Disclaimer: Uwaga! Angielski!

Ku potomności i gwoli wyjaśnienia: Mysz tłumaczy swoją dwujęzyczność.

Dlaczego na MyszaMovie jest tak dużo języka angielskiego? Wersja skrócona dla tych, którym nie chce się czytać: Mysz jest dwujęzyczna i  tak jej wygodnie.

Chcecie wiedzieć więcej?… dobra. Ale sami się prosiliście.

Cytując:

 Disclaimer (dosłownie: zrzeczenie się) – zapożyczony z języka angielskiego termin w najogólniejszym rozumieniu określający jakikolwiek zapis, którego celem jest wyłączenie przez autora części lub całości odpowiedzialności cywilnoprawnej związanej z korzystaniem ze świadczonych przez niego usług.
Wikipedia

W wypadku Myszy bloga disclaimer jest po to, by zrzec się odpowiedzialności za ogromną ilość języka angielskiego, który w wielu formach i pod wieloma postaciami pojawia się na MyszaMovie. I, niepomny malkontentów, pojawiać się będzie.

Zanim ktoś rzuci kamieniem krzycząc “hipster” albo “szpaner” i oskarży Mysz o próbę bycia cool na siłę, śpieszę wyjaśnić: wychowałam się w USA, w Baltimore Bethesda*, w stanie Maryland. For all intents and purposes, jestem dwujęzyczna, co oznacza, że równie biegle posługuję się zarówno językiem polskim, jak i angielskim. Czy też równie kulawo, ale o tym za moment.

Teoretycznie Mysz uważa się za native speakera, chociaż w Stanach się nie urodziła. Czy, w takim razie, uważam angielski za swój native language, język ojczysty?… i tak i nie. Kwestie języka są w Myszy wypadku bardzo złożone, ponieważ dotyczą nie tylko samej teorii lingwistycznej, ale także np. tożsamości narodowej i kulturowej, ale postaram się je wszystkie rozłożyć na czynniki pierwsze i w miarę przystępnie omówić.

Technicznie rzecz biorąc Myszy dwujęzyczność należy do tzw. dwujęzyczności sekwencyjnej (podporządkowanej), co w przełożeniu na moją skomplikowaną biografię oznacza, że polscy rodzice – znający angielski w stopniu komunikatywnym – wrzucili polskie dziecko w środowisko anglojęzyczne.

Nie pamiętam kiedy, ani jak nauczyłam się języka angielskiego. Pamiętam natomiast ogromna frustrację, gdy w kindergarten nie umiałam się porozumieć ze swoimi rówieśnikami. Oni do mnie mówili po angielsku, ja do nich po polsku; dzieci zaczepiały mnie i śmiały się ze mnie, a ja nawet nie byłam w stanie powiedzieć pani opiekunce, że coś jest nie tak. Więcej: nie byłam nawet w stanie zapytać, czy mogę iść do toalety, albo powiedzieć, jak mam na imię. Przez pierwsze parę miesięcy, moja grupa myślała, że nazywam się “Przepraszam, nie rozumiem”. No joke.

Learning-english

Miałam więc niesamowicie silną motywację by jak najszybciej i jak najlepiej nauczyć się języka angielskiego. To potrzeba przynależności, potrzeba “bycia jedną z nich”, była zresztą na tyle silna, że pod wieloma względami tkwi we mnie do dziś – Mysz w wielu kwestiach (np. amerykańskiej polityki czy kultury) czuję się raczej Amerykanką, niż Polką.

Wracając jednak do samego języka: ponieważ dzieci śmiały się ze mnie, gdy używałam polskiego, język ten stał się dla mnie swoistym tabu. Z kolei moi rodzice również w domu używali przede wszystkim języka angielskiego, zarówno by ułatwić mi naukę tego języka, jak i by sami się w nim podszkolić.

