This is the beginning of a beautiful friendship… – wpis na Dzień Kobiet

Czy Wam też obecnie brakuje filmów, które wiarygodnie pokazywałyby kobiecą przyjaźń? Mysz postanowiła temu zaradzić i wymienić kilka swoich ulubionych filmów o babskich psiapsiółkach.

To, że 8. marca wypada Dzień Kobiet wie każdy Polak. W związku z tym Mysz postawiła dzisiaj na luźny, nieskomplikowany, nie wymagający dużego researchu wpis i to z gatunku takich, które podobno łatwo i szybko się czyta. Podobno Czytelnicy lubią jak jest prosto i łopatologicznie, choć biorąc pod uwagę popularność Myszy najdłuższych blogowych wpisów, Czytelnicy Mysza Movie należą do chlubnej grupy Ludzi Którzy Potrafią Czytać Jeden Tekst Dłużej Niż 3 Minuty. Innymi słowy nie jesteście Pokoleniem Twittera (o którego istnieniu krzyczą media), dla którego więcej niż 140 znaków to już epos na miarę „Ulissesa” i oni tego czytać nie będą.
Drugim powodem dla którego dzisiejsza notka jest z gatunku tych nieskomplikowanych jest Myszy wczorajsza ekskursja do Teatru Studio na gościnny występ Teatru Rozrywki z Chorzowa w musicalu „Przebudzenie wiosny” (Spring Awakening). A ponieważ Mysz ma na temat samego spektaklu, musicali, Broadwayu i młodzieńczych hormonów dużo do powiedzenia – a dodatkowo wpadła znów manię reserachu, which never ends well – potrzebuje trochę więcej czasu, by z tego wszystkiego sklecić dla Was notkę, która będzie miała ręce i nogi. I, jeśli wena dopisze, wyrazi wszystko to, co w Mysiej duszy gra.
Dziś jednak zapraszam do celebrowania wraz Myszą Dnia Kobiet. Jak przystało na święto, które obraca się wokół płci pięknej pod każdą formą i postacią, stwierdziłam że jest to właściwy moment by ponownie wrócić do tematu, który już nie raz był na blogu poruszany. Mowa o przedstawianiu w filmach kobiecych przyjaźni. Ostatnimi czasy coraz głośniej jest o narodzinach „kina feministycznego” – filmów o kobietach, ale nie tylko dla kobiet. Hollywood powoli zaczyna akceptować, że publiczność chce oglądać filmy z żeńskimi bohaterkami i że te filmy potrafią zarobić naprawdę niezłe pieniądze (parafrazując fragment przemowy Cate Blanchett z tegorocznych Oscarów). I rzeczywiście: pochwały jakie zbierają filmy typu Bridesmaids czy The Heat, będące dowodem na to, że kobiety mogą grać w komediach i robić z siebie idiotki na równi z panami pokroju obsady The Hangover, czy sukces Gravity – filmu z, było nie było, kobietą w głównej roli – potwierdzają ten trend. Także rola wspomnianej Cate Blanchett w Blue Jasmine czy Oscar dla Kathryn Bigelow w 2009 roku pokazują, że Hollywood powoli (według niektórych bardzo powoli) zaczyna zwracać większą uwagę na kobiety w showbiznesie.
 
Tu jednak pojawia się Myszy problem ze współczesną popkulturą, której bohaterkami są kobiety: bardzo często ukazują one relacje między żeńskimi postaciami w niekorzystnym świetle. Wiadomo – kobieta też człowiek, ma swoje skomplikowane emocje, antypatie i przeżycia. Ma prawo być zazdrosna, wredna, smutna, zła, niesympatyczna, głupia, pruderyjna, przemądrzała, leniwa, tchórzliwa, nieogarnięta, wyuzdana… Jedną z najczęściej przytaczanych kwestii w wypadku kina o kobietach jest ostateczne pogrzebanie stereotypu, jakoby kobieca bohaterka, aby być ciekawa i komercyjnie opłacalna, musi być tzw. Strong Female. Figę, bo wcale nie musi. Kobieta nie musi być silna, aby być ciekawa. Musi być PRAWDZIWA. A prawdziwe kobiety, te wokół nas – nasze koleżanki, matki, córki, babcie, szefowe, sąsiadki, fryzjerki, kuzynki i rywalki – nie są tylko i wyłącznie jednowymiarowe; nie są wyłącznie „silne”. Bywają silne, owszem. Ale bywają też słabe, przestraszone, roztrzepane, odważne, dzielne, opanowane… Kobieca bohaterka powinna mieć wiele cech. I nie powinna być potępiana za to, że jest „taka”, a nie „inna”.
Having said that, zastanawia mnie, że filmy o kobietach, o których jest ostatnio najgłośniej pokazują szalenie niezdrowe relacje między kobietami. Zauważcie: główną fabułą wychwalanych Bridesmaids, a także katalizatorem dla większości „komediowych” momentów w tym filmie, jest zawiść głównej bohaterki względem wychodzącej za mąż koleżanki. Jasne, na koniec dostajemy radosny różowy finał, gdzie wszyscy się kochają i na niebie wybucha tęcza jednorożców i puchatych szczeniaczków, ale fakt pozostaje faktem: komediowość tego filmu oparta jest na konflikcie kobiet. I to konflikcie, który ukazuje wszystkie bohaterki w niekorzystnym świetle.
Powiecie: no tak Myszu, ale to też jest jakiś postęp. Jeśli kobiety mają być realistycznie pokazywane w filmach, nie można wystrzegać się ich mrocznych, niekorzystnych stron. Nie można twierdzić, że kobieta może być kim chce, a potem wygładzać niektóre elementy jej osobowości, bo nie daj Boże widzowie odbiorą ją jako „niesympatyczną”. Tu jednak pojawia się kolejny problem: kobiece bohaterki mogą być we współczesnym kinie niesympatyczne. Zauważcie jednak, że albo są takie dla efektu komediowego, albo ich niesympatyczność jest w jakiś sposób potępiana (np. przez otoczenie). A teraz spójrzcie na męskie postacie, o których ostatnimi czasy zrobiło się głośno: Sherlock (BBC Sherlock), Hannibal (NBC Hannibal), dr House (House), Don Draper (Mad Men), Walter White (Breaking Bad), Dexter (Dexter), połowa męskiej obsady Game of Thrones, i tak dalej i tak dalej. We współczesnej popkulturze – a właściwie w (pop)kulturze od wieków – postacie niesympatycznych mężczyzn są all the rage. Oczywiście muszą mieć jakąś cechę, która „równoważy” ich niesympatyczność (najczęściej jest to wybitny intelekt, czasem po prostu atrakcyjność fizyczna i szarmanckie podejście do kobiet), ale u swych podstaw wciąż pozostają nieokrzesanymi bubkami. Możemy się nimi zachwycać w telewizji i żywić do nich sympatię wbrew sobie, właściwie nie rozumiejąc do końca dlaczego im kibicujemy, ale gdybyśmy spotkali kogoś takiego w prawdziwym świecie, większość z nas po prostu dałaby im w zęby.
 
