Jak rozpętałem wojny perskie, czyli Temistokles i trzystu-dwóch.

Mysz ma pecha do filmów o starożytności. Po fatalnych “Pompejach”, pora na kontynuację “300”.

 

Och, wzbraniałam się przed tymi trzystoma umięśnionymi mężczyznami. Długo się wzbraniałam. Ale na wszystko przychodzi kiedyś pora. Także na 300: Rise of an Empire. 
Uwaga: recenzja może być zjadliwa. Mysi mózg, w wyniku weekendowego zmiażdżenia palców i związanego z tym bólu podczas pisania, przestawił się na tryb “rah, rah, jestem wredna, bój się mnie”. Tak więc przepraszam. Ale z drugiej strony: naprawdę nie mówimy tu o wybitnym kinie. Trochę prztyczków mu się należy. 

WPIS ZAWIERA SPOILERY

 

ZŁE ZŁEGO POCZĄTKI.

 
Zacznijmy od tytułu: jaki, przepraszam bardzo “początek imperium”? To, że 302* rozgrywa się poniekąd przed** wydarzeniami z oryginalnych 300 i ukazuje nam, jak Kserkses stał się bogiem-królem nie oznacza jeszcze, że opowiada o początkach imperium perskiego. Co najwyżej je streszcza. I to też raczej nie są jego początki, a ewentualnie środek. Poza tym, jakby się uprzeć i spojrzeć na bitwę pod Salaminą, na której 302 się skupia, to film ten jest raczej powolnym końcem hegemonii imperium perskiego. Wygrana Greków pod Salaminą (um, spoiler historyczny?) nie doprowadziła co prawda do całkowitego rozgromienia wroga, ale naruszyła jego wizerunek „niezniszczalnej siły”, tym samym stając się jedną z decydujących bitew w wojnach perskich. Tak więc nie „początek imperium” a raczej jego upadek. *sarkazm* A może twórcom chodziło o początek greckiego imperium?… tego to już nawet nie skomentuję, bo mi ręce opadają. Pierwotnie film miał nosić podtytuł „Battle of Artemisium” (Bitwa pod Artemizjonem), ale podejrzewam, że twórcy obawiali się, że amerykańskich widzów zmyli, że miejsce bitwy i głównodowodząca floty perskiej noszą to samo miano. Bogowie świadkiem, że i tak trudno się czasem połapać w tym, kto kogo bije.
Ten kto spodziewa się po filmie 300: Rise of an Empire historycznej zgodności wyraźnie nie rozumie specyficznej konwencji filmów spod sztandaru 300. Po pierwsze: jest to ekranizacja komiksu, a już ten pozwalał sobie na odstępstwa od faktów historycznych i wiedzy, którą posiadamy na temat życia, kultury czy wojennego rzemiosła starożytnych Greków. Po drugie: ważniejsza od fabuły jest warstwa wizualna, nawiązująca do graficznej kreski komiksu i epatująca rozbryzgami krwi, walkami w slow motion i takim przesterowaniem palety kolorów, że nawet zażywający LSD malarz usiadłby i powiedział „Dude, this shit be crazy”. Po trzecie: mówimy o filmie, który jest sequelem do dzieła Zacka Snydera. Z całym szacunkiem dla tego twórcy (a Mysz jego filmy autentycznie lubi***), ale przerost formy nad treścią to kwintesencja jego stylu. Oczywiste jest więc, że wizualna zajebistość będzie ważniejsza niż zgodność historyczna, spójność fabuły czy nawet coś tak prozaicznego jak zasada prawdopodobieństwo, czy prawa fizyki.

