Domówka w Dolby Theatre, czyli jak sympatycznie się nagradzać – Oscary 2014

W tym roku rozdanie Oscarów wypadło wyjątkowo sympatycznie i na luzie. Duża w tym zasługa prowadzącej galę Ellen DeGeneres.


Trudno napisać coś nowego i odkrywczego o Oscarach, zwłaszcza dwa dni po fakcie. Tym bardziej, że rozdanie nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej od lat już nie wyznacza filmów -najlepszych-, a jedynie te najważniejsze. Stąd od lat brakuje kontrowersji – a jedyne jakie się pojawiają mają miejsce już podczas nominacji – a wygranych można przewidzieć prawie ze stuprocentową dokładnością już na kilka tygodni przed ceremonią wręczenia.


W tym roku również obyło się bez zaskoczeń – wygrali ci, którzy wygrać mieli, a jedyny zawód trafił się (jak zwykle zresztą) biednemu Leonardo DiCaprio, który w tym tempie dostanie co najwyżej honorowego Oscara koło siedzemdziesiątki, jak Peter O’Toole. Jednak dzięki sprawnie wyreżyserowanej gali – swobodnie i sympatycznie poprowadzonej przez Ellen Degeneres, królową amerykańskiej telewizji śniadaniowej, która z większością osób na sali jest na szalenie przyjacielskiej stopie – tegoroczne Oscary zapiszą się w historii jako spokojne, ale bardzo, bardzo udane.

Nie będę zamieszczać tu listy wszystkich wygranych, ani omawiać każdej z osobna. Umówmy się: Grawitacja wygrała wszystko co było do wygrania w kwestiach technicznych, a The Wolf of Wall Street i American Hustle obeszły się smakiem mimo wielu nominacji. Warto jednak wspomnieć o kilku kwestiach:

 

Po pierwsze: kiecki

Umówmy się: część powodów dla których oglądamy Galę rozdania Oscarów to moda. Możemy się nią nie interesować, możemy wręcz ją potępiać, ale gdy widzimy w Internecie zestawienia best/worst dressed at the Oscars większość z nas klika w link i z przyjemnością patrzy na bardziej udane kreacje i krytykuje te nietrafione. W tym roku moda na czerwonym dywanie obyła się bez wielkich faux pas a głosy między tym co było dobrym wyborem, a co nie są bardzo podzielone i przemieszane. Mysz prezentuje swoje uwagi:

Jak widać w tym roku królowały raczej spokojne kreacje – klasyczne kroje, z tendencją ku koronko-wycinankom, reliefom (tak Mysz nazywa wypukłe wzory, naszycia i ozdoby, np. takie jak na sukience Gabourey Sidibe ), i błyszczącym koralikom. Widać była także przede wszystkim bardzo stonowaną paletę: od bieli, poprzez srebrzyste szarości, blade róże oraz wszelkie odcienie beżu, nude i szampana.


Żywych kolorów na dywanie było niewiele, ale większość z nich trafiła na bardzo udane kreacje. Bardziej problematyczne były natomiast kreacje w klasycznej czerni. Na gali zjawiło się także kilka aktorek w dość zaawansowanej ciąży. Niektóre ubrały na tę okazję bardzo pochlebiające kreacje. Niektóre już nie mały aż takiego szczęścia.


Olivia Wilde wyglądała pięknie w czarnej obcisłej sukience od Valentino. W przeciwieństwie do Kerry Washington, której falbaniasta, rzymska kreacja od Jasona Woo raczej nie schlebiała.*

Powiększ

NO, THANK YOU:

