiście „wychodzą z szafy”, zakończenie to wydaje się wręcz na siłę doklejone. Po prostu nie przystaje do tego, na czym przez poprzednie kilkanaście sezonów skupiała się fabuła. Stąd teoria o konflikcie My vs. Oni mało do mnie trafia.

Fiona.
Można też zaryzykować stwierdzenie, że kluczowym wątkiem Covenbyła relacja Fiony i Coredlii, czyli dość popularny u Murphy’ego wątek relacji między rodzicem a dzieckiem. Zauważcie: w Murder House mamy dwójkę rodziców i dziecko; w Asylum konfliktu Matka vs. Dziecko. Pod tym względem Coven ciekawie wpasowuje się tę tendencję, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że w Coven to dziecko wygrywa nad matką, w przeciwieństwie do Asylum, gdzie sytuacja jest odwrócona. Co ciekawe, w obu tych konfrontacjach zwycięską rolę gra Sarah Paulson. Przypadek?… Jeśli jednak wątek matki-i-córki był w Coven tym wiodącym… czemu było go ostatecznie tak mało? Albo inaczej: czemu był tak niechlujnie prowadzony? Czemu powracał chaotycznie, bez widocznej konsekwencji, w nieprzemyślanych, niewyważonych momentach? Czyżby Murphy nagle się rozmyślił i zamiast radzić sobie ze swoimi mommy issues poprzez kręcenie o nich seriali, postanowił wreszcie pójść do porządnego terapeuty?… Okej, to nie było miłe. Cofam to. Ale motyw toksycznych matek pojawia się u Murphy’ego na tyle uparcie, że jeszcze do niego wrócę, w dalszej części wpisu.
Wspomniany przy wątku matka-i-córka brak konsekwencji jest zresztą najczęstszym błędem tego sezonu. Liczba wątków, które pojawiają sie i znikają, właściwie bez większego wpływu na fabułę, jest zaskakująca:
– nowa sąsiadka szkoły, religijna fanatyczka, Joan (Patti LuPone) i maltretowany przez nią syn, Luke (Alexander Dreymon)
– cały wątek obleśnego służącego, Spaldinga (Denis O’Hare) i jego skłonności do lalek, a także porwanego przez niego niemowlęcia
– zombie armia Marie Laveau (Angela Bassett)
– próby zajścia w ciążę Cordelii
– Minotaur Bastien
– postać Białej Czarownicy (Stevie Nicks)
… długo by wyliczać. Każdy z tych wątków albo pojawia się znikąd, albo prowadzi donikąd. Oczywiście serial, jako konstrukcja, musi mieć wątki poboczne, które rozgrywają się niejako obok lub kompletnie niezależnie od wątku głównego. Wypadałoby jednak, by miały one jakieś – bodaj jakiekolwiek! – zakończenia.

The White Witch.
Najbardziej niewykorzystaną postacią serialu stał się jednak Kyle – zabity w wypadku, a następnie przywrócony do życia przez młode czarownice, niczym nastoletni Frankenstein. Porównanie to jest tym bardziej trafne, że Kyle został złożony z powrotem z części ciał kilku różnych młodzieńców. Murphy w wywiadach zapowiadał, że grający Kyle’a Evan Peters (fenomenalny zresztą młody aktor, którego zobaczymy jako Pietro w X-men: Days of Future Past), będzie miał w Covenszansę się znów wykazać. Co więcej, ponownie będzie grał w parze z Taissą Farmigą (tak, tak, siostrą Very Farmigi), z którą wspólnie stworzyli niezapomnianą kreację w Murder House. Murphy zapewniał, że duet Peters-Farmiga ponownie zagra współczesne wcielenie Romea i Julii, swoistych „przeklętych przez los kochanków”. Widzowie, którzy oglądali pierwszy sezon z pewnością pamiętają, jak wspaniale dwójka młodych aktorów zagrała swoje postacie oraz relację między nimi. W Covenzadanie aktorskie miało być tym bardziej utrudnione, że przywrócony do życia FrankenKyle przez kilka odcinków jest właściwie niemową. Musieć zagrać tyle emocji oczami to dla aktora cudowne wyzwanie i trzeba zaznaczyć, że Peters wywiązuje się z niego koncertowo.
Problem polega na tym, że relacja Kyle’a i granej przez Farmigę Zoe jest… pusta. Niby jest tam jakaś iskra, niby jest zarys „miłości od pierwszego wejrzenia”, późniejsze perturbacje uczuciowo-związkowe, ale w istocie postać Kyle’a jest w serialu kompletnie zmarnowana. Temat konsekwencji, jakie wynikają z przywrócenia kogoś do życia zostaje praktycznie zamieciony pod dywan, podobnie jak efekt, jaki na psychikę Kyle’a z pewnością miało molestowanie przez własną matkę. Mysz w pierwszym odruchu zaczęła się zastanawiam, czy przypadkiem Murphy – tak znany z poruszania ciężkich, nieprzyjemnych, trudnych tematów (cały wątek Lany w Asylum) – nie wystraszył się oskarżeń, jakoby AHS było zbyt przygnębiające. Ale w takim razie po co w ogóle poruszać trudne tematy? Po co w ogóle kręcić kolejne sezony AHS, skoro boimy się korzystać z dokładnie tych makabrycznych motywów, które w poprzednich sezonach osiągały zamierzony efekt?… wydaje się to trudnym do rozwiązania paradoksem.
Wracając jednak do postaci Kyle’a: tak naprawdę, poza paroma wybuchami agresji i przypadkowym zabijaniem ludzi, Kyle nie spełnia w Coven żadnej istotnej roli. Chyba że uznamy za -istotną- rolę zabawki, którą namiętnie wyrywa sobie, niczym para psów kość, dwójka młodych czarownic. Tenże trójkąt miłosny między Kylem, Zoe, a Madison (graną przez autentyczną dziewczynę Petersa, aktorkę Emmę Roberts) jest zresztą kolejną niewykorzystaną szansą. Kilka scen nastoletniego seksu i zamglonych łzami oczu does not a believable love-triangle story make. Myślałby kto, że Murphy wyniósł z Glee wiedzę, jak sprawnie rozgrywać nastoletnie trójkąty miłosne.
 

I am Woman. See me change.

Fani innych seriali Murphy’ego z pewnością zdążyli już zauważyć, jak niekonsekwentnie ten twórca pisze swoje postacie. Glee jest tego koronnym przykładem; takim, z którego sami fani serialu zaczęli się aktywnie nabijać. Dlatego właśnie darzyłam AHSszacunkiem – ponieważ w dwóch pierwszych sezonach, mimo nagromadzenia wątków i twistów fabularnych, dało się w miarę sensownie prześledzić drogę, jaką przeszły różne postacie. Ich postępowanie, zachowanie oraz zmiany w charakterze stosunkowo łatwo wytłumaczyć tym, przez co przeszły. W Coven zmiany w charakterze postaci wielokrotnie trudno wytłumaczyć.
Naturalnie, musimy pamiętać, że zmiany charakteru lub motywacji dodają elementu niespodzianki i zwiększają dramatyzm. Bywa, że nawet częste „transformacje”, jeśli są dobrze poprowadzone, mogą być wiarygodne. Człowiek jest wszak istotą zmienną, podatną na emocje, wpływy, wydarzenia. Seriale, w przeciwieństwie do życia, mają jednak to do siebie, że powinny (nie muszą, ale powinny) zachować pewną konsekwencję, pewną zrozumiałą dla widza „wytłumaczalność”. Jasne, można napisać postać, która co trzy minuty będzie zmieniała decyzję, ale trzeba to uzasadnić; powinna stać za tym jakaś przyczyna. Bo im dłużej postać zachowuje się chaotycznie, postępując bez logicznego wytłumaczenie (z punktu widzenia fabuły lub emocji) tym bardziej staje się niewiarygodna. Zaś niewiarygodne postacie szybko tracą zainteresowanie i sympatię widzów. Co, jak wiemy, stoi w sprzeczności z pierwotnym zamysłem twórców, by uczynić postać zmienną (ie. ciekawą).
Czołowym przykładem jest tutaj „najwyższa” czarownica naszego sabatu, czyli Supreme Fiona. Jej humory są bardziej zmienne niż wizerunek Lady Gagi, a w jej działaniach trudno odnaleźć głębszy sens i motywację. Gdyby nie fakt, że postać tę brawurowo gra Jessica Lange, Fiona byłaby najnudniejszą postacią Coven. Jedynie aktorski popis Lange – która z równym przekonaniem i werwą gra potężną czarownicę, pozbawioną złudzeń kobietę która boi się miłości, okrutną matkę, i człowieka na łożu śmierci – sprawiał, że interesowałam się tą postacią.
Myrtle Snow.

Naturalnie, ludzie to istoty skomplikowane i w ciągu zaledwie jednego tygodnia swego życia są w stanie przeżyć istną huśtawkę emocjonalną. Jednak charakter człowieka, to co leży u podstaw tego kim jest, to coś, co o wiele trudniej zmienić. Natomiast w Coven postacie zdają się zmieniać i to diametralnie z odcinka na odcinek. Wiadomo, serial ma swoje prawa, czasem fabuła jest ważniejsza niż sensowny rozwój postaci. Ale skoro Coven jest w istocie dość wyzuty z fabuły, czy decyzja by postacie były tak zmienne i trudne do określenia (a co za tym idzie zrozumienia i poznania) jest rzeczywiście mądrą decyzją?

