Ale głupi ci Amerykanie! – o współczesnej telewizji i patriotyzmie.

Mysz wyznaje swój popkulturowy patriotyzm. A właściwie jego brak. Zwłaszcza względem polskiej telewizji.

Dzisiejszy wpis będzie cokolwiek chaotyczny. Mam gorączkę i smarkam. Wolno mi. Dodam też, że intro do wpisu jest mylne co do jego treści. Howgh.


Mysz przyzwyczaiła się, że pod pewnym względami jest nieco zacofana. Mogę się starać być na bieżąco z filmami i serialami, ale przy obecnej samoświadomości młodych Internaturów i wszech-dostępności informacji w Internecie, zawsze trafimy na tego kogoś, kto niczym rasowy hipster powie “Oglądałem to pierwszy” albo “Ten news jest -tak bardzo- wczorajszy”. Myszy zacofanie objawia się zresztą także w kwestii technologii – mogę być dumna z tego, że moi rodzice jako jedni z pierwszych mieli komputer czy odtwarzacz DVD (i to taki na którym można było oglądać filmy z innych “regionów”), ale od tamtej pory zanotowano pewien spadek formy. Gdy wszyscy przerzucali się na Firefoxa, Mysz uparcie siedziała na Operze. Gdy zachwycali się smartfonami, Mysz klikała twardo w klawisze Blackberry. Gdy przyszły Kindle, Mysz kupowała kolejne tomy papierowych książek. Gdy pojawiły się tablety, Mysz radośnie powitała netbooka. I tak dalej, i tak dalej.


Mysz po prostu funkcjonuje z pewnym poślizgiem – nie zawsze, ale mimo wszystko jest to pewna “stała” w moim życiu. Naturalnie prędzej czy później nadrabiam wszelkie zaległości – ostatnio Luby scedował na mnie swojego Kindle’a, a na urodziny dostałam tableta (z którym się ostro kłócę, bo mnie nie słucha). Niestety, w sferze blogerskiej taki opóźniony zapłon często kończy się to tym, że Mysz omawia pewne tematy jako ostatnia. Ewentualnie wskakuje na przysłowiowy bandwagon w takim momencie, że można ją niemalże oskarżyć o ślepe podążanie za trendami. Albo po prostu plagiat. Ale jak wszyscy wiecie, Mysz i Zwierz są połączone umysłami, więc fakt, iż najnowszy wpis Zwierza kończy się zdaniem, którym Mysz dzisiejszy wpis zatytułowała nie powinien nikogo dziwić.

A skąd “zacofanie” Myszy? Cóż, od kilku dni chodził mi po głowie temat notki. Ale zamiast usiąść i go napisać, zwlekałam i odkładałam go niczym wizytę u dentysty. W wyniku tego zamiast zupełnie przypadkiem “wpasować” się w chodliwy obecnie temat, wyjdzie na to, że po kimś papuguję.

Nie, czekaj, wróć! Nie słuchajcie tego jojczenia. Przemawia przeze mnie katar i Teraflu. Moving on…

Niektórzy Czytelnicy wiedzą, że Mysz lubi świętować okrągłe blogowe “rocznice”. Na setne polubienie fanpage’a mieliśmy wywiad ze znanym polskim pisarzem, co z kolei zupełnie przypadkiem zgrało się ze 150-tą notką na blogu* (notkę #100 spędziłam w szpitalu). Dzisiaj mamy podobną okazję: niniejsza notka nosi numer 200, a temat podpowiedział mi Czytelnik Konrad K. (nazwisko znane redakcji – zawsze chciałam to napisać!), który jest trzy-setnym fanem MyszaMovie *fanfary!* Konrad podsunął pomysł, że może ze względu na mój background w USA, mogłabym napisać parę słów o tym, jak Amerykanie oglądają (postrzegają i rozumieją) filmy i seriale.

Tu jednak pojawił się pewien problem: Mysz żyła w USA we wczesnych latach 90-tych, gdy termin “serial” określał co innego, niż obecnie rozumiemy pod tym terminem. Seriale i filmy lat 90-tych, choć wciąż mają wartość – nie tylko sentymentalną – nie powinny być rozpatrywane jako “współczesna” popkultura. A z tą Mysz ma styczność, ale nie z punktu widzenia Amerykanów, a raczej młodych, wykształconych, kulturowo świadomych Europejczyków. Takich, jak Czytelnicy MyszaMovie (i nie tylko ^_^).


