W obronie waty cukrowej – Winter’s Tale

Gdyby ktoś jeszcze wątpił, że Mysz jest w głębi duszy wielkim, naiwnych, wrażliwym dzieciakiem, niech ta recenzja będzie tego dowodem :)

Wróciwszy wczoraj z kina usiadłam do napisania recenzji i jak zwykle rzuciłam okiem na to, co o filmie sądzą szeroko pojęte media. Nie po to, by się sugerować czyjąś opinią, ale by porównać wrażenia. Ot, z czystej, ludzkiej ciekawości. I muszę powiedzieć, że jestem w ciężkim szoku bo dawno nie spotkałam się z taką ścianą krytyki. Winter’s Tale zaadaptowane z książki Marka Helprina pod tym samym tytułem, przeniesione na ekran przez Akivę Goldsmana w jego pełnometrażowym debiucie reżyserskim, zostało niemalże jednogłośnie uznane za film absolutnie fatalny.

Mysz jednak nigdy nie sugerowała się tym co sądzi “ogół” i bardzo ceni wyrabianie sobie własnych opinii. Stąd moim pierwszym wnioskiem po obejrzeniu filmu jest: nie sugerujcie się cudzymi opiniami, tylko przekonajcie się sami, czy film Wam się spodoba. Żeby nie było wątpliwości, nie namawiam do tłumnego walenia do kina. Nie oszukujmy się – bilety są drogie, a nie każdy chce wydawać pieniądze na film, który podobno jest tak zły, że gorszego nakręcić by się nie dało. Sądzę jednak, że skoro Myszy film się spodobał, istnieje szansa, że znajdzie się ktoś jeszcze, kto Winter’s Tale polubi.
Bo im dłużej się nad tym zastanawia tym bardziej stwierdzam, że w moim odczuciu widownia i recenzenci kompletnie się z Winter’s Tale rozminęli. Bo zdaniem Myszy Akiva Goldsman nakręcił… baśń.

