Pokój z widokiem na Zubrowkę. Mysz o “The Grand Budapest Hotel”.

Najnowszy film Wesa Andersona to dzieło piękne, wysmakowane i skończone.

Są reżyserzy, którzy mają bardzo specyficzny styl kręcenia filmów. Steve McQueen kręci kino głębokie, artystyczne, opierające się na długich ujęciach. Tim Burton wszystkiemu nadaje swój wyjątkowy, pokręcony twist, a Jim Jarmusch smakuje każdy kadr swoich filmów, jakby to był wyborny kęs wykwintnego jedzenia. Są jednak reżyserzy, którzy mają tak wyraźny, czy nawet wyrazisty styl, że trudno pomylić ich dzieła z filmami jakiegokolwiek innego twórcy. Przykładów takich reżyserów jest wielu – możecie podać paru swoich ulubionych w komentarzach – ale Mysz ma na myśli dwóch bardzo konkretnych panów: Quentina Tarantino i Wesa Andersona. 

Porównywanie tych twórców może się wydawać dziwne – jeden to mistrz popkultury, zakochany w pulp fiction, groteskowej przemocy, kobiecych stopach i dialogach tak rozwlekłych, że nikt normalny nie byłby w stanie ich powiedzieć na jednym oddechu. Drugi to niszowy artysta, który łączy kolorową frywolność z wysublimowanym artyzmem, doprawiając to wszystko szczyptą zjadliwości. To co jednak łączy obu twórców – oprócz kręcenia jedynych w swoim rodzaju, bardzo specyficznych filmów – to zabawa konwencją.
O przygodach Tarantino z gatunkami i fabułami wiadomo: western, kino zemsty rodem z Azji, film wojenny, szeroka paleta różnorakich kryminałów… Ale Wes Anderson w swojej karierze także skakał z kwiatka na kwiatek. Owszem, większość jego dzieł to komediodramaty o bardzo charakterystycznym wyglądzie i specyficznej narracji, ale wśród nich znajdziemy zarówno: młodzieżowy bunt i poszukiwanie sensu życia + film szkolny (Rushmore), historia rozpadu dysfunkcyjnej rodziny neurotyków (The Royal Tennenbaums), „Moby Dicka” na niepoważne z wątkiem miłosno-rodzinno-familijno-przygodowym (The Life Aquatic with Steve Zissou), roadtripprzez egzotyczne Indie w wykonaniu trójki braci (The Darjeeling Limited), adaptację „Fantastic Mr. Fox” Roalda Dahla w wersji stop-motion  animationz cudowną obsadą głosów (Fantastic Mr. Fox), jak i współczesną alternatywę dla Stand By Me w postaci filmu coming-of-age (Moonrise Kingdom).
Wes Anderson z aktorami na planie The Grand Budapest Hotel
Najnowsza produkcja Andersona – The Grand Budapest Hotel – to kolejna taka zabawa konwencją. Tym razem dostajemy połączenie historyczno-społecznego komentarza z urokiem i blichtrem Złotej Ery Hollywood, tragikomicznym noir war movie i… filmem więziennym. Więcej nie będę zdradzać, bo jak na film Wesa przystało, fabuła w TGBHcudownie lawiruje i zakręca, i naprawdę trudno przewidzieć jaki kolejny zaskakujący twist twórca zaserwuje nam w następnej kolejności. Zresztą trudno byłoby tak naprawdę streścić film, bo Anderson w swym najnowszym dziele zastosował jedną z Myszy ulubionych konstrukcji fabularnych, czyli budowę szkatułkową. No wiecie – historia, w historii, w historii… jak  incepcja. Albo rosyjska matrioszka.