We wpisie o piractwie rozważałam, dlaczego proceder ten jest taki popularny, zwłaszcza w Polsce. Gdyby Mysz wciąż mieszkała w USA, nie miałaby właściwie żadnego z problemów omówionych we wspomnianym wpisie. Mieszkam jednak w Polsce i to już od wielu, wielu lat, i jedyna styczność z amerykańskim społeczeństwem i jego kulturą jaką mam, ma miejsce w Internecie. Nie różnię się tym od setek tysięcy innych młodych ludzi, w tym Polaków. Oni także doświadczają Amerykanów (głównie) przez Internet. Nie sądzę więc, bym była jakimś autorytetem w kwestii tego, jak Amerykanie doświadczają popkultury. Wystarczy połazić chwilę po Internecie – po portalach kulturowych, po Facebooku, po Tumblrze czy innym social media – by zrozumieć, że większość ludzi zainteresowanych popkulturą doświadcza jej w bardzo podobny sposób. Nie ważne jakiej są narodowości.

Jeśli czytacie tego bloga lub w jakikolwiek inny sposób interesujecie się popkulturą (z naciskiem, choć nie wyłącznością, na “współczesną popkulturę”) istnieje statystyczne prawdopodobieństwo, że należycie do ogromnej grupy ludzi, która w podobny, emocjonalny, dogłębny, zaangażowany, niemalże społecznie-świadomy sposób doświadcza popkultury. Rozmawiacie o niej, wyszukujecie, polecacie, piszecie teksty i komentarze albo nawet fanfici, tworzycie rysunki, koszulki, oglądacie to co najlepsze/najfajniejsze, zagłębiacie się w nisze, głośno mówicie o tym co Wam się podoba/nie podoba. To wszystko, naturalnie, umożliwia i ułatwia Wam Internet. I to właśnie dzięki Internetowi, dzięki tej ogromnej ogólnoświatowej społeczności poniekąd zlaliśmy się w jedną grupę, która wszystko przeżywa wspólnie. Nie bacząc na narodowość, wybierzmy kilka dowolnych osób z tej “zaangażowanej”, “świadomej” grupy – zazwyczaj, mimo wszystko, będą to ludzie stosunkowo młodzi (powiedzmy do 50lat) – a okaże się, że Amerykanin, Polak, Szwed, Bułgar i Wietnamczyk będą tak samo ekscytować się nowym odcinkiem Game of Thrones. Mówimy oczywiście o bardziej ogólnym zjawisku, bo gdy zastosować do tego zagadnienia – Game of Thrones vs narodowość – badania statystyce, nagle okazuje się, że np. Brytyjczycy, Australijczycy i Francuzi są większymi fanami serialu niż Amerykanie.

 
Faktem pozostaje, że w epoce współczesnej popkultury, nierozerwalnie związanej już ze społecznością internetową, właściwie nie istnieje już coś takiego jak “narodowość widza”. Wszystko przeżywamy wspólnie, choć istnieją drobne podziały, frakcje, sympatie czy tendencje. Mysz jednak nie jest ekspertem i nie ma dostępu do dokładnych statystyk jak to wygląda. Poza tym, jak wspominałam, nawet gdybym chciała podyskutować o zwyczajach popkulturowych współczesnych Amerykanów, nie bardzo mam punkt odniesienia. No chyba, że mówimy o odniesieniu do przeszłości.

Miejcie w pamięci, że Mysz podczas pobytu w Stanach miała lat ok. 5 i jedyne co jej chodziło po głowie to the Toothy Fairy (dawała pieniądze, a koniecznie chciałam sobie kupić lalkę Barbie z delfinem), udawanie że jestem Simbą z The Lion King (koleżanka była Nalą – wspinałyśmy się na kanapę jakby to była Lwia skała), oraz moja koleżanka Caitlin, która miała wypasiowy dom, fajnych rodziców, i salę telewizyjną z prawdziwego zdarzenia, gdzie po raz pierwszy widziałam Jurassic Park i pełnometrażowy film o Care Bears (choć za Chiny Ludowe nie pamiętam który, ale chyba ten pierwszy).