Nazwisko Goldmana możecie kojarzyć głównie jako producenta takich filmów jak Mr. & Mrs. Smith, I Am Legend czy Constantine. Jest też autorem scenariusza do The Client, A Beautiful Mind czy Cinderella Man… ale także Batman Forever czy Batman & Robin. Od razu widać więc, że jest to twórca mocno nierówny. Co więcej Winter’s Tale to jego debiut jako reżysera filmowego, bo do tej pory maczał palce zaledwie w paru odcinkach serialu Fringe. Można więc było założyć, że przy tak trudnym przedsięwzięciu, jakim jest zarówno napisanie, wyreżyserowanie, jak i wyprodukowanie filmu, Goldsman polegnie kompletnie. I najwyraźniej taki jest ogólny konsensus, bo jak do tej pory na 10  przeczytanych przeze mnie recenzji, dziewięć jest tak srogich, jak brwi Collina Farrella, a jedna, choć pochlebna, podkreśla niedociągnięcia scenariusza i reżyserii. Zdaje się, że tylko Mysz, jak to mały, wredny, uparty, naiwny i łatwo wzruszający się gryzoń, stoi wszystkim wbrew i jest szczerze filmem zachwycona.
O co chodzi, w telegraficznym skrócie: Peter Lake to drobny złodziejaszek, który ucieka przed swoim okrutnym szefem, Pearlym. Włamawszy się do bogatego domu, przypadkiem natyka się na śmiertelnie chorą Beverly, w której natychmiast się zakochuje. Love, magic and destiny ensues.
Ustalmy jedną bardzo ważną rzecz – Mysz nigdy nie czytała książki Helprina. Do niedawna w ogóle nie wiedziałam o jej istnieniu….choć fakt ten zamierzam wkrótce nadrobić. Dlatego nie rozpatruję czy Winter’s Tale jest udaną adaptacją książki, ale czy jako zupełnie osobny film stwarza spójną, sensowną całość. I odpowiedź na to pytanie brzmi: tak. Ale tylko -jeśli- siedzący na widowni człowiek będzie miał do filmu właściwe nastawienie. Podejrzewam nawet, że bardzo wiele od niego zależy. Razem z Lubym poszliśmy na film właściwie w ciemno (znając co najwyżej tytuł i zarys fabuły, który pokazywał trailer), nie mając żadnych wymagań ani oczekiwań. W wyniku tego, każdy niejasny element fabuły, który Goldsman serwuje na początku filmu wywoływał nasze niezrozumienie, ale także zaciekawienie. Pod tym względem Winter’s Tale przypomina mi trochę seriale Whedona, którego mają tendencję do wrzucania widza w sam środek tzw. premise (czyli “początkowe założenia fabuły”, np. dziewczyna w liceum jest pogromcą wampirów, bo tak) by dopiero z czasem wziąć się za tłumaczenie co, kogo i dlaczego. Tak więc każdy rozwijający się przed nami element fabuły wywoływał w nas, owszem, lekką konfuzję, ale także ogromne zaciekawienie, by dowiedzieć się, o co tak naprawdę chodzi. I tu spieszę zaznaczyć, że kompletnie nie rozumiem oskarżeń recenzentów, jakoby film był pogmatwany i bez sensu. Mysz, wraz z upływem czasu na sali kinowej, zdołała zrozumieć większość filmu, włącznie z wątkami, które na początku wywoływały jedynie drapanie się po głowie. A to, że wiele rzeczy w filmie dzieje się “bo tak”?… cóż, śmiem twierdzić, że takie jest założenie tego filmu. To nie jest realistyczny dramat o miłości. To baśniowa fantazja na temat przeznaczenia, wielkich uczuć i metafizycznych walk toczących się wokół nas. Może niesłusznie, ale uważam, że Winter’s Tale naprawdę ma sens i układa się w spójną całość. A to, że pewne elementy są tłumaczone magią, metafizyką i przeznaczeniem?… TO. JEST. BAŚN. To magiczny realizm! Oczywiście, że pewne elementy będą wymagały od nas niemalże dziecięcego zawieszenia niewiary na kołku i rozkoszowania się tym, jak wszystko splata się w wielką, ponadczasową, przepełnioną słodyczą laurkę ku pokrzepieniu serc. Powtórzę: TO JEST BAŚŃ. I, owszem, jest przewidywalna bo używa pewnych starych, wytartych schematów i tradycji, które nie na darmo od lat się w baśniach utrzymują. Odnoszę wrażenie, że większość recenzentów spodziewała się po Winter’s Tale jakiegoś wielkiego dzieła na miarę Cloud Atlas. A to przecież, w gruncie rzeczy, prosta, na wskroś sentymentalna baśń, pełna magii i przeznaczenia, której fabułę i morał bardzo łatwo z góry przewidzieć. Może niektórych to mierzi. Ale dla nas te wszystkie elementy: powoli klarujące się realia przedstawionego fantazyjnego świata, sympatyczne postacie bohaterów, świetnie grający aktorzy, piękna sceneria, cudowna muzyka, oraz ogólne wrażenie czarującej atmosfery wspólnie sprawiły, że wyszliśmy z kina… cóż, oczarowani.