Fiona nie jest jedyną postacią, której zachowanie i decyzje bywają niewytłumaczalne. Jej córka, Cordelia, zależnie od tego czy akurat posiada wzrok, czy została go pozbawiona, jest albo ludzkim odpowiednikiem wycieraczki, albo opryskliwą, mściwą jędzą. Nienawiść Myrtle Snow (Frances Conroy) do Fiony zdaje się topnieć z odcinka na odcinek, tak jak jej twarz [ba-dum tss!] i to bez wyraźnego powodu. Queenie (Gabourey Sidibe), czarnoskóra potomkini kapłanek voodoo, zmienia swe afiliacje jak chorągiewka na wietrze: to lubi swe białe „siostry”, to znów ich nienawidzi… A już koronnym przykładem na chaotyczny rozwój postaci jest madame Delphine LaLaurie (Kathy Bates) – sadystyczna rasistka z XVII wieku, która obarczona klątwą nieśmiertelności zostaje przebudzona w czasach współczesnych, by powierzona pieczy ww. Queenie, zostać niechętną służącą w szkole czarownic.
Madame Delphine LaLaurie.

Story-arc (łuk narracyjny, czyli rozwijająca się przez cały sezon historia postaci) Delphine zapowiadał się na początku sezonu jako jeden z najciekawszych, choć niezbyt subtelnych: rasistka musi służyć czarnoskórej dziewczynie dzięki temu uczy się tolerancji i odkupuje swoje winy. I rzeczywiście – przez kilka odcinków relacja Delphine i Queenie wydawała się konsekwentnie zmierzać do odrobinę propagandowej, ale mimo to satysfakcjonującej konkluzji: nawet rasizm da się wyleczyć. Wystarczy czas, cierpliwość i odpowiednie podejście.

Niestety w finale Coven twórcy najwyraźniej gwałtownie się rozmyślili. Relacja, którą tak pieczołowicie budowano przez pół sezonu, zostaje całkowicie unieważniona przez psychologiczne salto, które nagle wykonuje postać Delphine. Zamiast poprowadzić postać z punktu A do punktu Z, twórcy zatoczyli nią idealne koło – Delphine ostatecznie tylko jeszcze bardziej utwierdza się w swoich rasistowskich poglądach. Możliwe, że miała w tym być jakaś głębsza lekcja – „ignorant pozostanie ignorantem”, „pewnych ludzi nie warto zmieniać”. Ale w takim razie, czemu Kathy Bates grała te co bardziej ludzkie momenty Delphine z takim przekonaniem? Widz może przez to odnieść wrażenie, że pierwotnie postać ta miała dostać troszkę inne zakończenie. Pytanie tylko, czy był to specjalny zabieg, który miał tym dobitniej unaocznić nam zaściankowość rasistowskich poglądów, czy może lenistwo twórców, którzy stworzyli kontrowersyjną, moralnie dwuznaczną postać, ale wymiękli przy próbie jej odkupienia?

It Don’t Matter If You’re Black or White?

Nie wiem, czy wiecie, ale Ryan Murphy był wielokrotnie krytykowany za nieumiejętne wykorzystywane stereotypów w swoich serialach. Zamiast posłużyć się formą parodii lub polemiki, która trafnie obaliłaby dany stereotyp lub ukazała go w innym świetle, Murphy często korzysta z stereotypów w najbardziej łopatologiczny sposób. W Coven mamy na to dwa przykłady:
– Queenie, jedna z młodych czarownic, jest pulchną czarnoskórą dziewczyną, która kiedyś pracowała w knajpie ze smażonym kurczakiem;
– Marie Laveau, królowa-kapłanka voodoo, prowadzi typowo „czarny” zakład fryzjerski w jednej z biedniejszych dzielnic Nowego Orleanu.
Jednym z elementów, za które do tej pory ceniłam AHS był zawarty w głębszej warstwie serialu komentarz społeczny. Przykładem cały wątek Lany Winters w Asylum, czy skomplikowana psychologicznie postać Tate’a, szkolnego zabójcy w Murder House. Jak więc zrozumieć komentarz, który zdaje się wyrażać Coven,na temat stereotypów rasowych? 

Queenie.
Jak zrozumieć, że sadystyczna rasistka, Delphine, dostaje ciekawszy rozwój postaci niż obie czarnoskóre bohaterki? Jak zrozumieć fakt, ze zarówno Queenie, jak i Marie Laveau to według listy płac postacie drugoplanowe, podczas gdy pojawiały się w większej ilości odcinków niż pięć postaci pierwszoplanowych? Jaką rolę odgrywało umieszczenie w serialu postaci czarnoskórych, jeśli przez cały sezon odtwarzały one właściwie wyłącznie krzywdzące stereotypy? Czemu główną – by nie powiedzieć jedyną – motywacją Marie Laveau była chęć zemsty? Jakie jest w tym przesłanie? Czemu postać Queenie, wcześniej głośno wyrażająca swoje niezadowolenie na bycie marginalizowaną mniejszością w szkole magii, w ostatnich odcinkach sezonu zdaje się nagle całkowicie pogodzona z tym faktem? Czy wpływ Marie Laveau nie odcisnął na Queenie żadnego piętna? Czy nawrót rasizmu Delphine nijak na nią nie wpłynął? I wreszcie dlaczego, biorąc pod uwagę, że akcja Coven dzieje się w Nowym Orleanie – znanym z bogatej „czarnej” przeszłości, w tym wpływów voodoo i kultury haitańskiej – postacie czarnoskóre odgrywają tak minimalną, przesyconą stereotypami rolę?
…gdyby za tymi pytaniami dało się jeszcze wyczuć jakiś zamysł! Gdybyśmy mieli pewność, że poprzez podkreślanie stereotypów czarnoskórych kobiet, twórcy serialu próbowali nam coś powiedzieć. Że poprzez wprowadzenie postaci Delphine w kontekście czasów współczesnych próbowali połączyć niegdysiejszą dyskryminację z obecnym wzrostem tolerancji. Że próbowali jakoś porównać rasizm do seksizmu. Ale tak naprawdę nigdzie takiego zamysłu nie widać. „Tolerancja rasowa” wydaje się w wypadku Coven takim samym fałszywym zwrotem-wytrychem jak „feminizm”. Tylko tak jak w wypadku feminizmu pojawiają się sprzeczne głosy, tak w wypadku kwestii rasy, wszyscy, zarówno widzowie jak i recenzenci są zgodni: temat ten został w Covennieumiejętnie przedstawiony.

Sisterhood is powerful.It kills. Mostly sisters.

Tu dochodzimy do najbardziej problematycznej kwestii Coven, czyli „feminist theme” która jaokby przewija się przez cały sezon.
Ustalmy jednak najpierw kilka rzeczy: Mysz zazwyczaj reaguje fizyczną wręcz agresją na wszelkie rozpatrywanie filmów pod kątem elementów feministycznych/mizoginistycznych. Nie neguję, że mizoginia i seksizm są istotnym współczesnym problemem, o którym warto rozmawiać. Denerwuje mnie jednak doczepianie do wszystkiego ideologi, często zresztą na wyrost. Może bierze się to stąd, że popkultura jest dla mnie głównie rozrywką od politycznych i społecznych problemów tego świata. Gdy oglądam film, nie mam NAJMNIEJSZEJ ochoty zastanawiać się, czy postacie kobiece w tym filmie są odpowiednio reprezentowane. Mogę się nad tym zastanowić po seansie. Zazwyczaj jednak nawet do tego nie dochodzi. Czemu?… bo Mysz, która uważa się za feministkę, jednocześnie bardzo rzadko w swym życiu miała wrażenie, że jest dyskryminowana ze względu na swoją płeć. Nie wiem, może to kwestia wychowania – moja mama jest kobietą przełamującą stereotypy na każdym kroku, taką, która nie daje sobie wmówić seksistowskich bzdur i wychowała córkę na jednostkę szalenie niezależną. A to, że czasem potrzebuje pomocy w odkręceniu słoika, albo mówi „no, spłakałam się, baba jestem” albo „dziś nie myślę sensownie, bo mam okres”?… No to co, kutwa, przepraszam bardzo, z tego? *głęboki wdech*