Na fanpage’u Zwierza Popkulturalnego parę razy dochodziło do dyskusji na temat serialu Elementary. Pomijając to, czy serial się komuś podoba czy nie, dyskutanci pozostają zgodni w jednej kwestii: zmienienie postaci Johna Watsona na Joan Watson (graną przez Lucy Liu) było ciekawym i bardzo udanym zabiegiem. Niektórzy idą jednak o krok dalej i pytają: dlaczego, skoro zmieniamy płeć jednej z głównych postaci, nie zmienić płci samego Sherlocka? I tu bardzo często pada, moim zdaniem, słuszny argument: żeńska postać Niesympatycznego Geniusza mogłaby nie przypaść do gustu widzom tak bardzo, jak ta sama postać w wersji męskiej. Problem leży właśnie w obecnych trendach: mężczyźni w popkulturze mogą być dupkami, tak długo, jak mają jakąś cechę, która „odkupia ich” w oczach widzów. Ale kobieta?… Niesympatyczna kobieta to po prostu zołza, tym bardziej w filmie czy serialu o wydźwięku dramatycznym. Kobiety mogą być niesympatyczne tylko wtedy, gdy służy to ich wyśmianiu.
Nie wierzycie? Weźmy na tapetę Myszy ukochany przykład, czyli serial Girls. Swego czasu – u początków Mysiego blogowania – wyrażałam swoją pogardę dla tego nagradzanego i wychwalanego dzieła. Nie rozumiałam jego appeal. No bo jak to: serial komediowy, który jest kompletnie nie śmieszny? Serial o -prawdziwej- codzienności współczesnych kobiet z totalnie niesympatycznymi bohaterkami, których perypetie wywołują co najwyżej zażenowanie, a czasem nawet autentyczny facepalm?… takie wrażenie miałam po seansie pilota. Dopiero zmusiwszy się do obejrzenia całego pierwszego sezonu (bo naprawdę chciałam pojąć skąd tyle peanów na jego cześć) zrozumiałam, że Girls nie jest standardowym serialem komediowym. Jego wartość leży właśnie w tym uczuciu zażenowania, które wywołuje. On nie jest śmieszny, tak jak śmieszne jest potknięcie przypadkowego przechodnia czy tort w twarz. Jest śmieszny takim pustym, pozbawionym wesołości śmiechem, jaki wywołuje np. pogarda dla dziewczyny, która złapała chorobę weneryczną po one night stand w klubie, przy pełnej świadomości, że w zeszły weekend zrobiliśmy -dokładnie to samo- i to bez zabezpieczenia. Wartość Girlsleży właśnie w ukazaniu tych momentów z codzienności współczesnych (nowojorskich młodych) kobiet, które one same najchętniej zamiotłyby pod dywan. Nieudany seks, nieudane związki, kompletne głupoty wygadywane na trzeźwo jak i po alkoholu, nie radzenie sobie z problemami, bycie bezmyślnym, leniwym, totalnie nieprzystosowanym do życia człowiekiem… Girlsto wszystko porusza. I choć nie jestem fanką tego serialu – bo oglądanie go, mimo świadomości zabiegów które stosuje, popycha mnie ku depresji – widzę w nim sens; widzę w nim wartość.
 