Pamiętam piwnicę znajomych, gdzie razem z bandą chłopaków oglądałam E.T. i w pewnym momencie z płaczem pobiegłam do rodziców na górę, bo bałam się, że film się źle skończy.** Pamiętam jak łoiłam im tyłki (ja, jedyna dziewczyna, sporo lat od nich młodsza!) w Mario Bros. na konsoli, podskakując przy każdym skoku, który wykonywał Mario (to “fizyczne podążanie za padem” zostało mi do dziś). Pamiętam, że miała wówczas świadomość istnienia pewnych filmów i seriali, ale nie tego, co to oznacza – jak jest odbierane przez społeczeństwo, czy jest popularne. Na miłość boską, miałam 5 lat! A na poważnie filmami i serialami zaczęłam się interesować… no, będzie z drugie tyle lat później.


Moja przeszłość niewiele mi daje, jeśli chcę omawiać jak Amerykanie doświadczają popkultury. Natomiast mój wątpliwy rozdwojony patriotyzm pozwala mi równie krytycznym okiem spojrzeć na obie strony medalu – amerykańską i polską.

Od wczoraj przez Internet przetacza się wywiad GW z prezesem TVP Juliuszem Braunem. Mądrze napisał o tym Marcin Zwierzchowski na portalu Seryjni. Równie mądrze napisał o tym Zwierz. A ja, jako ta zacofana plagiatorka (to żart, jakby co!) postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze. Może niekoniecznie mądrze, ale na pewno chaotycznie i niepatriotyczne. Bo czasami mam Polski serdecznie dosyć.
Nie oszukujmy się – USA nie są krainą mlekiem i miodem płynącą. Wbrew obiegowej opinii, że to tam należy jechać by zrobić karierę/dobrze żyć/osiągnąć coś wartościowego, Mysz może Wam z ręką na sercu powiedzieć – mimo swojej ogromnej miłości do tego kraju – że ma on wiele wad.

Głupota, to primo. Możliwe, że tkwi we mnie wspomnienie z początku lat 90-tych, gdy na wieść o tym, że pochodzę from Poland, każdy Amerykanin pytał: “Is that near Greenland?”, “Do you speak Russian?” albo “Do you have polar bear walking in your streets in the middle of the day?” (na co zawsze, z pełną powagą, odpowiadałam “Yes“, bo pogrywanie z Amerykanów było i jest cudowną rozrywką). Ale po dziś dzień nadal można spotkać Amerykanów, którzy nie wiedzą gdzie leży Polska, ewentualnie pytają się, czy to rosyjska prowincja. Oczywiście mówimy tu o tzw. standardowym mieszkańcu USA, bo gdybyśmy zapytali kogoś z tej wspomnianej wcześniej, “świadomej” grupy, skojarzeń z Polską byłoby więcej: polskie pierogi (czyli po naszemu “ruskie”), polska kiełbasa, polska wódka, Jan Paweł II, Lech Wałęsa, Solidarność, ostatnio także Smoleńsk i Kaczyńscy, może nawet Fryderyk Chopin, a jako bonus Marie Skłodowska-Curie. Ignorancja nie jest jednak wyłącznie Amerykańską cechą – nie tylko mieszkańcy USA mają monopol na głupotę, co widać chociażby na przykładzie programów “Matura to bzdura”. Przeciętny mieszkaniec danego kraju to nie jest człowiek inteligentny, wykształcony, taki jak my, czy znajomi, którzy nas otaczają (mówię tu do młodych ludzi, Myszy podobnych). To jest różnica między tą grupą “świadomą”, a mieszkańcem stereotypowym: stereotypowym mieszkańcem Polski jest niewykształcony, głęboko wierzący prawicowy wieśniak. Stereotypowym Amerykaninem jest niewykształcony, głęboko wierzący prawicowy redneck. Te grupy nie muszą się pojawiać w naszym najbliższym otoczeniu, ale gdy przychodzi do badań statystycznych, nagle wyłażą ze wszystkich szczelin, niczym korniki. I zalewają nas swoją wielką falą, szerząc krzywdzące stereotypy i sprawiając, że nam, tej “drugiej” grupie, jest w życiu trochę trudniej.

Widać to na przykładzie idiotycznych danych statystycznych, które w wywiadzie przytacza prezes Braun. Pomijając, iż jestem się w stanie się założyć, że pytanie, na podstawie którego uzyskano te dane było tendencyjnie sformułowane, to wciąż trudno mi uwierzyć, że 96% polskiego społeczeństwa to ten stereotypowy Kowalski, co to ma telewizor włączony przez cały dzień (żeby babcia się nie nudziła), a do Klanu albo innego Komisarza Alexa zasiada, bo serial ten leci akurat w porze obiadowej i Kowalski musi mieć coś “pod kotleta”. Podobnie – biorąc pod uwagę obecne zmiany społeczne, jakie mają miejsce w USA – trudno mi uwierzyć, że ten stereotypowy redneck jest nadal w większości. A jednak grupa ta trzyma się twardo i mimo społecznego postępu, czasem w wiadomościach znów słyszymy o ich kolejnych wybryku. W Polsce też mamy grupy, które uparcie stają okoniem, gdy choć pojawi się sugestia jakiś postępowych zmian. You know who I’m talking about.