Having said that, however, ostatnimi czasy zauważyłam, że coraz trudniej przejść mi obojętnie obok analizy dzieł popkultury pod kątem feminizmu właśnie. Najwyraźniej obecny zryw społeczny udzielił mi się mocniej niż przypuszczałam. Ewentualnie, zmienia się to, jak społeczeństwo ocenia dzieła (pop)kultury. Już nie piszemy „film mi się nie podobał, bo był nudny i bohater był głupi”, ale coraz częściej aktywnie szukamy ideologicznych powodów, dla których dane dzieło nie przypadło nam do gustu. Wracając jednak do feminizmu: z zasady uważam wszelkie analizy (pop)kultury pod kątem teorii feministycznej za błędne w swym zamyśle. Dlaczego?… Bo teoria feministyczna to bardzo plastyczna i wciąż zmieniająca się ideologia, którą z łatwością można dopasować zarówno do argumentów za jak i przeciw mizoginii… co zresztą zamierzam na przykładzie Coven udowodnić. Owszem, ideologia feminizmu może wpływać na powstawanie pewnych dzieł (Pacific Rim, anyone?), ale zadawanie za każdym razem pytania „Czy to jest feministyczne?” jest absolutnie bez sensu, bo odpowiedź w 9-ciu przypadkach na 10 brzmi: „NIE”. A ten samotny rodzynek, który pod każdym względem będzie się dopasowywał do feministycznej ideologi?… to nie będzie dzieło (pop)kultury. To będzie zwykła, pozbawiona jakiegokolwiek artyzmu propaganda.
Przyjrzyjmy się więc Coven pod względem motywów feministycznych i tego, jak to trafnie ujęła autorka eseju z LA Review of Books, „balansowania na ostrzu noża między feminizmem a mizoginią”.
W obsadzie trzeciego sezonu AHS znalazło się aż siedem kobiet w rolach pierwszoplanowych. Co więcej obsada prezentowała sobą imponujący przekrój przez „naród niewieści” – aktorki młodsze, starsze i dojrzałe; białe, czarnoskóre i z zespołem Downa. Gdy dodamy do tego tematykę czarownic, potęgi sisterhood, kobiecej przyjaźni i kooperacji, mamy wręcz gotowy przepis na oszałamiająco feministyczny serial. Ale czy rzeczywiście?

W Coven pada zdanie wypowiedziane przez Fionę: „When witches don’t fight, we burn”. Ten zwrot wydaje się wprost stworzony do tego, by wyeksponować go na jakimś feministycznym plakacie. Problem polega na tym, że w kontekście samego serialu pierwotne znaczenie frazy – „jeśli przestaniemy walczyć (o swoje), spłoniemy” – zostało całkowicie przyćmione, przez jego wypaczoną parafrazę: „when witches are about to burn, they fight”. Już tłumaczę, co mam na myśli.
Bohaterki Coven to w większości kobiece postacie z charakterem, które nie dają się pomiatać mężczyznom:
– Fiona jest w stanie unicestwić lub przejąć kontrolę nad każdym facetem, który stanie jej na drodze
– Cordelia niby ma męża, którego kocha, ale technicznie rzecz biorąc odgrywa on przez większość serialu rolę rozpłodowca, a potem swoistego impotenta (bo nie jest w stanie zabić czarownic, mimo bycia witch-hunterem)
– Madison zostaje zgwałcona przez autobus pełen fratboysi mści się na nich używają JEDYNIE jednego palca (telekineza)
– Queenie, która jest ludzką laleczką voodoo (fizyczne obrażenia nie wyrządzają jej krzywdy, za to ranią ofiarę) zanurza swoją rękę we wrzącym oleju by ukarać faceta, który był dla niej wredny
– Misty (Lily Rabe) nasyła na dwóch myśliwych parę krokodyli by zjadły ich żywcem
– Zoe ma zabójczą waginę, która dosłownie zabija każdego, kto się z nią prześpi.
Dodajmy do tego fakt, że czterej serialowi mężczyźni spełniają wobec kobiet poddańczą rolę:
– FrankenKyle jest seksualną zabawką w rękach Madison i Zoe (pomijam już, że był także wykorzystywany przez własną matkę)
– Spalding, jedyny mężczyzna mieszkający w szkole, ma wycięty język
– mąż Cordelii żyje w szkole pełnej magii, tłamszony nawet przez własną, tak przecież uległą żonę
– Luke, syn sąsiadki, jest obiektem religijnego znęcania się własnej matki.

Zauważcie jednak, że choć Coven pokazuje kobiecą dominację nad mężczyznami (patriarchatem) i walkę z „męską opresją”, przez większość sezonu nasze bohaterki o wiele lepiej i chętniej biją się i kłócą między sobą. Co pilniejsi widzowie zauważyli nawet, że tym elementom ich relacji – słownym potyczkom, wbijanym szpilom, fizycznym walkom – poświęcano momentami aż zbyt wiele czasu ekranowego. Wspominałam już, jak bardzo niektóre wątki w Coven pozostają niewykorzystane; jak słabo poznajemy niektóre postacie, jak niewiele się one rozwijają. Po co więc tracić cenny czas na szczegółowe pokazywanie, jak dwie kobiety walą się po mordach? Jaki w tym sens?
Research do tej notki zbiegł się w czasie z dość intensywnym czytanie przeze mnie artykułów o tematyce (około)feministycznej. I nagle pojawiła się w moje głowie myśl: a co, jeśli relacje między kobietami w Covenbył specjalnie tak ukazane? Co jeśli Murphy – było nie było, gej, „najlepszy przyjaciel kobiety” i znawca narodu niewieściego**** – próbował w ten sposób podkreślić, jak toksyczne we wzajemnych relacjach potrafią być samice?
Nie oszukujmy się, dziewczyny: przyjaźń przyjaźnią, ale której z nas nie zdarzyło się być zołzą? W stosunku do mamy, koleżanki, siostry, najbliższej przyjaciółki… Czy nie zdarzyło nam się spojrzeć na skąpo ubraną dziewczynę na ulicy i w okrutnym, niesłusznym, chwilowym odruchu pomyśleć „puszczalska”? Albo w chwili złości wypaplać sekret, który psiapsiółka powierzyła nam kilka tygodni wcześniej? Lub z zazdrości odradzić kuzynce kieckę, w której wygląda lepiej niż my mogłybyśmy to sobie wymarzyć?… owszem, są to przypadki odosobnione. Kobiety z gruntu nie są tylko i wyłącznie wredne, mściwe, płaczliwe, [tu wpisać dowolny inny stereotyp na temat kobiet]. Ale mamy swoje wady. Jesteśmy przede wszystkim ludźmi: posiadającymi wady i mankamenty, oraz skomplikowane, złożone emocje, których nie da się podsumować jednym dowcipnym skeczem czy rysunkiem w Internecie. A jednak popkultura właśnie owe stereotypy wykorzystuje najchętniej. Murphy zresztą też – weźmy pod uwagę, że jego bohaterki są motywowane głównie przez lęk przed starzeniem, pragnienie dziecka czy zazdrość o mężczyznę. Jakby kobiety naprawdę nie miały innych leków lub pragnień.

Jednym z Myszy największych problemów ze współczesną kinematografią jest to, jak są w nich ukazywane relacje między kobietami. Zwłaszcza w tak ostatnio wychwalanych i rosnących w popularność komediach z żeńskimi bohaterkami, jak chociażby Bridesmaids. Są osoby, które ten film bawi. Zauważcie jednak, że istotą całego filmu jest zawiść i rywalizacja między kobietami, a także ich wzajemna niechęć, ocenianie się i krytykowanie. Jeśli kogoś to bawi, proszę bardzo. Mysz, postawiona przed wyborem, woli takie akcje w wykonaniu filmu Bachelorette, który robi to co robi w o wiele dosadniejszy sposób, dzięki czemu nie udaje „kultowej komedii dla kobiet”, a pokazuje wprost „baby bywają wredne i chamskie. Deal with it”. Jednak to czego mi naprawdę brakuje to filmy, jak For A Good Time, Call… – odrobinę przewrotne, zabawne, ale przede wszystkim realistyczne i prawdziwe w tym, jak ukazują kobiecą przyjaźń.
I właśnie tej kobiecej przyjaźni jest w popkulturze jak na lekarstwo. Wydawałoby się więc, że Murphy – Przyjaciel Kobiet, ten co to rozumie nas, jak żaden inny – twórca do tej pory wykorzystujący AHS jako kontrowersyjny komentarz społeczny, powinien w Coven pokazać ten pozytywny aspekt kobiecej przyjaźni i solidarności. Na pohybel stereotypom popkultury!  Tym bardziej, że aspekt sabatu czarownic – z definicji wręcz będącego formą sisterhood – wręcz narzucał kontekst, w którym kobiety się wzajem spierają. Zamiast tego otrzymaliśmy zlepek krzywdzących stereotypów, okraszonych lubieżnym wręcz uwielbieniem dla pokazywania agresji kobiet względem przedstawicielek ich własnej płci.
Zastanówmy się jednak: mimo narzekań Myszy na wady tego sezonu, Murphy nie jest idiotą. Wręcz przeciwnie, do tej pory w AHS pokazywał, że jest twórcą bardzo inteligentnym, choć szalenie przewrotnym. Może więc Murphy próbował podkreślić w ten sposób, jak bardzo stereotyp kobiety-wiedźmy jest obecnie wszechobecny. Wytknąć go nam; wepchnąć bezpardonowo do gardła, aż zaczniemy się dławić; postawić przed nami krzywe zwierciadło i zapytać „Chcesz, żeby właśnie tak cię widzieli?”.