Jeśli jednak film się Wam nie podobał (lub nie spodoba, gdy go obejrzycie), nie miejcie do mnie pretensji, że tak dobrze o nim piszę. Śmiem twierdzić, że to nie moja wina. Mysz od lat powtarza, że jest (jak to określa) “szalenie naiwnym widzem” i choć z niejednego filmowego pieca chleba jadła, bardzo często daje się “nabrać” na wszelkie fabularne twisty i zakręty. Więcej, daje się nabrać z ogromną przyjemnością – bo wie, że bycie wodzonym za nos przez reżysera, jak ryba na haczyku wędkarza, potrafi być fajnym doświadczeniem.. Pozwala zapomnieć o tym, że ogląda się film – który trzeba analizować pod każdym kątem i rozkładać na czynniki pierwsze – i kompletnie zanurzyć się w przedstawionym świecie. Inni określiliby to pewnie syndromem “dużego dziecka”… i nie byliby wcale dalecy od prawdy: Mysz jest takim wiecznym dzieckiem. Ale nie Piotrusiem Panem, a bardziej Dzwoneczkiem. I podobnie jak w wypadku malutkiej wróżki, w naiwnej, infantylnej, na wskroś sentymentalnej Mysiej duszyczce jest miejsce tylko na jedną emocję na raz. Ale gdy już ją przeżywa, robi to bardzo silnie. Stąd czuję się usprawiedliwiona w swoim silnym zachwycie dla Winter’s Tale. Po prostu nie ma we mnie miejsca na cynizm.
Nie chcę tu sugerować, że wszyscy recenzenci, którzy krytykują ten film to banda gburowatych dorosłych, bo każdy ma prawo do takiego, a nie innego odbioru filmu, i każdemu film może się nie spodobać. Ale zadziwia mnie, jak powszechna i wszechogarniająca jest to niechęć. Czy nikt już nie ma do kina tego cudownie niewinnego, praktycznie dziecięcego podejścia? Gdzie przygaszenie świateł na sali i rozjarzenie się ekranu jest jak otwarcie szafy do Narnii i pierwszy powiew orzeźwiającego, zimowego powietrza?… Gdzie podziała się radość, wyobraźnia? Gdzie poddawanie się umowności na której kino, jako medium, opiera się przecież wielkim stopniu. Przecież sam fakt, że oglądamy jeden, ciągły obraz na ekranie wynika z tego, że nasze oczy oszukują nasz mózg, przerabiając pojedyncze klatki filmu na całą sekwencję. To też jest dość umowny proces – wielu z nas przecież zdaje sobie sprawę z tego, na jakiej zasadzie działa klisza filmowa. A jednak zawieszamy tę wiedzę na czas seansu i z przyjemnością oddajemy się oglądaniu. Mam wrażenie, że z filmami jest podobnie – pojedyncze elementy składają się w jedną ciągłą całość. Ale najwyraźniej nie dla wszystkich; najwyraźniej nie wszyscy są w stanie odwiesić swoją wiedzę na kołek.
Żebyśmy mieli jasność: czy Winter’s Tale jest filmem sentymentalnym, ociekającym lukrem, z pustymi tekstami wyjętymi niemalże z ciasteczka z chińską wróżbą?… tak. Czy w związku z tym jest to zły film?… moim zdaniem nie.
Winter’s Tale jest przede wszystkim filmem pięknym wizualnie. Tytułowa “zima” jest w filmie obecna w ślicznych, roziskrzonych zimowych krajobrazach, ukazanych zarówno w przyrodzie, jak i na tle Nowego Jorku. Mamy piękne kostiumy z epoki, wysmakowane i szczegółowo zaaranżowane wnętrza (wiarygodnie naśladujące feel Nowego Jorku z końca XIX wieku), oraz estetycznie wykadrowane sceny z artystyczną kinematografią Caleba Deschanela. Niewielkie efekty specjalne, które się w filmie pojawiają – wątek “fantastyczny” wszak zobowiązuje (Mysz woli określenie “fantazyjny”, bo ze stricte fantastyką ten film ma, moim zdaniem niewiele wspólnego) – są nienachalne i stosowane jedynie wtedy, gdy jest tak potrzeba. Nie ma więc tak ostatnio popularnego epatowania efektami.