 
I tu pojawia się jeden z moich największych zarzutów do filmu. Bynajmniej nie mam pretensji o niewiarygodne sceny walk czy bitew morskich. Ustaliliśmy już, że nie spodziewamy się po tych filmach historycznej autentyczności. A skoro zależy nam na pokazaniu starożytnej kocówy w jak najbardziej widowiskowy sposób, wiadomo że pozwolimy sobie na pewne ustępstwa. Jednak należy pamiętać o trzech rzeczach: a) są pewne granice tego ile może przyjąć ludzkie suspencion of disbelief, b) dobrze by było, aby to fenomenalne wyszkolenie wojskowe, które pozwala jednemu człowiekowi zabić setkę przeciwników i nawet się przy tym nie spocić było jakoś uzasadnione, c) jeśli czujemy więź z bohaterem i zależy nam na jego losie, będziemy w stanie przełknąć o wiele więcej przekłamań i przerysowań, które twórcy do filmu wstawią.
W wypadku pierwszych 300 zadziałały wszystkie trzy elementy. Ponieważ był to jeden z pierwszych filmów stosujących tak wizualnie przesterowaną stylistykę****, widz przyjmował wszystko na wiarę. No bo jeśli po ekranie może paradować dwumetrowy, złoty król-bóg, to dlaczego nie może być wysokiego na paręnaście metrów muru z ludzkich zwłok? Albo niesamowicie celnych rzutów oszczepem? Wszystko jest możliwe w filmie, który powstał właściwie wyłącznie na greenscreenie. Ale wspominałam o rzucie oszczepem. Tutaj dochodzimy do drugiego punktu: w 300 bohaterami są Spartanie, o których od początku filmu wiemy, że to Prawdziwi Wojownicy, najwięksi chojracy i badassi jakich ziemia nosiła. Jeśli taki Spartanin rzuci oszczep i trafi wroga prosto w oko z odległości kilkuset metrów?… No ba, że trafił! Przecież to Spartanin! Szkolony od dziecka we wszystkich niuansach sztuki wojennej! I wreszcie, mamy też punkt trzeci, bo chociaż 300 ma, poniekąd, trzystu bohaterów, naszym głównym herosem jest król Leonidas. Nie wiem, czy to charyzma Gerarda Butlera czy jego totalna nonszalancja w rzucaniu one-linerów, ale dość powiedzieć, że król Leonidas jest postacią której stosunkowo łatwo kibicować. Jasne, sprzeciwił się Wyroczni i wyciął głupi numer prowadząc trzystu wojowników ze swojej straży przybocznej „na spacer pod Termopile”, ale zrobił to z cohones, nie patrząc wstecz i śmiejąc się śmierci prosto w twarz, jak na Spartanina przystało. Możemy się podśmiewać ze Spartańskiej idei „a beautiful death” ale pod pewnym względami rzeczywiście jest w tym coś pięknego. A przynajmniej czegoś, co da się ładnie sfilmować i zrobić z tego w miarę angażującą fabułę. 

“I NEED A HERO…”

 

Natomiast w 302 naszym bohaterem jest Temistokles – Ateński (!) wódz, który pojawia się na ekranie znikąd, jak perpetum mobile i stojąc na skarpie, jednym niesamowicie szczęśliwym, trafnym strzałem zabija króla Dariusza, który stał na rozchybotanym statku ileś-set metrów od brzegu. Czy wspominałam, że Temistokles miał w ręku nieswój, podniesiony z ziemi, perski KRÓTKI łuk? To już nawet nie jest kwestia autentyczności historycznej (bitwa pod Maratonem ciut inaczej się rozegrała m.in. ani Temistoklesa ani Dariusza tam nie było), ale wiarygodności bohatera. Niby rzeczywiście – od samego początku filmu głos z voiceoveru uparcie wmawia nam, jaki to Temistokles jest zajebisty i waleczny i jak to cała Grecja uważa go za wybitnego stratega i wojownika. Możliwe, że rzeczywiście nim był. Ale przecież nie uwierzę w to z marszu! Jego przeczący prawom fizyki strzał raczej burzy moją opinię na temat jego umiejętności wojennych, niż ją uwiarygodnia. Tym bardziej, że – odnośnie ww. punktu drugiego – mówimy o Ateńczyku. Owszem, oddziały z wielu greckich miast-państw były świetnie wyszkolone w walce, ale nie na darmo mówi się, że Spartanie żyli wojną. Gdyby więc Spartanin dokonał takiego strzału – przymknęłabym na to oko. Ale byle chłystek z Aten?… przepraszam, ale I don’t freakin’ think so.
 