Możliwe, że podkreślając agresję kobiet wobec własnej płci, Murphy próbował w Coven zawrzeć dla nas jakąś nauczkę. Swoisty wake-up call dla kobiet-feministek. Coś w rodzaju „Dziewczyny! Jesteście silniejsze razem. Przestańcie się kłócić, bo źle skończycie!”. Możliwe, że u podstaw przesłania Covenleżała stara ludowa mądrość: im więcej głosów mniejszości krzyczy, by zostać wysłuchanym, tym gorzej ich słychać. Ale jak w takim razie rozumieć śmierć najsilniejszych żeńskich postaci – w tym Fiony, która od początku głosiła by czarownice przestały się trząść jak trusie i zaczęły walczyć o swoje? Czy Murphy próbował nam powiedzieć: feminizm feminizmem, ale skrajne, agresywne zachowania należy tępić i karać?… czy morałem Coven było rzeczywiście „Znać proporcję, drogie Panie”?… możliwe.
Tylko czemu, w takim razie, finał Coven kończy się tak obrzydliwie mdłym, pozytywnym, dokooptowanym na siłę i przyczepionym „na słowo honoru” finałem? Czy rzeczywiście Murphy próbował nam w ten sposób przekazać, że w solidarności i wyplenieniu jednostek toksycznych tkwi nadzieja feminizmu?… czy może była to, jak podejrzewa większość, mało subtelna propaganda nie feminizmu, a nurtu LGBT? Jak inaczej odebrać końcową przemowę Cordelii, że czarownice „were born this way”, że pora wyjść z ukrycia i dołączyć do społeczeństwa? Że trzeba codziennie stawiać czoła nietolerancji i nienawiści? Jeśli Murphy rzeczywiście próbował w ten sposób upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i zadowolić zarówno społeczeństwo LGBT, jak i feministki, to wykazał się fundamentalnym niezrozumieniem różnic, jakie tkwią u podstaw obu tych ruchów społecznych i dyskryminacji wobec nich skierowanej. Zapytajcie dowolnej feministki – powie wam, że mniejszości muszą się wspierać, ale LGBT sobie, a feministki sobie.
Tak decyzja Murphy’ego jest o tyle dziwna, że mówimy przecież o twórcy, który w Asylum zawarł jeden z najbardziej kontrowersyjnych, wstrząsających i poruszających komentarzy na temat nietolerancji homoseksualizmu*****. Nie mógł już sobie trochę odpuścić „walki o sprawę LGBT”? Aspekt nachalnej propagandy LGBT był w finale Coventym silniej odczuwalny, że jest to jak na razie jedyny z trzech sezonów AHS, w którym nie pojawia się żadna homoseksualna postać. Ale najwyraźniej you can’t say „feminist” without LGBT.
No dobrze, przyjmijmy, że „w kupie siła” to ten pozytywna strona omawianego w AHS zagadnienia feminizmu. A co z oskarżeniami o mizoginię, które padały przy okazji każdego sezonu serialu? Nie ważne, czy weźmiemy Murder House, Asylum czy Coven. W każdym z nich przewija się przynajmniej jeden wątek,w którym ukazuje się przemoc w stosunku do kobiet. Jak już wspominałam AHS wręcz szczyci się tym, że nie boi się poruszać trudnych, drastycznych tematów i znęcanie się nad kobietami jest tego przykładem. Zanim jednak zaczniemy szafować oskarżeniami o „eksploatowanie wątku przemocy wobec kobiet”, zwróćmy uwagę, że pisanie/pokazywanie kobiecych postaci w sytuacjach, gdzie są one krzywdzone nie jest samo w sobie seksistowskie. Tak długo, jak służy skomentowaniu i napiętnowaniu mechanizmów, które za tą krzywdą stoją.

Cordelia.
Co do tego, jak Coven umiejętnie buduje, a jednocześnie burzy mizoginistyczne stereotypy, odsyłam do fantastycznego artykułu, który analizuje ten temat o wiele składniej niż ja bym była w stanie. Naprawdę gorąco, gorąco polecam go przeczytać.

Mimo słusznych argumentów, zawartych w powyższym artykule, trudno mi opędzić się od wrażenia, że wiele osób zbyt niefrasobliwie podeszło do zakończenia Coven, a zwłaszcza tego, jak skończyły pewne postacie. Kwestia ta zastanawia mnie przede wszystkim dlatego, że te najbardziej entuzjastycznie pochwalne recenzje sezonu (mówimy nadal w kontekście aspektów feministycznych) pojawiały się głównie po pierwszych paru odcinkach. Jednak im dalej w las, czyli im więcej odcinków wyświetlono, tym entuzjazm widzów i recenzentów bardziej opadał. Po finale doszło wręcz do tego, że trudno było znaleźć recenzję Coven, w której nie wytknięto by błędów w fabule, konstrukcji postaci, oraz ukazaniu dyskryminacji rasowej i płciowej.
No bo zobaczcie: część żeńskich postaci na zakończenie sezonu zostaje pokazana jako podległa mężczyznom:
– Madison zostaje w finale uduszona przez Kyle’a (co jest wątpliwe też z innych powodów, ale o tym za moment), a jej martwe ciało po raz drugi (!) staje się zabawką w rękach służącego Spaldinga.
– Fiona zostaje skazana na wieczne piekło kłótni ze swym kochankiem, seryjnym zabójcą, a także na fizyczną agresję z jego strony.
– Marie Laveau, potężna kapłanka voodoo, która wcześniej była bezbronna wobec witch-huntera, spędzi wieczność torturując Delphine LaLaurie z rozkazu Papy Legby (boga-ducha z panteonu religii voodoo).

Papa Legba.
Jak na serial, który szczyci się tyloma postaciami kobiet  i to zarówno w rolach pierwszo- jak i drugo-planowych, dziwnie wygląda fakt, że dwie z najsilniejszych postaci kończą sezon jako męskie zabawki. Madison ponownie (!) ląduje w rękach Spaldinga jako ludzka lalka. Z kolei Fiona – ucieleśnienie niezależnej, niezwiązanej, nieokiełznanej kobiety – ląduje w nieskończonym piekle (okiełznana), ze swoim zabójczym kochankiem (związana), która będzie się nad nią znęcał przez wieczność, zarówno psychicznie, jak i fizycznie (zależna).
Odnosząc się jeszcze do wspomnianego wyżej artykułu: autorka pisze w nim o dwuznacznie ukazanej w Coven kwestii gwałtu – z jednej strony gwałt na Madison jest dość obcesowo pokazany, ale postać dostaje swoją szansę na zemstę; niby jest pokazywana, jako zabawka w rękach Spaldinga, ale przez to ma nam udowodnić, że traktowanie kobiet jak przedmiotów jest „chore” i niewłaściwe.
Problem polega na tym, że postać Madison, nie jest jedyną, która zostaje w serialu zgwałcona. Jest też kontrowersyjny – bo mocno niedopowiedziany – wątek Queenie, która została zaatakowana przez Minotaura. Zastanawia mnie, czemu Murphy – który tak świetnie poruszył trudny temat seksualności zarówno w Asylum jak i Murder House – w Coven kompletnie nie odniósł się do kwestii non-consensual sex, czyli gwałtu. Bo nie dość, że mamy w tym sezonie dwa gwałty na postaciach kobiecych, ale także – i nie wiem czy to nie jest w tym wypadku odrobinę ciekawsze – wątek młodego mężczyzny, które był seksualnie molestowany przez własną matkę, a następnie został wplątany w mocno erotyczny i dość poddańczy trójkąt miłosny z dwójką czarownic. Które oprócz tego przywróciły go do życia – także bez jego zgody. Jasne, trudno zapytać się zwłok, czy chciałaby wrócić do życia, ale nie o to tu chodzi. W kontekście braku zgody pojawia się też wątek Luke’a, syna sąsiadki, który pada ofiarą jej religijnych, fanatycznych działań (konkretniej: matka robi mu lewatywy, by go „oczyścić”).

Madison.
Zastanawiające jest, że Murphy nie wykorzystał zawartych w Covenwątków, by wystosować istotny społeczny komentarz. Możliwe, że krytyka, którą zebrał za zawarcie podobnych wątków (gwałt, szatańska niechciana ciąża, brak zgody, znęcanie się, etc.) wcześniej w Murder House i Asylum sprawiło, że postanowił się ponownie nie zagłębiać w tą tematykę. Tylko w takim razie po co w ogóle ją poruszać, a następnie cichaczem zamiatać pod dywan?
Jeśli Murphy rzeczywiście zaczął słuchać krytyki – i to tej, która wyraźnie nie rozumie, że w używaniu shock value jest głęboki, psychologiczny sens – zaczynam mocno obawiać się kierunku, który może obrać AHS. Myśl, że ze złożonego, kontrowersyjnego, upiornego, poruszającego, fenomenalnie obmyślonego i zagranego serialu może zmienić się w zakrwawioną wydmuszkę, wywołuje we mnie bezbrzeżny smutek. I to smutek tym większy, że Coven miał do tej pory największą oglądalność, ze wszystkich trzech sezonów (średnio 4 miliony widzów dla Coven, w porównaniu do 2,9 miliona dla Murder House i 2,5 miliona dla Asylum). Wychodzi więc na to, że niestety krytycy mieli rację, a AHS jest serialem powszechnie niezrozumianym.

