Disclaimer: Uwaga! Angielski!

Ku potomności i gwoli wyjaśnienia: Mysz tłumaczy swoją dwujęzyczność.

Dlaczego na MyszaMovie jest tak dużo języka angielskiego? Wersja skrócona dla tych, którym nie chce się czytać: Mysz jest dwujęzyczna i  tak jej wygodnie.

Chcecie wiedzieć więcej?… dobra. Ale sami się prosiliście.

Cytując:

 Disclaimer (dosłownie: zrzeczenie się) – zapożyczony z języka angielskiego termin w najogólniejszym rozumieniu określający jakikolwiek zapis, którego celem jest wyłączenie przez autora części lub całości odpowiedzialności cywilnoprawnej związanej z korzystaniem ze świadczonych przez niego usług.
Wikipedia

W wypadku Myszy bloga disclaimer jest po to, by zrzec się odpowiedzialności za ogromną ilość języka angielskiego, który w wielu formach i pod wieloma postaciami pojawia się na MyszaMovie. I, niepomny malkontentów, pojawiać się będzie.

Zanim ktoś rzuci kamieniem krzycząc „hipster” albo „szpaner” i oskarży Mysz o próbę bycia cool na siłę, śpieszę wyjaśnić: wychowałam się w USA, w Baltimore Bethesda*, w stanie Maryland. For all intents and purposes, jestem dwujęzyczna, co oznacza, że równie biegle posługuję się zarówno językiem polskim, jak i angielskim. Czy też równie kulawo, ale o tym za moment.

Teoretycznie Mysz uważa się za native speakera, chociaż w Stanach się nie urodziła. Czy, w takim razie, uważam angielski za swój native language, język ojczysty?… i tak i nie. Kwestie języka są w Myszy wypadku bardzo złożone, ponieważ dotyczą nie tylko samej teorii lingwistycznej, ale także np. tożsamości narodowej i kulturowej, ale postaram się je wszystkie rozłożyć na czynniki pierwsze i w miarę przystępnie omówić.

Technicznie rzecz biorąc Myszy dwujęzyczność należy do tzw. dwujęzyczności sekwencyjnej (podporządkowanej), co w przełożeniu na moją skomplikowaną biografię oznacza, że polscy rodzice – znający angielski w stopniu komunikatywnym – wrzucili polskie dziecko w środowisko anglojęzyczne.

Nie pamiętam kiedy, ani jak nauczyłam się języka angielskiego. Pamiętam natomiast ogromna frustrację, gdy w kindergarten nie umiałam się porozumieć ze swoimi rówieśnikami. Oni do mnie mówili po angielsku, ja do nich po polsku; dzieci zaczepiały mnie i śmiały się ze mnie, a ja nawet nie byłam w stanie powiedzieć pani opiekunce, że coś jest nie tak. Więcej: nie byłam nawet w stanie zapytać, czy mogę iść do toalety, albo powiedzieć, jak mam na imię. Przez pierwsze parę miesięcy, moja grupa myślała, że nazywam się „Przepraszam, nie rozumiem”. No joke.

Learning-english

Miałam więc niesamowicie silną motywację by jak najszybciej i jak najlepiej nauczyć się języka angielskiego. To potrzeba przynależności, potrzeba „bycia jedną z nich”, była zresztą na tyle silna, że pod wieloma względami tkwi we mnie do dziś – Mysz w wielu kwestiach (np. amerykańskiej polityki czy kultury) czuję się raczej Amerykanką, niż Polką.

Wracając jednak do samego języka: ponieważ dzieci śmiały się ze mnie, gdy używałam polskiego, język ten stał się dla mnie swoistym tabu. Z kolei moi rodzice również w domu używali przede wszystkim języka angielskiego, zarówno by ułatwić mi naukę tego języka, jak i by sami się w nim podszkolić.

Problemy pojawiły się, gdy rodzice zorientowali się, że posługuję się angielskim lepiej niż oni (stan ten zresztą utrzymuje się po dziś dzień, co mam wrażenie jest zarówno źródłem wielkiej dumy, jak i frustracji moich rodziców); co gorsze okazało się, że zaczęłam zapominać język polski. Rozumiałam, gdy rodzice zwracali się do mnie w tym języku, ale niechętnie go używałam, optując raczej za angielskim, wiedząc że rodzice i tak zrozumieją moją odpowiedź. W związku z tym, by jakoś zaradzić problemowi, oprócz uczęszczania do normalnej amerykańskiej szkoły (na poziomie kindergarten, czyli naszego żłobka), chodziłam również co sobotę do polskiej szkoły, gdzie ja i grupka równie nieszczęśliwych dzieci polskich emigrantów uczyliśmy się języka polskiego.

Część specjalistów od lingwistyki stwierdziłaby zapewne, że to język polski jest moim językiem ojczystym, ponieważ był to pierwszy język, którego nauczyłam się po swoich narodzinach. Jak twierdzi Wiki: „jego przyswojenie następuje w dzieciństwie, odbywa się w sposób naturalny, a ma miejsce w środowisku, które w głównej mierze zajmuje się opieką nad małym człowiekiem. Najczęściej jest to jego środowisko rodzinne”. Przyjmując taką teorię, język polski jest językiem ojczystym, a język angielski – językiem drugim (ale nie „obcym”, bo wykorzystywanym równie biegle, co polski).

Inny specjalista lingwistyki stwierdzi jednak, że skoro angielskiego nauczyłam się stosunkowo prędko – i to w podobnych, dziecinno-szkolnych warunkach – oba języki mogą być uznane za ojczyste. Tym bardziej, że angielski w pewnym momencie wyparł u mnie polski. Nastąpiło tzw. language attrition (proces stopniowej utraty umiejętności mówienia językiem ojczystym) i musiałam czynnie zacząć uczyć się języka polskiego, by go nie zapomnieć całkowicie. Skoro więc polski zanikł i musiał zostać wpojony jeszcze raz, czy nie oznacza to, że to angielski jest językiem ojczystym, a polski językiem drugim, nabytym?… the jury is still out on that.

A jak zinterpretować fakt, że nauka języka polskiego była dla mnie – dziecka, które już wówczas uważało się za dziecko amerykańskie – najgorszą możliwą katorgą? Języka angielskiego nauczyłam się organicznie, wchłaniając je niemalże z powietrza, od koleżanek i kolegów ze szkoły, podwórka, parku… Dzięki temu nauczyłam się języka w sposób bardzo instynktowny – np. do dziś podskórnie czuję, gdy jakieś zdanie jest niepoprawne gramatycznie, albo „na czuja” wiem, jak wymawiać angielskie słowa, mimo że widzę je po raz pierwszy.

Ames quote

Dla dziecka, dla którego angielska gramatyka nie była wyuczona formułkami, a instynktowna i niemal organiczna, uczenie się polskiego (z jego zasadami gramatyki) było niewyobrażalną torturą. Dodajmy do tego polską pisownię i słownictwo, a otrzymamy mieszankę wybuchową. Tym bardziej, że równocześnie – mimo znajomości english spoken language – w amerykańskiej szkole uczyłam się także angielskiej pisowni i słówek. Na szczęście polski i angielski alfabet różnią się na tyle, że nie skończyło się to problemami z pisownią – te wszystkie „u” bez i z kreseczką, „ch” i „h”, czy „rz” i „ż” jednak się na coś przydały. Gorzej jest ze słownictwem, ale do tego wrócę.