 Do tego dochodzi trzeci element o którym wspominałam, czyli przywiązanie do bohatera. Król Leonidas w 300jest nam przedstawiany stopniowo, właściwie od chwili narodzin. Jego legenda jest budowana skokowo, ale systematycznie. Natomiast Temistokles zostaje niemalże wrzucony widzowi na kolana z okrzykiem „to jest wypasiony Ateński wódz, wojownik jakich mało”. Bohater w ogóle nie zostaje nam przedstawiony, co oznacza ni mniej ni więcej, że widzowi kompletnie na nim nie zależy. Temistoklesa poznajemy w bitwie pod Maratonem, która jest pierwszą walką w filmie, po krótkim intro z voiceoverem królowej Gorgo (Len Headey), które przypomina nam wydarzenia 300 i streszcza, jak to Persowie dalej Grekom brużdżą. Nie zrozumcie mnie źle: obserwowanie świetnie opracowanych scen walki, na których nakręcenie poświęcono wiele godzin, gumowych mieczy i plastikowych tarcz oraz potu kaskaderów jest super. Zwłaszcza w wizualnym przesterowaniu i slow motion. Ale aby utrzymać moją uwagę przez dłużej niż minutę, twórca musi sprawić bym kibicowała bohaterowi. Inaczej nawet najbardziej wymyślne ciosy i zamachy szybko mi się znudzą. Jeśli zależy mi na losie bohatera, wtedy mogę i przez cały film patrzeć jak przerzuca wrogów przez bark i przebija ich czaszki mieczem. Bo mi zależy. Bo mu kibicuję. A Temistokles?… równie dobrze mógłby to być inny przypadkowo wybrany grecki dowódca. Albo nawet krokodyl. Chociaż krokodylowi kibicowałabym bardziej. Mają krótkie łapki i trudno im trzymać miecz i tarczę. Ale za to na pewno fantastycznie wyglądają w greckiej spódniczce bojowej.

 

Trudno o ten brak zaangażowania w losy bohater nie obwinić Sullivana Stapletona, australijskiego aktora, którego zatrudniono do roli Temistoklesa. Nie wątpię, że jest on dobrym aktorem – bywały momenty w filmie, zwłaszcza te silące się na humor, w których wypadał naprawdę świetnie – ale nie zdołał utrzymać na swoich barkach ciężaru całego filmu. Tym bardziej, że chociaż 300: Rise o fan Empire skupia się na Temistoklesie, w istocie funkcjonuje tam bohater zbiorowy, bo przecież kibicujemy całemu Ateńskiemu wojsku. Niestety, bohater ten jest na tyle zbiorowy, że wręcz nienazwany – poza Temistoklesem nie zapamiętałam żadnego innego imienia. A przecież Temistokles ma w filmie i wiernego zastępcę, i dzielnego przyjaciela. Dobrze by było wiedzieć, jak się nazywali. Pojawia się nawet całkiem przystojny syn dzielnego przyjaciela, który służy za obowiązkowy motyw z filmów wojennych pt. „tata nie chce bym szedł na wojnę, ale ja jestem gotów”. Wszyscy mają w filmie jakieś role do spełnienia. Ale nawet stojąc przed plutonem egzekucyjnym nie byłabym w stanie powiedzieć Wam, jak mieli na imię. Ani nawet jak wyglądali. Są po prostu kompletnie nijacy! W oryginalnych 300też nie znaliśmy imion wszystkich trzystu Spartan, ale oprócz króla Leonidasa kojarzyliśmy także innych wojowników z oddziału: Diliosa (który jest naszych voiceover w 300), Artemis i jego syn Astinos, Stelios, czy Daxos, dowódca Arkadyjczyków. Mimo Leonidasa jako głównego bohatera, 300 było tak naprawdę ensemble cast, gdzie naszą sympatię miała wzbudzić więcej niż jedna postać. W porównaniu, w 302 istnieje tylko bezimienna masa greckich wojowników, na których czele stoi Temistokles. I niestety Stapleton nie udźwignął na sobie tej całej masy anonimowych mężczyzn. Jakkolwiek dwuznacznie by to nie brzmiało w kontekście oskarżeń o to, że Ateńczycy „lubili chłopców”. 

JESTEM BOGIEM, WYOBRAŹ TO SOBIE!