W TGBH zaczynamy od zapadłej Europejsko-alpejskiej krainy (zmyślona Republika Żubrówki – Zubrovka – otrzymała pierwszy wybuch śmiechu od widowni), której krajobrazy i wnętrza mogą w niektórych starszych widzach wywołać nutkę nostalgii za Polską Ludową. Widzimy młodą dziewczynę, która przychodzi na grób Słynnego Autora, niosąc pod pachą jego książkę „The Grand Budapest Hotel”. Następnie cofamy się w czasie i poznajemy samego Autora (Tom Wilkinson), a potem drążymy jeszcze dalej, poznając jego wyidealizowaną młodzieńczą wersję (Jude Law, przywodzący  Myszy na myśl rolę w Lemony Snicket’s A Series of Unfortunate Events, gdzie też grał Pisarza i był narratorem filmu). Dopiero Młody Pisarz staje się naszym łącznikiem – a właściwie pośrednikiem – do wydarzeń, które stanowią oś filmu. Wes zawarł zresztą w filmie piękną myśl, że wielkie pomysły (czy to literackie, czy filmowe) wcale nie biorą się z powietrza, tylko są przez ich „twórców” ekstrapolowane z usłyszanych historii, poznanych przypadkiem ludzi, zasłyszanych rozmów … Sugeruje tym samy i podkreśla, że można być oryginalnym będąc jednocześnie odtwórczym, czego jego filmografia jest świetnym przykładem. 

Sielskie miasteczko, piękny hotel, ośnieżone góry.
Normalnie raj!
Już we ‘właściwej’ historii, która stanowi oś filmu, w roku 1932, u schyłku świetności tytułowego hotelu i u progu wojny, spotykamy naszego (dyskusyjnie) głównego bohatera – monsierGustava H. (Ralph Fiennes), najlepszego konsjerża, jakiego ziemia nosiła. A przynajmniej najlepszego, jaki kiedykolwiek pracował w Grand Budapest Hotel. Usłużny, ale cyniczny, dystyngowany, ale wulgarny, ekscentryczny, ale sympatyczny…  Gustav to laluś i gigolo, ale jednocześnie głos rozsądku, który wydaje się jedyną osobą zaniepokojoną zmianą ustroju i powolnym upadkiem otaczającej go cywilizacji. Jest to wspaniały kontrast biorąc pod uwagę, jak momentami bezpardonową, czy wręcz obcesową osobą jest Gustav. Ma jednak przy tym ogrom starodawnego czaru, który sprawia, że jego smutek w obliczu zachodzących zmian i szerzącego się barbarzyństwa jest wiarygodny i autentyczny. Gustav to kolejna typowa dla Andersona postać, pełna sprzeczności, ale i niezwykłego uroku, i obowiązkowych idiosynkrazji. Jego filmowym towarzyszem, a właściwiee parnter in crime, bo film posiada wątki kryminalne i klasyczny motyw pt. „kto zabił?”, jest młody boy hotelowy (debiutujący Tony Revolori), który przechodzi najdziwniejsze i najszybsze przeszkolenie w historii usług hotelarskich. A to dopiero początek meandrującej opowieści.
Resztę roszady ekscentrycznych postaci wypełnia aktorska zbieranina, w których brawurowo, choć często tylko na moment, wcielają się kolejne gwiazdy, na które Wes Anderson obviously ma jakiegoś ogromnego haka. Jak inaczej wytłumaczyć, gdy w filmie pojawiają się jednocześnie: Adrien Brody, Willem Dafoe, Jeff Goldblum, Saoirse Ronan, Edward Norton, F. Murray Abraham, Harvey Keitel, Bill Murray, Jason Schwartzman, Tild Swinton, Owen Wilson, Bob Balaban, Lea Sedoux? Gdzieś, w czeluściach jakiegoś tajnego sejfu istnieją negatywy zdjęć, które dokumentują sekretną aktorską orgię, a które to zdjęcia Anderson wykorzystuje jako kartę przetargową w pertraktacjach castingowych. A przynajmniej taka jest najpopularniejsza teoria wśród fanów twórczości reżysera.
 
Czy tylko ja mam wielką ochotę zrobić sobie w domu
całą ścianę z takimi przegródkami?
A tak na poważnie: wcale bym się nie zdziwiła, gdyby Wes musiał przed każdym filmem przebierać kartony pełne listów, petycji i próśb od całej hollywoodzkiej śmietanki, która desperacko chce zostać zagrać w jego kolejnym filmie i móc powiedzieć, że należy do „stajni Andersona”. Wiem, że sama oddałabym prawą nerkę, byle móc zagrać w jednym z jego filmów, nawet w roli stojaka na kapelusze (takiego z mysimi uszami; co za awangarda!). Przy tak wyjątkowym, inteligentnym, utalentowanym twórcy naprawdę nie ma się co dziwić.