  • Jennifer Garner – niby inspirowana latami 20-stymi srebrna sukienka ze swingującymi frędzelkami powinna wyglądać ładnie, ale niestety Garner wyglądał w niej jak srebrna, frędzelkowa ozdoba koktajlowa.
  • Penelope Cruz – wszystko byłoby pięknie w tej kreacji od Giambattisty Valli Haute Couture gdy nie ten przerzucony przez prawe ramię kawałek materiału. Fałdki i marszczenia są super, ale nie wtedy, kiedy przypominają togę.
  • Sally Hawkins – za dużo, za ciężko, po prostu ZA. Chociaż… gdyby uciąć rękawy, uciąć tren (zmienić krój dołu na prosty) byłabym na tak
  • Angelina Jolie – kocham Angie i ładnie jej e wszystkim, ale tak jak Garner wyglądała jak srebrna ozdoba koktajlowa, tak Angie wyglądała jakby uszyła sobie sukienkę z anielskiego włosia.
  • Naomi Watts – w białej, prostej kreacji od Calvin Klein Collection czegoś zabrakło. Jest po prostu nieciekawa (zwłaszcza z tą niepochlebiającą fryzurą).
  • Jessica Biel – znowu: zbyt prosto, zbyt nudno. Guziki z tyłu oraz drobniutka falbanka (marszczenie) przy brzegu góry nadają sukience wyglądu nieudanej kreacji na studniówkę.
  • Julie Delphy – ni to Kleopatra, ni to egipska mumia… czegoś jest tutaj wyraźnie za dużo.

YES, PLEASE:

  • Cate Blanchet – w delikatnej kreacji od Armaniego z naszytymi kryształkami powinna wyglądać jak żyrandol, a wyglądała ZJA-WI-SKO-WO. I jeszcze te włosy i kolczyki!
  • Kristen Bell – na pierwszy rzut oka prosta, ale przy bliższym spojrzeniu (ładnie było widać podczas zapowiedzi na gali) cudownie ozdobiona reliefowymi naszyciami i kryształkami. Kristen, świeżo-upieczona mama, wyglądała kwitnąco.
  • Kate Hudson – marynarka widoczna na zdjęciu nadaje sukience zbyt ostrą linię (te kwadratowe ramiona), ale na gali Kate wystąpiła wyłącznie w sukience – opływowej, lejącej się i błyszczącej. Wypadła niczym lodowa syrena. Jestem na tak.
  • Jenna Dewan-Tatum – z jednej strony dużo się na tej sukience dzieje – tiulowe ramiączka, kryształki na górze, schodzące niżej, aż po falbankowy dół – a z drugiej wszystko piękne współgra. Może tylko szary kolor falbanek zmieniałbym na bardziej szampański.
  • Camila Alves (żona McConaugheya) – prześliczna w lekko geometrycznej, bladoróżowej sukni. I nawet te kanciaste ramiona w jej przypadku działają.
  • Portia de Rossi – żona Ellen moim zdaniem powzięła ryzyko występując w tak graficznie powycinanej sukni. Ale ryzyko się opłaciło – miała jedną z najciekawszych kreacji na czerwonym dywanie.


Powiększ

 NO, THANK YOU:

  • Viola Davis – fantastyczny krój i kolor zepsuty przez użyty materiał. Fatalnie się na nim załamuje światło, dając złudne wrażenie o zgrabnej figurze Davis.
  • Anne Hathaway – czy to pokaz gladiatorów, że Anne przywdziała zbroję? A może po prostu odrzuca mnie taka moda, lekko trącąca latami 70-tymi?
  • Julia Roberts – piękna fryzura, piękny uśmiech, swoboda… a cały ten efekt psuje fatalnie układająca się suknia. Ogólnie kreacja jest w porządku – jeśli ktoś lubi tyle koronki – ale należałoby ją zebrać pod biustem lub z tyłu w tali, by Julii nie robił się pod biustem taki dziwny „brzuszek” z materiału.
  • Anna Kendrick – za dużo, zbyt chaotycznie, po prostu nie.
  • Emma Watson – Emma chyba próbowała się dopasować do ponurej pogody, jaka panowała w LA przed Galą. Nie sądzę jednak by ta grafitowa kreacja była dobrym wyborem.
  • Glenn Close – klasycznie i pięknie. Ale nudno. Tak strasznie nudno.

