“Pompeje”, czyli moja szkapa – o wielkiej miłości chłopca do jego konia.

Zjadliwa, pełna złowieszczego chichotu recenzja filmu “Pompeje”. Film jest wybitnie zły, ale Mysz bawiła się przednio :)

Dzisiejsza recenzja będzie kompletnie niepoważna. Ale z drugiej strony naprawdę nie można mi się dziwić, skoro Paul W. Anderson, reżyser Pompei też nie potraktował swojej pracy poważnie. Umówmy się: idąc na ten film wiedziałam na co się piszę. Broń Boru nie wymagałam więc, by Anderson zaserwował mi Wielkie Dzieło, z taktem i głębią poruszające tragiczną śmierć dziesiątków tysięcy ludzi, które w 79 r. n.e. zginęły podczas wybuchu Wezuwiusza. Spodziewałam się dostać skrzyżowanie Spartacusa z 2012, co jest o tyle znaczące, że oba te dzieła – zależnie od tego kogo zapytamy – uznawane są za kiczowate, fatalne, albo po prostu rozrywkowe. I rzeczywiście trzeba oddać Andersonowi: udało mu się nakręcić rozrywkowy film. Ale stało się to raczej zupełnie niechcący.

WPIS ZAWIERA SPOILERY


Zobrazuję Wam co mam na myśli opisując swoisty eksperyment społeczny.

Otóż koło Myszy na mrocznej sali kinowej siedziała młoda para, która była cudownym egzemplarzem przekroju przez młode polskie społeczeństwo. I nie mówię tutaj o ludziach takich jak ja, czy Czytelnicy Mysza Movie – ludziach, którzy filmami się interesują i z niejednego kinematograficznego pieca chleb już jedli. Mówię tu o przeciętnym Johnnym Kowalskim (bo młody człowiek chce być cool, więc zamiast przedstawiać się per „Janek”, mówi że nazywa się Johnny, jak Johnny Depp) i jego dziewczynie, Brendzie czy innej Brooke (którą mama, zainspirowana modą z lat 90-tych na nazywanie dzieci na cześć bohaterów popularnych amerykańskich seriali, skrzywdziła na całe życie). Mówię o tych mitycznych ludziach, dla których powstają te wszystkie beznadziejne plakaty o idiotycznie przetłumaczonych tytułach, głupie trailery z kulawym polskim dubbingiem, oraz infantylne kampanie reklamowe na social media. Mówię o prawdziwym targecie współczesnej machiny reklamowo-produkcyjno-medialno-PRowej, czyli klasycznym Zjadaczus popcornus. Gatunek równie owiany tajemnicą jak Wielka Stopa czy Chupacabra, ale w polskim kinie – przy właściwym wyborze filmu – nader często spotykany.

Skoro wiemy już z kim mamy do czynienia, wyobraźcie sobie teraz jak film Pompeje wyglądał z punktu widzenia naszych test subjects, dla których szczytem wyrafinowania kinowego było polskie Quo Vadis na którym byli wraz z resztą swojego liceum. Pozwólcie, że na podstawie zasłyszanych podczas seansu komentarzy, okrzyków, pisków i innych onomatopeicznych dźwięków postaram się dla was ekstrapolować fabułę filmu:

UWAGA: wpis zawiera dość dokładny opis fabuły.

Tak więc SPOILERY.

Plakat nie żartuje:
od głupoty filmu nie ma ratunku.