Problemy pojawiły się, gdy rodzice zorientowali się, że posługuję się angielskim lepiej niż oni (stan ten zresztą utrzymuje się po dziś dzień, co mam wrażenie jest zarówno źródłem wielkiej dumy, jak i frustracji moich rodziców); co gorsze okazało się, że zaczęłam zapominać język polski. Rozumiałam, gdy rodzice zwracali się do mnie w tym języku, ale niechętnie go używałam, optując raczej za angielskim, wiedząc że rodzice i tak zrozumieją moją odpowiedź. W związku z tym, by jakoś zaradzić problemowi, oprócz uczęszczania do normalnej amerykańskiej szkoły (na poziomie kindergarten, czyli naszego żłobka), chodziłam również co sobotę do polskiej szkoły, gdzie ja i grupka równie nieszczęśliwych dzieci polskich emigrantów uczyliśmy się języka polskiego.

Część specjalistów od lingwistyki stwierdziłaby zapewne, że to język polski jest moim językiem ojczystym, ponieważ był to pierwszy język, którego nauczyłam się po swoich narodzinach. Jak twierdzi Wiki: “jego przyswojenie następuje w dzieciństwie, odbywa się w sposób naturalny, a ma miejsce w środowisku, które w głównej mierze zajmuje się opieką nad małym człowiekiem. Najczęściej jest to jego środowisko rodzinne”. Przyjmując taką teorię, język polski jest językiem ojczystym, a język angielski – językiem drugim (ale nie “obcym”, bo wykorzystywanym równie biegle, co polski).

Inny specjalista lingwistyki stwierdzi jednak, że skoro angielskiego nauczyłam się stosunkowo prędko – i to w podobnych, dziecinno-szkolnych warunkach – oba języki mogą być uznane za ojczyste. Tym bardziej, że angielski w pewnym momencie wyparł u mnie polski. Nastąpiło tzw. language attrition (proces stopniowej utraty umiejętności mówienia językiem ojczystym) i musiałam czynnie zacząć uczyć się języka polskiego, by go nie zapomnieć całkowicie. Skoro więc polski zanikł i musiał zostać wpojony jeszcze raz, czy nie oznacza to, że to angielski jest językiem ojczystym, a polski językiem drugim, nabytym?… the jury is still out on that.

A jak zinterpretować fakt, że nauka języka polskiego była dla mnie – dziecka, które już wówczas uważało się za dziecko amerykańskie – najgorszą możliwą katorgą? Języka angielskiego nauczyłam się organicznie, wchłaniając je niemalże z powietrza, od koleżanek i kolegów ze szkoły, podwórka, parku… Dzięki temu nauczyłam się języka w sposób bardzo instynktowny – np. do dziś podskórnie czuję, gdy jakieś zdanie jest niepoprawne gramatycznie, albo “na czuja” wiem, jak wymawiać angielskie słowa, mimo że widzę je po raz pierwszy.

Ames quote

Dla dziecka, dla którego angielska gramatyka nie była wyuczona formułkami, a instynktowna i niemal organiczna, uczenie się polskiego (z jego zasadami gramatyki) było niewyobrażalną torturą. Dodajmy do tego polską pisownię i słownictwo, a otrzymamy mieszankę wybuchową. Tym bardziej, że równocześnie – mimo znajomości english spoken language – w amerykańskiej szkole uczyłam się także angielskiej pisowni i słówek. Na szczęście polski i angielski alfabet różnią się na tyle, że nie skończyło się to problemami z pisownią – te wszystkie “u” bez i z kreseczką, “ch” i “h”, czy “rz” i “ż” jednak się na coś przydały. Gorzej jest ze słownictwem, ale do tego wrócę.

Pamiętam, że wówczas, w Stanach, nie widziałam sensu w nauce polskiego. Nie miałam świadomości tego, że kiedyś USA opuścimy. No po prostu nie chciałam tego języka znać i już. Uczyłam się go jedynie z obowiązku i to przede wszystkim w mowie, bym w domu mogła z rodzicami rozmawiać po polsku (rodzice zaczęli tego języka wymagać w domu, gdy zauważyli, że angielski zdominował polski). Jednak w związku z tym po dziś dzień gramatyka polska – czy jakakolwiek inna – to dla mnie czarna magia, której przyswojenie jest straszną torturą. Mimo zapominania polskiego, instynkt tego języka pozostał we mnie z czasów sprzed wyjazdu do Stanów; z kolei angielskiego nauczyłam się organicznie. Nic więc dziwnego, że dla mojego umysłu idea –nauczenia się- formułek gramatycznych, tylko po to by móc się jakimś językiem posługiwać jest idiotyczna. Ale, niestety, plastyczność lingwistyczna zmniejsza się wraz z wiekiem i po ukończeniu ok. 6 lat (zależy którego specjalistę zapytamy), “organiczne” nauczenie się języka jest już niemożliwe. Stąd tak wielkie problemy z przyswojeniem sobie – już na etapie edukacji w polskiej szkole – języka rosyjskiego czy niemieckiego.