YES, PLEASE:

  • Jennifer Lawrence – przepiękna w koralowej czerwieni od Diora (i uroczym naszyjniku na plecach). Przy tak prostym kroju nawet znienawidzona przez Mysz baskinka nie przeszkadza tak bardzo. Nie jestem tylko pewna, czy fryzura była właściwie dobrana. 
  • Sandra Bullock – bezbłędna w marszczonej kreacji od Alexandra McQueena. Widzisz, Viola? TAK się nosi błyszczący materiał! 
  • Amy Adams – jeden z Myszy faworytów. Coś w ultra-prostej, syreniej linii tej sukienki od Gucci – przełamanej klapkami przy biuście i pseudo-kieszonkami – szalenie mi się spodobało. Matowe wykończenie i piękny kolor, oraz śliczna fryzura Amy dopełniają obrazu. Tylko kolczyki bym zmieniła. 
  • Lupita Nyong’o – Lupita to klasa sama w sobie. Autentycznie zaczynam wierzyć, że są na świecie stroje, które tylko na niej są w stanie wyglądać dobrze. 
  • Charlize Theron – przywodząca na myśli płatki kwiatów góra (bardzo pochlebiająca dla biustu) zadziwiająco dobrze współgrała z tulowym, pozakładkowanym dołem. Brawa za prawie niewidoczne cieliste ramiona sukienki, które podtrzymują całą kreację. 
  • Meryl Streep – klasycznie piękna w klasycznie eleganckiej kreacji. Cóż powiedzieć? Przecież to Meryl.

Myszy top trzy pary wieczoru:

Powiększ
  • Kristen Bell i Dax Shepard (jedna z moich ulubionych celebrity couples – obserwowanie ich frajdy podczas gali było bezcenne)
  • Channing Tatum i Jenna Dewan-Tatum (mam do nich słabość, co ja poradzę? Są tacy śliczni i uroczy)
  • Matthew McConaughey i Camila Alvares (prawdziwi król i królowa wieczoru)

 

Best dressed male: Jared Leto – nawet kombinacja biała marynarka-czerwona mucha (która przywodzi na myśl KFC) w jego wypadku totalnie się sprawdziła. Aha, Mary Kate Olsen wants her hair back!

When was the last time YOU went to KFC?


Po drugie: wygrani przemawiają



Mysz bardzo cieszą wszystkie wygrane w kategorii aktor pierwszo- i drugo-planowy, także z tego względu, że w tym roku wyjątkowo wszystkie cztery przemowy dziękczynne był bardzo udane.

Co do Cate chyba nikt nie miał wątpliwości. Okej, niby rywalizowała z Meryl Streep, ale Meryl pewnie jeszcze nie raz wygra Oscara. A Cate, jak przystało na prawdziwą australijkę w swej przemowie wykazał się gracją, humorem, luzem i typowym dla siebie urokiem. Jak zwykle wymieniła z imienia wszystkie nominowane wraz z nią aktorki, składając hołd swym koleżankom. Jednak highlightem jej przemowy był dla Myszy sam początek, gdy Cate rzuciła w stronę stojącej w owacji widowni: “Sit down, you’re too old to be standing!“. Mysz lubi, gdy ktoś żartem okazuje swoją wdzięczność, ale jednocześnie ma na tyle dystansu by owację na stojąco traktować z humorem. Cate wplotła także w swoją przemowę cudowną szpilę, skierowaną w Hollywoodzkich producentów – że filmy z kobietami w rolach głównych potrafią na siebie zarobić, że publiczność chce je oglądać i że chyba przyszła pora by zacząć produkować takich filmów więcej. Mysz aż podskoczyla w fotelu z radości i entuzjastycznie zaklaskała na te słowa. Co prawda Mysz z pewnym wstydem przyznaję, że wciąż nie obejrzała Blue Jasmine, ale z tych króciutkich fragmentów, które mignęły mi gdzieś na obrzeżach świadomości wiem, że Cate na Oscara w pełni zasłużyła. Kto wie? Może nawet jej występ przekona mnie, by przecierpieć film Woody’ego Allena?

Z kolei na statuetkę dla Lupity liczyli chyba wszyscy zgromadzeni na sali. I nie bez powodu – młoda aktorka, pochodząca z Kenii a wychowana w Meksyku, jest kwintesencją, tego co kocha Hollywood czyli “spełnionym marzeniem”. Poruszająca przemowa Lupity wywarła wrażenie nie tylko na Myszy (no dobra, beczałam jak dziecko) – w Dolby Theatre także dało się zauważyć kilka załzawionych spojrzeń. Pozostaje cieszyć się, że ogrom talentu, potencjału i uroku został w Lupicie dostrzeżony i doceniony. Teraz czekamy na jej kolejne role.