Tym bardziej, że z każdym kolejnym filmem Anderson zdaje się dorastać jako twórca. Mysz nigdy nie była zbytnią fanką jego wcześniejszych dzieł, ale licząc od Fantastic Mr. Foxjestem gorącą wyznawczynią „Andersonizmu”. Trzy ostatnie filmy mają, moim zdaniem, lepiej przemyślaną konstrukcję i bardziej spójną wizję (choć pod względem „stylu” Wes zawsze był top notch), ale to, co mnie ujęło to fantastyczne wyważenie między radosną lekkością a melancholijną nostalgią, które w filmach sprzed 2009 roku bywało jeszcze chwiejne. Fantastic Mr. Fox, Moonrise Kingdom oraz The Grand Budapest Hotel są pod tym względem, w moim mniemaniu, bezbłędne i mogłabym je oglądać w pętli bez przerwy.
Z drugiej strony problem chyba polega na tym, że zaczęłam przygodę z Andersonem od Rushmore w bardzo młodym wieku i wówczas tego filmu kompletnie nie zrozumiałam. Był dla mnie nudny i chaotyczny, a główny bohater szalenie antypatyczny. Kolejną próbą był film The Royal Tenenbaums, który z kolei na zawsze utkwił w mojej głowie jako ukłon Andersona w stronę filmów Woody’ego Allena – neurotycznych i zabawnych, ale często odrobinę przygnębiających. Fantastic Mr. Fox(oparty na cudownie zwariowanej prozie Roalda Dahla, który pisał jedne z najmądrzejszych książek dla dzieci ever, uczące je oswajać strach) był jak powiew świeżego powietrza po serii dusznych, ciężkich filmów, które przytłaczały mnie swoją perfekcyjnie dopracowaną stylistyką i bohaterami pełnymi wad. Może to kwestia animacji poklatkowej, mówiących zwierzątek, lub obsady głosowej (podczas seansu bawiłam się w zgadywanie aktorów, bo wówczas nie znałam obsady), ale dość powiedzieć, że Mr. Fox nauczył mnie szanować i cenić styl Andersona. Z kolei Moonrise Kingdomprzypieczętowało sprawę swoją mieszanką cudownie rozpisanej historii pierwszej dziecięcej miłości (czy też jak to lubi określać Mysz, puppy love), młodzieżowego filmu przygodowego (z gatunku tych, które kręcili na przełomie od lat 80-tych do początku 90-tych), i coming of age movie. The Grand Budapest Hotel jest po prostu kolejnym fantastycznie udanym krokiem na drodze rozwoju Andersona jako twórczy.
Słuchaj, chyba zabłądziliśmy na plan remake‘u “Skrzypka na dachu…”
Duży wpływ na to ma tematyka filmu. Ujęcie wydarzeń zachodzących w filmie – wszystkich tajemnic, morderstw, pościgów, kłótni, opowieści i twistów – w kontekst nadchodzących zmian i skradającej się wojny sprawia, że film ma wspaniały, słodko-gorzki wydźwięk. Filmowa „żandarmeria” nie jest co prawda ochrzczona wprost mianem Nazistów czy Faszystów, ale mało subtelne błyskawice zamiast liter „SS” naprawdę trudno z czymkolwiek innym pomylić. Można uznać, ze Anderson w ten sposób trochę podśmiewa się z biegu historii, szydząc z trudnego tematu. Mysz sądzi jednak, że przede wszystkim jest to jakaś forma eskapizmu i radzenia sobie z ciężarem historii poprzez śmiech. Wszyscy wiemy, że dostatecznie już dużo wylano na ten temat łez i żali. A nawet po żałobie przychodzi w pewnym momencie chwila na oddech i śmiech. Humor bywa bardzo istotnym narzędziem w zrozumieniu pewnych społecznych i kulturowych mechanizmów. W kontekście przedstawionych w filmie zmian ten humor – u samych postaci, ale także twórcy filmu – jest szalenie ważny.