Pamiętam, że wówczas, w Stanach, nie widziałam sensu w nauce polskiego. Nie miałam świadomości tego, że kiedyś USA opuścimy. No po prostu nie chciałam tego języka znać i już. Uczyłam się go jedynie z obowiązku i to przede wszystkim w mowie, bym w domu mogła z rodzicami rozmawiać po polsku (rodzice zaczęli tego języka wymagać w domu, gdy zauważyli, że angielski zdominował polski). Jednak w związku z tym po dziś dzień gramatyka polska – czy jakakolwiek inna – to dla mnie czarna magia, której przyswojenie jest straszną torturą. Mimo zapominania polskiego, instynkt tego języka pozostał we mnie z czasów sprzed wyjazdu do Stanów; z kolei angielskiego nauczyłam się organicznie. Nic więc dziwnego, że dla mojego umysłu idea –nauczenia się- formułek gramatycznych, tylko po to by móc się jakimś językiem posługiwać jest idiotyczna. Ale, niestety, plastyczność lingwistyczna zmniejsza się wraz z wiekiem i po ukończeniu ok. 6 lat (zależy którego specjalistę zapytamy), „organiczne” nauczenie się języka jest już niemożliwe. Stąd tak wielkie problemy z przyswojeniem sobie – już na etapie edukacji w polskiej szkole – języka rosyjskiego czy niemieckiego.

Nawet w przypadku angielskiego uczenie się (na studiach) formułek gramatycznych czy zasad fonetycznych było, w moim mniemaniu, stratą czasu. Dla mnie istotne było, że instynktownie wiem, jak dane słowo powiedzieć, zapisać albo umieścić w zdaniu; nie musiałam wiedzieć –dlaczego– tak robię. Stąd cała ta pracowicie zakuwana wiedza wyparowywała z głowy z chwilą zaliczenia egzaminu :)

Podobnie jest w przypadku języka polskiego. Nie zanikł kompletnie – jak widać na przykładzie tego bloga – ale polski, tak jak angielski, jest językiem który przede wszystkim „czuję”, a nie którego używam świadomie, wiedząc np. że teraz używam czasownika w bezokoliczniku, albo że dane słowo jest w dopełniaczu. Nie obchodzi mnie to, nie potrzebuję tego. Ani w polskim, ani w angielskim. Howgh.

Bauvard quote

Przez ten brak wiedzy o zasadach posługiwania się językiem, a także fakt, że polskiego i angielskiego uczyłam się  właściwie w tym samym czasie, oba te języki funkcjonują w moim mózgu równorzędnie, by nie powiedzieć równocześnie. Lingwiści wręcz zwracają uwagę na to, że dzieci dwujęzyczne tak naprawdę nie opanowują obu języków w sposób całkowicie identyczny, na takim samym poziomie. Jeden język będzie, oczywiście, dominujący… ale to, którym językiem będzie się w danym momencie posługiwać może zależeć od okoliczności.

Przykładowo, Mysz podczas pieczenia – a zwłaszcza odmierzania składników – używa angielskiego nazewnictwa. Nie wiem, czy to oglądanie Sleeping Beauty za młodu tak mocno zakodowało w mojej głowie określania typu tsp (teaspoon) i cup, czy wynika to raczej stąd, że piekę bazując głównie na anglojęzycznych przepisach. Dość powiedzieć, że w tej sytuacji preferuję angielski. Ale za to większość baśni i bajek znam po polsku, bo pamiętam je z czasów sprzed wyjazdu do USA, czytane z polskich książek z bajkami. O książkach łatwiej mi pisać po angielsku – w Stanach przypadł okres uczenia się samodzielnego czytania na dużą skalę – ale za to przy filmach najchętniej używałabym mieszanki języków (bo zainteresowałam się filmami w dość późnym wieku, już w Polsce, ale wszelkie informacje o nich zbieram głównie z anglojęzycznych źródeł).

Stąd mnóstwo angielskich słówek, zwrotów, wtrąceń, zapożyczeń, kalek językowych i naleciałości, które się u Myszy – zarówno na blogu jak i w trakcie rozmów face to face – pojawiają. I odwrotnie, gdy mówię lub piszę po angielsku, czasem nieświadomie wstawiam w wypowiedź polskie słowa. Bo np. lepiej mi pasują. A mój mózg autentycznie nie widzi różnicy między jednym a drugim, a przynajmniej nie widzi jej świadomie. Przykład? Powiedzenie „Basically film mi się podobał” jest dla mnie zupełnie normalne. Mój mózg to zdanie rozumie i widzi że jest w nim sens – ten sens który rzeczywiście chciałam przekazać. A to, że użyłam angielskiego słowa? Ot, było dla mnie bardziej naturalne, bardziej właściwe. Czasem wstawiam słowo z „drugiego” języka, bo mi bardziej –leży– w kontekście, ale są też przypadki, gdy w moim mózgu autentycznie brakuje danego słowa po polsku. Wtedy muszę go zastąpić odpowiednikiem z drugiego języka.

W ogóle Mysz często cierpi na tzw. tip of the tongue („mam to na czubku języka”) i to zarówno gdy posługuje się jednym, jak i drugim językiem. Przykład: może się zdarzyć, że powiem „czy możesz zamknąć door bo mi wieje?”, bo w mojej głowie zjawisko przeciągu z jakiegoś powodu kojarzy się po angielsku. Owszem, świadomie wiem że „door” to to samo co „drzwi”, ale mój mózg w trakcie mówienia nie dokonał tego tłumaczenia. Bo „door” i „drzwi” są na tyle jednoznaczne, że nie ma potrzeby ich naprzemiennego używania czy tłumaczenia jednego na drugie.

Nicoll quote

Ewentualnie, można to opisać inaczej: polskie „drzwi” i angielskie „door” to byty na tyle rozdzielne, że mój mózg nie łączy ich w jedno. Słowo „door” oznacza „door”, a nie jakieś tam „drzwi”. Owszem, słowo „door” oznacza „to coś, co się otwiera, żeby dostać się do pokoju”, ale nie są to polskie „drzwi” tylko angielskie „door”. Jeśli rozumiecie co mam na myśli.

Mój mózg po prostu nie ma funkcji słownika. Ma w tym sensie, że rozumiem słowa z obu języków, ale nie zawsze potrafię ich naprzemiennie używać, bo np. „door” tak się zakorzeniło w moim umyśle z koncepcją drzwi-jako-takich, że użycie polskiego słowa „drzwi” w ogóle nie przyjdzie mi go głowy. Wręcz można by zaryzykować stwierdzenie, że słowo „drzwi” przestało dla mnie istnieć; dopiero ktoś inny, po moim pytaniu „ej, a jak będzie door po polsku?”, będzie w stanie pomóc mi, w mym wewnętrznym słowniku, odnaleźć jego polski odpowiednik.

To wszystko brzmi strasznie skomplikowanie, więc spróbujmy jeszcze prościej. Człowiek, który nauczył się angielskiego w szkole ma w mózgu dwa słoiki: ANGIELSKI i POLSKI. Gdy musi użyć słowa „door”, najpierw znajduje w POLSKIM słoiku słowo „drzwi”, potem w ANGIELSKIM słoiku wygrzebuje angielski odpowiednik – „door” – i wtedy może użyć angielskiej wersji słowa.