Kategorie męskie były ciut bardziej problematyczne. Wiele osób liczyło co prawda na Oscara dla Leonardo DiCaprio, ale konsensus był zgodny: obaj panowie z Dallas Buyers Club wrócą do domu ze statuetką. Mysz przyznaje – film ten nie jest wybitny, a do pewnych aspektów występu Leto i McConaugheya w tym filmie mam zastrzeżenia, tak uważam, że słusznie otrzymali nagrody. McConaughey, jak sam mówi głównie dzięki żonie, od lat systematycznie odchodzi od ról “złotego chłopca” w komediach romantycznych i gra w coraz ciekawszych filmach. Oscar za Dallas Buyers Club wydaje się więc, przede wszystkim, ukoronowaniem mądrych decyzji, jakie na drodze swojej kariery Matthew ostatnio podejmuje. Jego przemowa – pięknie skonstruowana – po raz kolejny pokazała, że za tą przystojną twarzą luzackiego kowboja, kryje się bystry, inteligentny umysł świetnego aktora. I to aktora z dystansem do siebie – któż inny, jak nie Matthew zakończyłby przemowę swym słynnym: “Alright, alright, alright!”.

Z kolei wygrana Leto cieszy mnie najbardziej. Od lat jestem fanką Jareda jako aktora, człowieka i piosenkarza i fakt, że wreszcie doceniono jego talent – po wielu fantastycznych rolach w wielu cudownych filmach, i to wszystko mimo grania w filmach (zwłaszcza ostatnio) dość rzadko (raz na kilka lat) – sprawia, że ryjek sam mi się cieszy. Co prawda mam zastrzeżenia co do roli Rayon w Dallas Buyers Club, ale wynikają one z osobistego podejścia, a nie zarzutów do talentu aktorskiego Leto. Przemowa Jareda – pięknie przeplatająca historie przeszłych i obecnych trudów z jakimi przyszło nam walczyć, zarówno jako społeczeństwu, jak i każdemu z osobna, jako jednostce (ukłon w stronę mamy by wzruszającym akcentem, podobnie jak odniesienie się do wszystkich, którzy zginęli z powodu AIDS) – była soczystą wisienką na torcie wygranej. Chociaż nie: dla Myszy wisienką było podziękowania dla brata Jareda, Shannona i wspomnienie w przemowie zespołu 30 Seconds to Mars, w którym obaj panowie występują. Mysz od lat broni Jareda – i jego decyzji by podążyć raczej karierą piosenkarza niż aktora – i niezmiernie się cieszy, że jego wysiłki aktorskie są nadal doceniane, a jednocześnie że Leto wciąż pamięta o swojej największej miłości, czyli muzyce. Mogę już nie słuchać 30STM tak -religijnie- jak niegdyś, ale wciąż bardzo lubię i szanuję ten zespół.
A poza tym to zawsze fajnie, jak wampir wygra Oscara. Nie, serio: Jared się W OGÓLE nie starzeje. To zaczyna być upiorne. Ewentualnie, jak sugeruje TheBacklot, jest Aslanem.

Koleżanka wrzuciła wczoraj z podpisem:
Jared Leto zamanifestował swoje wsparcie dla Ukrainy”.
Padłam XDDDD



Po trzecie: wtopy



Na szczęście (a może na nieszczęście, dla tych którzy lubują się w Schadenfreude) w tym roku obyło się bez większych wpadek: zepsutych teleprompterów, potknięć, pomyłek czy kontrowersyjnych przemów… z jednym bezlitośnie wyśmianym przez Internet wyjątkiem. Mowa oczywiście o pomyłce Johna Travolty, który zapowiadając wykonywaną na żywo piosenkę „Let It Go” z filmu Frozen, kompletnie przekręcił imię i nazwisko Idiny Menzel. Tak oto powstał Travoltified Name Generator. Wiesz, że jesteś celebrytą, gdy Twoje nazwisko staje się memem.