Zaczynamy od serii napisów podstępnie spoilujących cały film, wziętych z jakiegoś Pliniusza Młodszego. Potem przenosimy się do Brytanii. Oto nasz młody bohater, dzielny małoletni Celt należący do plemienia hodowców koni jest świadkiem, jak jego rodzice oraz całe plemię zostają wybici przez Okrutnych, Zdradliwych Rzymian (jednego z nich gra ten-no… Jack Bauer z 24). Wiele lat później, w trakcie których nasz bohater był niewolnikiem i walczył na arenie ku uciesze gawiedzi w Londinium, bohater zostaje wysłany do Pompei, gdzie ma zabawiać tamtejszą ludność. Po drodze jest świadkiem jak koń, przypięty do powozu bogatej rzymskiej dziewoi, upada i łamie nogę. Nasz milczący, poważny bohater prosi o możliwość ulżenia zwierzęciu w cierpieniu, czym zaskarbia sobie sympatię młodej Rzymianki (ojej, ale czemu on tego konika zabił?).
Rzymianka okazuje się córką Trinity z Matrixa i ważnego Pompejskiego kupca (ty, czekaj, on nie grał w Sherlock Holmes: Game of Shadows?), który pertraktuje z senatorem Corvusem (Tym Zlym Rzymianinem, Co Wymordował Rodzinę Naszego Bohatera) w sprawie rozbudowy i renowacji Pompei za pieniądze nowego cesarza. W międzyczasie nasz bohater poznaje blaski i cienie życia w Pompejach: walki na arenie; niechęć innych gladiatorów (jednemu zabił brata!), z których kilka próbuje go podstępnie zamordować; bycie traktowanym jak przedmiot; obmacywanie przez Rzymskie kobiety podczas przyjęcia w domu kupca, gdzie gladiatorzy są wystawieni na widok publiczny jak tusze mięsa (le gasp, jakie to straszne!). Tam jednak ponownie widzi Cassię – ową młodą Rzymiankę, świeżą i uroczą niczym kwiatuszek, a którą spotkał na drodze do Pompei. Ich uczucie rozpala się silniejszym płomieniem, gdy młodzi konstatują, że łączy ich miłość do koni i pragnienie wolności, a także nienawiść do zdradliwych Rzymian (co jest trochę mylące, bo myśleliśmy, że ona też jest Rzymianką, ale no dobra, niech im będzie; oni są tacy uroczy). Co jest o tyle problematyczne, że na Cassię ma chrapkę okrutny senator Corvus.
Dramatyczne duo, czyli Atticus i Celt.
 W międzyczasie gdzieś na horyzoncie majaczy Duża Góra, która coraz głośniej i dobitniej (trzęsienia ziemi, osuwiska) domaga się uwagi. W tym czasie nasz milczący, stoicki, dumny bohater zaprzyjaźnia się z innym gladiatorem, potężnym Atticusem. Ich przyjaźń rozwija się pomimo tego, że wkrótce mają walczyć przeciwko sobie na arenie. Plany się jednak zmieniają i nasi dzielni gladiatorzy muszą walczyć w nierównej walce, która z woli senatora Corvusa wkrótce zakończy się ich rychłą śmiercią. Jednak Duża Burcząca Góra krzyżuje wszystkim szyki i wybucha, nim ostrze miecza zdąży pozbawić naszego bohatera życia. Rodzice Cassi giną wśród gruzu areny, a Atticus poświęca życie by zabić Prawą Rękę Corvusa, Bezimiennego Rzymianina Który Też Przyczynił Się Do Śmierci Plemienia Naszego Bohatera. Młodzi uciekają przez miasto wśród oszalałego tłumu, ścigani przez Corvusa i wybuchający wulkan, którego widowiskowa eksplozja powoli choć systematycznie niszczy całe Pompeje. Ostatecznie Corvus ginie pod chmurą żaru (by sprawiedliwości stało się zadość), a nasi nieszczęśliwi zakochani umierają w swoich objęciach, w pierwszym i jednocześnie ostatnim pocałunku, ich miłość na zawsze utrwalona w popiele (cichutkie chlipanie). Kurtyna.

Ojejku, jakie to było fajne! Bo oni się tak kochali, a oni był taki delikatny i kochał konie, a ona była tak dobra i niewinna, a ten Corvus to był straszny dupek, i jak oni się bili na tej arenie, aż się bałam, naprawdę, i jak on jechał na tym koniu, i jak ten wulkan wybuchł, ci wszyscy biedni ludzie i te biedne konie, ale ona ją uratował, i ten jego kolega się poświęcił, ale dlaczego na koniec oni umarli? Dlaczego nie udało im się uciec? To niesprawiedliwe!

…trajkotała po zakończonym seansie samica gatunku Zjadaczusz popcornus. Słyszały ją tylko nietoperze i psy. I co poniektóre Myszy.


Ale on ją tak bardzo kochał!!
A oto jak film wyglądał z perspektywy yours truly:

Film próbuje nadać sam sobie głębię rozpoczynając od cytatów z Pliniusza Młodszego. Manewr ten sto razy lepiej sprawdził się w animacji Disneya Atlantis: The Lost Empire. Nasz bohater – który ma życzenie śmierci, biorąc pod uwagę, że wychodzi z lepianki w trakcie masakry swojej wioski mimo iż wyraźnie słyszy odgłosy walki i krzyki bólu dobiegające z zewnątrz – dzięki tragicznej śmierci rodziców zyskuje „Wielki Cel”. Klasycznie jest to motyw zemsty na Wstrętnych Ludziach Którzy Zrobili Mu Kuku (w tym wypadku jest to cudowny Kiefer Sutherland, który dawno chyba nie miał podczas granie w filmie tyle radochy co tutaj, grając okrutnego, fantastycznie dupkowatego senator Corvusa; oraz jego Prawa Ręka, czyli Rzymianin Którego Imię Nie Pada Podczas Filmu Bodajże Ani Razu – a zwie się Proculus, jakby ktoś chciał wiedzieć – którego cudownie gra Sasha Roiz, znany z serialu Grimm i który wygląda 100 % bardziej jak Rzymianin niż biedny Kiefer, który z kolei coraz bardziej przypomina swojego tatę, Donalda).