Nawet w przypadku angielskiego uczenie się (na studiach) formułek gramatycznych czy zasad fonetycznych było, w moim mniemaniu, stratą czasu. Dla mnie istotne było, że instynktownie wiem, jak dane słowo powiedzieć, zapisać albo umieścić w zdaniu; nie musiałam wiedzieć –dlaczego– tak robię. Stąd cała ta pracowicie zakuwana wiedza wyparowywała z głowy z chwilą zaliczenia egzaminu :)

Podobnie jest w przypadku języka polskiego. Nie zanikł kompletnie – jak widać na przykładzie tego bloga – ale polski, tak jak angielski, jest językiem który przede wszystkim “czuję”, a nie którego używam świadomie, wiedząc np. że teraz używam czasownika w bezokoliczniku, albo że dane słowo jest w dopełniaczu. Nie obchodzi mnie to, nie potrzebuję tego. Ani w polskim, ani w angielskim. Howgh.

Bauvard quote

Przez ten brak wiedzy o zasadach posługiwania się językiem, a także fakt, że polskiego i angielskiego uczyłam się  właściwie w tym samym czasie, oba te języki funkcjonują w moim mózgu równorzędnie, by nie powiedzieć równocześnie. Lingwiści wręcz zwracają uwagę na to, że dzieci dwujęzyczne tak naprawdę nie opanowują obu języków w sposób całkowicie identyczny, na takim samym poziomie. Jeden język będzie, oczywiście, dominujący… ale to, którym językiem będzie się w danym momencie posługiwać może zależeć od okoliczności.

Przykładowo, Mysz podczas pieczenia – a zwłaszcza odmierzania składników – używa angielskiego nazewnictwa. Nie wiem, czy to oglądanie Sleeping Beauty za młodu tak mocno zakodowało w mojej głowie określania typu tsp (teaspoon) i cup, czy wynika to raczej stąd, że piekę bazując głównie na anglojęzycznych przepisach. Dość powiedzieć, że w tej sytuacji preferuję angielski. Ale za to większość baśni i bajek znam po polsku, bo pamiętam je z czasów sprzed wyjazdu do USA, czytane z polskich książek z bajkami. O książkach łatwiej mi pisać po angielsku – w Stanach przypadł okres uczenia się samodzielnego czytania na dużą skalę – ale za to przy filmach najchętniej używałabym mieszanki języków (bo zainteresowałam się filmami w dość późnym wieku, już w Polsce, ale wszelkie informacje o nich zbieram głównie z anglojęzycznych źródeł).

Stąd mnóstwo angielskich słówek, zwrotów, wtrąceń, zapożyczeń, kalek językowych i naleciałości, które się u Myszy – zarówno na blogu jak i w trakcie rozmów face to face – pojawiają. I odwrotnie, gdy mówię lub piszę po angielsku, czasem nieświadomie wstawiam w wypowiedź polskie słowa. Bo np. lepiej mi pasują. A mój mózg autentycznie nie widzi różnicy między jednym a drugim, a przynajmniej nie widzi jej świadomie. Przykład? Powiedzenie “Basically film mi się podobał” jest dla mnie zupełnie normalne. Mój mózg to zdanie rozumie i widzi że jest w nim sens – ten sens który rzeczywiście chciałam przekazać. A to, że użyłam angielskiego słowa? Ot, było dla mnie bardziej naturalne, bardziej właściwe. Czasem wstawiam słowo z “drugiego” języka, bo mi bardziej –leży– w kontekście, ale są też przypadki, gdy w moim mózgu autentycznie brakuje danego słowa po polsku. Wtedy muszę go zastąpić odpowiednikiem z drugiego języka.