Natomiast Mysz ma jeden wielki słoik pt. JĘZYK, gdzie wymieszanie są oba języki. I gdy musisz użyć słowa „door” czasem uda jej się wyłowić angielską wersję, czasem polską. A czasem, w wypadku mniej oczywistych pojęć – np. „coś, co odwraca moją uwagę od tego na czym się skupiam”, w słoiku istnieje jedna wersja danego słowa, w tym wypadku „distraction”. Owszem, po głębszym zastanowieniu dokopię się w końcu do zwrotu „rozproszenie uwagi” (ewentualnie prostszego, bo nawiązującego do angielskiego, słowa „dystrakcja”), ale zajmie to dłuższy moment. A czasem mój mózg powie „wała” i dopóki nie sprawdzę tłumaczenia w słowniku, będzie dla mnie istniała tylko ta wersja, którą miałam w swoim „słoiku”.

Dlatego Mysz jednocześnie kocha i nienawidzi swój chosen profession, czyli bycie tłumaczem. Bo z jednej strony -czuję- gdy coś jest źle lub dobrze przetłumaczone, albo -czuję- jak mogłoby brzmieć lepiej. Ale zapytaj mnie, czy rzeczywiście użyte w tekście polskie słowo X oznacza to samo, co użyte przeze mnie angielskie słowo Y – pokręcę głową. Bo będę wiedziała, że nie bez powodu użyłam słowa Y (i rzeczywiście będzie ono oznaczało to samo, co polskie słowo X), ale nie będę się w stanie z niego wytłumaczyć.

Whitman quote

Problem języka sięga tym głębiej, gdy wrócimy jeszcze na moment do kwestii języka ojczystego. Było już o kolejności uczenia się języków, ale sytuacja niestety jest bardziej skomplikowana. Ponieważ język związany jest z komunikacją, z wyrażaniem siebie, jest też związany z określaniem siebie, czyli z tożsamością. A według niektórych lingwistów za język ojczysty możemy uznać nie ten, który poznaliśmy jako pierwszy, ale ten z którym się bardziej identyfikujemy, który „odczuwamy” jako nasz. Tu moim pierwszym instynktem byłoby stwierdzenie, że w takim razie językiem ojczystym jest dla mnie angielski. To w nim lepiej i składniej się wyrażam, to w nim odczuwam emocje, w nim o wiele częściej myślę, i to na niego przechodzę automatycznie, gdy brakuje mi słów w języku polskim.

Widać, a właściwie słychać to przede wszystkich, gdy się ze mną rozmawia. Język angielski był językiem, który przyswoiłam sobie w interakcjach społecznych – z rówieśnikami, rodzicami, na ulicy – i wyjątkowo silnie utrwalił się on w mojej świadomości jako język komunikacji z innymi, język mówienia o sobie, o swoich uczuciach, potrzebach, opiniach i emocjach. Nic więc dziwnego, że angielskie wtrącenia (czy wręcz przechodzenie całkowicie na angielski) pojawiają się najczęściej właśnie w sytuacjach towarzyskich. Ci, którzy spotkali Myszę na żywo potwierdzą, że zdarza mi się wysławiać w tzw. pol-anglish, czyli płynnej mieszance języków (zjawisko to znane jest jako code switching).

Współczuję tym, którzy muszą mnie wówczas słuchać. Owszem, angielski jest teraz uznawany za „język świata” i jego znajomość jest powszechnie wymagana. Zwłaszcza, mam wrażenie, w we wszystkich trzech kręgach, w których funkcjonuję najprężniej: w Internecie, w szeroko pojętym fandomie, i wśród ludzi „mojego pokolenia” (mam na myśli ludzi młodych, dla których znajomość angielskiego jest oczywistością). Ale nawet w tych środowiskach pojawiają się pretensje i to o wiele częściej względem języka mówionego, niż pisanego. Gdy wrzucę w polski tekst angielską frazę, co najwyżej zostanę oskarżona o „zamulanie czystości języka polskiego” albo tzw. makaronizmy. Ale gdy używam angielskiego w mowie?… Deszcz krytyki.

Być może stygmat ten bierze się z obecnej tendencji by używać angielskich zwrotów na każdym kroku. „Będziemy in-tacz”, „Ale masz fensi kieckę”, „Widziałeś nowy updejt na fidzie Zbyszka?”, i tak dalej. Okej, jestem w stanie zrozumieć, że tego typu zwroty są denerwujące. Ale Mysz nie dlatego ich używa, by szpanować i sprawiać wrażenie cool – mój mózg po prostu nie umie inaczej.

Kapryfolium lol

Komentarz, który pojawił się na fanpage’u zaprzyjaźnionego podcastu Kapryfolium, a był krytyką skierowaną do mnie. Z tego typu komentarzami Mysz walczy niemal codziennie – i to nie tylko przy okazji Myszmasz podcast.

Pretensje o używanie angielskiego w wypadku mówienia o popkulturze są zresztą, moim zdaniem, mocno niesłuszne. Nadal jest wiele pojęć, które funkcjonują przede wszystkim w języku angielskim, a nawet jeśli są znane w Polsce to pod angielską nazwą (fanfiction, fandom, gamer, nerd, geek). Podobnie, jeśli już mówimy o popkulturze, Mysz jest zdania, że należy przede wszystkim posługiwać się oryginalnym tytułem danego dzieła (ewentualnie tym, które jest powszechniej znany). Tak więc nie „Wirujący seks” tylko Dirty Dancing, ale też raczej Princess Mononoke, niż „Mononoke-hime”. Jasne, można po oryginalnym tytule dodać polski, coby ułatwić życie tym Czytelnikom/Słuchaczom, którzy nie są w tak dobrej komitywie z angielskim jak my. Ale Myszy zdaniem jest to raczej uprzejmość niż wymóg.

Jest też ciekawa kwestia akcentu (poruszona w powyższej ilustracji). Otóż Mysz mówi z akcentem amerykańskim. Nie jest to może ten akcent, który znacie z filmów czy seriali – mieszkanie w Polsce robi swoje, podobnie jak słuchanie (w podstawówce/gimnazjum/liceum) twardego, polskiego akcentowania, z którym mówiła większość moich classmates. Jednak mimo spłycenia, nadal jest to akcent z USA. W Polsce sprawia to dość duże problemy, bo tutaj o wiele popularniejszy jest akcent brytyjski. To „w nim” się naucza w szkołach i to w nim wykładało 85% profesorów i nauczycieli na mojej uczelni anglistycznej. Nic więc dziwnego, że słuchający Myszy narzekają, że nie można jej zrozumieć. Wpływ na to może mieć także fakt, że nie dość, iż mój akcent jest spłycony – więc nie brzmi tak „czysto” jak ten z telewizji – to mówiąc po angielsku do Polaka zawsze staram się jeszcze bardziej go spłycić. Właśnie dlatego, że wiem, jak duże trudności ma przeciętny Polak ze zrozumieniem amerykańskiego akcentu. W wyniku tego Polak rozumie jeszcze mniej, a mnie nóż się w kieszeni otwiera, bo brzmię jak pierwszoklasistka, a nie ktoś, kto spędził większość swojego życia posługując się danym językiem.

Ciekawostka (I guess?): ponieważ akcentu nauczyłam się równie organicznie, co samego języka, mam teraz duże trudności z nabyciem innego. Oznacza to, że właściwie nie umiem mówić z brytyjskim (szkockim/irlandzkim/dowolnym innym) akcentem. Jestem w stanie usłyszeć w głowie, jak powinien brzmieć, ale mój język nie jest w stanie tego przełożyć na dźwięki, które powinnam z siebie wydać.