Jest jednak coś, co mnie w nim zastanawia. Girls ukazując swoje bohaterki bez wygładzania, w całej swej niedoskonałej, pełnej wad okazałości, pokazuje także relacje między nimi. Także tutaj widać wiele negatywnych aspektów kobiecych relacji, które naród żeński najchętniej by kompletnie wyparł: zawiść, wredność, pochopne ocenianie, egoizm, niezrozumienie, obgadywanie… I w sumie dobrze, że serial takie rzeczy pokazuje. Jak mówiłam: Mysz chce by pokazywać kobiety z całym dobrodziejstwem inwentarza. Także tym kulawym czy lekko wyliniałym. Zauważcie jednak to o czym wspominałam wcześniej: Girls, mimo bycia nieśpiesznym serialem, jest wciąż serialem komediowym. Owszem, z dramatycznymi momentami i głębią momentami nie przystającą do gatunku „komediowego” (który np. stawia Girls w jednym rzędzie z The Big Bang Theory), ale wciąż komedią. Mam wrażenie, że gdyby Girlsbyło stricte dramatem, zostało by skreślone jako zbyt przygnębiające; zbyt –prawdziwe-. Metka „komedii” pozwala wmawiać sobie, że to co ukazuje Girlsjest tylko krzywym zwierciadłem. Ale prawda jest taka, że współczesne seriale coraz bardziej wpływają na świat realny i jego układy społeczne.
Martwi mnie więc, że twory popkultury takie jak Girls czy Bridesmaids zyskują medialny i społeczny poklask. Dlaczego?… bo młode dziewczęta czy nawet kobiety, które do tej pory nie zaznały prawdziwej kobiecej przyjaźni zostają w ten sposób poddane praniu mózgu. Zaczynają myśleć, że przyjaźń owszem polega na wspieraniu drugiej osoby, ale na przykład tylko wtedy, gdy jest nam to na rękę. Albo że bycie przyjaciółkami nie wyklucza wbijania sobie noża w plecy. Albo odbijania sobie facetów. Albo obgadywania. Nie oszukujmy się: w przyjaźni zdarzają się i takie momenty. Ale są to cienie przyjaźni, a nie jej codzienność. To jej potknięcia, a nie jej podstawa.
Brakuje mi we współczesnej popkulturze filmów, które pokazywałyby relacje między kobietami jako niejednowymiarowe. Owszem, pełne wad i wrednych numerów, ale także autentycznej miłości, bezwarunkowego zrozumienia i pełnej akceptacji. Takiej z kopytami.
Dlatego dzisiaj chciałabym wymienić parę z moich ulubionych filmów, które w jakiś sposób poruszają kwestię kobiecej przyjaźni. Wbrew pozorom, niektóre z nich stoją w sprzeczności do tego, co napisałam wyżej – są tak stereotypowe i cukierkowe w tym jak ukazują „idealną kobiecą przyjaźń” (bez żadnych wad i potknięć), że aż momentami niewiarygodne. Ale przy tym potrafią być też szalenie miłe, ciepłe i urocze. A patrząc na obecne trendy w ukazywaniu kobiecej przyjaźni na ekranie, możliwe że czeka nas parę naprawdę mrocznych, cynicznych, nieprzyjemnych lat. Jasne, musimy pokazać, że kobieta to istota złożona, mając swoje gorsze momenty.
Ale warto pamiętać, że kobieca przyjaźń w swej wielowymiarowości potrafi być także, po prostu i zwyczajnie, piękna.
[filmy podzielone na wzięte z czubka głowy kategorie. Bo tak! :D]
  
 

The Deep South:

Fried Green Tomatoes  filmy z lat 90-tych o kobiecej przyjaźni na południu USA to chyba mój ulubiony podgatunek tzw. feel good cinema. „Smażone zielone pomidory” jest tego koronnym przykładem. Historia stłamszonej kury domowej, której przypadkowa przyjaźń z rezolutną pensjonariuszką domu spokojnej starości pozwala wyrwać się z małżeńskiego marazmu jest niesamowicie ciepła i sympatyczna. Opowiadana równoległe historia przyjaźni zbuntowanej chłopczycy Idgie i spokojnej, cichej Ruth tworzy w filmie cudowne paralele. To zresztą jedna z najpiękniej pokazanych relacji między zupełnie różnymi kobietami. No i tak cudowna, przepiękna muzyka!… Pozostaje tylko zakrzyknąć „TOWANDA”. Fani filmu zrozumieją, o co chodzi :)
Divine Secrets of the Ya-Ya Sisterhood – drugi z Myszy absolutnych faworytów na tej liście. Jego główna zaleta polega na tym, że nie tylko obserwujemy jak zmieniają się relację w grupie czterech kobiet, ale także jak ich przyjaźń rozwinęła się przez lata – poznajemy nasze bohaterki w dzieciństwie i towarzyszymy im przez lata nastoletnie, dorosłość, aż po wiek starzy. I każdy etap ich życia jest równie fascynujący. To wszystko kręci się wokół skomplikowanych relacji rodzinnych matki i córki (świetna Sandra Bullock) oraz problem emocjonalno-psychologicznych, sercowych i społecznych. Dla niektórych film może być chaotyczny i napakowany wątkami. Mysz do dziś jest w nim zakochana.
Steel Magnolias – czyli „ten film na którym płaczemy”. Jest kilka takich filmów, które w popkulturze przyjęło się określać mianem tear jerkers i jest cały osobny podgatunek tych filmów, przeznaczonych głównie dla kobiet. Film „Stalowe magnolie” wymieniany jest zazwyczaj na szycie dowolnej toplisty filmów „do płaczu”. Nie będę spoilować historii – gdyby byli pośród Was Czytelnicy, którzy nie wiedzą dokładnie -dlaczego- na tym filmie się płacze – ale jest ona cudownie ciepła, poruszająca i melodramatyczna. Nie każdy musi się na filmie wzruszyć, ale warto go znać. W pewnym sensie jest to klasyk kobiecego kina.
Thelma & Louise – no dobra, Utah i Kalifornia (gdzie kręcono film) nie są „na południu” Stanów, ale motyw przyjaźni cichej kury domowej i wygadanej buntowniczki bardzo ładnie wpasowuje mi się w grupę filmów. Historii Thelmy i Louise nie muszę nikomu chyba przedstawiać – to prawdziwy klasyk kina. Pomyśleć, że mógł mieć zupełnie inne zakończenie… A jeśli któraś z czytających to pań nadal filmu nie widziała – choć powinna, bo przyjaźń obu pań jest kultowa – niech szybko naprawi swój błąd. Tam jest młodziutki Brad Pitt. Miziałabym. Miziałabym go so hard.

It’s a kind of magic:

The Craft – filmy o magii w 85% przypadków mają żeńskie bohaterki. Jasne, jest Harry Potter i inni czarodzieje, ale zazwyczaj to czarownice igrają z tajemnymi mocami. Ot, taka spuścizna kulturowo-historyczna. A czy sabat czarownic nie jest wprost idealną wcale-nie-subtelną metaforą dla siostrzanej, niemalże mistycznej mocy kobiecej przyjaźni? The Craft pokazuje to wszystko w uroczo hormonalnym, nastoletnim sosie – to takie Mean Girls meets „Czarownice z Eastwick”. Wierzcie mi: współcześni emo mogliby się niejednego nauczyć od bohaterek tej kultowej filmowej perełki.
Witches of Eastwick – klasyka kina: trzy przyjaciółki w suto zakrapiany winem wieczór wymyślają sobie idealnego mężczyznę. Gdy ów zjawia się w ich malutkiej mieścinie, zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Film ten jest przede wszystkim świetną adaptację książki Johna Updike’a i jednym z chlubnych, choć rzadkich przypadków gdy film jest sto razy lepszy niż książka (która jest jedną z najbardziej śmiertelnie nudnych książek, jakie miałam w rękach). Do tego dodajmy popis trzech cudownych aktorek (Sarandon, Pfeiffer, Cher) i upiorny uśmiech Jacka Nicholsona. No i scenę z pluciem pestkami wiśni. Do dziś scena te wraca do mnie w koszmarach.
Practical Magic – „Totalna magia” może i jest mało subtelna w swym przesłaniu (główne bohaterki  oprócz tego, że są czarownicami i przyjaciółkami to są także siostrami. Normalnie metafora to the power of three). Jednak Mysz mimo upływu lat jest nieodmiennie oczarowana sposobem, w jaki w filmie pokazano niektóre „ponadnaturalne” aspekty kobiecej przyjaźni. W wypadku bohaterek to rzeczywiście jest magia, ale niektóre z nas znają podobne –dziwne- przypadki z własnego doświadczenia: wyczuwanie, gdy przyjaciółce stało się coś złego; porozumienie na tak głębokim poziomie, że wydaje się niemalże czytaniem w myślach; wspólne sekrety, pakty i obietnice… film ma cały urok niewinnej, bezwarunkowej wiary w magię i potęgę przyjaźni. We współczesnym, cyniczny świecie takie podejście potrafi czasem naprawdę podnieść na duchu.

Sport łączy ludzi:

A League of Their Own – poniekąd kwintesencja filmu o kobiecej przyjaźni. Ze względu na specyficzne realia – powstanie pierwszej żeńskiej ligi baseballu – mamy nie tylko aspekt historyczny, ale także społeczny i sportowy. Do tego dodajmy pokaźną liczbę bohaterek, co zapewnia nam wgląd w wiele rodzajów relacji i przyjaźni. Kontekst rozgrywającej się jednocześnie wojny daje ładunek emocjonalny. A kwestia zmian społecznych to już istna kopalnia konfliktów, biorąc pod uwagę jak wyśmiewanym pomysłem było samo zezwolenie kobietom na granie w baseball. A na koniec wisienka na tym torcie melodramatycznej wspaniałości: FENOMENALNA obsada. No i cudownie rzewny, wyciskający z oczu łzy utwór Madonny „This Used to be my Playground”.
Whip It – mało znany film w reżyserii Drew Barrymore, opowiadający o dziewczynie z małej mieściny, która szuka ucieczki od szaroburej codzienności i dołącza do żeńskiego roller derby (jak ktoś nie wie, co to, to polecam poczytać. Przedziwny sport). Obsada pełna znajomych twarzy – jeśli ktoś ogląda coś więcej niż tylko mainstreamowe kino – ciekawe i nietypowe realia, niezależny klimat, świetna rockowa muzyka, ostre kolory, fajne poczucie humoru i sympatyczne postacie. Trochę takie Juno na speedzie :)
Stick It – jeden z Myszy ulubionych filmów o nastolatkach. Nie ma w nim głębi, ale fajnie bawi się stereotypami, totalnie nie traktuje się serio, ma bardzo cięte poczucie humoru (i szalenie cytowalne teksty). A na dodatek dzieje się w świecie żeńskiej gimnastyki artystycznej, która rządzi się własnymi, odrębnymi prawami i wcale nie jest taka ą-ę-fikuśna, jak się niektórym wydaje. Koledzy Myszy zostali kiedyś zmuszeni do obejrzenia tego filmu i bawili się zadziwiająco dobrze. Do tego fajny music i dobra młoda obsada. No i Jeff Bridges.
Bring It On – mieliśmy już roller derby i gimnastykę artystyczną. Bez cheerleaderek się nie obejdzie. Film ten to absolutny klasyk – zdziwilibyście się, jak wiele dziewczyn, a nawet kobiet w USA jest w stanie zaśpiewać całe „I’m Sexy, I’m Cute” a na tekst „Brrrr…” natychmiast dośpiewuje „…it’s cold in here!”. Młoda obsada, z której wiele kojarzymy z kina i telewizji (Kirsten Dunst, Eliza Dushku,), specyficzny kicz lat 90-tych, uczucie nostalgii i tradycyjny motyw „dziewczyna z zewnątrz poznaje świat cheerleaderek/modelek/magii/szycia pikowanych kołder” [niepotrzebne skreślić]

Szczenięce lata:

Now and Then – dla Myszy The Movie o przyjaźni z dzieciństwa, która jest w stanie przetrwać próbę czasu. Jasne, czasem kontakty się rozluźniają, czasem możesz się z przyjaciółką nie widywać miesiącami, ale gdy się spotykacie wszystko wskakuje na swoje miejsce. To także jeden z najfajniejszych filmów almost coming of age (czyli tuż przed wejściem w okres nastoletniego buntu, ale już wychodzenie z dzieciństwa) dla dziewcząt, jakie można znaleźć. Porównywalnie fajny jest My Girl. „Koniec niewinności” (taki jest polski tytuł) wymieniany jest przez Mysz jako żeński ekwiwalent absolutnie kultowego Stand By Me. Nie, że widz żeński nie będzie się w stanie identyfikować z męskim bohaterem, ale mam wrażenie, że targetem tego filmu – oprócz nostalgicznych osobników takich jak Mysz – są przede wszystkim młode dziewczęta. I to w fazie „błe, chłopcy są wstrętni”. Tylko tam, gdzie Stand By Me ma rzewne zakończenie, Then and Now jest cudownie cukierkowe. Do tego fenomenalna obsada i świetny soundtrack. Miodzio.
Sisterhood of the Travelling Pants (1 i 2) – film często określany jest jako naiwny, ale Mysz go szalenie lubi. Może to zasługa młodej, utalentowanej obsady, która idealnie wciela się w grupę czterech różnych dziewcząt, które po raz pierwszy przeżywają wakacje z dala od siebie. Może to być infantylny film, ale w swym zamyśle bardzo mądry – pokazuje, że przyjaźń przyjaźnią, ale pewne rzeczy przeżywamy osobno i nie zawsze przyjaciele będą nas w stanie zrozumieć. Ale zawsze będą nas wspierać, no matter what. Jak na film młodzieżowy w ciekawy i niestereotypowy sposób porusza kwestię nastoletnich miłostek i tego, że nie zawsze kończą się one szczęśliwie, oraz problemów rodzinnych, wielkich zmian w życiu, porażek, nowych marzeń, etc. Podsumowując: koncepcja „pary dżinsów, w którą zmieści się każda z czterech dziewczyn o totalnie różnej budowie ciała” może się wydawać głupotką, ale „Stowarzyszenie wędrujących dżinsów” jest w swojej kategorii naprawdę zadziwiająco mądrym filmem.
Girl, Interrupted – wchodzenie w wiek „dorosły” nie może odbyć się bez etapu buntu. U niektórych bunt ten przyjmuje dość skrajne formy. Popadanie w depresję tak jak w wypadku głównej bohaterki filmu może wydawać się dramatyczną przesadą, ale „zapomniał wół jak cielęciem był”. Mysz jeszcze pamięta czasy, gdy niezdana klasówka albo dostanie kosza od chłopaka naprawdę wydawało się końcem świata, a niezrozumienie dorosłych dla było niekończącą się torturą. „Przerwana lekcja muzyki” oczywiście porusza temat prawdziwych problemów psychicznych, ale dla mnie zawsze był w nim element „na złość mamie odmrożę uszy” – pokażę im jak bardzo zwariowana potrafię być. I choć relacje pokazane w filmie nie należą do najzdrowszych, są dobrym przykładem na to, że nawet na złych relacjach człowiek jest się w stanie nauczyć ważnych rzeczy.
Foxfire – kolejny film o przyjaźni w wieku buntu, także z Angeliną Jolie w obsadzie. Obejrzałam ten film właściwie tylko dzięki The Actors Studio z Jolie, który kiedyś widziałam. W wywiadzie tym Angelina opowiadała jak wielki wpływ na jej psychikę wywarła rola w tym filmie i przyjaźń zawarta z trzema aktorkami, z którymi spędzała czas na planie. I rzeczywiście jest w tym filmie jakiś fascynujący element niemalże magicznej przyjaźni, która wynika ze wspólnego stawiania czoła przeciwnościom losu. Nie ważne, czy dobrze na nie reagujemy, czy nas przerastają, ważne że stawiamy im czoła razem, po swojemu. Girl powerdo potęgi entej, w lekko mrocznym, bardzo życiowym ujęciu. Definitywnie należy go obejrzeć – Angie już w tym wieku bywała na ekranie hipnotyzująca.
 

Kółko zainteresowań:

How To Make an American Quilt – dość mało znany film, na dodatek często wyśmiewany za swój melodramatyzm, ale Myszy zawsze robi się tak ciepło na sercu, gdy go ogląda. Podobnie jak Fried Greek Tomatoes i Divine Secrets of the Ya-Ya Sisterhoodma w sobie szczyptę specyficznej filmowej magii – ciepłej, pocieszającej, trochę infantylnej, ale przez to znajomej, jak para rozchodzonych kapci. Historia młodej dziewczyny, która niepewna jak odpowiedź na propozycję oświadczyn wyjeżdża do domku rodzinnego, gdzie grupa starszych pań szyje quilt (pikowana kołdra) na jej nadchodzący ślub. W trakcie szycia przerzucają się historiami ze swojego życia – o miłości, przyjaźni, związkach – dzięki czemu nasza bohaterka odkrywa, jaką decyzję podjąć. Trąci myszką (ha!), ale ma kopę uroku. I cudowną obsadę złożoną ze starszych aktorek.
Calendar Girls – skoro o starszych aktorkach mowa, to nie możemy zapomnieć o ciut nietypowym (ze względu na tematykę) filmie, w którym grupa brytyjskich gospodyń domowych postanawia pozować do kalendarza. Nago. Ich wzajemne relacje są istotnym elementem fabuły, ale jego czar tkwi w świetnej obsadzie, przemiłych postaciach i pokazaniu, że na nowo odkryć siebie można w dowolnym wieku. Poza tym któż nie chciałby zobaczyć, jak Helen Mirren zrzuca ciuchy? :
Mona Lisa Smile – film ten teoretycznie powinien trafić do wcześniejszej grupy (ze względu na młody, podatny na wpływ wiek bohaterek), ale temat sztuki, spinający akcję „Uśmiechu Mony Lisy” wydał się na tyle istotny, by umieścić go z innymi dziełami, które łączy motyw wspólnych zainteresowań. Nie jest to może film wybitny – a społeczno-historyczna otoczka fabuły kłuje swym na-siłę-wpychanym-feminizmem jak źle zszyty gorset – ale Mysz na do niego słabość. Wśród młodej części obsady trafiło się parę aktorek, które ze swych ról stworzyły malutkie perełki. Poza tym może i faux-feminizm filmu drażni, ale kurczę – jak ładnie ta epoka (lata 50-te) wygląda na filmach. No i tak muzyka! Do dziś słucham soundtracku z prawdziwą przyjemnością.
The Jane Austen Book Club – jeden z kuriozalnych Mysich ulubieńców. Widzicie, Mysz nie lubi Jane Austen. Nie lubi jej książek, za filmami też nie przepada. Miłosne perypetie jej bohaterek nijak mnie nie ruszają i nie obchodzą. Ale ujęte w ramy tej uroczego, bezpretensjonalnego rom-comu, która na nazwisku Austen chce trzaskać kasę?… tu na mnie działają. Podobna mi się, że każda książka odnosi się w jakiś sposób nie tylko do postaci, która je omawia, ale także do innych członków czytelniczego klubu. Relacje między nimi też są fajne – niesztampowe, dobrze zagrane przez sympatyczną obsadę (Hugh Dancy! Maria Bello!). Poza tym to film, w którym ludzie siedzą i omawiają książki. Mysz może nie lubić Austen, ale ubóstwia słuchać jak różni ludzie interpretują ten sam temat. Zwłaszcza w kontekście swoich związków i relacji z innymi ludźmi. Jeden z go-to feel good movies Myszy.
Miss Congeniality – *nieprzystojny rechot* Może nie jest to najlepszy wybór do tego spisu, ale nie mogłam się oprzeć. Schemat „niechętna outsiderka poznaje świat modelek” może i jest durny, ale ta komedia ma tyle uroku – i tyle świetnych tekstów – że trudno jej nie lubić. Serio: film ten tak mi się swego czasu spodobał, że poszłam na niego do kina PIĘĆ razy. I to w czasach gdy byłam biedną uczennicą i miałam naprawdę niską tygodniówkę. Co prawda przyjaźnie pokazane w filmie są dość powierzchowne, aspekt „integrowania się z tubylcami” (czyli modelkami) dodaje lekkości. Nie musimy się zastanawiać, czy po zakończeniu fabuły filmu bohaterki nadal się przyjaźniły. Ważne, że nauczyły się tolerancji i akceptacji „inności”. Ale czemu ja się tłumaczę? Ten film ma Michaela Caine’a. It is FABULOUS!