Po czwarte: pizza


Zamówienie pizzy na Galę Oscarów jest tylko jednym z przykładów, dlaczego luźne, wesołe, po prostu ludzkie podejście do „celebrytów” uczyniło z Ellen wspaniałą prowadzącą. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie Oscary już od wielu lat (od kiedy moja uwaga przeniosła się na o wiele ciekawszą, zabawniejszą i o wiele bardziej sympatyczną Galę rozdania Tony’s) nie skupiają się na filmach, ale na ludziach – kto z kim przyszedł, w czym, jak się bawił, czy brał udział w przekomarzankach z prowadzącym, czy dowcipkował, etc. A dzięki Ellen wszyscy widzowie mieli okazję zobaczyć, że na gali Oscarów siedzą normalni ludzie – jasne, grający w filmach, ale w gruncie rzeczy tacy jak my: jedzący pizzę, tańczący do fajnych piosenek, lubiący się wygłupiać i bawić w towarzystwie przyjaciół i znajomych z branży, z poczuciem humoru i dystansem do siebie. Może i nie była to najwystawniejsza, najbardziej dystyngowana Gala Oscarów. Ale z pewnością była najbardziej ludzka i sympatyczna. I chyba właśnie tego ostatnio na Oscarach nam brakowało.

Najedzona gwiazda to szczęśliwa gwiazda.
  

Po piąte: momenty



Cała tegoroczna Gala składała się z wielu uroczych, fajnych i spontanicznych momentów. Rozdawanie pizzy w wykonaniu Ellen – a potem zbiórka pieniędzy na sali, by zapłacić dostawcy, czy rozdawanie zdrapek w ramach nagrody pocieszenia – to tylko czubek góry lodowej. W trakcie całego wieczoru Mysz naliczyła ich kilkanaście (o innych możecie przeczytać np. tutaj):

– Jennifer Lawrence po raz kolejny się potknęła, tym razem wysiadając z samochodu na czerwonym dywanie. Wiem, że ostatnio opinia publiczna się od J-Law odwróciła, ale Mysz nadal żywi do niej ogrom sympatii. Zawszy myślę o niej jako o „jednej z nas” i miło widzieć ją, jak na czerwonym dywanie odgania się od muchy, a na gali fangirluje Kevina Spacey (gdy ten na moment przeistacza się w Franka Underwooda z House of Cards), czy wtranżala pizzę. Fajnie, że dziewczynie się powodzi, a mimo to pozostaje sobą – chaotyczną, nierozgarniętą i roztrzepaną.

– Whoopi Goldberg zapowiadająca Pink, która fenomenalnie odśpiewała „Somewhere Over The Rainbow” w ramach hołdu dla 75-tej rocznicy The Wizard of Oz. Na dodatek zrobiła to w kiecce wyraźnie inspirowanej rubinowymi pantofelkami Dorotki, za którą Mysz byłaby w stanie zabić.

 
– Jamie Foxx w trakcie wręczania statuetek za muzykę i najlepszą piosenkę odstawił spontaniczny beatbox, a potem zaczął parodiować utwór „Rydwany Ognia” Vangelis. Płakałam ze śmiechu.

– Podobnie urocza i zabawna była rymowa przemowa, którą twórcy wygranej piosenki “Let It Go” uraczyli widownię. Brawa należą się przede Robertowi Lopezowi, który dzięki zdobytemu Oscarowi dołączył do szacowanego grona EGOTów, a do tego jest najmłodszym i najszybszym (w sensie zdobycie wszystkich nagród zajęło mu najkrócej) EGOTem w historii!

 -Bill Murray, który mimo wieku wciąż jest tak samo uroczy i zabawny, złożył przesympatyczny hołd swojemu koledze, zmarłemu niedawno reżyserowi, producentowi, aktorowi i scenarzyście, Haroldowi Ramisowi. Wymieniając nominowanych w kategorii najelepsza kinematografia dodał: „We forgot one”. Zwróćcie też uwagę na fantastyczną muszkę Billa – to z pewnością najpiękniejsza mucha, jaką w ostatnich latach widziałam.


– Will Smith machający do kamerzysty podczas wywiadu na czerwonym dywanie. Okazało się, że znali się jeszcze z planu Fresh Prince of Bel Air.
 
– Ellen sugerująca jakoby siedząca na sali Liza Minelli była w istocie wyjątkowo udaną dragqueenprawdziwej Lizy.

– Jared Leto oddał swój kawałek pizzy mamie. As if I didn’t love him enough already!

“We are Social Media”: zdjęcia grupowe, selfies, photobombing i uroczy brak hamulców, czyli wszystko to, co tygryski lubią najbardziej. Fajnie wiedzieć, że nie tylko w nas, “normalnych” ludziach, na widok telefonu czy kamery budzi się zwierze. Nie wiem, co prawda jakie to zwierze, ale wiem jedno: it’s happy, it’s bouncy, it’s FABULOUS.