Do tego dodajmy wspomnianą wcześniej fabułę. Nie czytałam co prawda dzieła Helprina, ale przejrzałam zarys fabuły książki i widzę, że Goldsman bardzo wiele uprościł. Nie jestem pewna, czy była to dobra decyzja względem fanów książki, ale jako newbie mogę z ręką na sercu powiedzieć, że nie mam do fabuły zastrzeżeń. Było jasno i przejrzyście, co w wypadku filmu z “pozaświatowymi”, magicznymi wątkami wcale nie jest takie łatwe, jakby się wydawało. Wykorzystano bardzo baśniowe chwyty fabularne, które z jednej strony łatwo przewidzieć, a z drugiej strony wciąż potrafią sprawić frajdę, bo są dobrze i mądrze wykorzystane. Czy subtelnie?… nie. Ale z drugiej strony nie spodziewałam się po tym filmie subtelności. Tak po prawdzie to nie spodziewałam się niczego, a dostałam śliczną, nieskomplikowaną, czarującą baśń. Owszem, film ma okropnie sacharydowy finał, ale w moim odczuciu był on nie do uniknięcia (baśnie zazwyczaj mają happy end) nie rozpatrywałabym więc tego jako wady. Muszę powiedzieć, że będąc niezaznajomiona z książką, byłam pod wrażeniem jak stopniowo Goldsman rozwijał przed nami nić fabuły, dodając poszczególne informacje z wyczuciem, tak by zaintrygować widza, a jednocześnie zbyt wiele od razu nie zdradzić. Mogłabym się przyczepić do dość górnolotnych dialogów, ale miewały one tak urocze, błyskotliwe momenty, że jestem w stanie im to wybaczyć. Zresztą cały film aż tchnie piórem Goldsmana. Owszem, wygrał on Oscara za scenariusz do A Beautiful Mind, ale pamiętajmy, że jest to film, który próbuje nam wmówić, że miłość jest w stanie “uleczyć” chorobę psychiczną. Koncepcja ta jest tak przesłodzona, że prawie mdli! A jednak tamten film wygrał Oscara. Bo był biografią wielkiego człowieka. A Winter’s Tale, operujące dokładnie takim samym, przesłodzonym zamysłem, zostaje zmieszane z błotem. Bo jest niewiarygodne i bez sensu. It’s called magical realism, people!… naprawdę mam wrażenie, że większość recenzentów zapomniała jakim sentymentalnym twórcą jest Akiva Goldsman. Nie na darmo przezywa się go czasem Akiva “Sugarman”.
Do tej beczki cukru i metafizycznej magii dodajmy trochę kolorytu w postaci świetnie dobranej obsady. Pomijam już, że Winter’s Tale to istne “who’s who” aktorów – nawet w trzecioplanowych rolach można wypatrzeć wiele znajomych twarzy. Luby aż w pewnym momencie musiał mnie zacząć uciszać, bo zbyt często wykrzyko-szeptywałam “Ojejku, patrz!”. Wiem, że wielu Czytelników wprost nie znosi Collina Farrella, ale Mysz jakoś nigdy nie miała zbyt wiele przeciwko temu aktorowi. Nie jest może moim ulubieńcem, ale nie przeszkadza mi jego obecność w filmach. Więcej: uważam, że do pewnych ról i pewnych filmów nadaje się idealnie. Z kolei Russell Crowe to od lat taki cichy, Mysi faworyt, ale z zupełnie innych powodów niż mogłoby się wydawać. Owszem, Mysz uważa, że to świetny aktor i bardzo lubi go oglądać w poważnych, ciekawych rolach, ale o moim dziwnym do niego stosunku niech świadczy, że w jego karierze moimi ulubionymi filmami są A Good Year oraz Robin Hood – filmy powszechnie uważane za fatalne. Widać po tym, że Mysz ma dość silną tendencję do pływania “pod prąd” tego, co jest uznawane za dobre.
Farrell najwyraźniej wyniósł z planu Ondine (pamięta ktoś jeszcze ten film? Myszy się bardzo podobał, znowu wbrew recenzjom) pewne doświadczenie odnośnie grania w filmach z magicznymi wątkami. Co mu się zresztą chwali, bo w Winter’s Tale wypadł bardzo sprawnie. Jego Peter jest niemalże książkowym bohaterem baśni – czarującym, wzbudzającym sympatię złodziejaszkiem o szczerym sercu i kryształowej moralności. Z kolei Crowe cudownie wpasowuje się w rolę “tego złego”, którego niecnej natury musimy się początkowo jedynie domyślać. Mysz miała przez cały film wrażenie, że zaciągający z irlandzka Crowe ma niesamowitą frajdę z grania tej konkretnej roli. Zresztą Crowe zawsze była fajny w graniu takich ciut bardziej mrocznych postaci. Mysz może go lubić za misiowaty pyszczek i oczka zbitego psiaka, ale jak ten facet warknie, to najchętniej zmykałabym gdzie pieprz rośnie z prędkością huraganu.

Dla Myszy, która ma tendencję do kochania się w rudych kobietach o porcelanowej cerze (Evan Rachel Wood, Rachel Hurd Wood w Perfume: Story of a Murderer) objawieniem była Jessica Brown Findlay w roli Beverly, ukochanej Petera. Czytelnicy mogą ją kojarzyć jako Lady Sybil z Downton Abbey, ale Mysz ogląda na tyle mało brytyjskiej telewizji, że Winter’s Tale było moją pierwszą stycznością z tą aktorką. I jestem zachwycona – Findlay w roli Beverly było cudownie naturalna, urocza i prześliczna, w taki zwyczajny, ciepły sposób. Idealnie wpasowała się w baśniową atmosferę filmu – wystarczyłoby jej dać filigranową koronę i byłaby wymarzoną królewną lub księżniczką.