 

O wiele ciekawszym bohaterem niż Temistokles mógłby być perski król Kserkses. Wszak 300: Rise of an Empire jest oparty o „Kserksesa” – jeszcze niepublikowany komiks Franka Millera (autora komiksu „300”).  Niestety twórcy postanowili i w tym wypadku przeszarżować. Pomijam już umieszczenie Kserksesa i jego ojca, króla Dariusza, w pobliżu bitwy pod Maratonem, tak by Temistokles mógł wygodnie zabić Dariusza swoją nieznającą-praw-fizyki strzałą. Jestem w stanie zrozumieć takie zagranie fabularne – w ten sposób ustanawiamy konflikt między Temistoklesem (Grecją) a Kserksesem (Persją), a dodatkowo Kserkses otrzymuje wcale sensowny motyw zemsty, dzięki czemu ma emocjonalną motywację (wymówkę) by atakować Grecję. Twórcom takie rozwiązanie wydawało się jednak za proste. W związku z tym, na łożu śmierci Dariusz (którego jakimś cudem zdążyli spod Maratonu dowieźć z powrotem do Persji ze strzałą wciąż tkwiącą w piersi) mówi do Kserksesa: „Zostaw Greków w spokoju. Tylko bogowie byliby w stanie ich pokonać”. I tu wkracza Artemizja, czyli our main evil villainess, która sugeruje Kserksesowi: „Skoro tylko bogowie mogą pokonać Greków, zostać królem-bogiem”.

 

Nawet nie będę się czepiać idiotycznej przemiany Kserksesa, który poszwendawszy się parę dni po pustyni, zanurzył się w jakimś magicznym bajorku, oddał się w panowanie „mrocznych mocy”, spontanicznie zaczął lśnić na złoto, urósł do wysokości dwóch metrów i kompletnie się wydepilował. Naprawdę mnie to nie rusza, bo rozumiem, że twórcy trzymali się pewnego specyficznego wizualnego stylu, który pojawił się już w 300, a wywodził się z komiksu. To co mi jednak przeszkadza to umniejszenie postaci Kserksesa. Jasne, w pierwszych 300 razem z Leonidasem śmialiśmy się Persowi w twarz, ale rzeczywiście stwarzał on wrażenie potężnego nad-człowieka. Złotego i komicznego, ale jednak nadczłowieka. Ale w 302 voiceovermówi nam wprost: Artemizja zmanipulowała Kserksesa dla własnych, mściwych celów. Fakt, że ten król-bóg dał się, za przeproszeniem, wodzić za nos kobiecie sprawia, że traci on dla mnie jako postać jakąkolwiek wagę i znaczenie. Przestaje być uosobieniem siły z którą walczą Grecy, a staje się gołym, złotym idolem. Takim, którego zadziwiająco łatwo strącić z piedestału.
Żeby nie było: nie przeszkadza mi to, że dał się zmanipulować kobiecie, tylko że został sprowadzony do roli nic nieznaczącego pionka. Zaś sama Artemizja… cóż, powiem tak: ktokolwiek chciałby pisać pracę naukową z women studies i przedstawiania kobiet w popkulturze miałby z 302 -prawdziwie- używanie.

I AM WOMAN, HEAR ME ROAR!

  
Pomijam, że obecnie raczej zachęca się twórców do odchodzenia od stereotypu „strong female charater”, a zwłaszcza bardziej popularnego „strong evil, female character”. Tak skonstruowane postacie mogły przejść w latach 60-tych i 70-tych, w filmach o Bondzie, gdzie złe kobiety zawsze i tak prędzej czy później padły do stóp Jamesa Bonda, potulne i mruczące jak oswojone kocice. Jednak nawet wówczas miały one choć minimum jakiegoś sensu. Natomiast Artemizja jest najgorszym możliwym przejawem męskiego „feminizmu”. Takiego, którego polski pisarz Andrzej Ziemiański z pewnością by się powstydził. Nie wiem, na ile znacie twórczość Ziemiańskiego („Achaja”, „Toy Wars”) ale jest on polskim specjalistą w pisaniu tzw. babo-chłopów: twardych, męskich kobiet, które byłyby facetami, gdyby nie to, że mają biust, macicę i raz na jakiś czas emocję biorą nad nimi górę i mazgają się bez powodu. Artemizja jest kobietą takiego pokroju – wykorzystywaną i gwałconą za młodu, żądną zemsty na własnym narodzie zdradzoną Greczynką, która przystaje do Persów i staje się ich najgroźniejszą wojowniczką, przywódczynią perskiej floty i ulubienicą króla Dariusza. Can you say stereotype? 
Eva Green świetnie nadaje się do roli chłodnego, okrutnego dowódcy, który równie dobrze odrąbie ci głowę, co będzie wyglądał w złoconej, wydekoltowanej sukni (i siateczkowych pończochach, trzymajcie mnie bo kwiknę!). Green już nie raz sprawdzała się w rolach femme fatale (Casino Royale, fatalny serial Camelot), ale szkoda, że w wypadku Artemizji miała tak niewielkie pole do popisu. Don’t get me wrong: podoba mi się jak zagrała to, co miała do zagrania. Ale nie podoba mi się to, co do zagrania dostała. Kwestię stereotypu „pokażmy, że kobieta-dowódca może być równie nieczuła i brutalna, co mężczyzna” zostawiam w spokoju. Ale w konstrukcji Artemizji jako postać tkwi pewien element, którego wybaczyć i zrozumieć nie mogę.
 