Kobieta współczesna:

The Sweetest Thing – okej, okej, durna komedyjka o związkach, seksie i penisach (pamiętna „The Penis Song”)?… możliwe. Ale na pewnym etapie Mysiego życia przyjaźń między bohaterkami filmu idealnie odzwierciadlała relacje jakie miałam ze swoimi przyjaciółkami. Robiłyśmy głupoty, uganiałyśmy się za facetami, popełniałyśmy podstawowe błędy w związkach, a to wszystko robiłyśmy z uszczypliwym humorem, przetykanym sprośnymi żartami. Nie jest to może film wybitny, ani nawet w opinii niektórych film dobry, ale właśnie tego typu kobiecych komedii mi w obecnym kinie brakuje – lekkich, wesołych i nie bojących się nietypowych scen. Jak te ze śpiewaniem „I Don’t Wanna Miss a Thing” podczas seksu oralnego.
For a Good Time, Call… – skoro jesteśmy w temacie filmów, które łączą w sobie wątek kobiecej przyjaźni i seksu, Mysz po raz kolejny z całego serca poleca film For a Good Time, Call…To mało znana produkcja to DOKŁADNIE TO czego Mysz chciałaby w gatunku kobiecych komedii zobaczyć więcej: filmów nie traktujących się serio, ale pokazujących, że nietypowe przyjaźnie są czasem najpiękniejsze. Poza tym nawet nie macie pojęcia, jak trudno nawet przy obecnej bezpruderyjności niektórych komedii znaleźć film, w którym bohaterki rozmawiają o seksie tak, jak o seksie rozmawiają np. Mysz i jej przyjaciółki – bez krygowania się i fałszywej wstydliwości; otwarcie, z humorem i szczerością, ale i taktem. Wiecie jakie to jest odświeżające?… nie do każdego może trafić humor tego filmu, ale ze względu na to, jak ukazana jest w nim przyjaźń bohaterek i ich stosunek do seksu, warto. Naprawdę warto. Mysz szerzej pisała o tym tutaj .
Charlie’s Angels – ja wiem. Ja przepraszam. Nie bijcie. Kicz na kiczu. Ale muszę oddać McG co jego – facet potrafi kręcić sympatyczne, niepoważne, rozrywkowe filmy. No i omówmy się: „Aniołki Charliego” są kolorowym, cukierkowym teledyskiem, ale przyjaźń zagrana przez Cameron Diaz, Lucy Liu i Drew Barrymore jest definitywnie zaletą produkcji. Oczywiście wpłynęła na to poza-ekranowa, prawdziwa przyjaźń trzech aktorek, ale właśnie dlatego ten film tak miło się ogląda – bo widać, że dziewczyn miały frajdę podczas jego kręcenia. Zresztą kto by nie miał? Taniec, wybuchy, sceny akcji, przebrania i peruki, kolorowe dekoracje… Ja też tak chcę! Tym bardziej w towarzystwie najlepszych psiapsiółek.
Lejdis – mam wrażenie, że same „durne’ filmy lądują mi w tej kategorii. Chociaż nie – ja je tu wymieniam, bo autentycznie je lubię, mimo opinii niektórych, że są płytkie i głupkowate. No i co z tego? Kobiety bywają płytkie i głupkowate. A akurat Lejdis jest, moim zdaniem, jedną z niewielu polskich komedii ostatnich lat, które do czegoś się nadają. Historia wieloletniej przyjaźni czterech kobiet w polskich reliach, okraszona fajnymi dialogami, dobrym aktorstwem, humorem, bystrością, dobrą muzyką, ciekawą fabułą, zawiłymi relacjami z mężczyznami… no i postacią Korby. Sorry dziewczęta, ale Korba jest moja. Gdybym wierzyła w boginie, moją byłaby Anna Dereszowska. Zakochałam się w niej po tym filmie i miłość to rzuciła mi się na cały film. Który naprawdę nie jest tak zły, jak niektóre inne polskie produkcje. I to nawet tego samego duetu reżysersko-scenariuszowego.
(w tej grupie były także filmy The Women i Sex and the City, ale zostały skreślone, bo: a) The Women jest filmem o kobietach – szczycącym się tym, że na ekranie nie pojawia się ani jeden mężczyzna – ale filmem pustym jak kolorowa wydmuszka; Mysz go lubi, ale nie będzie go polecać; b) Sex and the City w wersji filmowej jest jedynie nieudaną kontynuacją serialu. A gdybym miała tu wymieniać także kobiece przyjaźnie z seriali to nie wygrzebałabym się z tego wpisu do Dnia Dziecka. Nie, że Mysz raz na jakiś czas SatC the movie nie ogląda. Ale raczej dla kiecek i uszczypliwości Samanthy niż fabuły i bohaterek, które są karykaturami samych siebie)
Przepraszam, jeśli opisy wydają się szalenie chaotyczne i niespójne stylistycznie – wpis ten był pisany etapami przez kilka dni i po drodze wielokrotnie zmieniałam do niego podejście. Ale mam nadzieję, że mi wybaczycie. Wszak jestem kobietą. I mogę być taka jaka chcę ;)
A jakie filmy o kobiecej przyjaźni Wy lubicie najbardziej? A może w Dzień Kobiet wolicie obejrzeć film akcji albo horror? A może nie zgadzacie się z Myszą na temat tego, jak współczesne kino ukazuje relacje między kobietami? Jestem bardzo ciekawa Waszych komentarzy ^__^