Nan.
Z drugiej strony Mysz rozumie, choć ubolewa nad tym, że nie każdy jest w stanie zaakceptować specyfikę AHS. To serial, który lubuje się w tym, jak jest kontrowersyjny; z radością lawiruje między dobrą a złą jakością, high brow humour i low brow humour, homo i hetero, szczerością i przerysowaniem, artyzmem i popkulturową papką, pochwałą mizoginii i feministyczną propagandą. Może właśnie dlatego, gdy już wywołuje emocje, są to emocje skrajne.
Pozostaje cieszyć się, że tworząc AHS, Murphy umożliwił widzom podziwianie naprawdę utalentowanych aktorem (w każdym wieku). Zaś kręcąc Coven, aktywnie przyczynił się do drastycznego wzrostu ilości ciekawych kobiecych postaci na naszych ekranach. W sumie wydaje mi się, że właśnie to jest najistotniejszy feministyczny aspekt tego serialu: nie chodzi o to, by tworzyć wyłącznie silne, kobiece postacie. Ale by stopniowo zwiększać ilość i różnorodność kobiecych bohaterek na naszych ekranach. I to się Murphy’emu chwali.
 

It’s more a „guideline” than actual rules.

Porzućmy już analizę głębszej warstwy serialu i wróćmy do braku konsekwencji. Nie tylko chaotyczny rozwój postaci i ucięte, niedokończone wątki zdają się wskazywać, że trzeci sezon AHS był pod pewnym względami pisany na kolanie. Także realia przedstawionego świata zdają się, pod uważnym spojrzeniem, rozlatywać w rękach.
Jedną z zalet stworzenia fantastycznego świata, zwłaszcza takiego, w którym istnieją magia i czary, jest możliwość określenia konkretnych zasad, których owa magia będzie przestrzegać: co da się zrobić, czego się nie da, czy magia ma swoją cenę, jakie są efekty lub konsekwencje użycia magii, jakie rodzaje czarów, etc… lista jest długa. Coven niestety pod tym względem okazał się serialem, który uparcie nagina magię do fabuły, zamiast starać się napisać fabułę, opartą o z góry ustalony magiczne reguły.
Każda z młodych czarownic, które poznajemy posiada inną moc, inny „dar”: Zoe zabija każdego z kim się prześpi; Queenie jest ludzką laleczką voodoo; Nan (Jamie Brewer) umie czytać w myślach; Madison posiadała zdolność telekinezy. Według przedstawionych w seriali informacji, każda czarownica posiada jeden magiczny „dar”. Niektóre, te bardziej potężne, potrafią mieć więcej niż jeden dar, ale zdarza się to raczej rzadko. Czarownica, która posiada więcej niż kilka darów, prawdopodobnie jest następną Supreme i zostanie przywódczynią sabatu.
Cała ta koncepcja zachowuje swą logikę, gdy Madison zaczyna wykazywać drugi dar – pirokinezę – i Fiona, obecna Supreme postanawia ją zabić (bo nowa Supreme „wysysa” ze starej magię, tym samym doprowadzając do jej śmierci). Jednak reguły Covenowej magii zaczynają się sypać, gdy z biegiem odcinków kolejne młode czarownice objawiają coraz to nowe dary. Owszem sprawia to, że ostateczne rozwiązanie zagadki, kto zostanie kolejną Supreme jest bardziej emocjonujące, ale jednocześnie zaburza zasady przedstawionego świata. W serialu pada co prawda zdanie, że „w naprawdę trudnych czasach zdarzało się, że czarownice rosły w siłę i wykazywały więcej darów”, ale jest to informacja rzucona mimochodem, przez wielu widzów niezauważona. Jeszcze mniejsza ilość osób była w stanie połączyć ten komentarz – i wzrastającą moc dziewcząt – z „wielkim zagrożeniem” jakim jakoby, według fabuły, byli polujący na czarownice witch-hunterzy.

Zoe.
Zwróćcie też uwagę, że moc Zoe – bardzo szokująco pokazana w premierowym odcinku, a następnie wykorzystana w (bodajże) drugim odcinku – potem nigdy więcej nie jest wspominana. Co jest o tyle dziwne, że Zoe jest właściwie jedyną z młodych czarownic, która pozostaje w stałym związku******.
Frapujące jest, że najbardziej obcesowo moc naszych czarownic jest dostosowywana do wymogów fabuły, w scenach gdy nasze bohaterki (wojujące czarownice-feministki, przypominam!) próbują przeciwstawić się mężczyźnie. Dlaczego Madison, duszona przez Kyle’a, nie mogła go odepchnąć telekinezą, albo podpalić pirokinezą, albo po prostu się teleportować? Czemu Marie Laveau, potężna kapłanka voodoo, jest bezbronna w obliczu jednego faceta z pistoletem? I tak dalej.
Naturalnie jest w tym pewien sens: wszechpotężne postacie nie są ciekawe, bo wiemy, że „nic ich nie ruszy”. Przecież nawet Superman ma swój kryptonit! Jednak spontaniczne zyskiwanie/tracenie mocy tylko dlatego, że fabuła tego akurat potrzebuje?… panie Murphy, toż to najzwyczajniej w świecie leniwe pisarstwo!
Nawiązując jeszcze do tego, że wszechpotężne postacie są nudne, bo wiemy że nic im nie grozi: przywracanie kogoś do życia na lewo i prawo sprawia, że jakakolwiek śmierć przestaje mieć w serialu jakiekolwiek fabularne lub emocjonalne znaczenie. Wiem co mówię. Od 9-ciu sezonów oglądam Supernatural.

Marie Laveau.
Nad tym, że duchy w Coven teoretycznie są martwe, ale mają fizyczne ciała i można je np. zarąbać siekierą już naprawdę nie będę się rozwodzić.
Interesujące jest natomiast, że Coven, pod względem scenariusza z jednej strony poszło na żywioł (mnogość niedokończonych wątków, chaotyczność, etc.), a z drugiej od początku trzymało się pewnych sztywnych, odgórnie ustalonych ram. Zauważcie, że dość wcześnie w serialu dowiadujemy się, że by kolejna Supreme mogła przejąć władzę, Fiona musi umrzeć. I odwrotnie – skoro Fiona umiera, oznacza to, że kolejna Supreme rośnie w siłę. Tak więc Coven praktycznie od początku narzuca sobie zakończenie: w finale dowiemy się, kto jest następcą Fiony. Jest to o tyle wyjątkowe, że ani Murder Houseani Asylum nie zawarły w swojej fabule obietnicy wyjaśnień (dyskusyjnie, Asylumobiecywało wyjaśnić pochodzenie Bloody Face). Wydawałoby się więc, że posiadanie pewnych ram ułatwi twórcom skonstruowanie fabuły: wiedzieli, jak wyglądają „kontury” Coven. Jednak zamiast starannie wypełnić sezon ciekawymi, skomplikowanymi wątkami, twórcy zdecydowali się wykorzystać wyłącznie odważne, ale bardzo grube pociągnięcia pędzla. Jest w tym jakaś wartość – szok, zaskoczenie, obrzydzenie – ale również ryzyko zagubienia szczegółów, istotnych dla zrozumienia całego „obrazu”. W wypadku Coven niestety tych szczegółów zabrakło.

And now for the grand finale!

Fani seriali wiedzą, że świetny finał może czasem wynagrodzić kiepski sezon. Jasne, jest to bardziej nagroda pocieszenia, niż autentyczne zadośćuczynienie, ale lepszy rydz niż nic. Zwłaszcza AHS zdążył już dwukrotnie udowodnić, że pełen zakrętów i twistów finał potrafi być niczym zgniła wisienka na torcie obrzydliwości. Stąd Mysz wstrzymywała się z wyrażaniem osądu i pisaniem analizy Coven. Liczyłam na to, że sprawnie napisany finał –kończący rozpoczęte wątki, zawiązujący wszystko na zgrabny supełek, gdzie zło zostaje pokonane, a dobro triumfuje (lub odwrotnie) – nada trzeciemu sezonowi AHSjakieś głębsze znaczenie. Albo chociaż w miarę sensownie zakończy fabułę. Niestety i tu przyszło mi się poniekąd zawieść.
Jednym z zarzutów względem Coven jest zbytnie nagromadzenie wątków pobocznych******* – często niepotrzebnych lub niedokończonych – odwracających uwagę widza od głównej historii (która ostatecznie wcale nie była tak dobrze przemyślana, jak się to wszystkim wydawało). Odcinki 2-12 są po prostu „pustymi kaloriami”, w których dużo się dzieje, ale są to kompletnie nieistotne rzeczy. Gdy więc docieramy do finału jest on niepotrzebnie przyspieszony i skondensowany – twórcy nagle, w 13-stym odcinku zorientowali się, że w ciągu parędziesięciu minut muszą pokazać całą ceremonię Siedmiu Cudów, która umożliwi wybranie Supreme.
Ech, gdyby chociaż jeszcze pokazali to w formie bezpardonowego pojedynku między siostrami-wiedźmami, a’la The Craft *rzewne westchnienie*  Niestety, nie było nam to dane. Dziwne, biorąc pod uwagę, że ani w ceremonii Siedmiu Cudów, ani wcześniej, twórcy nie mieli oporów przed pokazaniem, jak kobiety dają sobie po pyskach. Ale pokazanie magicznego konkursu na najlepszą czarownicę, tak by naprawdę wywarł on wrażenie na widzu?… zbyt oczywiste.