Fotka, którą podczas Oscarów zrobiła sobie Ellen z częścią szanowanej publiczności
zdołała zawiesić Twitter, zapisując się tym samym w historii tego portalu, jako
najczęściej retweetowana fotka – przesłano ją ponad 2,2 miliona razy!

Chyba nikt nie miał na gali takiej frajdy, jak Benedict Cumberbatch.
A fanki nadal zachwycają się jego żywiołową – i wzruszoną – reakcją
na wygraną Lupity.

No dobra. Może ciut większa frajdę miał Steve McQueen
gdy 12 Years a Slave wygrało nagrodę za najlepszy film.

– wygrana dla The Great Gatsby za scenografię i kostiumy. W kwestii pierwszej kategorii liczyłam co prawda na Her (proste, futurystyczne wnętrza w filmie Spike Jonze’a szalenie mnie zachwyciły), ale cieszę się, że wygrała Catherine Martin. To jej druga taka tandemowa wygrana za scenografię i kostiumy – wcześniej zgarnęła Oscara za Moulin Rouge! Oba dzieła to filmy Luhrmana, ale czego się spodziewać, skoro Martin i Luhrman są małżeństwem? Mysz, będąca wielką fanką Trylogi Czerwonej Kurtyny (Strictly Ballroom, Romeo + Juliet, Moulin Rouge!), jest uradowana głównie dlatego, że wygrana Martin po raz kolejny potwierdza, iż estetyka filmów Baza – uważana przez niektórych za kiczowatą – ma rację bytu. A poza tym, z przemowy Martin dowiedziałam się, że powstaje wersja sceniczna Strictly Ballroom. Moją radość trudno ująć w słowa :)

– Charlize Theron i Liam Hemsworth wręczali razem nagrody za sound mixing i sound editing (obie dla Gravity). Urocza pomyłka Charlize nijak nie wpłynęła na jedną, jedyną myśl, jaka krążyła mi po głowie, gdy na nich patrzyłam: “Wiem, że macie swoich partnerów, ale… YOU MUST MAKE BABIES. Będą takie śliczne” ^__^

– Ewan McGregor papugujący fryzurę po Jaredzie Leto, circa last year. Mógłby być łysy – i tak bym mu się oddała. Nawet na jeżu.

Ewan, idźże ty do balwierza!

In Memoriam obyło się bez wielkich kontrowersji, chociaż i tak nie wszystkich udało się do klipu zmieścić. A Mysz bez bicia przyznaje: gdy na ekranie pojawiła się promiennie uśmiechnięta twarz Paula Walkera, nagle jakoś tak oczy mi się dziwnie zaczęły pocić. Sądzę, że gwałtowność reakcji olegała na kontraście między smutkiem, jaki wywołuje we mnie co roku ten segment, a radością, jaką na prezentowanym zdjęciu zobaczyłam na twarzy Walkera. I przez to jakoś tak jeszcze smutniej mi się zrobiło.

– tegoroczny motyw Oscarów – “Heroes” – był równie niezręcznie dobrany (a raczej “dorobiony”) jak wiele poprzednich. Brawa jednak dla tego, kto dobierał klipy, które zamieszczono w poszczególnych segmentach (everyday heroes, great heroes, animation heroes, etc.). Można tam było znaleźć fragmenty naprawdę nietypowych jak na Oscary, fajnych, kultowych czy niszowych filmów.

– wygrana 20 Feet From Stardom nie była dla Myszy zaskoczeniem. Z drugiej strony dzięki swojej sympatii dla programu The Voice, Mysz od kilku lat wie o powstawaniu tego filmu i kobietach, których historie opowiada (w tym Judith Hill właśnie z The Voice czy obecnej na Oscarach Darlene Love). Nie dość, że losy unsung heroes of music potrafią poruszyć, film uzupełniają ich fenomenalnie utalentowane głosy. Każdy powinien ten dokument obejrzeć.