Z kolei ubranie filmowej historii w ramy „opowieści w opowieści”, szalenie literackiej w swej konstrukcji, a także uczynienie Pisarza jednym z głównych narratorów (czy też pośredników) opowieści sprawia, że TGBH ma zadziwiająco osobisty wydźwięk. Filmy Andersona zawsze wybrzmiewały jakąś taką specyficzną melancholią czy nostalgią (co widać chociażby po jego tchnącym poprzednimi dziesięcioleciami set designie), ale w najnowszym dziele jest to wyjątkowo wyraźnie odczuwalne. Poruszanie takich trudnych tematów – nawet w komediodramatycznej, frywolnej i fikuśnej otoczce – także świadczy o rozwoju Andersona jako twórcy. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę, że Andersona do napisania scenariusza zainspirowały dzieła Stefana Zweiga (austriacko-żydowskiego pisarza, który w 1942 roku popełnił samobójstwo w wieku 60 lat) trudno się dziwić zawartej w filmie melancholii.
Zamiast papierosów – kontrabanda w postaci słodyczy.
Poza w pewnym sensie „nowymi” elementami, czy jakąś nowo-odkrytą „powagą”, w TGBH możemy uświadczyć wiele elementów z których Wes Anderson słynie: paletę kolorów jak na lukrowanym torcie i drobiazgowo opracowaną kompozycję kadrów (architekci wnętrz i kreatorzy mody mogliby od Andersona uczyć się kompozycji i operowania kolorem); pieczołowicie wybrane rekwizyty, które sprawiają, że każda scena wygląda jak ujęcie z wykwintnego katalogu wnętrzarskiego; oraz muzykę, która uzupełnia pewny sceny tak niezauważalnie, a jednocześnie idealnie, że wydają się nierozerwalnie ze sobą połączone. Innymi słowy: w The Grand Budapest Hotel uświadczymy ten sam twórczy perfekcjonizm, z którego Anderson do tej pory słynął. Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na specyficzne kadrowanie filmu – kwadratowe, w przeciwieństwie do standardowego w kinematografii kadrowana panoramicznego. Dzięki temu każda z dopracowanych lokacji i scenografii, dowolne ujęcie z dowolnej sceny w filmie wyglądają jak urocze pocztówki, ale cudownie hipsterskie fotki zrobione przy pomocy kolorowych filtrów na Instragramie. Wiadomo – są ludzie, którym ta estetyka nie odpowiada, a nawet mierzi. Mysz jest nią oczarowana i gdyby mogła, wytapetowałaby sobie pokój wyłącznie kadrami z filmów Andersona. Ciekawa jest też symetria, jaka pojawia się w TGBH– polecam zwrócić uwagę, że w większości scen punktem centralnym kadru jest ten element danej sceny, na którym reżyser chce byśmy w tym momencie skupili wzrok. Ewentualnie, jeśli kadr nie jest symetryczny, jest tak skonstruowany by nasza uwaga najpierw skupiła się na jednym istotnym elemencie, a następnie przeniosła się na inny. Nie rzuca się to od razu „w oczy”, ale warto pamiętać o tym, jak wiele uwagi Wes Anderson poświęca takim detalom. A to wszystko on top of nakręcenia całego filmu, doradzania aktorom i późniejszego montażu gotowego dzieła!
Kolejna rzecz, która w filmie imponuje, choć nie mamy zbyt wiele okazji się na niej skupić, to fasada tytułowej „Grand Budapest Hotel”. Zamiast wykorzystać istniejący hotel z interesującego go okresu, Anderson postanowił stworzyć cały fronton Budapesztu w miniaturze. Tak więc każdy kadr, gdzie widzimy hotel w całej swojej okazałości w istocie przedstawia drobiazgowo opracowaną i wykonaną miniaturę. W komplecie z całkowicie funkcjonalną kolejką. Jeśli to nie jest perfekcjonizm godny podziwu, to ja jestem wydrą. 
Jak lukrowany torcik.
Nic tylko go schrupać!