Coven przez większość swego czasu antenowego bezradnie gonił za własnym ogonem, by dosłownie w ostatnim momencie skupić się na Siedmiu Cudach. Niestety, bez uprzedniego podbudowania powagi tej ceremonii, ustanowienia jej istotności dla fabuły, staje się ona nic nieznaczącym punktem do odhaczenia na liście obowiązkowych wątków. Bądźcie szczerzy: czy kogokolwiek pod koniec sezonu naprawdę obchodziło, kto zostanie kolejną Supreme?… Wątpię. Podejrzewam, że większą frajdę przyniosło Wam obserwowanie, jak młode czarownice NARESZCIE korzystają ze swoich mocy w większym zakresie. Jak na serial o szkole dla czarownic, zaskakująco mało było w tej szkole UCZENIA MAGII.

Tumblr niby żartuje, ale coś w tym jest.
Nie zrozumcie mnie źle – Mysz bardzo się cieszy, że wybór ostatecznie padł na Cordelię. Jest to rzeczywiście sensowna decyzja… ale wyłącznie charakterologicznie. Z punktu widzenia fabuły, kandydatura Cordelii została wyciągnięta niczym królik z kapelusza. Mysz, jako wielka fanka Sary Paulson będzie zawsze kibicowała granym przez nią postaciom i cieszyła się, że jej ulubienica po raz kolejny gra w finale pierwsze skrzypce. Nie zmienia to faktu, że „skok na władzę” Cordelii był tak bardzo niespodziewany, że aż… niewiarygodny. A co za tym idzie, kompletnie dla widza obojętny emocjonalnie. Tym bardziej, gdy przypomnimy sobie w jaką obcesową propagandę został ten finał przyobleczony.
W finale, oprócz rozwiązania kwestii kolejnej Supreme, należałoby jeszcze pozakańczać kilka innych ważnych wątków, prawda?… etam, po co. Najważniejsze to niespodziewanie zabić część postaci (Misty, Zoe, Madison), a potem część z nich arbitralnie przywrócić do życia (Zoe). Ale nie wszystkie. I tu wyłania się jeden z Myszy największych „WTF?” momentów: Misty była jedyną w miarę pozytywną postacią w tym serialu. Czemu więc jej postać zakończyła sezon w swym własnym, osobistym piekle? Rozumiem taką karę dla Fiony czy Marie Laveau. Ale co komu zawiniła biedna Misty? Pozostaje także pytanie: co dalej z Madison? Jej ciało przejął duch Spaldinga i Bóg jeden raczy wiedzieć co będzie z nim dalej wyczyniał. Czemu jednak Madison nie stała się duchem, tak jak Spalding, Axeman czy Nan?

Misty.
Czarę niekonsekwencji przelewa w finale Coven końcowe pogodzenie się Cordelii i Fiony. Wspominałam wcześniej, że postać grana przez Lange była jedną z najbardziej chaotycznych i niekonsekwentnych. Końcowa scena, w której Fiona tłumaczy córce swoje skomplikowane uczucia do niej, wydawała się idealnym pretekstem, by raz na zawsze określić Fionę jako postać, owszem, rozchwianą, ale przede wszystkim manipulatywną. Moment przytulenia się obu kobiet był chwilą, w której większość widowni spodziewała się, że Fiona wbije Cordelii sztylet w plecy. Byłaby to charakterologicznie wiarygodna decyzja… no i całkiem szokujący twist fabularny. Zamiast tego otrzymaliśmy świetnie zagraną (wszak to duet Lange i Paulson!), ale z punktu widzenia postaci kompletnie nieprawdopodobną scenę. Przecież zaledwie parę odcinków wcześniej Fiona przyznała przed Papą Legbą, że byłaby w stanie zabić własne dziecko za nieśmiertelność, na co Papa słusznie zdiagnozował Fionę jako „nie posiadającą duszy”. Biorąc to pod uwagę, dlaczego mielibyśmy uwierzyć, że Fiona ostatecznie postanowiła oszczędzić życie swojej następczyni, nawet jeśli została nią jej własna córka? Niby kiedy obudziło się w niej to sumienie?… w trakcie przerwy reklamowej? Puh-lease.
Podsumowując: Coven zapewnił mi kilka tygodni niezłej rozrywki, ale przede wszystkim stal się smutnym przykładem na to, jak brak odwagi i konsekwencji w realizowaniu wizji, potrafi zepsuć fantastyczny serial (miejmy nadzieję, że tylko chwilowo). Trzeci sezon AHS jest więc idealnym przykładem dzieła, które zadowala się pokazywaniem się ciekawych kwestii, bez zagłębiania się w nie, bez szukania ich przyczyn i skutków, bez podejmowania z widzenia dyskusji. Coven miał być magicznym, czarującym sezonem upichconym w wiedźmim kociołku, pełnym humoru, lekkości i kobiecej siły. Zamiast tego otrzymaliśmy mulistą i ciężkostrawną breję, w której trudno dopatrzyć się pierwotnych składników. Nie nadaje się pan, panie Murphy, na czarownicę. W czwartym sezonie radzę wrócić do sprawdzonych klimatów.
Może pójść za vox populi i zrobić American Horror Story: Circus?
…mało śmieszny ten żart.
PS. Przeczytałam w Internecie ciekawą opinię, jakoby Covenbyło biednym, niezrozumianym arcydziełem. Wklejam oryginalny tekst, bo jego logika jest tak głupia, że aż piękna:

Ryan Murphy and Brad Falchuk’s American Horror Story is a national treasure. When you watch as much supposed „prestige” television as I do, you realize just how special and audacious something like this is. AHS doesn’t care about coherent storytelling or logic or reasonable pay-offs. (Most shows ONLY care about those things.) This one operates firmly in dream logic territory because guess what? That’s where horror lives too. And guess who horror’s next-door neighbor is? Comedy. Both genres thrive in that weird subconscious level below rational thought. Explain a joke and it’s no longer funny. Explain a villain’s motivations and he’s no longer scary. Anybody complaining about AHS’s lack of coherence is not only judging it by an incorrect rubric, they’re really just admitting being uncomfortable without the safety net of traditional storytelling and they’re mistaking that admission with criticism. This is the rare show where both plaudits and disdain are accurate responses, but the fact that that effect is intentional is what pushes it into genius territory. Nothing is less cool than using someone’s self-deprecation against them, and that’s what the worst critics have been doing: „It’s stupid, it makes no sense, it’s silly.” THAT’S THE POINT. Okay phew, glad we could clear that up.
Moja odpowiedź:… niby tak. Tylko, że w Murder House i Asylum wszystkie te elementy zdołały stworzyć wspólną, sensowną całość. A w Covennie. Food for thought, people.
*Podobne wrażenie wywołuje serial Hannibal, choć przy nim przerażenie bywa zdecydowanie przyćmione przez zachwyt, zwłaszcza nad stroną wizualną serialu i jego głębią psychologiczną.

** +10 do zadufania

*** w ferworze rzucania oskarżeń w kierunku Murphy’ego, nie zapominajmy, że za AHS odpowiada także jego współpracownik, Brad Falchuk.

**** Hej, jeśli Murphy może bezkarnie używać stereotypów, mnie też wolno. Ja przynajmniej robię to w ramach satyry.

***** Między innymi ze względu na wątek Lany w oczach Myszy Asylumznacznie przewyższa Murder House. A gdy jeszcze widz oglądający Asylumzdaje sobie sprawę, że zarówno Lanę, jak i próbującego ją „wyleczyć” doktora Thredsona grają aktorzy homoseksualni, cały wątek nabiera jeszcze większego znaczenia i staje się bardziej poruszający. A przynajmniej ja tak uważam.

****** Padają argumenty, jakoby moc Zoe nie działała na Kyle’a ponieważ ten „już umarł”, a teraz jest jedynie „ponownie ożywiony” (czyli undead). Możliwe, ale w takim razie kwestia ta powinna była być poruszona/wytłumaczona w serialu.

******* Nagromadzenie wątków wydaje się dziwnym zarzutem, biorąc pod uwagę, że w Asylum osobnych historii było więcej. Tamten sezon jakoś był w stanie większość z nich w miarę sensownie pozakańczać.

Ilustracje m.in. stąd i stąd.

 

  • Przeczytałam, nie oglądając serialu i bardzo mi sie podobało. Ale nie na tyle, by oglądać coś Murphy’ego. :D

  • Przeczytałem, oglądając serial i również bardzo mi się podobało. Tzn. tekst, bo serial już nieszczególnie.

    Co do czterech gwiazdek – w którymś odcinku Madison mówi Zoey, że może baraszkować z Kylem, ponieważ już raz umarł, więc go nie zabije, czyli jako tako w serialu „wytłumaczono”, niestety w taki sposób, jak wszystko inne w tym sezonie.