Keep Calm and Speak English

Dla wielu dwujęzyczność jest czymś godnym pozazdroszczenia. Nie neguję tego. Ale wyobraźcie sobie, jak wiele dodatkowych problemów nakłada się na codzienne życie osoby dwujęzycznej – problemów z wyrażeniem się; z przełożeniem emocji czy myśli z jednego języka na drugi tak, by zostać zrozumianym; z poczuciem kulturowej i społecznej tożsamości, która fluktuuje zależnie od sytuacji; z innym pojmowaniem rzeczywistości, zależnie od tego w którym języku akurat myślimy… Pozostaje mi cieszyć się, że większość moich bliskich, znajomych i współpracowników zna angielski na tyle dobrze, by zrozumieć mnie, gdy spontanicznie skaczę między jednym a drugim. I fajnie, że lubią mnie na tyle, by to tolerować.

Podsumowując: Mysz płynnie włada dwoma językami. Słowo „płynnie” jest tu użyte nie bez powodu, bo to jak mój umysł, a nawet moja osobowość, zmieniają się pod wpływem używanego języka to temat na osobny wpis (który raczej nie powstanie).

Ot, taki ze mnie ludzki paradoks. Myślę i przeklinam po angielsku, piszę i śnię po polsku. Mogę żartować, że krew w moich żyłach płynie red, white and blue, a „I pledge allegiance…” znam lepiej niż polski hymn. Z drugiej strony: nie pamiętam 95% tekstu „Star-Spangled Banner„, a nie wyobrażam sobie mieszkania na stałe w innym mieście niż Warszawa.

Jestem Polką. Jestem Amerykanką.

Jestem Myszą.

So help me Gods.

tumblr_m7zmtjV9Dp1ralt7qo1_500

A na koniec kwestia wyjaśnienia dlaczego na blogu angielskie słówka (choć nie wszystkie i nie zawsze) zapisuję kursywą: bo wtedy od razu widać, gdzie jest „obce” słowo i mózg osoby niedwujęzycznej może się przygotować na to, że słówko musi sobie zawczasu przetłumaczyć. Wyróżnione słowo czyta się lepiej, niż gdyby było w stawione w tekst willy-nilly (jak tutaj). Dla mnie czytanie takiej mieszanki języka może być naturalne. Ale dla Was nie musi. Dlatego italics są dla Was ^_^

* Pamięć już nie ta – chodziło o Bethesdę. Też na :”B” :)

  • Cóż, dla mnie jako osoby, która dopiero od niedawna czyta twojego bloga, to wyjaśnienie jest satysfakcjonujące. Choć dotychczas tłumaczyłam to sobie tym, że po prostu to lepiej brzmi niż po polsku i dlatego te angielskie wtrącenia.

  • Zawsze myślałam, że kindergarten to bardziej przedszkole niż żłobek :) Ale mogę się nie znać. Ani nie jestem native speaker, ani nie posiadam jeszcze własnych latorośli :)

    W każdym razie, Myszo chciałam powiedzieć, że jestem pod OGROMNYM wrażeniem tego jak ładnie, składnie i po prostu dobrze posługujesz się pisanym polskim (niestety nie wiem jak brzmisz w mowie, bo jeszcze nie przyszło nam się spotkać :c), Szczerze, gdybym nie wiedziała, że jesteś osobą dwujęzyczną pomyślałabym po prostu, że jest z Ciebie zakręcona, wtrącająca amerykańskie słowa popkulturalna wariatka (tudzież freak :) ) Aż strach pomyśleć coby było gdybyś do USA nigdy nie wyjechała ;)

  • „Nic więc dziwnego, że miałam tak wielkie problemy z przyswojeniem sobie – już na etapie polskiej szkoły – języka rosyjskiego czy niemieckiego.

    Nawet w wypadku angielskiego uczenie się na studiach formułek gramatycznych czy zasad fonetycznych było, w moim mniemaniu, stratą czasu. Dla mnie istotne było, że instynktownie wiem, jak dane słowo powiedzieć, zapisać albo umieścić w zdaniu. Nie musiałam wiedzieć -dlaczego- tak robię. Stąd cała ta pracowicie zakuwana wiedza wyparowywała z głowy z chwilą zaliczenia egzaminu. „

    To jest kwestia przebywania w języku. Podejrzewam, że niemieckeigo i rosyjskiego uczyłaś się TYLKO w szkole + ew. na kursach, ale w nim nie przebywałas, nie słuchałaś muzyki po niemeicku, nie grałaś w rosyjskie gry, nie oglądałaś deutshowych filmów, nie czytałaś rosyjskich tekstów. Bo języka uczy się właśnie tak ja knapisalaś w anstępnym akapicie – isntynktownie. ‚Przebywająć w nim’ się go chlonie i się go ‚zna’, bez znania jego mechaniki i teorii, która to jest nauczana w szkolach.

    Wracam do czytania. może skomentuję coś jeszcze. ;)

  • To jeszcze jeden – choć mam duze brak iw angielskim, to cieszy mnie, ze mnie, takiego nieuka i słabo angloznajacego czlowieka, łączy z Tobą, nativem, te kilka kwestii :D
    1) Tytuły filmów w oryginale – zdecydowanie! Choc to też moze dlatego, że najwiecej siedzę na anglojęzycznych stronach i stamtąd czerpię o tychże filmach wiedzę.
    2) Słowa typu ‚distraction’, ‚creepy’ i wiele innych – nie do końca przetłumaczalnych. Zdecydowanie łatwiej jest mi ich użyć, niż szukac polskiego odpowiednika.
    3) Sformułowania w stylu ‚I guess’, czy ‚the jury is still out on that’. Czyli takie wręcz ‚bloki językowe’, które sie po prostu bezwiednie wstawia nie myśląc nijak o nich przy konstrukcji zdań. Są to zwroty, które częto się słyszy w filmach, czy serialach i one się tak wyrywają w mozgu, że az naturalnym jest ich użycie, nie myśląc o nich.

    Takze tego – bardzo mnie podbudował ten Twój tekst i dzięki Ci za niego. :D

  • Jak Mysz brzmi w mowie: myszmasz.pl

  • Śledzę Twojego bloga praktycznie od początku i nigdy nie przeszkadzały mi te angielskie wtrącenia.
    A co do czystości języka, to kilka miesięcy temu pojawiło się nawet kilka pokaźnych postów- widzę, że temat nadal wzbudza różne reakcje. Bo tak jak piszesz-niektóre stwierdzenia po prostu wzięły się z języka obcego i usilne ich tłumaczenie mogłoby zepsuć ich znaczenie.