Last but not least, trzeba powiedzieć parę słów o Ralphie Fiennesie w tytułowej roli. Mysz była zdziwiona jak wiele osób wyrażało się z zaskoczeniem na temat komediowego timingu i aktorskiego wyczucia Fiennesa. Wiem, że jest on niezmiernie szanowanym aktorem dramatycznym, ale albo ja oglądam inne filmy niż recenzenci, albo oglądam ich więcej, ale jestem w stanie podać przynajmniej jeden film, gdzie Fiennes pokazywał nie tylko świetne komediowe wyczucie (na równi z fantastycznym aktorstwem dramatycznym), ale grał postać dość podobną do monsieur Gustava. Mowa o filmie Bernard and Doris , w którym Fiennes grał majordomusa “najbogatszej kobiety świata” granej przez Susan Sarandon (film ten reżyseował swoją drogą Bob Balaban, który u w TGBH się na moment pojawia). Konsjerż hotelu i majordomus to nie do końca to samo, ale obie te postacie w wykonaniu miały wspólne cechy charakteru – zjadliwość, dystyngowanie, wyczucie w stosunku do obsługiwanych osób. Nie zmienia to faktu, że Gustav w wykonaniu Fiennesa to istny tour de force, równie zabawny, co sympatyczny i równie cudowny w swej nonszalanckiej wulgarności, jak i ujmującej słodyczy. Jest w jego postaci jakaś niezachwiana niezłomność, która sprawia, że widz wierzy, iż nasz bohater utrzyma „pion” wśród rozpętującej się dookoła niego społeczno-historycznej burzy. Może dlatego słodko-gorzkie zakończenie jest tym bardziej… cóż, słodko-gorzkie.
Postaci Gustava trudno nie kochać.
A skoro wspominam o roli Fiennesa w Bernard and Doris, zauważyłam w TGBH pewną… może nie prawidłowość, ale ciekawostkę. Otóż niektórzy aktorzy w najnowszym filmie Andersona zdają się wcielać w postacie, lub wariacje postaci, które już kiedyś w swej karierze grali. Fiennesa gra w pewnym sensie kamerdynera; Willem Dafoe powtarza swoja rolę z każdego filmu, w którym grał złoczyńcę (w tym także Fantastic Mr. Fox gdzie podkładał głos do szczura); Jude Law gra znów narratora/pisarza tak jak w Lemony Snicket’s; Jeff Goldblum (z kotem) robi za Kapitana Ekspozycję; a F. Murray Abraham niemalże jak w Amadeusie roztacza przed nami całą tę skomplikowaną, angażującą opowieść. Oczywiście takie paralele wysnuwać stosunkowo łatwo, gdy ma się tak bogatą i wszechstronną obsadę i twórcę, który pod tak wieloma względami lub bawić się konwencją. Możliwe, że to wszystko moja nadinterpretacja, podobnie jak początkowe porównanie Andersona z Quentinem Tarantino. Jednak sądzę, że nie na darmo The Grand Budapest Hotel przywodził mi na myśl film Four Rooms. Chociaż… po namyśle, może to być wszystko wina hotelowej tematyki, bo kolejnym skojarzeniem było The Shining. A to już trochę inna bajka :)
Podsumowując: jeśli lubicie Andersona… heck, pewnie już na tym filmie byliście. A jak nie to czym prędzej powinniście się na film wybrać.
A Czytelnikom, którzy nadal siedzą na metaforycznym płocie powiem tak: jeśli lubicie kolorowe, mądre, dowcipne, zwariowane, angażujące, perfekcyjnie zrealizowane filmy i/lub kręcą Was: blichtr starego Hollywood, dbałość o detale, piękne hotele, tajne stowarzyszenia, ucieczki z więzienia, sporty zimowe, awangardowe malarstwo, fruwające zwierzęta domowe, żarty o kostnicy i wulgaryzmy to The Grand Budapest Hotel jest zdecydowanie filmem dla Was. I to na dodatek, co rzadko bywa obecne w polskich kinach, filmem ŚWIETNIE przetłumaczonym.
No… to co tu jeszcze robicie? To kin. Migusiem! :)