Baśniowej atmosfery filmu dopełnia, w Myszy odczuciu, piękny soundtrack skomponowany przez Hansa Zimmera i Ruperta Gregson-Williamsa. Wiem, że wielu uważa muzykę Zimmera za szalenie powtarzalną, nudą i sztampową, ale ja autentycznie lubię jego twórczość. Z kolei brat Ruperta, Harry Gregson-Williams jest autorem jednego z moich najukochańszych soundtracków ever (2 filmy z serii The Chronicles of Narnia) i mam wrażenie, że Rupert przy tworzeniu muzyki do Winter’s Tale inspirował się baśniowymi dokonaniami brata. Nie były to może tak pamiętne utwory jak “A Narnia Lullaby” czy “The Stone Table”, ale z pewnością będę na soundtrack Winter’s Tale polowała, by przesłuchać go ponownie.
Zostawmy jednak części składowe filmu – scenografię, muzykę, aktorów, efekty specjalne – i skupmy się z powrotem na ogólnym wrażenie. Już raz to napisałam, ale zależy mi na tym by to podkreślić: to, że mnie się ten film podobał nie oznacza, że musi się spodobać innym. Nie będę się też jakoś specjalnie upierać, że Winter’s Tale jest filmem dobrym. Moim zdaniem na pewno nie jest filmem fatalnym. Mam jednak wrażenie, że jest dziełem, które kompletnie nie trafiło na właściwego odbiorcę. Kto wie? Może “właściwy odbiorca” nie istnieje. Wiem z doświadczenia, że takich po dziecinnemu naiwnych widzów jak Mysz, jest na świecie coraz mniej. We’re a dying breed. Slowly but surely wybija nas wszechogarniający cynizm, umiłowanie twardej logiki i drobiazgowe rozkładanie filmów na czynniki pierwsze.
Bardzo mnie to smuci. Bo widzicie, Mysz widziała w swoim życiu kilka filmów, które pokochała miłością tak silną i nieprzemijalną, że prawie baśniową. Nie są to filmy Wielkie i Ważne, ale są Ważne dla mnie. Nie ze względu na swoje części składowe, ale pewne specyficzne, jedyne w swoim rodzaju uczucie które we mnie (i tylko we mnie!) wywołują. Nie jest dla mnie istotne, czy ktoś inny te filmy lubi lub uważa za wartościowe. Bo to są takie “moje” filmy; takie, które tylko dla mnie mają odgrywać istotną rolę. Czasem są to filmy z głębszym przesłaniem, jak What Dreams May Come lub The Fall. Czasem są to ekranizacje klasycznych dziecięcych opowieści jak Peter Pan (2003 r.) lub The Chronicles of Narnia czy Inkheart. Nie muszą to być wcale dobre filmy ani mądre filmy. Najważniejsze jest dla mnie to, jak się czuję, gdy je oglądam. A czuję się po prostu i zwyczajnie: oczarowana.

I właśnie za to wrażenie oczarowania polubiłam Winter’s Tale. Za to uczucie, że nie oglądam filmu, który ktoś pieczołowicie złożył z poszczególnych składników – jak skomplikowaną, wyrafinowaną potrawę – ale za uczucie zanurzenia się w kompletnym, magicznym, zupełnie odległym od naszego świecie. We obecnych, coraz bardziej cynicznych, wyrachowanych, przemądrzałych czasach, cenię sobie te momenty, gdy nie muszę myśleć, a mogę tylko i wyłącznie -czuć-. Nie muszą to być uczucia mądre czy złożone, ale mocne. Wszechogarniające. Takie, które na moment wymazują świat zewnętrzny, oddalają rzeczywistość i pozwalają nam, jak dzieciom, zachwycać się baśniami. Co z tego, że wiemy, iż Nibylandia nie istnieje. Czy nie jest fajnie czasem o niej jednak pomarzyć, tak jakby rzeczywiści można było kiedyś do niej dolecieć?… może Was to bawi. Ale ja lubię w sobie właśnie tę dziecinność, tę wiarę w magię. Lubię, że wciąż jestem w stanie spojrzeć w niebo, zobaczyć drugą gwiazdę na prawo i pomyśleć “…i prost aż do rana” i autentycznie przez -moment- uwierzyć, że mogłabym się tam znaleźć. Że poza tym co widzimy, słyszymy i czujemy na co dzień jest jeszcze coś więcej.
 