Widzicie: kolejnym stereotypowo męskim przejawem „feminizmu” Artemizji jest jej gotowość by wykorzystać seks jako formę manipulacji czy wręcz „broń”. Tak, dobrze czytacie: Artemizja w pewnym momencie zaprasza Temistoklesa na swój statek, uwodzi go, a następnie uprawia z nim seks. Tutaj następuje jedna z najbardziej niezręcznych scen erotycznych jakie w życiu widziałam, przy której amatorskie porno S&M to prawdziwa gratka i szczyt aktorskiego kunsztu. Nawet przyjmując wydumane, górnolotne założenie twórców, że niby Artemizja i Temistokles oboje tak bardzo kochają wojnę, że kochają również siebie, bo są tak wspaniałymi wojownikami, i nikt ich nie zrozumie tak jak największy wróg, jedyny który tak naprawdę godzien jest, by zmierzyć się z nim/nią w walce… Nawet jeśli to założenie, w scenie tej nie ma ŻADNEJ chemii i to nie tylko między aktorami, ale także samymi postaciami. Nie ma tam żadnej manipulacji, chęci zemsty, pożądania, czy nawet jakiejś erotycznej walki. Powinniśmy móc uwierzyć, że ta dwójka śmiertelnych wrogów w innych okolicznościach byłaby w stanie walczyć ramię w ramię, a nocami uprawiać gorący, wyuzdany, pełen pasji seks. W kinematografii już nie raz zastosowano podobne zagranie fabularne – „gdybym nie musiał cię zabić, mógłbym cię pokochać”. Ale zamiast krwistego kawałka fabularnego mięcha, w 302 dostajemy wysuszony, nadpsuty ochłap. Jedyne co w tych scenach jest to pranie się po mordach, rzucanie po ścianach, gryzienie, dyszenie, i coś, co nawet przy najlepszych chęciami mogę jedynie nazwać „obopólnym gwałtem”. 

SĄ CYCKI, JEST KASA

 