  • Och, jak bym chciała, żeby więcej osób czuło tak jak Ty w kwestii tytułów filmów w oryginale, strasznie często mi się zdarza, że nie mam pojęcia, o czym ludzie mówią w ogóle, a potem muszę i tak sprawdzać „prawdziwy” tytuł, jak chcę cokolwiek o tym znaleźć…

  • Kurcze, gdy słucham podcastu to często nawet nie jestem w stanie zarejestrować angielskich wtracen, wydają mi się zupełnie normalne w kontekście popkultury. No, chyba że nie znam jakiegoś słówka, ale to też sytuacja sporadyczna. Gdy piszesz, to już co innego, rzeczywiście pisanie kursywa robi swoje.
    Tym bardziej dziwi mnie, że ludzie nie mogą zrozumieć akcentu amerykańskiego (o ile w ogóle da się przyporządkować te różnorodność do jednej kupy). Co oni, filmów nie oglądają? Ja uczyłam się angielskiego i hiszpańskiego oglądając filmy z lektorem. Nie wiem czy to kwestia drygu do języków jak takiego, ale zawsze się coś z takiej nauki zapamiętalo, a i jak można się osłuchać z językiem.. Akcent „angielski” albo szkocki wydaje mi się sto razy trudniejszy do zrozumienia, choćby przez różnice między np. Mieszkańcami Londynu a Manchesteru

  • Ale w Myszmaszu nie jest wcale tak jak opisuje Mysza! Z notki wywnioskowałam, że Mysz ciężko zrozumieć, a w Myszmaszu nie ma tego problemu :)

  • livhannah

    Nigdy mi u Myszy nie przeszkadzały angielskie wtrącenia – szczególnie, że dużo z nich to są właśnie nieprzetłumaczalne słówka czy całe wyrażenia, jak wyszczególnił Krzysztof Pawełczyk. Sama się łapię czasem na tym, że prędzej pomyślę po angielsku, skojarzę, co chcę powiedzieć (a częściej napisać) niż po polsku – i dotychczas zakładałam (mniej więcej do wpisu około-halloweenowego), że Mysz ma podobnie, tylko bardziej. Że to kwestia nasiąknięcia językiem – „za dużo filmów/ seriali itp oglądanych w oryginale”. A tu się okazuje, że to trochę bardziej skomplikowane. Ale i tak – absolutnie mi to nie przeszkadza, większości czytelników chyba też :) A hejters i tak gonna hate ;)

    W kwestii akcentów – zgadzam się z Doliną Kulturalną. Dla mnie amerykańskie filmy łatwiej zrozumieć „ze słuchu” niż np. którąś z produkcji BBC.
    ad. kursywy – dobrze wiedzieć :) przydatna ciekawostka.

  • Większość Czytelników miała podobne rozumowanie. Zdarzali się jednak malkontenci. Stąd wpis :)

  • Ty twierdzisz, że nie ma, a Myszmasz co i raz dostaje komentarze, maile i wadomości na FB pt. „czy Mysz mogłaby sprechać po polsku, bez angielskich wstawek?”.

    Co do kindergarten – racja, to technicznie rzecz biorąc jest przedszkole, ale w moim mózgu istnieje (z jakiegoś powodu) klasyfikacja kindergarten-preschool (albo primary school)-school, czyli żłobek-przedszkole-szkoła. Możliwe, że to ja jestem w błędzie :)

    Swoją drogą: ja jestem zakręconą, popkulturalną wariatką! :D I jak się kiedyś nareszcie spotkamy, przekonasz się o tym sama :)

  • Owszem, jest to kwestia przebywania, ale także wieku, do którego organiczne przyswojenie języka jest możliwe. Przebywałam za młodu wśród polskiego i angielskiego, więc przyswoiłam języki organicznie. Z kolei rosyjski i niemiecki były nauczane w na tyle późnym wieku (na dodatek już w Polsce), że nawet duża ilość godzin poświęcona na czytanie, słuchanie, oglądanie i czytanie nie była w stanie zapewnić tego samego poziomu „przebywania” z językiem. Zmiana „chłonności” mózgu, a także brak motywacji – angielskiego i polskiego musiałam się nauczyć, by komunikować się z otoczeniem, rosyjski i niemiecki były tylko „dodatkiem” – również zrobiły swoje.

    Zgadzam się, że „przebywanie” w języku jest ważne. Od lat mówię znajomym, którzy pytają się mnie, jak poprawić znajomość angielskiego: FILMY, FILMY, FILMY. Najpierw z polskimi napisami, potem z angielskimi, potem bez. Osłuchanie się z akcentami, rytmem języka, słówkami, idiomami to najważniejsza rzecz w nauce języka. Nie nauka formułek, ale właśnie „wyczucie” języka.

  • Akurat ja jestem fanką teorii, że jeśli ktoś w miarę swobodnie używa słówek i zwrotów z języka angielskiego (np. właśnie „the jury is still out on that”) to wcale nie jest z jego angielskim tak źle, jak myśli :)
    Zdziwiłbyś się, jak dobrze, posiadając właśnie taką znajomość języka – zaczerpniętą z filmów i seriali – można się dogadać z nativem :)

    Cała przyjemność po mojej stronie!

  • Myślę, że akurat temat czystości języka od kilku lat zatacza coraz ciaśniejsze kręgi (w sensie coraz częściej powraca na tapetę) właśnie dlatego, że angielski zrobił się jeszcze bardziej popularny w tzw. net-speak. Teraz nie używają go tylko hardcore nerdy, które piszą o języku HTML z angielskimi zwrotami, bo słownictwo polskie w tym zakresie jest ubogie. Teraz każdy stosuje wtrącenia. I niektórych to drażni. Jestem to w stanie zrozumieć. Po prostu w moim wypadku sytuacja nie jest tak prosta jak „próbuję być fajna” ;)

  • Cieszę się, że nie jestem w tej kwestii osamotniona, ale też bym chciała, by było -nas- więcej. Nadal często spotykam się z tym, że ludzie patrzą się na mnie jak na raroga, gdy wymieniam angielski tytuł jakiegoś filmu.

  • Może to właśnie zależy od tego, czy ktoś -stara- się aktywnie uczyć angielskiego poprzez osłuchiwanie się z angielskimi filmami, piosenkami, etc. Też wydaje mi się dziwne, że pretensje pojawiają się w wypadku podcastu popkulturowego – zawsze myślałam, że akurat tą dziedziną interesują się ludzie, dla których właśnie angielski jest, poniekąd, językiem wiodącym. Że właśnie ludzie zainteresowani popkulturą będą tymi, którzy oglądają filmy „w oryginale” i angielskie słówka (z amerykańskim akcentem) nie będą dla nich problemem.
    Ale okazjonalne miale, które Myszmasz wciąż dostaje zdają się temu przeczyć :)

  • Pozostaje cieszyć się, że moja „amerykańskość” jednak nie odstrasza Czytelników. A Myszowa przeszłość w Stanach to rzeczywiście dość skomplikowana sprawa i zawiła historia :)

  • Anonymous

    Linguistics! *rzuca się na wpis z radosnym piskiem*
    Nigdy nie przeszkadzały mi wtrącenia, tym bardziej że doczytałam się z czego wynikają. A jako szalona fanka języków wszelakich i lingwistyki społecznej bardzo się cieszę, że powstał ten wpis. Fascynująco czyta się opis problemów osoby dwujęzycznej, nawet z czysto naukowych względów ;-)
    Poza tym – znam z innego rodzaju doświadczeń pojęcie słoika JĘZYKI. U mnie zawiera on wszystkie nauczone języki obce poza angielskim. Znam w stopniu komunikatywnym kilka, i wszystkie poza angielskim czasem ostro mi się mieszają, zwłaszcza w sytuacjach stresowych. Teraz już mniejszy problem, kotłują się rodzinami, ale pamiętam że kiedyś we Francji podobno przeprowadziłam wypowiedź po kolei przechodząc z francuskiego na niemiecki, rosyjski, i poprzez hiszpański znowu na francuski. Przy czym sama byłam pewna, że to jeden język, bo w mojej głowie procesy myślowe wciąż leciały po francusku. Tego dopiero się musiało ciekawie słuchać.