Podsumowując. Winter’s Tale jest w swej naiwnej słodyczy równie nienachalny, jak brwi Russella Crowe’a. Czyli wcale. Ale z drugiej strony dlaczego mielibyśmy od takiej baśni wymagać subtelności? Czy od waty cukrowej wymagamy subtelności, czy raczej klejącej mordkę słodyczy? Takiej, która na dłuższą metę byłaby absolutnie nie do zniesienia, ale raz na jakiś czas, w ramach powrotu do dzieciństwa i rozbudzania w sobie nostalgii… czemu nie?
Winter’s Tale to właśnie taki puchaty, śliczny, słodki i pusty kłębek waty cukrowej. Nie każdy musi watę lubić. Ale Mysz, mimo upływu czasu i kolejnych ciężkich lat na karku chyba na zawsze pozostanie jej fanką. Taki już ze mnie wielki dzieciak. Howgh!
PS. Mysz i Zwierz (niezupełnym) przypadkiem były na tym samym filmie, w tym samym czasie w dwóch różnych kinach w Warszawie. Stąd pojawiające się dzisiaj dwie recenzje tego samego dzieła. Ale coby nie było nudno i coby po raz kolejny udowodnić, że Mysz jest (złym) alter-ego Zwierza, recenzje stoją po dwóch kompletnie przeciwnych stronach barykady. Biorąc pod uwagę, jak fatalne recenzje zbiera Winter’s Tale podejrzewam, że strona Zwierza zyska więcej popleczników. Cóż… more fluffy, sappy movies for me! ^__^
PS2. Znalazłam pochlebną recenzję Winter’s Tale na blogu Neila Gaimana. Cieszę się, że Gaiman, który w moim odczuciu jest jednym z mistrzów magicznego realizmu (i to tego, który Mysz lubi – prującego do przodu bez tłumaczenia wszystkich zasad i zakładającego, że czytelnik wsiądzie z nami na pokład i nie będzie zadawał pytań tylko cieszył się cudowną przejażdżką) był równie zachwycony filmem co ja. I co więcej zdaje się rozumieć w czym tkwi jego urok i czar. Daje mi to nadzieję, że może “mój” gatunek ludzi – the hopeful believers in magic – jeszcze tak totalnie nie wymarł.

Nawet na plakacie stoi jak byk
“This is not a true story”.
Jeśli to nie jest baśniowe i sentymentalne,
to ja już nie wiem co jest.

 

  • Przeczytałam obie recenzje i dziwi mnie, że żadna z was nie wspomniała o “Parnassusie”, bo choć filmu nie widziałam, to przede wszystkim z nim mi się skojarzył. Czy może się mylę w swoich odczuciach?

  • Szczerze przyznam, że trailer mnie po prostu odrzucił. To stężenie lukru, pyszności i innych słodkości w tym trzyminutowym fragmencie sprawiło, że autentycznie poczułam jak psują mi się zęby i jak skacze mi krzywa cukrowa. Nie dla mnie taka baśń. Wolę ponury “Labirynt Fauna” niż zakochanego Farrella.

  • Anonymous

    Kupiłaś mnie w całości tym “misiowatym pyszczkiem i oczkami zbitego psiaka” ^_^ Filmu jeszcze nie widziałam, ale zdecydowanie się wybiorę, głównie po to, żeby zobaczyć Russella pędzącego na koniu (w sumie tylko to rzuciło mi się w oczy, gdy przed wczorajszym “Wykapanym ojcem” puścili zwiastun “Zimowej opowieści”) ;)

  • To samo tutaj. Wszystko reklamujace ten film aż bije po twarzy okastetowaną pięścią z diamencikowym napisem ‘KICZ’. I to zły rodzaj kiczu, nie Giliamowy, tylko plastikowy i przesłodzony.

  • Dziwie się, że w recenzji nie było nic o tym, jak źle ten film, wygląda, a wręcz jedno, czy dwa zdania, ze film wygląda dobrze. Filmu nie widziałem, ale dla mnie, sądząc po materiałach promocyjnych, wygląda źle niczym Spartacus. ;p Bardzo po prostu…tanio. Kłująco w oczy tanio.

  • Ale fajnie przeczytać dwie skrajnie różne recenzje, jedna po drugiej :) Strasznie się cieszyłam na ten film, bo ja uwielbiam sentymentalne baśnie, nawet wtedy gdy są trochę przesłodzone i mało odkrywcze. Brakuje mi ich ostatnio. Się ludzie cyniczni zrobili i przestali kręcić? Tylko ten Collin Farrell mnie tak skutecznie zniechęcił. Trochę mi głupio, ponieważ nie lubię odrzucać czegokolwiek bez chociażby próby obiektywnej oceny, ale z nim tak mam. No nie mogę na niego patrzeć, bo coś się we mnie wtedy skręca. A co gorsza, nie mogę szczerze stwierdzić, że to zły aktor jest po prostu i tym się usprawiedliwić. Już przy Panu Banksie miałam z tym problem. Chociaż w tym przypadku mogę się podpierać racjonalnymi argumentami, że spokojnie można by go z tego filmu wyciąć. Niech on już pozostanie przy graniu cynicznych cwaniaczków i typków spod ciemnej gwiazdy, bo w takich rolach go mogę znieść i niech mnie przestanie zniechęcać do romansów. No!