 

  • No, wreszcie znalazłam kogoś, kto nie lubi Jane Austen :)

  • (part 1, bo się rozpisałam)

    Łiiiii, jakie fajne filmy wybrałaś, Myszo! Mogłabym się podpisać pod 3/4 tej listy, co najmniej. A już w szczególności pod:

    Witches of Eastwick – przede wszystkim dlatego, że kocham, wielbię i buduję ołtarze dla Cher jako aktorki i nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy nie widzą w niej czystego talentu w tym kierunku. I zawsze będę się zastanawiać, bo by było, gdyby jednak poszła w tę stronę. Silkwood! (który obejrzałam raz, spłakałam się potwornie, dostałam traumy na dwa tygodnie i nie wiem, kiedy sięgnę po ten film znowu, ale był taaaaki dobry) MASK! Moonstruck! Mermaids! Do “Czarownic…” mam ogromny sentyment, chyba najbardziej za to, że w momencie, kiedy już byś się spodziewała, że panie będą sobie skakać do gardeł o to, której się najbardziej należą względy Nicholsona – one decydują się nim dzielić. A kiedy krzywdzi jedną z nich – stają za nią murem i postanawiają go zniszczyć. W sumie, jak na film, w którym wydawać by się mogło, że to mężczyzna będzie miał władzę i wszystkie asy w rękawie, to “Czarownice…” wyjątkowo dobrze sobie radzą z pokazaniem siły i niezależności kobiet. Trzy przyjaciółki stworzyły sobie mężczyznę, i trzy przyjaciółki się go pozbyły, bo w sumie do niczego nie był im potrzebny. You go, girls!

    Lejdis – nigdy, NIGDY nie zrozumiem, jak można nie lubić tego filmu. Jest autentycznie zabawny, a przede wszystkim jest prawdziwy. I pozytywny. I pokazuje to, co każda z nas, która ma takie swoje grono przyjaciółek, wie z autopsji – że nikt nas tak nie wesprze, nikt tak nam nie pomoże, nikt nas tak nie zrozumie i nikt nas tak nie postawi do pionu, jak one.
    (Korbę możesz sobie wziąć, ja biorę Izę Kunę. :P)

    Calendar Girls, rzecz oczywista. Genialna obsada pełna prawdziwych gwiazd (a przy tym pięknych, dojrzałych kobiet), plus niegłupia historia. Dawno nie oglądałam tego filmu, dzięki za przypomnienie. :)

    (wybrałabym jeszcze “Stowarzyszenie…”, ale książka była dużo lepsza, więc nie mogę tego zrobić z czystym sumieniem)

    Zanim przejdę do swoich propozycji, to przyszło mi do głowy jednakowoż, że brakuje mi jakiegoś takiego, hm, “poważnego” filmu o kobiecej przyjaźni? W sensie, ja wszystkie te powyższe filmy kocham, nawet jak się nie traktują serio, nawet jak mają jakieś dziury scenariuszowe – kocham je właśnie za kobiety. Ale trochę jest niewygodne, że trzeba za każdym razem udowadniać, gdzie się kryje ich wartość, bo dla większości odbiorców – głównie mężczyzn, ale kobiet pewnie też – to jest po rpostu czysta rozrywka. Jeśli w ogóle je lubią. A ja bym chciała, nie przymierzając, móc kiedyś rzucić komuś w twarz taką damską wersją choćby “Zapachu kobiety”, gdzie cały film jest oparty tylko i wyłącznie na skomplikowanej przyjaźni między dwiema kobietami, nie jest komedią, i w żaden sposób nie może być zaszufladkowany jako “tania rozrywka”.

    (akurat mi ten “Zapach kobiety” przyszedł do głowy, ale wiadomo, nie chodzi mi o odwzorowanie czegokolwiek i nie twierdzę, że filmów o kobietach w ogóle nie ma, ale że nie ma ich wystarczająco dużo)

    Doooobra, a teraz filmy, które mi się kojarzę z kobiecą przyjaźnią i na jakimś etapie skradły moje serce:

    “Beaches” – klasyczny komedio-melodramat z końca lat 80, przeuroczy wyciskacz łez. Mam słabość zarówno do Barbary Hershey, jak i do Bette Midler, więc pewnie nie jestem obiektywna, ale to jest naprawdę dobry film “przeglądowy”. Tzn. nie pokazuje tylko jakiegoś wycinka przyjaźni, ale całe życie dwóch kobiet, które przeżyły trochę razem, a trochę osobno. Sama mam jedną i tę samą, najlepszą przyjaciółkę od 8 lat i mogę zaświadczyć, jak wiele prawdy kryje się w tym, że nie zawsze jest różowo – raz się oddalamy, raz się zbliżamy, ale, podobnie, jak w filmie, zawsze na końcu się odnajdujemy. Film z gatunku “poruszy każdą strunę w sercu”.

  • (part 2)

    THE FIRST WIVES CLUB. Nie podlega żadnym dyskusjom (i, wbrew pozorom, nie robię listy na podstawie filmografii Bette ;)).

    NINE TO FIVE. Coś wybieram filmy sprzed dwóch-trzech dekad, ale co poradzę, że takie lubię najbardziej? Kocham Lily Tomlin, tyle w temacie. I kocham kobiety, które potrafią powiedzieć facetom, że są dupkami.