Ja rozumiem, że skoro mamy wizualnie przesterowany film, na dodatek taki o wyuzdanej starożytności, to przydałoby się pokazać jakąś ostrzejszą scenę erotyczną, najlepiej z nagim biustem. W 300 była takowa scena, ale przynajmniej miała jakiś sens: król Leonidas wyjeżdża na wojnę, martwi się nadchodzącą bitwą, a jego żona, by odwrócić jego uwagę (jaka mądra kobieta) uprawia z nim seks. Owszem, dość agresywny, ale przecież to Sparta – tam nawet miłość przypomina walkę. Ale poza tym w scenie tej mimo wszystko widać, że między Leonidasem a królową Gorgo jest prawdziwa miłość, a nawet czułość. Tak więc tu nagość i erotyka są uzasadnione. Ale w 300: Rise of an Empire? Wymuszony, nielogiczny, bezsensowny dwustronny gwałt na pokładzie statku tuż przed bitwą tylko po to, by niezdrowo pobudzić co bardziej prostackie umysły na widowni i zaświecić biustem Evy Green?… puh-lease. Jej biust – zresztą bardzo piękny – mogę podziwiać w co drugim filmie. A lepsze sceny erotyczne można znaleźć w dowolnym podrzędnym świerszczyku. Jeśli tak bardzo chcieli, by Eva Greek pokazał piersi, już więcej sensu miałaby scena, w której Artemizja strzela z łuku, naga od pasa w górę. Jasne, byłoby to nielogiczne (goły biust aż prosi się by coś w niego wrazić), ale i tak byłoby lepszym rozwiązaniem niż ta żałosna scena erotyczna.
Zostańmy jednak na moment przy postaci Artemizji. Rozumiem, że twórcy potrzebowali jakiegoś Big Bad, którego nasz dzielny bohater mógłby dzielni zaciukać w ostatecznej konfrontacji, ale skoro już tak bardzo folgujemy historii, czy nie mógł to być np. sam król-bóg Kserkses?… może przemawia przeze mnie gorycz, ale boli mnie fakt (SPOILER), że filmowa Artemizja zostaje zabita podczas bitwy pod Salaminą, by Temistokles mógł zatriumfować jako „ten dobry”. Boli tym bardziej, że historia donosi nam, że prawdziwa Artemizja była świetnym strategiem i to właśnie ona ostrzegała Kserksesa i innych dowódców przed wpadnięciem w pułapkę Temistoklesą pod Salaminą. I to właśnie Artemizja, jako ten przewidujący, rozsądny i mądry dowódca, zdołała spod Salaminy umknąć z życiem, że o zabraniu garstki okrętów nie wspomnę. I kurczę boli mnie, że twórcy – dla dobra sceny, która i tak jest bez znaczenia i nic do filmu nie wnosi, tylko po to, by Dobry mógł zatriumfować nad Złym – po raz kolejny bezmyślnie propagują triumf Mężczyzny nad Kobietą i to w tak brzydkim, nieładnym kontekście*****. Nie wiem dlaczego, ale spodziewałam się trochę zręczniejszego ujęcia tematu Female Lead, zwłaszcza biorąc pod uwagę niektóre recenzje, które wychwalają postać Artemizji jako „nowy, wspaniały trend w pokazywaniu żeńskich bohaterek”. Hell to the no! Ja za taką bohaterkę serdecznie dziękuję. Czy to naprawdę tak strasznie złe, że spodziewałam się czegoś więcej, niż najbardziej prostacka męska fantazja na temat kobiety-z-mieczem? 300 może nie było pod tym względem idealne, ale jednak do postaci królowej Gorgo nie miałam aż takich zarzutów, jak do postaci Artemizji. Kurczę, nawet w tych nieszczęsnych 302, Gorgo ma więcej sensu jako postać kobiety-dowódcy niż Artemizja. 

HOW DO YOU SCREENPLAY?

 

Ale z drugiej strony, czemu ja się dziwię? Przecież jednym pierwszych tekstów w trakcie bitwy pod Maratonem jest: „he had the stink of destiny in his eyes”. Widać, że poziom scenariuszopisarstwa stoi w 300: Rise of an Empire na ultra-wysokim poziomie *sarkazm*. Inny kwiatek to jakże zgrabne hasełko bitewne, które rzuca królowa Gorgo by zagrzać do boju Spartan płynących Ateńczykom na odsiecz: „It is the wind of freedom. The wind of justice. The wind of vengeance”. Mysz na tym etapie filmu cofnęła się już umysłowo do poziomu pięciolatki, więc miała natychmiastowe skojarzenie z puszczaniem wiatrów (może to właśnie ten wiatr wypełniał żagle Spartańskiej floty pędzącej na pomoc Ateńczykom?). Nie sądzę, bym tymi skojarzeniami minęła się wiele z poziomem humoru twórców filmu. Chociaż muszę przyznać, że dzięki temu miałam ogrom radości, gdy w dalszej części filmu voiceover mówi: „Wiatr zmian poruszył włosami Artemizji”. 
Hey, don’t judge me! Głupota filmu prędzej czy później musiała mi się udzielić. I tak uważam, że długo wytrzymałam. Z drugiej strony, ile można grać w „Policzmy wszystkie drobinki kurzu/popiołu/żaru/słupy światła, które graficy komputerowi bezsensownie wstawili w tę scenę, by stworzyć iluzję tego, że nie oglądamy bandy spoconych mięśniaków na tle greenscreenu tylko Wielkie, Wzniosłe, Historyczne Wydarzenia”. W 300 przestylizowana komputerowa grafika służyła mimo wszystkiego jakiemuś artyzmowi, specyficznej estetyce. Tu chodzi tylko o to, żeby nawalanki wyglądały odpowiednio zajebiście, a krew dostatecznie widowiskowo się rozbryzgiwała. What a friggin’ waste.
*Mysz czyta to co napisała i się lekko zasępia*
Hm, chyba trochę za bardzo spuściłam swoją zjadliwość ze smyczy. Nie zrozumcie mnie źle: bawiłam się w kinie całkiem nieźle, ale podobnie jak w wypadku Pompeii, trochę nie z tych powodów, które mieli na myśli twórcy, gdy kręcili ten film. Swoją drogą, a propos Pompeii: w 300: Rise of an Empire pojawia się zaginiony brat-bliźniak Magicznego Konia Który Nie Boi Się Ognia. Tylko, że ten jest fajniejszy od brata, bo nie dość, że też nie boi się ognia, to jeszcze kompletnie olewa bryzgającą wodę i taranujące się statki. I pływa jak foka. A, czy wspominałam, że twórcy totalnie na chama wrzucili do 302 coś, co Mysz ochrzciła jako „krwiożercze prehistoryczne syrenki”?