  • Nie powiem, że się mylisz, ale sądzę, że Parnassus to jednak inna para kapci. Gilliam to specyficzny twórca, u którego fantazja miesza się z onirycznością i głębszą metafizyką.
    Winter’s Tale jest raczej dość proste i schematyczne. Rzekłabym, że pod tym względem – a także łopatologiczności przesłania i warstwy metafizycznej – bliżej mu do Narnii, niż Parnassusa.

  • Stąd ja w nikogo tej mdłej słodyczy nie wmuszam. Zaznaczam tylko, że mnie to nie przeszkadza, wręcz od czasu do czasu lubię się zasłodzić. A baśnie ponure to dla mnie zupełnie inny podgatunek baśni, rozpatrywany osobno :)

    @Krzysztof
    Jednym kicz przeszkadza, drugim nie. Poza tym nie nazwałabym dzieł Gilliama kiczowatymi, a raczej fantazyjnymi, operującymi wieloma różnymi elementami w ciekawy, nietypowy, czasem kontrowersyjny sposób. Wot, kwestia opinii :)

  • Będę trzymała kciuki, aby moje pochwały nie okazały się wielką pomyłką i by czas spędzony w kinie nie okazał się zmarnowanym ;)

  • Nie wiem, co rozumiesz przez “źle” wygląda. Dla mnie, wizualnie, był piękny, a elementy kiczu o którym wspominasz nijak mi nie przeszkadzają. Wychowałam się na wybitnie kiczowatych baśniowych filmach z lat 80-tych i wczesnych 90-tych i tego typu estetykę bardzo lubię.
    A co do Spartacusa… ponownie: kwestia estetyki. Niektórzy (m.in. Mysz) lubią takie przesterowane, przekoloryzowane klimaty. Kicz działa właśnie dlatego, że porusza – wywołuje pozytywne lub negatywne reakcje. Nie trzeba oczywiście takich dzieł lubić, ale dla mnie “kiczowatość” nie jest zawsze wadą.

  • Ja z kolei cieszę się, że nie jestem w swojej sympatii dla lukru i sentymentalizmu osamotniona :)
    Rozumiem niechęć do Farrella. Kiedyś też za nim nie przepadałam, ale z biegiem czasu antypatia gdzieś się ulotniła. Sądzę jednak, że warto próbować oglądać filmy z nielubianymi aktorami. Po pierwsze dzięki temu mamy pewność, że z powodu naszej niechęci nie ominie nas jakiś fajny film. Po drugie uczymy się wyrabiać w sobie szacunek nawet dla twórców, których niekoniecznie darzymy sympatią. Dla mnie to dość ważne – by móc obiektywnie powiedzieć “nie lubię tego aktora, ale kurczę, ma talent” :D

  • Serio ja żadnych skojarzeń nawet najdalszych z Parnassusem nie miałam. Tamten fil uwielbiam i naprawdę niesłychanie daleko mu do tego.

  • Tak więc Myszo, podejrzewam, że po prostu każdy ma swojego “Prometeusza” (którego ja bardzo lubię, też wszystkim wbrew :)

  • mysza ma racje dużo cukru i lukru nie może być swoją drogą dzwoneczek z piotrusia pana padłby w naszym świecie trupem zanim by zdążył powiedzieć amen :)bo tu ocean cynizmu i braku emapti się rozrasta ;) a ja takie lukrowane filmy pełne sentymentu patosu miłości wiecznej i wszystko zwyciężającej uwielbiam bo oglądając je mam wrażenie że jest tak jak być powinno udanych walentynek :)

  • auto correct:) nie może być złe

  • Ale w Spartacuie to jest zamierzony efekt, który jak dla mnie działa bardzo na korzyść serialu. Wygląda trochę jak komiks i w ten sposób się go odbiera, to jest przestylizowana opowieść pod każdym względem, od dialogów po oprawę graficzną. I taki sam klimat jest w Winter’s Tale i to działa.