    Próbuję wymyślić coś, co z punktu widzenia roku produkcji nie jest starożytne, ale jest ciężej. ;) Mniej sentymentu, więcej rozczarowań.

    Ale na pewno mamy Mamma Mia!, który zdaje się z różnych względów jest albo nazywany totalną wiochą, albo niezłym kinem rozrywkowym (ja tam się dobrze bawiłam, ale ja lubię, jak aktorzy do mnie śpiewają, albo jak ktoś w ogóle do mnie śpiewa), ale nie da się ukryć, że Donna and The Dynamos to bardzo przyjemne, znowu bardzo pozytywne pokazanie damskiej przyjaźni.

    Miss Pettigrew Lives for a Day – może to jest bardziej film o miłości (fajnie, że nie tylko tej w młodym wykonaniu, ale i dojrzałej), a zaraz potem o odnajdywaniu swojej kobiecości i byciu silną babką, ale dla mnie to też dwie zupełnie różne kobiety, które są dla siebie miłe, i ciepłe, i troszczą się o siebie, i może żyją w zupełnie różnych światach, ale jakoś potrafią sobie z tym poradzić.

    Baby Mama też jest całkiem przyjemna, a jak ktoś lubi Tinę i Amy, to na pewno jeszcze przyjemniejsza.

  • Anonymous

    Bardzo sie ciesze, ze napisalas o tych filmach. Niektore z nich bardzo lubie. I brakuje mi wiekszej ilosci tego typu kobiecych relacji we wspolczesnym kinie mainstreamowym. Ogladalabym.
    Bardzo trafne spojrzenie na Girls.
    Ness

  • A czytałaś książki, na podstawie których powstały Smażone Zielone Pomidory i Stowarzyszenie Ya-Ya?

    Whip it bardzo fajne, rzeczywiście mało ludzi to widziało, a to taki przyjemny (i niestereotypowy) film.

  • Nie czytałam, chociaż książki Flagg nie raz wpadały mi w ręce (tylko jakoś nigdy funduszy nie było by kupić). Dobre? Polecasz?

    Whip It jest super. Chyba aż zrobię sobie powtórkę :)

  • Cieszę się, że nie tylko mnie brakuje w obecnym kinie fajnych kobiecych relacji. Czasem mam wrażenie, że przemawia przeze mnie jedynie nostalgia za latami 90-tymi, gdy kino (i my wraz z nim) było trochę inne. Ale wygląda na to, że w tej nostalgii nie jestem osamotniona :D

  • Och, wprost pasjami jej nie cierpię. Filmy znoszę – bo obsada! – ale książki? Ugh. Zapomnij :D

  • Odnośnie tego, że większość pozycji na tej liście to komedie i “lekkie” filmy – zmora “płciowego” kina. Od lat panuje przeświadczenie, że filmy dla kobiet/o kobietach nie muszą wpadać w jedną z kilku kategorii: komedia, rom-com, melodramat, komedio-dramat, ostatecznie jakiś wyciskacz łez. Trzeba pamiętać, że choć kiedyś mieliśmy więcej filmów o kobiecej przyjaźni, wisiał na nimi stygmat “kobiecego kina” – czegoś taniego, lekkiego, ckliwego, bez żadnej prawdziwej wartości.

    Jednak właśnie dlatego chciałam te filmy wymienić. Bo dla mnie to, że dany film jest głupiutką komedyjką nie jest wadą. Owszem, obecność niektórych filmów na liście tłumaczyłam bardziej niż innych, ale bez oporów przyznaję się, że do każdego z nich żywię równą sympatię.

    Najwyraźniej trudno jest znaleźć złoty środek: kiedyś mieliśmy dużo kobiecej przyjaźni na ekranie, ale za to w mało feministycznej formie. Teraz mamy coraz więcej film dla kobiet/o kobietach, które wyłamują się ze stereotypów, ale przy tym tracą właśnie ten element wiarygodnie pokazanej kobiecej przyjaźni. Może po prostu potrzebujemy więcej czasu, by znaleźć między jednym a drugim równowagę?

  • Rozważałam dodanie Beaches i The First Wives Club (też kocham Bette), ale już nie miałam siły się rozpisywać o nich. I tak wyszło mi strasznie dużo pozycji na liście :D

    Popieram dodanie Mamma Mia (kocham wszystkie musicale!) i Miss Pettigrew Lives for a Day (“ten film co ma Lee Pace’a” :D). Bardzo fajne, ciepłe uzupełnienia do listy.

    Ja niestety nie przepadam za Amy. Choć będę robić podejście do “Parks & Recreation” aby się przekonać :)

  • Czytałam, Smażone Zielone Pomidory są smutniejsze niż film i związek Idgy i Ruth jest pokazany po prostu jako związek dwóch kobiety, a nie takiecośjakbyprzyjaźńniewiadomo. Ya-ya z kolei ma też drugi tom, też go czytałam i też jest smutniejszy (niż pierwszy). Generalnie miałam kiedyś fazę na książki dotyczące południa i czytałam wszystko jak leci w temacie. Bardzo mi się też podobała wtedy ta powieść Grishama o Południu, A Painted House, chociaż tam akurat nie bylo żadnych kobiecych przyjaźni.

    Roller derby rządzi :)

  • W sensie, że w książce Idgy i Ruth są parą? Hmm, ciekawe. Będę musiała sięgnąć. Po Ya-Ya też. *zaciera łapki* Będę miała co porównywać :)

  • Już dość dawno to czytałam, więc nie chcę skłamać, ale tak, wedle mojej pamięci są parą. W filmie jest tylko kilka takich sugerujących scen, a w książce jest to właściwie jasno powiedziane.

  • Zawsze mnie to w filmie zastanawiało :) Dobrze wiedzieć, że mój instynkt się nie mylił.

  • Mnie też to zawsze zastanawiało :) a potem się wyjaśniło :)