Głupota Amerykanów przejawia się czasem również w popkulturze. Owszem, w USA powstaje szalenie dużo różnorakich produkcji, od fenomenalnych po badziewne. Jednak to, co mnie fascynuje to to, jak te same dzieła są różnie postrzegane przez amerykańskich, a np, europejskich widzów. Pewnie spojrzycie na mnie pt. “Ale jak to Myszu? Parę akapitów wcześniej twierdziłaś, że wszyscy przeżywamy popkulturę tak samo?”. Owszem, ale mówiłam też, że nie jestem ekspertem, wpis jest chaotyczny, and this isn’t an exact science. Jest różnica między dobrym, nagradzanym, powszechnie chwalonym serialem z płatnej kablówki takim jak Gra o Tron – który wszyscy przeżywają stosunkowo podobnie – a serialem “XY” z normalnej ramówki, który często-gęsto stworzony jest pod typowo amerykańską publiczność.

Mój ulubiony przykład to historia, którą sprzedał mi znajomy polski pisarz, który był w zeszłym roku na San Diego Comic-Con. Na tymże konwencie ma miejsce tzw. preview night, gdzie stacje telewizyjne prezentują swoje najnowsze seriale – czasem są to klipy, czasem całe pierwsze odcinki. W tamtym okresie, wszyscy byli podekscytowaniu perspektywą Revolution – serialu stworzonego przez Erica Kripke (Supernatural) i J.J. Abramsa (LOST), dwóch gości, znany z tego, że tworzą fajne, rozrywkowe, tajemnicze fabuły.

Znajomy z kumplem (obaj Polacy) wysiedzieli na zaprezentowanym przez stację pierwszym odcinku Revolution i zgodnie stwierdzili “co za bullshit, nikt tego nie kupi”. W jakim byli szoku, gdy sekundę później zgromadzona na sali kilkutysięczna widownia (w większości Amerykanie) urządziła pokazowi owację na stojąco. Revolution mimo (Myszy zdaniem) niskiego poziomu ma już 2 sezony za pasem i całkiem sporą grupę fanów (w tym z Polski, m.in. Wiedźmę na Orbicie). Serial zdołał utrzmać się na antenie, podczas gdy lepsze produkcje (again: moim zdaniem) zostały skasowane po kilku odcinkach lub jednym sezonie (vide. najnowszy news o skasowaniu Almost Human). Oczywiście gusta są różne, a popkultura szeroka i mogą powstawać zarówno seriale wybitne, jak i mocno średnie, ale nieodmiennie fascynuje mnie, że USA jest krajem, który z równym zachwytem i entuzjazmem pochłania Breaking Bad co Jersey Shore. A reszta świata ślepo podąża ich śladem.


Secundo: druga wada USA to zadufanie. Stany od zawsze uważają się za Ten Kraj, do którego wszystkie inne kraje zawsze będą chciały równać; Ten Kraj, który jest najlepszy, najdostatniejszy, najmądrzejszy i w ogóle “Jestem bogiem, czcijcie mnie, czcijcie”. A prawda jest taka, że w wielu rankingach USA już od dłuższego czasu nie jest na prowadzeniu. Jednak upór Amerykanów w przekonaniu o własnej dominacji i hegemonii trwa. Naturalnie USA to nadal pewien wyznacznik na scenie światowej – zarówno w kwestiach polityki, ekonomii i innych “ważnych” tematów, ale także w kwestii kultury. To tam zaczęła się rewolucja kulturowa, którą pod koniec lat 90-tych zapoczątkowali The Sopranos, a która na zawsze zmieniła oblicze telewizji i przerodziła się w tzw The Golden Age of Television. Tenże Złoty Wiek, z pewnymi zmianami, ale w mniej więcej tej samej formie, trwa po dziś dzień.
I tu dochodzimy do kolejnego fascynującego zjawiska, zataczając niejako koło do wspomnianego na początku wpisu Mysiego zacofania. Otóż Polska, choć tak prężnie próbuje wyrównać poziom do reszty Europy, tym samym naśladując pod wieloma względami USA, nadal pozostaje mocno z tyłu. Abstrahując totalnie od kwestii polityczno-społecznych, skupmy się na moment na zagadnieniu kultury.