last but not least: najważniejszy dla Myszy moment całej gali, czyli kwestia tego, kto wygra nagrodę za najlepszy oryginalny scenariusz. Mysz dawno już żadnemu filmowi nie kibicowała tak mocno, jak Her Spike’a Jonze (kłamstwo: w zeszłym roku trzymałam kciuki za Moonrise Kingdom). Tym razem moje nadzieje się spełniły i statuetka powędrowała do Jonze’a, który zasłużył na ten honor jak mało kto. Her jest dziełem tak cudownie kompletnym, przemyślanym, pięknym i kreatywnym, że autentycznie brakuje mi słów. Są tacy, którzy Jonze’a nie lubią. Ale Mysz dzięki Her (oraz Where The Wild Things Are, które Jonze cudownie zaadaptował) stała się jego zagorzałą fanką i szalenie się cieszy, że jego wysiłek został doceniony.

Żarty żartami,
ale Her słusznie wygrało.


Po szóste: piosenki



Mysz między innymi dlatego od lat jest fanką rozdania nagród Tony, że na tamtejszej gali śpiewanie czy tańczenie jest normą. A wierzcie mi: nie ma nic fajniejszego niż dobrze zaaranżowany utwór, zaśpiewany przed publicznością złożoną z celebrytów. Dowodem na to są cztery piosenki, które zgodnie ze starą, powracająca (HURRA!) tradycją zostały zaśpiewane na żywo podczas ceremonii Oscarów.

Mieliśmy “Happy” Pharrella z Despicable Me 2. W filmie piosenka wypada super, ale jej ciągłe puszczanie w radio mocno nadwyrężyły moją cierpliwość dla tego kawałka. Mimo to trudno nie przytupywać, gdy słyszymy radosny beat piosenki. Tym bardziej, gdy do radosnych podrygów dołączają Jamie Foxx i jego córka, Amy Adams, Lupita Nyongo’o czy Meryl Streep.


Potem mistrzowie stadionów, czyli U2 zaśpiewali swój zakatowany przez polskie radio utwór “Ordinary Love” z Mandela: Long Walk to Freedom. Piosenka to typowy dla U2 szybujący hymn, ale trzeba oddać Bono: urodzony z niego showmen. Mimo, że nie przepadam za tym kawałkiem nie mogłam od niego oczu oderwać podczas występu. I nawet całkiem czysto udało mi się wyciągnąć większość wysokich nut!

… czego niestety nie można powiedzieć o Idinie Menzel, która wykonała popisowy utwór z Frozen, “Let It Go” (który, jak to sarkastycznie ujął dziennikarz TheBacklot.com, równie dobrze mogłoby się nazywać “Just Be A Lesbian Already!“). Przez cały utwór Idina miała wyraźnie problemy z wyciągnięciem dźwięków, a końcowa nuta była wręcz boleśnie wycharczana. Zależy kogo spytać: problemy głosowe Idiny są albo tajemnicą poliszynela, albo złośliwą zmyśloną plotką. Jednak wielkie problemy jakie sprawia jej “Let It Go” – często odśpiewywana przez Idinę na wielu spotkaniach i galach i to często przy wyraźnie widoczny wysiłku – każe mi się zastanawiać, jak bardzo ta piosenka została w istocie w filmie podrasowana. I jeśli rzeczywiście do tego doszło, czy zatrudnianie Idiny było mądrym pomysłem?… Mysz, której głos Elsy w Frozen się w ogóle nie podoba (właśnie ze względu na głęboką, niską barwę głosu Idiny) twierdzi, że można było wybrać kogoś innego. Fajnie jednak, że doceniono sympatyczną muzykę i świetne teksty małżeństwa Lopezów…

… co nie zmienia faktu, że Mysz  po cichu liczyła na wygraną cudownie nastrojowej “Moon Song” w wykonaniu Karen O. Wersja z Her, śpiewana bodajże przez Scarlett Johansson i Joaquina Phoenixa podobała mi się co prawda bardziej, ale miłym zaskoczeniem był Ezra Koenig z ubóstwianego przez Mysz zespołu Vampire Weekend, który dołączył do Karen O. na scenie by towarzyszyć jej w duecie. I do tego założył skarpetki pod kolor jej sukienki!




and that’s all I have to say about that, jak mawiał Forrest Gump. A które momenty z tegorocznych Oscarów Wam się najbardziej podobały?


* Mysz podaje marki sukienek tam, gdzie je zarejestrowała podczas czerwonego dywanu.