    Miętówka

  • *uśmiech od ucha do ucha* Mnie też lingwistyka fascynuje – poniekąd stąd wybór kierunku studiów – cieszy mnie więc niezmiernie, że temat okazał się „chodliwy” :)
    O to to, właśnie! U mnie jest dokładnie to samo – płynnie przechodzę z jednego języka na drugi, tak działa mój mózg: myśli jednocześnie po polsku i angielsku, więc gdy przychodzi do wyrażenia myśli na głos, wychodzi płynna mieszanka mowy. Fajnie, że nie jestem w tym osamotniona :D
    PS. Gratuluję bardzo obfitego w języki słoika ^__^

  • Dzięki temu wpisowi odkryłam Myszmasz Podcast! Ale fajnie się Was słucha. Towarzyszycie mi cały dzień :D

    Nie wiem, jak wypowiadasz się na co dzień, ale to co słyszałam w Myszmasz jest absolutnie normalne, zrozumiałe i urocze. Strasznie fajnie się śmiejesz i nie da się Ciebie nie lubić :)

    Wiedziałam już wcześniej, że jesteś dwujęzyczna i „pół Amerykanką, pół Polką”, bo chyba kiedyś napisałaś to w komentarzu, albo na blogu, albo na fanpage. Nigdy mnie nie raziły Twoje wstawki. Myślę, że my wielbiciele popkultury, którzy połykają filmy, seriale i książki amerykański i brytyjskie siłą rzeczy załapują język i są wyrażenia, które nie tłumaczą się na polski lub po polsku brzmią bardzo źle i dziwnie. Poza tym siedzę jedną nogą w polskim, a drugą w anglojęzycznym internecie. Rozumiem wszystko co czytam, większość, co słyszę (czasami napisy ang pomagają), ale z mówieniem jest duuuuużo gorzej.
    Z jednej strony zazdroszczę Ci dwujęzyczności, ale z drugiej dopiero po przeczytaniu tego wpisy widzę też drugą stronę i że istnieją też wady takiej sytuacji. Fajnie, że nam to uświadomiłaś.

    Chciałabym też dodać, że te Twoje wtrącenia składają się też na Twój wyjątkowy styl, za który lubimy Cię czytać :)

  • To zawsze fajnie usłyszeć, że przyniosło się komuś radość :) A Mysi śmiech wymieniany jest jako jeden z bezapelacyjnych plusów podcastu. Co robić? Taką mnie stworzono :D

    Zgadzam się, że jednak w popkulturze siedzą ludzie, którzy (chociażby z potrzeby) znają angielski i potrafią się nim dobrze posługiwać. Obecnie żeby być na bieżąco z serialami, filmami czy newsami czasem nie można czekać na „polską wersję języową”. W sumie mnie to cieszy, bo dzięki temu coraz więcej osób „osłuchuje” i „oczytuje” się z angielskim. A coś takiego zawsze bardzo pomaga w zdobywaniu i szlifowaniu języka :)

    *pali raczka* W takim razie cieszę się przeogromniaście. I rozpiera mnie duma i radość, że mam takich cudownych, wyrozumiałych, sympatycznych Czytelników :)

  • Rety, jak czytam Baltimore to od razu myślę The Wire. I równie od razu miałabym wielką ochotę posłuchać twojej opowieści o tym mieście.

  • Wow, wow. Ja też myślałem, że Mysza to po prostu mega fanka popkultury, która bardzo dobrze umie angielski i lubi go wtrącać w swoje wypowiedzi. A tu niespodzianka! C:
    U mnie z Angielskim jest raczej średnio/słabo i chciałbym go poprawić, ale fiszki i zadania z gramatyki mnie raczej odrzucają. Znam ten język na tyle, że wiem, kiedy tłumaczenie jest zawalone, co często mnie irytuje, a już szczególnie jeśli chodzi o tytuły filmów, ponieważ one zwykle odbiegają od oryginalnej wersji. Dlatego cieszę si z tego jak pisze Mysza i chociaż od czasu do czasu, gdy są dłuższe zdania (z trudniejszymi słówkami) i nic z nich nie rozumiem, to jakoś specjalnie nie przeszkadza mi to w odbiorze tekstu (kontekst i tak dalej). O i strasznie lubię Myszy „basically”.
    Zazdrość nie zazdrość, zawsze dobrze zrozumieć albo podkreślić, że i rzeczy które na pierwszy rzut oka wydają się świetne, mają i swoje minusy. A teraz, znikam posłuchać Myszowego podcastu (Miło się dowiedzieć, że coś takiego jest)

  • manai

    Oh, jak świetnie napisany post. Super się to czytało. I tylko chciałam wtrącić ze to dobrze, ze na piśmie nie widać akcentu, bo mój list z Baker Street był zdecydowanie w British English!!!

  • Niestety z samego miasta niewiele pamiętam – choć blok w którym mieszkałam nadal stoi (znalazłam go na Google Maps), ale park do którego chodziłam już nie :)
    Mnie z kolei Baltimore kojarzy się z serialem „Hannibal” i musicalem „Hairspray”.

  • Kurczę, już drugi raz ktoś się cieszy z istnienia podcastu. A myślałam, że dostatecznie go promuję. Trzeba będzie jakiś banner na bloga wstawić czy coś :D
    Jeśli chodzi o naukę angielskiego to moja metoda (sprawdzona na znajomych) to: oglądać, oglądać, oglądać. Filmy i seriale, najpierw z polskimi napisami, potem angielskimi, a potem można już bez! Wystarczy czas, cierpliwość i motywacja. I wówczas fiszki stają się niepotrzebne, albo po prostu łatwiejsze w zrozumienia. Język trzeba przede wszystkim -czuć-.
    Cieszę się natomiast, że moje wtrącenia nie przeszkadzają w odbiorze tekstów. To chyba najważniejsze :)

  • Na ba, że był w British English. Przecież pisał go sam John :P

  • To komuś kto zajmuje się popkulturą może przeszkadzać angielski? W szoku jestem… Ja dwujęzyczna nie jestem, ale przez obracanie się w fandomie, który posługuje się jednak głównie słownictwem angielskim (no bo kto powie inaczej niż fanfiction czy fan art?) znam go całkiem nieźle i zdarza się, że myślę po angielsku a dopiero później przechodzę na polski. Zresztą mój nauczyciel angielskiego z lektoratu twierdził, że angielski jest bardziej komunikatywny niż polski i ja się z tym zgadzam, dużo łatwiej mi coś czasem wyjaśnić w „ingliszu”. Jestem wielką fanką oryginalnych tytułów! Poza tym jak tylko mogę oglądam filmy z napisami albo oryginalne, ostatnio w telewizji lecieli Avengersi w dubbingu i było to dla mnie straszne doświadczenie. I wszystko co napisałam wcale nie oznacza, że nie lubię polskiego. Ostatecznie z jakiegoś powodu studiuję filologię polską. :)

  • Jestem w stanie to zrozumieć – ja mimo swoich problemów z językiem też z jakiegoś powodu wylądowałam na filologi angielskiej :) Co prawda miałam tam wiele przygód, które zniechęciły mnie do podążania tą konkretną ścieżką edukacji (czy do edukacji w ogóle), ale z samej nauki zawiłości języka mam mile wspomnienia. Poza gramatyką. Gramatyki nie znosiłam :D

  • Solidaryzuję się :) po gramatyce opisowej języka polskiego robię więcej błędów niż wcześniej bo za bardzo wszystko rozkładam na części pierwsze. W ogóle gramatyka w języku polskim to zło wcielone :D i im więcej studiuję tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że polski to ciężki język jest.