Ile jest dla ciebie wart ten obcy facet, Cassio?
Czy sprzedasz mi się za żonę w zamian za jego życie?
Dziecko z Życzeniem Śmierci wyrasta na Mrukliwego Celta z Sześciopakiem Który Pojawia się Wyłącznie w Jednej Scenie, Co Jest Wstrętnym Oszustwem Bo Fotosy z Filmu Obiecywały Więcej Golizny. Ot, szkoda tych tygodni treningu w wykonaniu Kita Haringtona, który prawie nabawił się zaburzeń żywienia w trakcie przygotowań do filmu, a i tak większość czasu paradował w zbroi. Mija pierwsze 20 minut filmu i nasz bohater NADAL ani razu się nie odezwał. Gdy to nareszcie robi, jego pierwszym słowem – któremu towarzyszy gest pt. „zdejm te łańcuchy, brutalu, nie słyszysz, że zwierzę cierpi?” – jest dobitne: „Horse”.

I wszystko jasne: Pompeje będą filmem o chłopcu, co bardzo kochał konie. Nad zwłokami właśnie zabitego czworonoga nawiązuje się obowiązkowa Nić Porozumienia i Uczucia między naszym mrukliwym bohaterem, a świeżą Rzymską Dziewoją imieniem Cassia, z ideologicznymi ciągotami i słabością do nieumytych barbarzyńców, którzy mordują konie. Uczucie to ostatecznie doprowadzi do jej śmierci, ale kto by się tam przejmował takimi drobiazgami. Z drugiej strony trudno spodziewać się inteligencji po postaci, którą gra Emily „Sucker Punch miał głębię, przysięgam” Browning. Z kolei jej niewolnicę, która z jakiegoś powodu pozwala swojej nieletniej pani chodzić samej po mieście, co w tamtych czasach było absolutnie nie do pomyślenia, gra Jessica Lucas, którą niektórzy mogą pamiętać jako Najbardziej Drewnianą Aktorkę z serialu Cult(co było dużą sztuką, bo w serialu było bardzo dużo drewnianego aktorstwa).

Jedyny moment filmu wart uwagi.
Szkoda, że był tak krótki i więcej się nie powtórzył.
Docieramy wreszcie do Pompei, które trzeba twórcom przyznać wyglądają świetnie – odwzorowane w zgodzie z faktycznym rozkładem starożytnego miasta i możliwe dużą zgodnością architektoniczną, choć niekoniecznie społeczno-historyczną. Tam poznajemy rodziców Cassi, których gra najbardziej niedobrana pod względem wyglądu para aktorska, sprawiając tym samym, że spłodzenie przez nich dziecka, które wyglądałoby jak Emily Browning staje się najbardziej nieprawdopodobnym elementem całego filmu. Ale tak to jest, jak zatrudni się Jareda Harrisa i Carrie-Anne Moss. Tu wstawiamy obowiązkową scenę rzymskiej imprezki, z obowiązkową Wystawą Gladiatorów, gdzie panie mogą sobie popatrzeć, a nawet pomacać. Sorry, ale serial Spartacus zrobił już taką scenę. Nie raz. I to o wiele lepiej. Ale jakoś musimy pokazać, jak zdeprawowani są ci mieszkańcy Pompei (którzy uparcie twierdzą, że nie są Rzymianami; ale głupi ci Rzymianie) i jak biedni i wykorzystani są nasi bohaterscy gladiatorzy. A, bo owi nam się w międzyczasie rozmnożyli o token black sidekick czyli Atticusa – ogromnego czarnoskórego gladiatora (aktor grał Lock-Naha w The Mummy Returns), mistrza Pompei, który z jednej strony ma zabić naszego celtyckiego bohatera by zyskać wolność, a z drugiej strony zaczyna żywić do niego szacunek. How do you say „cliche” in Latin?
Z tymi łapami to pod świątynię, brudasie!
 … kilka wstawek z walkami później (które są ładnie opracowane, nakręcone i zagrane, ale jakoś nie przekonuje mnie teoria, że wychowany w niewoli od wieku lat pięciu młody Celt, który poza areną życia nie widział, jest w stanie stosować wojskową taktykę w walce z uzbrojonym oddziałem, który przewyższa bohaterów liczebnością w stosunku 3 do 1) oraz olewając totalnie całą intrygę według której nasza Cassia poświęca swoją wolność i zgadza się na małżeństwo z Corvusem byle tylko uratować życie naszego Bohatera, Wezuwiusz wreszcie postanawia uratować widzów z otchłani rozpaczy i wywracania oczami i WYBUCHA. A nie, czekajcie – po drodze nasi Młodzi znów spotykają się w obecności konia (ten akurat jest jeszcze żywy), wymieniają się poważnymi uwagami na temat pragnienia wolności, tyranii Rzymu i obłaskawiania zwierząt nieparzystokopytnych, po czym urządzają sobie totalnie nieuzasadniony konny joyride za miasto. Którego celem fabularnym jest wyłącznie pokazanie nam, jak Wielkie Uczucie łączy naszych bohaterów – skoro próbowali razem uciec (dokąd? Po co? JAK?!) – oraz stworzenie sytuacji zagrożenia życia (też bym na miejscu Corvusa się wkurzyła na byle chłystka, który próbuje mi porwać dziołchę!), w obliczu której Cassia musi poświęcić swoją wolność (ekhm, dziewictwo) i wyjść za Corvusa.
 
