“The Monuments Men” – czy warto? Mysz ma wątpliwości…

Niestety najnowszy film George’a Clooneya okazuje się dużym niewypałem.

Dzisiejszy wpis będzie raczej z tych krótkich. Widzicie, są takie filmy, o których po prostu nie da się wiele powiedzieć. Owszem, można skakać po tematach, robić nawiązania (ten trick Mysz zamierza zresztą wykorzystać), lać wodę, ale… każdy recenzent czy bloger powie Wam to samo: najgorzej pisze się o filmach nijakich.

Owszem, o dobrym filmie czasem pisze się trudno, ale zazwyczaj jego recenzja wiąże się z całą litanią cech, które możemy wymienić. Podobnie jest w wypadku złego filmu… tylko że akurat komentarze negatywne są od tych pozytywnych znacznie ciekawsze. O wiele fajniej jest je także przelewać na papier – jest coś takiego we wbijaniu (uzasadnionych) szpilek w dzieło popkultury, co sprawia, że palce aż same rwą się do klawiatury. Niestety, w wypadku The Monuments Menżadnego „rwania” nie było No chyba, że mówimy o rwaniu włosów z głowy. Z nudów.
Na szczęście obyło się bez tak drastycznych działań, ale w sumie nie wiem, czy brak drastycznych reakcji jest tutaj pozytywnym objawem.


Zacznijmy od George’a Clooneya. Nie wiem, jak Wam, ale Myszy aktor ten kojarzy się przede wszystkim z trzema rzeczami: serią Ocean’s Eleven, serialem E.R. oraz filmem Syriana (bo z jakiegoś powodu mój mózg ten film zarejestrował jako moment, gdy Clooney z aktora stał się w oczach Hollywood także producentem. I to dobrym producentem. Wcześniej wyszły co prawda dwa chwalone filmy, które Clooney wyreżyserował, ale Syriana jakoś bardziej zapadła mi w pamięć jako film, który go “zdefiniował”). Pierwsze dwie rzeczy są dla mnie oczywiste – trylogia Ocean’s(choć kolejne filmy są uznawane za stopniowo coraz gorsze) Mysz darzy sympatią od wielu lat i pokochała je właściwie od pierwszej chwili. Cięte Soderberghowe dialogi, cudowna obsada, sprytnie rozpisany heist movie, świetna muzyka, hazard… czego tu nie kochać? Dodajmy do tego urwisowsko-szarmancki urok George’a Clooneya i mamy przepis na sukces. Ten swój chłopięcy urok Clooney wykorzystuje zresztą od lat, a zaczynał właśnie w E.R. jako przystojny doktor Ross. Mysz do dziś pamięta jak bardzo przeżywała jego on again/off again romans z graną przez Juliannę Margulies pielęgniarką.