  • Anonymous

    Witam.

    Przesłuchanych odcinków podcastu mam ok. dwudziestu i wtrącenia angielskie jakoś nigdy mi nie przeszkadzały. Ale mam inne zdanie w sprawie tytułów filmów. „Dirty Dancing” czy „Die Hard” to tytuły, które praktycznie każdy rozpozna, ale jest mnóstwo filmów, których nie skojarzy osoba znająca język angielski, a tytuły filmów zna głównie z polskiej telewizji. Dla przykładu wspomniany przez Ciebie film we wpisie z okazji dnia kobiet czyli „The Sweetest Thing” w Polsce jako „Ostrożnie z Dziewczynami”. Bez sprawdzenia w internecie tytułu polskiego nie wiedziałbym o jakim filmie piszesz. Milej na pewno czytałoby się takie wpisy gdyby obok oryginalnego tytułu znalazłby się tytuł polski.

    Pozdrawiam i gratulacje za fajny podcast.

    P.S. W powyższym wpisie nie poruszam tematu polskich tłumaczeń tytułów filmów, więc proszę „troll mode off”

  • Język polski jest szalenie trudny. Jak to mówiły moje znajome Japonki: „Język polski jest bardzo trudny, bo mówi się „cieszę się” i „czeszę się”. Tylko wymawiały te dwie frazy tak, że nie było między nimi żadnej różnicy :)

  • Akurat przykład „The Sweetest Thing” jest dla mnie o tyle ciekawy, że angielski tytuł pada wręcz w trakcie filmu (postać grana przez Thomasa Jane’a rzuca w pewnym momencie do postaci Cameron Diaz „Oh, that is the sweetest thing”). Tym bardziej więc uznaję oryginalny tytuł za jedyny słuszny, choć film po raz pierwszy widziałam w polskim kinie, z polskim tytułem.

    Rozumiem stosowanie obu tytułów – angielskiego i polskiego – w podcaście. Ludzie słuchają go np. w środkach komunikacji, nie zawsze mogą sprawdzić angielski tytuł, ewentualnie mogli go nie „załapać”. Ale w wypadku wpisów na blogu uważam, że jeśli angielski tytuł nic Czytelnikowi nie mówi (co jest, w mojej opinii, smutne), może go sprawdzić w Internecie.

  • Anonymous

    Oczywiście, że może sprawdzić… Ale wygoda czytania takich wpisów jest lepsza, gdy wszystko ma się w jednym miejscu, a nie jest się zmuszanym do odrywania się od tekstu i uciekania w inne miejsca. Ale nie będę przekonywał, to jest Twój styl i to są Twoje teksty, które lubię czytać i brak takiej drobnostki na pewno nie spowoduje mojej ucieczki z bloga , czy też podcastu.

    Pozdrawiam.

  • Żeby nie było, że Mysz jest zbyt (jak to mówią) „pig-headed” by cokolwiek na blogu zmieniać, postaram się na przyszłość w wypadku mniej znanych i rozpoznawalnych filmów (czyli nie Die Hard czy Dirty Dancing :D) podawać także w nawiasie polski tytuł.
    Miło mi jednak, że Czytelnik też jest otwarty i tolerancyjny i wybacza Myszy jej językowe przyzwyczajenia i słabostki :)

  • Blair przeczytała „Baltimore”, pomyślała od razu „Hannibal”.
    A była przekonana, że to u niej działa tylko w przypadku jeleni, hmm… :)

    Już od jakiegoś czasu czytam Twojego bloga Myszo, nie znałam powodu, dla którego dodajesz te wtrącenia i nie szukałam też wyjaśnienia, bo mi to nie przeszkadzało. :) Wychodzę po prostu z założenia, że człowiek jak prowadzi bloga, to pokazuje nim cząstkę siebie.

    Poza tym muszę napisać, że trochę odetchnęłam z ulgą, czytając Twojego bloga. Obecnie jestem w takiej sytuacji, że wyjechałam do Niemiec, intensywnie uczę się tutaj języka niemieckiego i mam przez to problem z… angielskim. Martwi mnie to, bo kocham ten język, może nie znam go perfekcyjnie, ale oglądam seriale, czytam książki, słucham muzyki… A teraz gdy chcę powiedzieć coś po angielsku muszę bardzo się pilnować, żeby nie dodawać nic po niemiecku. Nawet nie zauważam, że mieszam te języki. Dla mnie to co mówię ma jak najbardziej sens! Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że połowa była po niemiecku a połowa po angielsku. :<

  • Baltimore mnie się zawsze kojarzy z Hannibalem, ale także z musicalem „Hairspray” :)

    Mieszanie języków niestety zdarza się bardzo często, nie tylko w wypadku osób dwujęzycznych, ale nawet ludzi, którzy po prostu uczą się dodatkowego języka (a gdy uczą się więcej niż jednego, tym bardziej). Nie przejmuj się więc tak bardzo, a jeśli ludzie będą się na Ciebie dziwnie patrzeć po prostu pytaj czy spontaniczne „zmieniałaś język”. I w razie czego próbuje powtórzyć to, co chciałaś powiedzieć już tylko w jednym języku ;)

  • Internety szkodzą. Ja mam ostatnio etap „patrzenia jak na raroga” na ludzi wymieniających tytuły (niepolskich) filmów po polsku. Zwykle to powoduje, że kolejne 10 sekund spędzam na usilnym ustalaniu, o co chodzi. Już szczególnie biorąc pod uwagę niesamowite zasługi tłumaczeń tytułów na polski, prawda. Te wszystkie wirujące seksy.

  • To znaczy popkulturą dziś prawdopodobnie interesują się i takie dziwy, jak ja. Czytaj – staram się poprawić sobie humor twierdząc, że nie jestem jednak ufoludkiem :P. A ja angielskiego kompletnie, totalnie, boleśnie nie znam. I don’t sprechen in ingriszu! A na dodatek z jakimkolwiek angielskim akcentem mam ten sam problem, co Mysz z brytyjskim czy szkockim. W głowie doskonale wiem, jak powinien brzmieć. Ale zdradziecki język z uporem maniaka wypluwa na zewnątrz makabryczny angielski-polski akcent. Plus, jak mnie obcokrajowiec zagada, jak gdzieś trafić, to oblewam się obficie potem, bo nagle z głowy ulatują wszystkie przydatne słowa, a na dodatek mózg jak na złość zaczyna panikować nad… poprawnością gramatyczną. Co nie zmienia faktu, że oglądam filmy i seriale w językach oryginału (a więc wiodą angielski i w moim wypadku japoński), w wypadku angielskiego korzystam najczęściej też z angielskich napisów i… totalnie to nie pomaga :D. Nadal kompletnie nie znam angielskiego, i wiele lat nauki, wyjazdy, i ciągłe obcowanie przez szybę z angielskim (popkultura) nie powoduje, że znam język. Nie pomogła ani tona filmów, ani dziesięć ton muzyki, ani nawet czytanie książek w oryginale. Nope. A co ciekawe, o ile zwykle przeszkadzają mi obcojęzyczne wtrącenia (sama je walę!), to nie u Myszy. W zasadzie to aż do momentu przeczytania tej notki mózg mi ich nie rejestrował ^^’.