  • Przeczytałam cały tekst i jest świetny. Napisałaś dokładnie to co mam w głowie, ale jestem już zbyt stara i leniwa aby aż tak się uzewnętrzniać. Brawo dla Ciebie.
    Lubię Murphy’ego (Popular to był zajebisty serial) i Murder House i Asylum były mistrzostwem (mimo paru niedociągnięć) Tak się cieszyłam na Coven, widząc tyyyyyle możliwości w temacie czarownic i voodoo, no i się zawiodłam. Nie obejrzałam do końca (jeszcze) ale po połowie sezonu doszłam do niemiłego wniosku, że oto autor stworzył sezon pod publiczkę. I statystycznie patrząc, się nie myliłam. Publiczka urosła. AHS od początku było dla mnie takim niedocenianym, bo niezrozumianym przez Amerykanów, serialem. W tym całym swoim okrucieństwie, seksie i przerażaniu, bardziej europejskim. A Coven jest jak najbardziej dla publiczności amerykańskiej.
    Szczerze wątpię bym jasno wyrażała o co mi chodzi (przemawia przeze mnie choroba) i tak właśnie pomyślałam, że może jednak powinnam coś napisać o AHS ale chyba usiądę i poczekam aż mi przejdzie :)
    Anyway, dzięki za wysiłek, czyta się przednie.

  • livhannah

    Nie jestem jakoś strasznie uważnym widzem, zwykle umykają mi wszelkie feministyczne/mniejszościowe/ogółem społeczne aspekty, szczególnie jeśli są bardziej w tle, do przyuważenia, wprowadzone nienachalnie. Coven miał dla mnie potencjał, by pokazać stereotypowe postaci w zupełnie inny sposób, ale gdzieś po drodze to się zgubiło – i przy okazji moja uważność w tym temacie. Niemniej jednak dobrze -i ciekawie- było przeczytać o tym, uporządkować ewentualne odczucia, luźne myśli. zawsze coś w człowieku zostaje na przyszłość.

    mój niesmak wywołany finałem dotyczył przede wszystkim… właściwie samego finału.zrobiony „na siłę”, zamykający wątki, właściwie ich nie rozwiązując, raczej ucinając ewentualny rozwój, tłumaczenie. Dla mnie pomysł, że każda z dziewczyn może być następną Supreme stał się kolejną cegiełką niezadowolenia. Owszem, konkurencja rośnie, ale też „co za dużo to niezdrowo”. Rozumiem pomysł Myrtle odnośnie kandydatury Delii, ale fakt, że miała rację… Rozczarowało mnie to, serio. Podobnie uśmiercenie Misty – mogła nie być Następną, rozumiem utkwienie w swoistym piekle (bo mimo wszystko nie była na tyle silna, by się sama stamtąd wyrwać, to jednak dość prosta, niewinna duszyczka była) – ale fakt, to było okrutne zakończyć wątek TAKĄ śmiercią. A i samo zabijanie postaci, gdy już spełnią swoją rolę… to chyba nie jest dojrzałe, przemyślane rozwiązanie fabularne? a przynajmniej nie w tej ilości (Luke, Nan, pośrednio Zoe, Madison).
    Nie mam zastrzeżeń (mimo wszystko) do sceny Fiona-Delia. Owszem, twist fabularny byłby niezły – i finał pozostawiłby po sobie o wiele lepsze wrażenie! – ale jak dla mnie ta wersja też nie jest zła. Może dlatego, że J. Lange strasznie lubię i nie potrafię być jakoś bardzo krytyczna ;)

    Nierozwiązana tajemnica Murder House (coś w glebie, klątwa, cokolwiek? :)) sprawia, że AHS 1 dalej jest moją ulubioną częścią, mimo pewnych wad i niedociągnięć. Asylum już zaczynało być cokolwiek przekombinowane dla mnie (rozwój wątku UFO), za to Coven ‚poległ’ na wprowadzeniu wielu fajnych pomysłów i zmarnowaniu niemalże wszystkich. Może gdyby było więcej odcinków wyszło by to lepiej, wątki by zamknięto, albo wyprostowano, zamiast byle jakiego półśrodka.
    Gdzieś po drodze sezon mnie zaczął nudzić, bo zamiast konsekwentnego trzymania się napoczętych ścieżek, dochodziły nowe. A wszystkie i tak zgubiły się w lesie ;)
    Ewentualny 4 sezon i tak bym obejrzała :) Chociaż zapewne bez znacznego entuzjazmu :|

  • Murphy, jak widać po wpisie, potrafi tworzyć rzeczy świetne i na tyle fatalne, że trzeba o nich pisać długie analizy. Tak więc nikogo nie zmuszam.
    Ale cieszę się, że mimo nieznajomości serialu tekst się podobał :)

  • *płoni się* Niezmiernie mi miło, że tekst się podobał. Fakt, że serial podobał nieszczegółnie tylko i wyłącznie mnie smuci.

    Tak, też zwróciłam na to uwagę, ale uznałam, że skoro jest to teoria Madison – a nie potwierdzona informacja od np. Fiony czy Cordelii (które mogą co nie co wiedzieć o zasadach działania tego typu mocy) – nie jest to „oficjalne wytłumaczenie” :)

  • Fenomenalny tekst. Niby 17 stron, a zleciał jak z bicza trzasnął :)

    W każdym razie, ja ogólnie mam problem z AHS. bo dla mnie od zawsze, od pierwszego sezonu, był to serial chaotyczny, nie do końca przemyślany, porzucający swoje wątki i przyjęte konwencje. To serial, który już dwa razy koszmarnie zawiódł mnie w finale i którego drugiego sezonu nie byłam w stanie obejrzeć (chociaż tak zachwalasz, że postaram się go nadrobić). Coven ze wszystkich sezonów podobało mi się najbardziej. Jasne, że to „puste kalorie” (pełna zgoda), a większość wątków przedstawiono nieumiejętnie (amen to that), ale oglądało mi się go najlepiej. Murder House znudził mnie w połowie i koszmarnie zniesmaczył w finale, Asylum wyrzuciło mnie za burtę po dwóch odcinak, a Coven jakoś mnie trzymał. Nie wiem właściwie czemu :)

  • Nie wiem, czy wypada mi dziękować. Takie uzewnętrznianie się to bardziej objaw jakiejś choroby, niż świadoma decyzja ;)

    DOKŁADNIE się z Tobą zgadzam – gdybym miała jednym zdaniem podsumować cały wpis byłoby to: „Murphy stchórzył i zrobił sezon pod publikę”. A najgorsze (!!!) jest to, że jego wyszło na wierzchu. Bardzo mnie to martwi względem przyszłości kolejnych sezonów. Ech, przynajmniej zawsze będziemy mogli wrócić do Murder House i Asylum i nurzać się w ich wspaniałej obrzydliwości ;)

    To ja dziękuję za przemiły, bardzo jasny i mądry komentarz. Właśnie z nadzieją na takich Czytelników piszę swoje teksty :)

  • Cieszę się, cieszę się, tak strasznie się cieszę, że tak myślisz! :)

    Hm, to w sumie ciekawe, bo do tej pory nie spotkałam się jeszcze z osobą, która miałaby takie odczucia, jak Ty. Nie wiem, co może leżeć u podstaw takiego odbioru AHS, ale może po prostu nie trafia do Ciebie ta campowa konwencja, która zamiast balansować na granicy dobrego smaku, skacze na główkę w bagno ludzkiej obrzydliwości?… to oczywiście tylko teoria. I szczerze?… pomimo mojej ogromnej sympatii i szacunku do tej serii, rozumiem, że można jej nie lubić.

    Natomaist jeśli Murder House cię znudziło i nie lubisz chaotyczności, to raczej odradzam Asylum, bo może Ci kompletnie nie podpasować. Ja go lubię ze względu na WSTRZĄSAJĄCE wrażenie emocjonalne i psychologiczne, jakie na mnie wywarło. Ale nie były to, podkreślam, pozytywne emocje, a raczej takie jak np. podczas oglądania „12 Years a Slave”. Człowiek po prostu patrzy w ekran i oczom nie wierzy, że kiedykolwiek byli ludzie, którzy mogli takie ZBRODNIE popełniać.

  • Finał „Murder House” był faktycznie jego najgorszym elementem (ta seria powinna się skończyć na 12tym odcinku), ale i tak chyba najbardziej lubię właśnie otwarcie „AHS”

    Co do „Asylum” ja początkowo też co zabawne utknąłem na drugim odcinku. Ale to co dostajemy potem (szczególnie odcinki 3-7) to jest mistrzostwo najwyższej próby. I warto po ten sezon sięgnąć.

    „Coven” niestety odstaje mocno. Niby „Asylum” było chaotyczne, ale przy „Coven” to jest wyjątkowo spójny sezon. No i finał trzeciego sezonu pogrąża go moim zdaniem zupełnie. Szczególnie absolutnie kuriozalna w kontekście całości wydarzeń (dzięki Myszo za zwrócenie na to uwagi!) wypowiedź Cordelii w wywiadzie.

    A Myszo na Twoje ręce gratulacje za świetny tekst. Więcej takich prosimy :)

  • Wiesz, mnie też aspekty feministyczne z zasady umykają. Dopiero ostatnio, pod wpływem głośnych dyskusji na ten temat zaczęłam zwracać na to większą uwagę. Ale i tak w pierwszej kolejności rozpatruję inne wartości danego dzieła. A niestety Coven również w tych względach zawiodło.