Wywiad z prezesem Braunem pokazuje, że mentalność pewnych gałęzi polskich mediów utknęła na etapie lat 90-tych, ewentualnie powijaków XXI wieku. To, że polska telewizja nadal skupia się na kręceniu formatów, które gdzie indziej na świecie dawno zeszły na boczny (by nie powiedzieć mocno zarośnięty chwastami) tor tylko to potwierdza. Podejście, które reprezentuje Braun jest tak zacofane i pełne przekonania o własnej racji, że mogłoby konkurować z zadufaniem i głupotą najbardziej konserwatywnych amerykańskich rednecków. Różnica jednak polega na tym, iż w USA już dawno zorientowano się, że współczesny widz to nie ten, który zasiada przed telewizyjną ramówką na chybił-trafił, “pod obiad do kotleta” i ogląda wszystko jak leci, ale ten, który zasiada do do odbiornika o konkretnych porach, by obejrzeć świetnej jakości, mądrze i dobrze wyprodukowane seriale, które CHCE akurat obejrzeć. A potem je kupić na DVD. A potem o nich mówić, i pisać, i polecać. Polska TV tkwi w erze telewizji, która już dawno minęła, trzymając się jakiś przestarzałych przekonań, niczym stary człowiek nostalgicznych wspomnień o komunie. Świat się zmienia, zmienia się społeczeństwo i jeżeli rzeczywiście zależy nam na równaniu do USA (w tym dobrym sensie), nie możemy uparcie głosić takich skostniałych przekonań jak prezes Braun.

Sukces The Sopranos wziął się stąd, że ówcześni widzowie byli już znudzeni tym, co do tej pory oferowała im telewizja. Wziął się także stąd, że HBO zaryzykowało i zaprezentowało widzom coś nowego – serial, który ma głębię, mądry scenariusz, rozpatruje ważne tematy i nie traktuje widza jak idiotę. Przez kolejne lata okazało się co prawda, że soap opery i durne programy rozrywkowe wciąż są popularne, ale to, czego wygłodniały lud amerykański systematycznie się domagał (i domaga nadal) to quality TV. A Polska?… Polska przeżywa rozdwojenie: istnieje grupa “świadomych” widzów, która ładnie tej Dobrej Popkultury i dąży do jej uzyskania na wszelkie, niekoniecznie legalne sposoby. Druga grupa to ci biedni, nieuświadomieni  Kowalscy, którzy od lat wcinają te same odgrzewane seriale, które serwuje im polska telewizja – telewizja, która ignoruje istnienie problemu, kryje za bzdurnymi mrzonkami i okopuje w przeszłości. Pytanie tylko: czy ten typowy Kowalski kiedykolwiek zorientuje się, że istnieje coś innego, coś lepszego? Czy skoro polska telewizja odmawia emisji Dobrych Programów, Kowalski będzie miał szansę dowiedzieć się o ich istnieniu? Czy kiedykolwiek znudzi go oglądanie wciąż tych samym programów? A jeśli tak, to kiedy?

W USA “współczesna telewizja” stała się popularna, ponieważ zaczęto ją oferować w ogólnodostępnej ramówce. Po sukcesie Sopranos publiczne stacje telewizyjne zorientowały się, że jeśli wkrótce nie zmienią swojego podejścia do kręcenia seriali, stracą sporą grupę widowni na rzecz płatnej kablówki. Nic dziwnego, że prezes Braun narzeka na oglądalność Homeland – nikt o serialu nie wiedział! Przeciętny Kowalski pierwszy raz w życiu słyszy o takim serialu. Z kolei widz, który zna serial albo nie wie, że leci w telewizji, albo już go widział i nie ma ochoty oglądać go ponownie, prawdodpodbnie w beznadziejnym tłumaczeniu, o nieludzkiej porze. A zachęcenie do oglądania jakiegoś programu naprawdę leży w gestii stacji telewizyjnej. Polska telewizja narzekająca, że nikt nie chciał obejrzeć Homeland, to jak facet, który żali się kolegom, że “żadna nie chciała się ze mną przespać, a przecież jestem fajny a na dodatek mam urocze bokserki w łosie i jestem fenomenalnym kochankiem”. A, cholera jasna, jak miały to wiedzieć, skoro stoisz w kącie jak słup i uśmiechasz się głupkowato? Miały Ci na siłę zajrzeć w portki? Dopraszać się tej informacji? To jest W TWOIM interesie, byś pokazał, co masz do zaoferowania. A nie na odwrót.***
 