To właśnie sympatia do Clooneya – jego poczucia humoru, uroku i talentu – oraz świetna obsada skłoniły mnie do pójścia do kina na The Monuments Men i to mimo bardzo „letnich” opinii krążących wokół filmu. Sądziłam, że ludzie po prostu szli do kina z niewłaściwym podejściem. Poza tym byłam przekonana, że tak dobra obsada jest w stanie uratować nawet wyjątkowo średni film. Wychodzi jednak na to, że The Monuments Men to po prostu kolejny nie-do-końca-udany projekt w producencko-reżyserskiej karierze Clooneya. Mówię „kolejny”, bo choć od kilku lat głośno jest o sukcesach Clooneya spoza kamery (Syriana, Good Night and Good Luck, Confessions of a Dangerous Mind, The Ides of March) na pięć wyreżyserowanych przez niego filmów, dwa są… cóż, nijakie. Jednym z nich jest Leatherheads, drugim właśnie The Monuments Men.
Dwa słowa wprowadzenia w fabułę, coby formalnościom stało się zadość: grupa artystów, miłośników i kuratorów sztuki z krajów alianckich zostaje wysłana do Europy by ratować zachodnioeuropejską sztukę – i spuściznę zachodniej cywilizacji – przed zakusami Hitlera. Insert dramatic music.
Umówmy się: TMM (piszę skrótem, bo tytuł jest za długi by za każdym razem go wypisywać) na Wikipedii widnieje jako „film wojenny”. Mysz dodałaby od siebie uzupełnienie, że to nie jest taki „film wojenny” jak Saving Private Ryan czy The Thin Red Line. To film o wiele luźniej traktujący temat wojny. Ale z drugiej strony daleko mu do takich komedii jak Operation: Dumbo Dropczy Buffalo Soldiers. Największą wadą TMM jest moim zdaniem brak zdecydowania Clooneya, który jako producent, współscenarzysta i reżyser miał naprawdę dużą kontrolę nad filmem. Gdyby film bardziej przeważył szalę na którąkolwiek ze stron (dramat vs. komedia) i poprzez to ukierunkował, jak chce prowadzić swoją fabułę i bohaterów, TMMbyłoby naprawdę znośnym filmem. A tak dostajemy dzieło, który jest totalnie pośrodku, jak ta żaba z dowcipu co to się nie rozerwie, bo nie wie, czy jest piękniejsza czy mądrzejsza. TMM próbuje nas więc poruszyć, ale nie przygnębić; rozbawić, ale nie rozrechotać. Ale tak po prawdzie, to wcale nie jestem pewna czy właśnie tam tkwił podstawowy błąd. Czy chodziło wyłącznie o brak zdecydowania w tym, jaki film chcemy kręcić? Czy może problemy zaczęły się już wcześniej, podczas adaptacji scenariusza? Wierzę, że oryginalna książka, „The Monuments Men: Allied Heroes, Nazi Thieves and the Greatest Treasure Hunt in History” Roberta M. Edsela zaadaptowana przez Clooneya i Granta Henslova (jego częstego współpracownika) jest w istocie fascynującą, wciągającą, poruszającą lekturą… that is, jeśli kogoś kręcą zabytki, architektura i sztuka. Autentycznie wierzę, że historia opisana w książce jest ciekawa, właśnie dlatego, że to naprawdę jest HISTORIA – to, co TMM przedstawia wydarzyło się naprawdę. Wystarczy poczytać sobie o Monumets, Fine Arts, and Archives Program, by zrozumieć jak wiele dla zachodniej kultury i sztuki naprawdę uczyniono w trakcie wojny.


Jest jednak coś, co każe mi zwątpić w jakość tej książki: według Clooneya tylko 20% filmu zostało zmienione w stosunku do literackiego pierwowzoru. Kurczę. To albo te 20% musiało być naprawdę drastycznie – i fatalnie – zmienione, aby w efekcie otrzymać tak nijaki film, albo pozostałe 80% wcale nie jest takie dobre, jak Mysz chciałaby myśleć. Ale serio: jak może nie być dobra i ciekawa opowieść o ratowaniu pięknych zabytków przed zakusami wstrętnych Nazistów? Methinks problemem jest jednak nieudana adaptacja, a nie materiał źródłowy.

…wspomniałam o Nazistach. Wstrętnych Nazistach. I yu pojawia się kolejna moja teoria na temat słabego poziomu TMM. Film powstał przy wsparciu niemieckich producentów i funduszy. Niczego nie sugeruję, ale it makes me wonder: może nijakość filmu bierze się stąd, że Clooney & Co. bali się przedstawić Niemców w zbyt negatywnym świetle?… I know, I know: Niemcy sami się postawili w tym świetle i mogą za to winić wyłącznie swoją przeszłość i historię. Może Clooney rzeczywiście nie chciał, by Niemcy wycofali swoje wsparcie dla filmu i specjalnie swe dzieło trochę “ugłaskał”? Mysz wie jedno: patrząc po innych filmach i serialach wojennych, TMM naprawdę mogło być o wiele bardziej drastyczne w ukazywaniu Nazistów. Kto wie? Może gdyby nie próbowali zadowolić i wilka i owcy, wyszedłby im lepszy film.
Potem zaczęłam się zastanawiać, czy może problemem nie jest tematyka filmu, czyli mocno patetyczne motto: „jeśli wygramy wojnę, ale Hitler zniszczy naszą spuściznę kulturową, to tak jakbyśmy tę wojnę przegrali”. Żeby nie było: Mysz się poniekąd z tym zdaniem zgadza. Spuścizna kulturowa jest szalenie ważna i potrafi w zadziwiający sposób wpłynąć na społeczeństwo (czego dowodem książka „Shades of Grey” – nie mają nic wspólnego z „50 Shades of Grey” – którą Mysz ostatnio przeczytała. To totalna dygresja, bo książka ma niewiele wspólnego z wojną, ale jej podejście do kwestii przetrwania sztuki jest tak ciekawe i specyficzne, że myślałam o niej przez cały seans filmu. I niejako kompletnie obok tej recenzji bardzo tę książkę polecam. Chyba napiszę o niej osobną notkę. Moving on…). Ale pomijając istotność kultury i sztuki, stawianie jej na szali w kontrze do ludzkiego życia zawsze będzie wypadało patetycznie. To odwieczny dylemat: lepiej przetrwać, czy lepiej żyć? Uratować setki ludzi, ale stracić nasze jestestwo? Czy stracić tysiące dodatkowych istnień, by żyć z przeświadczeniem, że uratowaliśmy our way of life?… Brzmi szalenie amerykańsko, prawda?… Może to też jest jeden z mankamentów filmu. Bo chociaż w TMMpojawiają się postacie Francuza, Brytyjczyka i Niemca, to film jest przede wszystkim o tym, jak to Dzielni Amerykanie Uratowali Świat, Ratując Jego Sztukę. A jeśli Mysz – której serce pompuje krew czerwono-biało-błękitną z małymi złotymi gwiazdkami – mówi, że coś jest zbyt amerykańskie to dagnabit!, coś w tym chyba musi być.