Still a better love story than Milo & Cassia.
Kolejne wstawki później – pseudo-intryga, polityka tak płytka, że nawet Mały John z Robin Hood: Men In Tights nie byłby w stanie się w niej utopić – dochodzimy wreszcie do clu momentu: podczas walk na arenie (cudownie narratorowanych przez chór w maskach), które i tak są tylko wymówką by Corvus mógł podstępnie i publicznie zaciukać naszego bohatera (po drodze, w połowie filmu, dowiedzieliśmy się wreszcie, że nasz Mrukliwy Bohater ma na imię Milo – bardzo celtycko) Wezuwiusz wreszcie wybucha.

Tu film z kiepskiej podróbki Gladiatora, albo pełnometrażowej wersji Spartacusa, przeistacza się w mokry sen Rolanda Emmericha. Czyli basically: widowiskowo niszczymy wszystko co się da. Rzeczywiście, wulkan wybucha pięknie i co bardzo miłe z jego strony, na tyle powoli byśmy każdy etap (włącznie z tym najbardziej nieprawdopodobnym czyli fireballami) mogli podziwiać w pełnej okazałości. Niestety, Anderson nie umie robić tego, co Emmerich, czyli przedstawić grupy osób na początku filmu, których następnie będzie przypadkowo zabijał, by stworzyć u widza iluzję zaangażowania emocjonalnego. W Pompejach ludzie giną na prawo i lewo, ale nikogo to nie obchodzi. Umówmy się: Wezuwiusz jest tu tylko pretekstem do porządnej rozpierduchy. Wszelka głębia czy dziejowa tragedia, jaka tkwi w historii katastrofy w Pompejach została w tym filmie olana tak całkowicie, jak logika i sens w Three Musketeers. Dobrze chociaż, że z filmu na film Anderson zachowuje konsekwencję.

“Jestem nikomu niepotrzebnym efektem 3D.
Patrz na mnie, patrz!”
 
Where were we?… a tak: Wezuwiusz wybucha, arena się zawala, ginie tłum ludzi w tym rodzice Cassi, bu-hu, wypłacz mi Tybr. Następnie mamy idiotyczną gonitwę po ulicach Pompei wśród uciekającego tłumu, która służy tylko temu by widowiskowo pozabijać statystów. A nie, przepraszam – jest jeszcze bezsensowny moment, gdy dzielny Atticus ratuje małą dziewczynkę i jej matkę od stratowania. Po drodze widzimy The Impossible dla ubogich, gdy fala tsunami – wywołana przez wulkan – zalewa port, do którego wszyscy uciekali. Na szczęście Atticus i jego Token Damsel in Distress uciekają za wewnętrzny mur Pompeii, który powstrzymuje falę… bo jeden z niesionych falą statków zakorkował główną bramę. I kid you not – Paul W. Anderson uratował jednego z bohaterów stosując motyw rodem wyjęty z Kubusia Puchatka.
… czyżby to słynna Spartańska flota?
(żart dla tych, co widzieli 300: Rise of an Empire)
 