W ogóle Mysz często cierpi na tzw. tip of the tongue (“mam to na czubku języka”) i to zarówno gdy posługuje się jednym, jak i drugim językiem. Przykład: może się zdarzyć, że powiem “czy możesz zamknąć door bo mi wieje?”, bo w mojej głowie zjawisko przeciągu z jakiegoś powodu kojarzy się po angielsku. Owszem, świadomie wiem że “door” to to samo co “drzwi”, ale mój mózg w trakcie mówienia nie dokonał tego tłumaczenia. Bo “door” i “drzwi” są na tyle jednoznaczne, że nie ma potrzeby ich naprzemiennego używania czy tłumaczenia jednego na drugie.

Nicoll quote

Ewentualnie, można to opisać inaczej: polskie “drzwi” i angielskie “door” to byty na tyle rozdzielne, że mój mózg nie łączy ich w jedno. Słowo “door” oznacza “door”, a nie jakieś tam “drzwi”. Owszem, słowo “door” oznacza “to coś, co się otwiera, żeby dostać się do pokoju”, ale nie są to polskie “drzwi” tylko angielskie “door”. Jeśli rozumiecie co mam na myśli.

Mój mózg po prostu nie ma funkcji słownika. Ma w tym sensie, że rozumiem słowa z obu języków, ale nie zawsze potrafię ich naprzemiennie używać, bo np. “door” tak się zakorzeniło w moim umyśle z koncepcją drzwi-jako-takich, że użycie polskiego słowa “drzwi” w ogóle nie przyjdzie mi go głowy. Wręcz można by zaryzykować stwierdzenie, że słowo “drzwi” przestało dla mnie istnieć; dopiero ktoś inny, po moim pytaniu “ej, a jak będzie door po polsku?”, będzie w stanie pomóc mi, w mym wewnętrznym słowniku, odnaleźć jego polski odpowiednik.

To wszystko brzmi strasznie skomplikowanie, więc spróbujmy jeszcze prościej. Człowiek, który nauczył się angielskiego w szkole ma w mózgu dwa słoiki: ANGIELSKI i POLSKI. Gdy musi użyć słowa “door”, najpierw znajduje w POLSKIM słoiku słowo “drzwi”, potem w ANGIELSKIM słoiku wygrzebuje angielski odpowiednik – “door” – i wtedy może użyć angielskiej wersji słowa.

Natomiast Mysz ma jeden wielki słoik pt. JĘZYK, gdzie wymieszanie są oba języki. I gdy musisz użyć słowa “door” czasem uda jej się wyłowić angielską wersję, czasem polską. A czasem, w wypadku mniej oczywistych pojęć – np. “coś, co odwraca moją uwagę od tego na czym się skupiam”, w słoiku istnieje jedna wersja danego słowa, w tym wypadku “distraction”. Owszem, po głębszym zastanowieniu dokopię się w końcu do zwrotu “rozproszenie uwagi” (ewentualnie prostszego, bo nawiązującego do angielskiego, słowa “dystrakcja”), ale zajmie to dłuższy moment. A czasem mój mózg powie “wała” i dopóki nie sprawdzę tłumaczenia w słowniku, będzie dla mnie istniała tylko ta wersja, którą miałam w swoim “słoiku”.

Dlatego Mysz jednocześnie kocha i nienawidzi swój chosen profession, czyli bycie tłumaczem. Bo z jednej strony -czuję- gdy coś jest źle lub dobrze przetłumaczone, albo -czuję- jak mogłoby brzmieć lepiej. Ale zapytaj mnie, czy rzeczywiście użyte w tekście polskie słowo X oznacza to samo, co użyte przeze mnie angielskie słowo Y – pokręcę głową. Bo będę wiedziała, że nie bez powodu użyłam słowa Y (i rzeczywiście będzie ono oznaczało to samo, co polskie słowo X), ale nie będę się w stanie z niego wytłumaczyć.