Przecież gdyby temu przeciętnemu Kowalskiemu puścić któregoś dnia, zamiast Komisarza Alexa odcinek… bo ja wiem, Castle‘a (zacznijmy od bardziej mainsteamowych seriali, coby babcia nie padła twarzą w talerz z zupą, gdy trafi ją szlag na widok narkotyków w Breaking Bad czy cycków w Masters of Sex). O co zakład, że Kowalskiemu Castle mógłby się spodobać na równi, jeśli nie bardziej, niż Komisarz Alex?… problem z polska telewizją polega na tym, iż ma się pretensje do widzów, że nie oglądają dobrych programów. Podczas gdy w istocie PRAWDZIWY problem polega na tym, że polska telewizja tych seriali nie puszcza. Poniedziałek o 22:00 dla Homeland to NIE JEST DOBRA PORA. Puszczanie dobrego serialu bez żadnej promocji czy informacji o tym, że taki serial leci TO NIE JEST DOBRY MARKETING. Traktowanie nagradzanego serialu w taki sposób to HAŃBA i BRAK SZACUNKU, a wszelkie straty z tego tytułu uzyskane są NA WŁASNE telewizji ŻYCZENIE.

Chciałabym, żeby polska telewizja przejrzała na oczy. Żeby, skoro już próbuje brać przykład z amerykańskiej telewizji, nie ograniczała się do metod sprzed 15-stu lat. Żeby raz na jakiś czas podjęła ryzyko. Żeby zaufała, iż polscy widzowie – nawet ci stereotypowi Kowalscy – wcale nie są tacy głupi, i że gdy podstawimy im pod nos coś dobrego, naprawdę będą w stanie to rozpoznać i polubić.

Może, gdyby “świadoma” grupa polskiego społeczeństwa zaczęła chodzić od domu do domu i wyłączać ludziom telewizory podczas obiadowego seansu Klanu, albo zaczęła je przełączać na Sherlocka BBC (tylko w dobrym tłumaczeniu!)… Może gdyby prezes Braun nie powtarzał wziętych z sufitu danych statystycznych, których jedynym celem jest  utwierdzić go w jego błędnym rozumowaniu i utrzymać na ciepłej posadce… Może gdybyśmy wszyscy się zbuntowali i głośno zaczęli domagać Dobrej Popkultury… może coś by się zmieniło.


Ale szczerze?… mocno w to wątpię. Może przemawia przeze mnie pesymizm, a może brak patriotyzmu. Dość powiedzieć, że przy takim podejściu Polaków**** do popkultury, nieprędko widzę szansę na zmiany. My, “świadomi” widzowie, musimy radzić sobie sami. Piractwem, zagranicznymi źródłami i kupowaniem seriali na DVD. Na pohybel różnym prezesom.

Bo jasne, głupi ci Amerykanie. Ale niektórzy Polacy są jeszcze głupsi.


PS. Mysz nie wspomina o rozwoju seriali w Wielkie Brytanii, bo się na tym nie zna. Ale u nich jest 100 razy lepiej niż u nas, a pod pewnymi względami także lepiej niż w USA. Anglicy zawsze są górą, nawet jeśli mają tylko pięciu aktorów, trzy lokalizacje i dziesięć rekwizytów na krzyż. Przynajmniej muszą się wykazać inwencją ;)

PS2. Jeśli było zbyt chaotycznie, to przepraszam – gorączka. Jeśli uraziłam czyjś patriotyzm, to przepraszam – nieczuła amerykańska menda :P


* …co mi przypomina, że obiecałam wówczas “nową świecką tradycję”, czyli serię “10 pytań do…”. Skoro sobie o niej przypomniałam, to postaram się wkrótce kogoś na bloga sprowadzić. Miejmy nadzieję, że wcześniej, niż na świętowanie notki #250 :D
** byłam jedną z niewielu “córek” Baltimorskiej Polonii skupionej wokół National Institute of Health,gdzie pracowali polscy znajomi rodziców, z którymi spędzaliśmy większość czasu.
*** Ekhm, wybaczcie kulawą metaforę.
**** Mówimy tu o tej przeciętnej, nieuświadomionej grupie. Zakładam, że Wy do niej nie należycie – że jesteście tym wszystkim równie zbulwersowani co Mysz i pragniecie zmian.