Więcej ganiania po mieście, ratowanie Cassi przez Milo, uciekanie, widowiskowe wybuchy i efekty, śmierć niewinnych, nikogo nieobchodzących statystów. Dobra, wracamy na arenę, bo tam są KONIE (widzicie już motyw przewodni tego filmu? A wspominałam, że koń bohaterki – nad którego karkiem tak uroczo bohaterowie strzelali do siebie maślanymi oczami – magicznie pojawia się w podziemiach tejże areny? CZARY NORMALNIE, Koń Który Się Teleportuje. Ale do jego Mocy jeszcze wrócimy). Tam Atticus poświęca życie w walce z Bezimiennym Rzymianinem (o imieniu Proculus, przypominam), a Corvus niecnie porywa Cassię, przypina kajdankami do rydwanu i odjeżdża w siną dal, byle z dala od wulkanu, który – przypominam – NADAL CAŁY CZAS WYBUCHA i to coraz bardziej spektakularnie. Milo rzuca się w pościg i tu pojawiają się kolejne magiczne moce użytych w filmie koni – one nie boją się ognia. Ani wybuchów. Ani płomieni. Ani deszczu siarki. Ani walących się budynków. Nie wiem, gdzie można takie konie kupić, ale powinni ich używać w kopalniach. Co tam Łysek z pokłady Idy – dajcie im rzymskiego ogiera! 
Dla tych koni kule ognia to jak delikatna ostroga.
Milo dogania rydwan Corvusa – w tym czasie Cassia otwiera kajdany używając jako wytrycha drewnianej drzazgi (not even joking) – walczy z nim, po czym zostawia przykutego do rydwanu, aby sczezł w chmurze żaru i pyłu, która jest tuż-tuż. Nasi bohaterowie – którzy do tej pory wykazywali się wyjątkową inteligencją, rozgrywając swoje osobiste zemsty i antypatie w środku oszalałego miasta u stóp wybuchającego wulkanu – wsiadają na konia i uciekają. Na próżno jednak, bo nawet Magiczny Koń nie uwiezie ich obojga. Milo chce by Cassia – i koń – się uratowali, ale jej bardziej zależy na życiu konia, niż na własnym (że o Milo nie wspomnę). Przegania więc konia, który ucieka radośnie, szczęśliwy, że jako jedyny przeżył ten bezsensowny popis grafiki komputerowej. A Cassia i Milo, nareszcie połączeni w pocałunku (seriously, does anybody even care?) giną w swoich objęciach, pochłonięci przez chmurę żaru i popiołu, która utrwala ich na zawsze w tej niezręcznej i intymnej pozie.
Pocałuj mnie! Bezsensowny wątek romantyczny
musi mieć swój ckliwy finał!
I byłoby to piękne nawiązanie do rzeczywistych odlewów z Pompeii, wśród których znajduje się obejmująca się para (Milo i Cassia) oraz potężny mężczyzna Afrykańskiego pochodzenia (Atticus), gdyby nie to, że Pompeje są tak złym filmem, że zamiast wywołać wzruszenie, wywołują histeryczny rechot.

Czy ten eksperyment w przedstawieniu różnych podejść do tego samego filmu ma jakiś cel?… Owszem. No bo spójrzcie: siedzący po moje prawicy Młodzi Ludzie wyszli z kina zachwyceni Pompejami – efektami, scenami walki, wątkiem miłosnym i tragedią spopielonego miasta. Z kolei Mysz & Znajomi wyszli z kina uchachani po same pachy, radośnie rozpamiętując mnogość idiotyzmów, które się w tym filmie pojawiły. A także wymyślając kolejne słowne żarciki z końmi w roli głównej.

Wychodzi na to, że nie ważne, jak odbierasz film, ważne abyś się na nim dobrze bawił. Najlepiej w doborowym towarzystwie.

Teraz czekam na film o epidemii dżumy z punktu widzenia owcy. To dopiero będzie hit.

Mysz ulubione zdjęcie z planu filmu.
“No i po co wyrabiałem sobie mięśnie, Paul?
Po co, skoro dałeś je tylko do jednej sceny?!”
Disclaimer: Mam nadzieję, iż oczywiste jest, że cały ten wpis to jeden wielki żart, który ma wywołać rozbawienie, a nie obrazić czyjekolwiek uczucia. Ale jeśli ktoś potraktował choć ułamek tego wpisu na poważnie, powinien przejść się do lekarza i poprosić o receptę. Na poczucie humoru ;)