Whitman quote

Problem języka sięga tym głębiej, gdy wrócimy jeszcze na moment do kwestii języka ojczystego. Było już o kolejności uczenia się języków, ale sytuacja niestety jest bardziej skomplikowana. Ponieważ język związany jest z komunikacją, z wyrażaniem siebie, jest też związany z określaniem siebie, czyli z tożsamością. A według niektórych lingwistów za język ojczysty możemy uznać nie ten, który poznaliśmy jako pierwszy, ale ten z którym się bardziej identyfikujemy, który “odczuwamy” jako nasz. Tu moim pierwszym instynktem byłoby stwierdzenie, że w takim razie językiem ojczystym jest dla mnie angielski. To w nim lepiej i składniej się wyrażam, to w nim odczuwam emocje, w nim o wiele częściej myślę, i to na niego przechodzę automatycznie, gdy brakuje mi słów w języku polskim.

Widać, a właściwie słychać to przede wszystkich, gdy się ze mną rozmawia. Język angielski był językiem, który przyswoiłam sobie w interakcjach społecznych – z rówieśnikami, rodzicami, na ulicy – i wyjątkowo silnie utrwalił się on w mojej świadomości jako język komunikacji z innymi, język mówienia o sobie, o swoich uczuciach, potrzebach, opiniach i emocjach. Nic więc dziwnego, że angielskie wtrącenia (czy wręcz przechodzenie całkowicie na angielski) pojawiają się najczęściej właśnie w sytuacjach towarzyskich. Ci, którzy spotkali Myszę na żywo potwierdzą, że zdarza mi się wysławiać w tzw. pol-anglish, czyli płynnej mieszance języków (zjawisko to znane jest jako code switching).

Współczuję tym, którzy muszą mnie wówczas słuchać. Owszem, angielski jest teraz uznawany za “język świata” i jego znajomość jest powszechnie wymagana. Zwłaszcza, mam wrażenie, w we wszystkich trzech kręgach, w których funkcjonuję najprężniej: w Internecie, w szeroko pojętym fandomie, i wśród ludzi “mojego pokolenia” (mam na myśli ludzi młodych, dla których znajomość angielskiego jest oczywistością). Ale nawet w tych środowiskach pojawiają się pretensje i to o wiele częściej względem języka mówionego, niż pisanego. Gdy wrzucę w polski tekst angielską frazę, co najwyżej zostanę oskarżona o “zamulanie czystości języka polskiego” albo tzw. makaronizmy. Ale gdy używam angielskiego w mowie?… Deszcz krytyki.

Być może stygmat ten bierze się z obecnej tendencji by używać angielskich zwrotów na każdym kroku. “Będziemy in-tacz”, “Ale masz fensi kieckę”, “Widziałeś nowy updejt na fidzie Zbyszka?”, i tak dalej. Okej, jestem w stanie zrozumieć, że tego typu zwroty są denerwujące. Ale Mysz nie dlatego ich używa, by szpanować i sprawiać wrażenie cool – mój mózg po prostu nie umie inaczej.

Kapryfolium lol

Komentarz, który pojawił się na fanpage’u zaprzyjaźnionego podcastu Kapryfolium, a był krytyką skierowaną do mnie. Z tego typu komentarzami Mysz walczy niemal codziennie – i to nie tylko przy okazji Myszmasz podcast.

Pretensje o używanie angielskiego w wypadku mówienia o popkulturze są zresztą, moim zdaniem, mocno niesłuszne. Nadal jest wiele pojęć, które funkcjonują przede wszystkim w języku angielskim, a nawet jeśli są znane w Polsce to pod angielską nazwą (fanfiction, fandom, gamer, nerd, geek). Podobnie, jeśli już mówimy o popkulturze, Mysz jest zdania, że należy przede wszystkim posługiwać się oryginalnym tytułem danego dzieła (ewentualnie tym, które jest powszechniej znany). Tak więc nie “Wirujący seks” tylko Dirty Dancing, ale też raczej Princess Mononoke, niż “Mononoke-hime”. Jasne, można po oryginalnym tytule dodać polski, coby ułatwić życie tym Czytelnikom/Słuchaczom, którzy nie są w tak dobrej komitywie z angielskim jak my. Ale Myszy zdaniem jest to raczej uprzejmość niż wymóg.