Jednak im dłużej nad tym myślę, tym bardziej stwierdzam, że tematyka filmu nie może być jego główną wadą. A przynajmniej nie w przypadku Myszy. Po pierwsze dlatego, że Mysz kocha kulturę i sztukę, maści wszelakiej. Po drugie: jestem osobą, która potrafi na sztukę (i kulturę) reagować dość gwałtownie i emocjonalnie. Nie wiem ilu z Was kojarzy scenę z miotaczami ognia z początku Equilibrium, ale dość powiedzieć, że gdy Mysz widziała ten film po raz pierwszy, dostała na tej scenie ataku histerii. Była ona dla mnie tak niewypowiedzianie smutna, że po dziś dzień tkwi w mojej świadomości, jako jedna z najstraszniejszych zbrodni, jakich człowiek może dokonać. I zauważcie o czym mówię: nie o odebraniu komuś życia, ale właśnie o niszczeniu sztuki. Stąd nie sądzę, by to tematyka TMM była problemem, a raczej to, jak temat został ujęty. Nie wiem dokładnie, gdzie leży pomyłka – co chyba widać w tej bardzo „gdybającej”, pełnej teorii recenzji – ale może ludzie mądrzejsi ode mnie będą w stanie mnie (i Was) w tej kwestii uświadomić.
Jak wspomniałam wcześniej, liczyłam na to, że chociaż świetna obsada będzie w stanie ten film uratować. Podobnie jednak jak w wypadku samego filmu, także i tutaj coś zgrzytało. Podejrzewam, że winny był scenariusz – zbyt chaotycznie skaczący od sceny do sceny, ze schematycznie zarysowanymi, nieciekawymi, zbyt licznymi postaciami, z silącymi się na wzruszenie lub humor dialogami… Widać, że ktoś (Clooney?) ten film -chciał- zrobić i starał się jak mógł. Bardzo możliwe, że TMM to tzw. passion project. Ale jak na takie dzieło… mało w nim pasji. Także w grze aktorskiej.

Clooney i Damon, grający w TMM główne role (choć film poniekąd jest ensemble cast) są po prostu sobą – złotymi, czarującymi, Amerykańskimi chłopcami. Takimi, co to nie wykorzystają kobiety w żałobie i zrobią wszystko by spełnić ostatnie życzenie umierającego kolegi. Do tego mamy Johna Goodmana w roli tego jowialnie dowcipkującego sierżanta, Jeana Dujardina jako the frenchest Frenchman that ever frenched, Billa Murraya jako uszczypliwego żartownisia, który dokucza niziutkiemu i drażliwemu Bobowi Balabanowi, do tego szalenie brytyjskiego Hugh Bonneville’a jako (you guessed it) Brytyjczyka i Cate Blanchett jako oschłą Francuzkę. Ja przepraszam, ale to jest stereotyp na stereotypie i stereotypem pogania! Osobiście nie ma nic przeciwko wykorzystywaniu klisz, tak długo jak tkwi w tym jakiś zamysł: są sprytnie odwrócone, przeinaczone, albo wykorzystane specjalnie, jako parodia czy podkreślenie. Ewentualnie jestem w stanie wybaczyć kliszę, jeśli poza tym film się sprawdza i osiąga swój efekt. Ale TMM?… Nie wiem, jaki efekt próbowało osiągnąć, ale z pewnością poległ w swych staraniach kompletnie. Tak naprawdę, to wątpię by film miał w swym zamyśle jakiś „efekt” który chciał osiągnąć. A, niestety, nie ma nic gorszego niż film bezcelowy, który powstaje… bo tak. Bo ktoś tego chciał. Twórca, która nie wie dlaczego chce opowiedzieć daną historię jest moim zdaniem o wiele gorszy, niż twórca, która nie umie swojej historii opowiedzieć, lub opowiada ją źle. Te dwie rzeczy da się wyszkolić metodą prób i błędów. Ale zamysł, powód dla którego kręcimy film? Jeśli nie mamy tego, szanse są, że nigdy tego nie wymyślimy. A bez tego film jest jak przysłowiowy statek bez celu.
Biorąc pod uwagę tematykę filmu (Czy sztuka ma wartość? Kto podejmuje decyzję o tym co jest wartościowe? Czy stuka warta jest czyjegoś życia? I tak dalej) trudno nie zadać sobie pytania: czy TMM ma jakąkolwiek wartość?… wiecie co? Może i ma. Są w filmie dwie sceny, dla których mogłabym ten film uratować. Nie skoczyłabym za taśmą w ogień ani nie oddała za niego życia, ale gdyby ktoś mnie zapytał, czy coś bym z tego filmu uratowała, odpowiedziałabym: tak. Są dwie sceny: jedna komediowa, dotycząca wdepnięcia na minę, i jedna dramatyczna, które cudownie wykorzystuje (tak lubiany przez Mysz) zabieg zestawienia poruszających scen z piękną muzyką. Są to jednak dwie sceny na cały film! I bądźmy szczerzy: gdybym miała do wyboru ratowanie TMM a dowolnego innego filmu z tego roku (tak, nawet Winter’s Tale), bez wahania spisałabym film Clooneya na straty.