 

Pomijając moje jadowite wbijanie szpil i czepialstwo, filmowi naprawdę można postawić wiele sensownych zarzutów. Brak subtelności w pokazywaniu konfliktu Zachód (dobrzy Grecy) kontra Wschód (źli Persowie); szczątkową konstrukcję postaci; kulawy scenariusz;  sztampową muzykę; nieumiejętną reżyserię; marnowanie talentów aktorskich******; infantylny montaż (który dwukrotnie w trakcie filmu puszcza nam całe fragmenty z początku, które już raz widzieliśmy, bo nie daj boże zapomnieliśmy o tym jakże-istotnym-fragmencie); pójście na łatwiznę w kwestii grafiki*******… the list goes fucking on and on.
Jedyne co mogę powiedzieć na jego obronę: jeśli komuś spodobało się 300ze względu na krew i nawalankę, na 300: Rise of an Empire z pewnością się nie zawiedzie. Ale jeśli wymaga od filmu czegoś więcej niż tylko gołych, umięśnionych klat i trójwymiarowych rozbryzgów krwi… niech sobie odpuści. Nie warto.
A film i tak zarobi na swój sequel. Już ma 200 milionów dolarów zarobione na świecie. I tylko Mysz kiwa się cichutko w kącie, łapie za głowę i piszczy do wszystkich greckich Bogów: „Ale za co?!”. Za pusty hełm nabłyszczony oliwą wartości produkcyjnych?
… Temistokles i Artemizja się w grobach przewracają.

 

Na koniec Kserkses pokazuje:
look how many fucks Mysza gives about this movie!

 

* „trzystu-dwóch” to taki Mysi skrót myślowy, bo przecież film jest niejako kontynuacją 300 

** to tzw. interquel – film, który akcja dzieje się niejako „w trakcie” czy „obok” innego filmu.

*** tak, nawet Sucker Punch. Czasem fajnie móc oglądać durne filmy, które są estetycznie przesterowane, ale w tym przesterowaniu dobrze przemyślane (Snyder wbrew pozorom dobrze wie co robi, kręcąc swoje filmy w taki, a nie inny sposób).

**** stricte pierwszym jest, in my mind, Sin City. Też zresztą ekranizacja komiksu, też Franka Millera, i też przenosząca czasem na ekran całe kadry z oryginalnego dzieła.

***** w trakcie walki, która poprzedza jej śmierć, Artemizja rzuca do Temistoklesa tekst „you fight better than you fuck”, który niejako sprowadza ich walkę do metafory stosunku seksualnego i walki płci, którą Temistokles, jako Mężczyzna, oczywiście wygrywa.

****** Mysz płacze nad Hansem Mathesonem, którego kocha nienawidzić jeszcze z czasów jego i swojej młodości, gdy to widziałam go po raz pierwszy jako Morderca w The Mists of Avalon 

******* od ostatnich 300 minęło… 6-7 lat? W 302 w ogóle nie widać postępu w grafice komputerowej, który nastąpił od tego czasu, a z kolei warstwa artystyczna sensu stricte jest uboższa – gorsze kadrowanie, mniejsza waga przyłożona do wizualnych kontrastów, etc. Wiem, że włożono w ten film masę kasy, czasu i pracy grafików, a także całej ekipy produkcyjnej. Widzę to i doceniam. Tylko szkoda, że zostało to zmarnowane na tak zły film.