Jest też ciekawa kwestia akcentu (poruszona w powyższej ilustracji). Otóż Mysz mówi z akcentem amerykańskim. Nie jest to może ten akcent, który znacie z filmów czy seriali – mieszkanie w Polsce robi swoje, podobnie jak słuchanie (w podstawówce/gimnazjum/liceum) twardego, polskiego akcentowania, z którym mówiła większość moich classmates. Jednak mimo spłycenia, nadal jest to akcent z USA. W Polsce sprawia to dość duże problemy, bo tutaj o wiele popularniejszy jest akcent brytyjski. To “w nim” się naucza w szkołach i to w nim wykładało 85% profesorów i nauczycieli na mojej uczelni anglistycznej. Nic więc dziwnego, że słuchający Myszy narzekają, że nie można jej zrozumieć. Wpływ na to może mieć także fakt, że nie dość, iż mój akcent jest spłycony – więc nie brzmi tak “czysto” jak ten z telewizji – to mówiąc po angielsku do Polaka zawsze staram się jeszcze bardziej go spłycić. Właśnie dlatego, że wiem, jak duże trudności ma przeciętny Polak ze zrozumieniem amerykańskiego akcentu. W wyniku tego Polak rozumie jeszcze mniej, a mnie nóż się w kieszeni otwiera, bo brzmię jak pierwszoklasistka, a nie ktoś, kto spędził większość swojego życia posługując się danym językiem.

Ciekawostka (I guess?): ponieważ akcentu nauczyłam się równie organicznie, co samego języka, mam teraz duże trudności z nabyciem innego. Oznacza to, że właściwie nie umiem mówić z brytyjskim (szkockim/irlandzkim/dowolnym innym) akcentem. Jestem w stanie usłyszeć w głowie, jak powinien brzmieć, ale mój język nie jest w stanie tego przełożyć na dźwięki, które powinnam z siebie wydać.

Keep Calm and Speak English

Dla wielu dwujęzyczność jest czymś godnym pozazdroszczenia. Nie neguję tego. Ale wyobraźcie sobie, jak wiele dodatkowych problemów nakłada się na codzienne życie osoby dwujęzycznej – problemów z wyrażeniem się; z przełożeniem emocji czy myśli z jednego języka na drugi tak, by zostać zrozumianym; z poczuciem kulturowej i społecznej tożsamości, która fluktuuje zależnie od sytuacji; z innym pojmowaniem rzeczywistości, zależnie od tego w którym języku akurat myślimy… Pozostaje mi cieszyć się, że większość moich bliskich, znajomych i współpracowników zna angielski na tyle dobrze, by zrozumieć mnie, gdy spontanicznie skaczę między jednym a drugim. I fajnie, że lubią mnie na tyle, by to tolerować.

Podsumowując: Mysz płynnie włada dwoma językami. Słowo “płynnie” jest tu użyte nie bez powodu, bo to jak mój umysł, a nawet moja osobowość, zmieniają się pod wpływem używanego języka to temat na osobny wpis (który raczej nie powstanie).

Ot, taki ze mnie ludzki paradoks. Myślę i przeklinam po angielsku, piszę i śnię po polsku. Mogę żartować, że krew w moich żyłach płynie red, white and blue, a “I pledge allegiance…” znam lepiej niż polski hymn. Z drugiej strony: nie pamiętam 95% tekstu “Star-Spangled Banner“, a nie wyobrażam sobie mieszkania na stałe w innym mieście niż Warszawa.

Jestem Polką. Jestem Amerykanką.

Jestem Myszą.

So help me Gods.

tumblr_m7zmtjV9Dp1ralt7qo1_500

A na koniec kwestia wyjaśnienia dlaczego na blogu angielskie słówka (choć nie wszystkie i nie zawsze) zapisuję kursywą: bo wtedy od razu widać, gdzie jest “obce” słowo i mózg osoby niedwujęzycznej może się przygotować na to, że słówko musi sobie zawczasu przetłumaczyć. Wyróżnione słowo czyta się lepiej, niż gdyby było w stawione w tekst willy-nilly (jak tutaj). Dla mnie czytanie takiej mieszanki języka może być naturalne. Ale dla Was nie musi. Dlatego italics są dla Was ^_^

* Pamięć już nie ta – chodziło o Bethesdę. Też na :”B” :)