A oto dlaczego: bo już powstało dzieło, które o wiele trafniej i w sto razy bardziej poruszający sposób pokazuje to, co TMM próbowało przekazać. Mowa o mini-serii Band of Brothers. I teraz czytajcie uważnie (bo nie będę powtarzać): Mysz ma pewne gatunki kultury, których z zasady unika i nie lubi. W literaturze jest to science-fiction, w filmach i serialach jest to western i kino wojenne. Te tematy mnie po prostu nie kręcą, a w sci-fi i filmach wojennych odrzuca mnie dodatkowo niezrozumiały żargon (do dziś nie wiem jak idzie kolejność stopni w amerykańskim i polskim wojsku). Jeśli więc Mysz, anty-fanka wojennych dzieł mówi, że Band of Brothers KAŻDY i to naprawdę KAŻDY powinien obejrzeć, to mówię serio i chciałabym byście wzięli sobie te słowa do serca. To jest serial, który w paru minutach jednego odcinka był wstanie lepiej pokazać to, na co TMM potrzebował kilkudziesięciu minut (i zadania nie wykonał). To serial, który jest istnym szwedzkim stołem aktorów amerykańskich i brytyjskich, których wyłapywanie i obserwowanie jest prawdziwą frajdą. To serial świetnie nakręcony, napisany i opracowany, który pokazuje wojnę w sposób, który bawi, smuci, wzrusza, wzburza, fascynuje i boli. To serial, który doprowadził mnie do takiego ataku płaczu, że autentycznie nie mogłam złapać przez kilka minut oddechu. Nie twierdzę tutaj, że każdy zareaguje na niego równie emocjonalnie czy równie pozytywnie jak Mysz. Ale uważam, że jest to serial WY-BI-TNY i każdy powinien przynajmniej raz go obejrzeć. To trochę tak jak z Amadeusem – jeśli nie widziałeś tego filmu, będę tak długo mówić o tym, jaki jest wspaniały i genialny, że będziesz zmuszony po niego sięgnąć tylko po to, żebym się zamknęła. Z Band of Brothers mam podobnie. I to naprawdę nie bez powodu :)
Morał z tego taki: odpuście sobie The Monuments Men, bo chociaż nie jest to film zły, jest on tak nijaki, że nic z niego nie wyniesiecie. A może nawet, tak jak dwójka współ-oglądaczy Myszy wyjdziecie z kina po pierwszych 15-stu minutach. Jeśli kogoś po przeczytaniu tego wpisu wciąż ciekawi temat ratowania sztuki w trakcie wojny, polecam film dokumentalny The Rape of Europa, który Robert Edsel co-produkował, lub jego książkę „Rescuing Da Vinci”. Można też sięgnąć po literacki pierwowzór The Monuments Men. Ale tak naprawdę to warto obejrzeć Band of Brothers. To jest dzieło popkultury za które warto byłoby wiele poświęcić.

Mysz zresztą zamierza właśnie to zrobić – poświęci BoB… swój czas. Pod wpływem tego wpisu nabrałam ochoty na powtórkę. Who’s with me? :)