  • Też uważam, że bardzo dużo jest we współczesnym świecie cynizmu. Dlatego lubię wracać do filmów, które wywołują we mnie zachwyt i oczarowanie, a także oglądać nowe filmy, które też wpisują się w tę kategorię “emocjonalną”. Odrobina lukru i taniego sentymentalizmu naprawdę nikogo nie zabije. A czasem bardzo poprawia humor. Nie tylko w Walentynki ;)

  • Też filmu nie widziałem, lecz opierając się tylko na zwiastunie widzianym w kinie, mogę napisać że taniości nie zauważyłem. Zobaczyłem za to reklamę baśni, która już dawno nie gościła w salach kinowych.

  • O, właśnie! Wreszcie ktoś, kto tak jak ja widzi w zwiastunie filmu przede wszystkim baśniowość :)

  • Anonymous

    Nie jestem w stanie przełknąć luk scenariusza tego filmu jak i całej opowieści. I nie przemawia do mnie, że to baśń i można wiele wybaczyć.
    My widzowie i tak przymykamy oczy na absurdy wylewające się z ekranu, ale pewnych rzeczy nie da się przełknąć. Dlatego rozumiem ten lament nad tym filmem.
    Ujęła mnie tylko para Peter/ Beverly. Byli cudowni ;) Do momentu … A później wszystko się posypało. Wszystko.
    Muzyka i wizualność bez zarzutu, ale to mało. Bardzo mało.
    Collin ma u mnie kilka plusòw. Nie znosiłam go absolutnie a teraz może spojrzę na niego łaskawszym okiem.
    Aktorka grająca Beverly jest po prostu cudowna ;)
    Resztę wywaliłabym bez zmrużenia oka ;) I nie jest to kwestia zanikającej wrażliwości u widza czy wymierania pewnego gatunku ludzi, nader wrażliwego na pewne doznania wylewające się z ekranu a z przekonania filmowców, że mogą wcisnąć wszystko nie starając się zbytnio. I nie o przesłodzenie tu idzie (bo to ludzie zniosą), ale o elementarny sens i porządek opowieści. Widz jest teraz bardziej wymagający, wiele widział i ma porównanie.
    Bez książki jako przewodnika nie da się tego pojąć ;)
    Sorry ;)
    Filmu jednak zupełnie nie skreślam, bo jak pisałam, pewne rzeczy jednak mnie ujęły za serducho.
    Anthea :)

  • Dziwi mnie to jak wszyscy narzekają na brak logiki i sensu w tym filmie; na luki scenariusza i absurdy. Dla mnie film układał się w absolutnie konsekwentną, ciągła historię, a wszelkie “absurdy” czy “szczęśliwe zbiegi okoliczności” odbierałam jako trzymanie się baśniowej konwencji, a nie lenistwo twórców. Istnieją realistyczne filmy, które mają mniej sensu niż ten, a baśniowy element moim zdaniem daje twórcom dużą swobodę – pojawiający się “znikąd” dobry duch, który ratuje bohatera, etc… to wszystko bardzo baśniowe elementy i autentycznie nie rozumiem skąd się biorą te wszystkie pretensje. Dla mnie film był jasny i sensowny. Baśniowy, ale w swej baśniowości usprawiedliwiający wszelkie dziwne sytuacje czy zawiłe wytłumaczenia.

    Akceptuję jednak, że jestem w swej sympatii dla filmu osamotniona. Nie pierwszy i nie ostatni raz mi się to zdarza. Może po prostu mam skrzywioną wrażliwość, albo większą tolerancję w stosunku do twórców. Dla mnie “Zimowa Opowieść” była tzw. “labour of love” Goldsmana. Widzę w tym filmie zamysł, starania i sens. Ale nie wymagam tego od innych :)

  • Anonymous

    Rozumiem oburzenie ;) Jakoś tak dziwnie rozumiem obydwie strony.
    Również mam filmy, które broniłabym pazurami pomimo złych albo raczej złych ocen: Atlas chmur, The Lone Ranger, Anna Karenina z Keirą. Szlag mnie omal nie trafił, gdy dowiedziałam się, że The Lone Ranger został nominowany do Maliny. Jakby nie było innych filmów, żeby nie powiedzieć gniotów a wychwalanych pod niebiosa jak jakieś cuda.

  • Niestety, tak to bywa z filmami – ile ludzi, tyle gustów i opinii :)
    Ważne, że my swoich faworytów bronimy, nie ważne co mówią malkontenci.