    Mnie również nagły pomysł Myrtle z kandydaturą Cordelii zniesmaczył, a przecież Cordelia była moją ulubioną postacią. Świadczy to, że takie rozwiązanie fabularne było naprawdę kiepskim pomysłem. Autentycznie myślałam, że to Zoe ostatecznie zostanie Supreme, a Cordelia zginie podczas prób. Ewentualnie stawiałam jeszcze na Misty. Bardzo do mnie trafia Twoja interpretacja, jakoby Misty, będąc prostą, naiwną duszą była skazana na porażkę, zwłaszcza w obliczu innych, tak silnych czarownic. Widzę w tym wiele racji, ale fakt faktem pozostaje – jej śmierć była okrutna. Samo zabijanie wielu postaci mi nie przeszkadza – wszak oglądamy AHS, gdzie śmierć, makabra i duchy są na porządku dziennym. Denerwuje mnie natomiast, tak jak napisałaś to, że jest to wyłącznie wygodne rozwiązanie fabularne – ucięcie wątku, zamiast jego sensowne zakończenie. Co do sceny między Fioną i Cordelią… okej, nie była taka strasznie zła. Była nawet ładna. Ale tak bardzo nie pasowała mi do charakteru Fiony, że odczułam ją jako nachalną i sztuczną. Mimo świetnego aktorstwa obu pań :)

    Owszem, wątek UFO był przekombinowany, ale ja mam słabość do Asylum właśnie dlatego, że dzięki temu wątek Kita (granego przez Petersa, który jest świetny) był w serialu istotny. Podobnie rzecz ma się z Laną – jej historia w Asylum ogromnie mnie poruszyła i to właśnie emocjonalna reakcja na fabułę sprawia, że Asylum stoi u mnie ciut wyżej, niż warsztatowo lepszy Murder House. Z kolei przy Coven sądzę, że przydałoby się raczej mniej odcinków – by sensownie „skondensować” fabułę, wyrzucić niepotrzebne wątki. Ale i tak z wielką nadzieją czekam na 4ty sezon. Jestem bardzo ciekawa co Murphy pokaże nam tym razem :)

  • Dobry tekst, jak zwykle, dobrze się to czyta. Nie lubie tego ‚jękolenia’ u blogerów, którzy ‚no, ale juz kończę, bo za długo’.

    Co do AHS. Obejrzałem prawie pół 1 sezonu, ale tak mnie odpychał, nudził i drażnił, ze nie dałem rady. Główna para małżeńśka to chyba najbardziej przeze mnie znienawidzona para głównych bohaterów, jaką kiedykolwiek widziałem. Nie cierpiałem każdej sekundy z nimi (zwlaszcza z ‚nią’, ‚on’ jeszcze jakoś uchodził), dlatego tez przestałem ogladać. Za dwojkę się nei zabierałem po traumie pierwszego sezonu, zacząłe moglądać 3 jak wychodził. No i oglądałem 6, czy 7 odcinków i całkiem mi się podobało. Oglądałbym dlej, gdyby nie rpzypadki losowe, ale brak tamtej dwójki pozwolił mi się cieszyć serialem. Ale, że jak piszesz -fabułą donikąd nie prowadzi ,to nie wiem, czy wróce i nadrobię.

    Za to ten Asylum mnie nęci i nęci. Moze niedługo, choć jest tyle, z pozoru lepszych i ciekawszych seriali, że nie wiem, czy znajdę czas. Zobaczymy. :P Tematycznie jest jednak chyba najciekawszy z całej trójki.

  • Bo Murder House było najbardziej spójną, sensowną serią. Asylum, mimo mojej ogromnej sympatii, jest mocno „naćkane”. A tak z ciekawości jakie masz zarzuty do finału Murder House?

    Coven wydaje się idealnym przykładem na to, że „rozrzedzenie” kontrowersyjnego serialu automatycznie zwiększa jego oglądalność. W sumie jestem to w stanie zrozumieć – im większa publiczność, tym serial dłużej utrzyma się na antenie. Ale utrata wartości jakie tkwią w takim mocnym, kontrowersyjnym serialu jak AHS bardzo mnie boli. Myślałby kto, że właśnie współczesna telewizja dąży już ku produkowaniu bardziej przemyślanych, niekoniecznie „powszechnie popularnych” seriali.

    Dziękuję za miłe słowa – kwiaty proszę zanieść do garderoby ;) A tak poważnie to staram się jednak tak długich tekstów za często nie produkować. Chwała Wam, że czytacie te epopeje, ale jednak łatwiej mi napisać 5-6 stron niż 17ście :D

  • Cóż, pozostaje mi się cieszyć, że są jeszcze w Internecie ludzie, którzy lubią porządny kawał tekstu do skonsumowania ;)

    Jeśli Coven przypadło Ci do gustu, a problem przy Murder House tkwił w głównej parze, bardzo polecam Twojej uwadze Asylum ,czyli 2 sezon. W mojej opinii jest lepszy niż pierwszy sezon, a pod pewnymi względami posiada wiele elementów trzeciego. Myślę, że danie szansy Asylum mogłoby być ciekawym eksperymentem.

  • [Ok, mam nadzieję, że zbytnio nie naplątałam, 30-stopniowe upały mi nie służą ^^]

    O rany. I niby wiedziałam, jak bardzo ten sezon się nie udał, ale dopiero po przeczytaniu Twojej notki zdałam sobie sprawę z tego, że to już nawet nie jest kwestia spadku formy. To kwestia kompletnego braku pomysłu, na każdą warstwę. Bo o ile ten clusterfuck, jakim jest sama fabuła czy mechanika świata można sobie tłumaczyć spadkiem formy, o tyle w warstwie ideologicznej widać doskonale, że panowie sami już nie wiedzieli, co chcą z Coven zrobić. I koniec końców, wyszło coś co jest do wszystkiego, czyli w sumie do niczego i na siłę udaje coś, czym wyraźnie nie jest. Bo jasne, nie ma jedynej słusznej interpretacji i można rozważać pod każdym kątem, ale… wszędzie pojawia się to ogromne „ale”. Do tej pory starałam się traktować Coven jako jednorazowy wyskok, nieudany eksperyment, czy cokolwiek. Teraz zalatuje mi to wszystko trzepaniem sezonu na siłę i martwi mnie to jeszcze bardziej.

    W kwestiach fabularnych z jednym się tylko nie zgadzam: według mnie właśnie Delphine była postacią poprowadzoną najbardziej konsekwentnie i jako jedyna pozostała wierna swojemu charakterowi. Bo owszem, pod wpływem Queenie, która zdobywa jej szacunek i wobec której ma dług wdzięczności przeżywa parę porywów serca i skłonna jest do zweryfikowania swoich poglądów, ale rzecz w tym, że rasizm nigdy nie był największym problemem Delphine. Rasizm zapewniał jej poczucie bezkarności, ba, był dla niej pewnym przyzwoleniem na okrucieństwo. Ale nawet bez niego, prędzej czy później jej sadystyczne tendencje dałyby o sobie znać – wystarczy przypomnieć sobie mocno wymowną scenę z zabijaniem kurczaków, sposoby karania córek, czy nawet pierwszy odcinek i te sceny a’la Elżbieta Batory. Delphine nie była po prostu rasistką – Delphine była socjopatką, która trafiła akurat na sprzyjające okoliczności. A takich skłonności nie da się wyleczyć dobrą wolą i cierpliwością.

    I wspominałam o tym już przy paru okazjach, ale powtórzę raz jeszcze – czytało się prześwietnie :)

  • (Mysz ma pod względem odpisywania na komentarze refleks szachisty. Korespondencyjnego. Za co się kaja).

    Mam wrażenie – co zresztą chyba napisałam w notce – że próbując zrobić serial, który spodobałby się szerszej widowni, a nie tylko widzom „niszowym” i fanom horroru (co się udało, biorąc pod uwagę największą oglądalność Coven z dotychczasowych 3-ech sezonów), Ryan Murphy KOMPLETNIE rozmienił się na drobne i, co to dużo mówić, totalnie się sprzedał. No chyba, że to jakaś klątwa Murphy’ego – dwa pierwsze sezony Glee były bardzo fajne, potem już się posypało. Może z AHS było to samo?

    Kurde, to co napisałaś jest bardzo mądre. W sumie nigdy tak na to nie patrzyłam. Uczepiłam się tego rasizmu – zresztą wydawało się to definiującą cechą tej postaci – a nie zwróciłam uwagi, że to nie okrucieństwo było przejawem braku szacunku dla ludzi (nie tylko czarnoskórych), ale że to brak szacunku wynikał z wrodzonego okrucieństwa. Dzięki ogromne, że podzieliłaś się swoją interpretacją. Właśnie za to kocham blogowanie – człowiek się cały czas uczy i odkrywa dane dzieła na nowo :)

    *rumieni się niczym raczek* Cieszę się.

    Pozostaje nam wspólnie czekać na Freakshow i modlić się, by Murphy wrócił do formy. Trzymam kciuki!