  • Moja droga – Mysz też miewa momenty paniki, gdy ktoś do niej nagle na ulicy sprecha w lengłidżu, bo mój mózg gwałtownie musi się przestawić na tryb angielski. Też się czasem zdarza, że się pocę :D
    No ale widzisz, że skoro mózg nie rejestrował angielskich wstawek, to znaczy, że jednak język angielski na jakimś tam poziomie znasz. Oczywiście nie nauczysz się w pełni j. angielskiego wyłącznie poprzez obcowanie z językiem w postaci filmów, muzyki czy książek. Ale jest to naprawdę nieocenione narzędzie pomocnicze. Mam koleżankę, która gdy pojechałyśmy wspólnie do Wielkiej Brytanii w trakcie tygodniowego wyjazdu odezwała się może… setką słów. I to tylko gdy były proste np. „podaj masło”, „jak dojść do toalety?”, itd. Po powrocie płakała, że nie odzywała się, bo mało rozumiała, a i miała wrażenie, że jej akcent jest „prowincjonalny” (a angielskiego uczyła się tylko w szkole). Kazałam jej usiąść do oglądania seriali po angielsku i… pomogło. Teraz rozumie filmy i seriale bez napisów, a i pozbyła się strachu w mówieniu i pisaniu po angielsku. Czy wciąż popełnia błędy? Tak. Czy da się z nią porozumieć? Absolutnie.
    Weź też pod uwagę, że nie każdy ma takie same predyspozycje do „wchłaniania” języka. Niektórym to wystarczy, a innym nie. Ale bądź dobrej myśli. I dalej pochłaniaj popkulturę „w oryginale”. Na pewno Ci to nie zaszkodzi :)

  • Mi tam angielskie wtrącenia nie przeszkadzają w Twoich notkach, wręcz przeciwnie, nadają im charakteru i zawsze gdy w swoich tekstach wtrącę coś z angielska, od razu myślę, że to trochę wpływ Twojego bloga;). No i niektóre słówka po prostu lepiej brzmią po angielsku, chociażby „creepy” – w naszym ojczystym języku nie ma fajnego odpowiednika, szukałam, ale nie znalazłam.
    Swoją drogą, ostatnio pod jedną z notek zarzucono mi, że nie powinnam używać słów takich jak „epizod” i „sezon” bo są zapożyczone z angielskiego i ponoć bardzo rażą. Jestem jednak więcej niż pewna, że gdybym ich nie używała, zarzucono by mi, że wciąż powtarzam „odcinek” i „seria”. Nie da się wszystkim dogodzić, niestety!

  • Nie sądzę, by był to wpływ mojego bloga – raczej współczesnej popkultury i pisania o niej. Ale dziękuję za ciepłe słowa.
    Wiesz, dla mnie to jest o tyle ciekawy przypadek, że w mojej głowie słowo „epizod” oznacza trochę co innego niż „odcinek” czy angielskie „episode”. Tak samo „seria” to dla mnie nie to samo co „sezon” czy „season”. Radzę tłumaczyć malkontentom, że nie chodzi o to, że słowo pochodzi z angielskiego, ale o konkretne znaczenie, które akurat masz na myśli. A jak dalej będą jojczyć – olej. Masz prawo pisać jak chcesz :)

  • Katarzyna Prażmowska

    Jestem zachwycona Twoim sposobem pisania, a jeszcze bardziej tym, że postanowiłaś wytłumaczyć dlaczego piszesz tak, a nie inaczej (i teoretycznie uwolnić się od komentarzy pełnych niezadowolenia). Coraz częściej zauważam u siebie, że podczas rozmowy chcę zastąpić polskie słowo angielskim. Ostatnio wystawiam się na duży kontakt z angielskim, chyba największy w moim dotychczasowym życiu, a że ponoć zawsze jakąś tam smykałkę do języków miałam, to łapię pewne rzeczy bez wysiłku. Wiem, że to w żadnym stopniu nie jest sytuacja podobna do Twojej – chciałam tylko powiedzieć, że jestem w stanie w pewnym sensie to zrozumieć. Obawiam się, że akurat w moim przypadku to może być lenistwo, zwyczajnie postępujące ubytki w polskim słownictwie (a strach pada na mnie tym większy, że przecież poświęciłam parę lat życia studiowaniu filologii polskiej). Ale jakże się cieszę, kiedy nie muszę się hamować w rozmowie z kimś i używam tych wtrąceń właśnie wtedy, kiedy mi one najbardziej pasują!

  • *pali raczka* Bardzo mi miło :3 przy czym warto zaznaczyć, że Mysz wciąż otrzymuje krytyczne komentarze – ale łatwiej je zbić, po prostu odsyłając krytykantów do przeczytania powyższej notki :)
    Sądzę, że wiele osób mających na co dzień duży kontakt z językiem angielskim boryka się z tym samym problemem. Są np. zwroty czy związki frazeologiczne, które na tyle często słyszymy w popkulturze (filmach, piosenkach), że łatwiej – i szybciej – jest nam ich potem użyć po angielsku, niż przekładać je na język ojczysty. Mysz akurat nie widzi w tym nic złego – „czystość” języka polskiego to dla mnie pojęcia względne (a jako osoba po filologii polskiej z pewnością sama wiesz najlepiej, jak wiele j. polski ma naleciałości z innych języków) i uważam, że język który się nie zmienia i nie rozwija – także poprzez „wchłanianie” wyrażeń z innych języków – to język… może nie „martwy”, ale nudny; nieprzystający do świata, w którym żyjemy i nie spełniający podstawowej funkcji, jaką jest skuteczna komunikacja.
    Pozostaje mieć nadzieję, że nie zapomnimy ani jednego, ani drugiego języka i będzie wokół nas coraz więcej osób, którym taki językowy miszmasz nie będzie przeszkadzał :)

  • Polish Yorkshireman

    Cześć.
    Też się zastanawiałem, skąd tyle angielskich wtrąceń u Ciebie. Nie ukrywam, że momentami mnie to wkur…, ale trzymałem język za zębami. Powód? Treści, które przekazujesz (przekazujecie – podcast), są interesujące i w moim mniemaniu przyćmiewają formę. Czyli te angielskie wtręty. Jednak dziś nastał ten dzień, w którym postanowiłem dowiedzieć się czegoś więcej. I czy tylko mnie to doprowadzało do szału;) Ten wpis fajnie wszystko wyjaśnił. Od razu mi better:)))
    Pozdrawiam!

  • Cindy

    Cóż, faktycznie w takim przypadku używanie angielskich wtrąceń jest zrozumiałe. W pełni rozumiem, że trudne może być powstrzymanie się od tego. Ale muszę zauważyć, że to naprawdę potrafi przeszkadzać. Nie dlatego, że mam jakieś widzi mi się, tylko dlatego, że utrudnia lub uniemożliwia mi zrozumienie tego, co mówisz. Widzisz, kiedy w tekście są jakieś słowa, których nie rozumiem, to mogę wkleić je w google translatora i sprawdzić, co znaczą. Ale w podcastach już tego nie zrobię, szczególnie kiedy są to całe zdania. Po prostu mam wrażenie, że umyka mi kawałek treści. Bo jest wręcz tak, jakby raz na jakiś czas ktoś mi na chwilę wyłączał dźwięk. Ktoś coś mówi mówi mówi, fsbfjbsdfjdssf i mówi dalej. To niestety jest denerwujące.